25 grudnia 2010


L.U.C PyyKyCyKyTyPff, [2010] EMI || „PyyKyCyKyTyPff” to, nie licząc reedycji „Planet LUC” i albumu-słuchowiska „39/89 - Zrozumieć Polskę”, czwarty album studyjny L.U.Ca. Krążek wywołał spore zamieszanie jeszcze przed swoją premierą. Artysta zapowiedział bowiem, że całość zostanie nagrana używając jedynie ludzkiego głosu. Informacja ta zelektryzowała wielu. Czy za pomocą samego beatboxu uda mu się osiągnąć wystarczająco dobre brzmienie? Otóż udało się.

Podkłady są „soczyste”, głębokie i na tyle urozmaicone, że wciągają nawet podczas słuchania samego „głosowania”, czyli wersji bez rapu (ciężko było nazwać to wersją instrumentalną skoro nie ma instrumentów). Warstwa liryczna (to głównie ona dzieli ludzi na obozy pro- i antyLUCowe) wciąż jest pomysłowa i charakterystyczna, ale - muszę niestety to przyznać - stała się już nieco pretensjonalna.

Nie zrozumcie mnie źle, L.U.C wciąż potrafi bawić się słowem, a album jest przepełniony świetnymi tekstami i jego dziwacznymi metaforami (niech przytoczę „nie macam się ze Sztampolandem jak z bankrutami leasing” czy „przekopiowałem cały internet na winyle dziś rano/ wziąłem gramofon na kolano i wysłuchałem go jak/ naiwniacy radia kuszeni smsową wygraną”). Wciąż ubiera przekaz w liczne zmyłki i ozdobniki („jestem instrumentem/ systemu fragmentem/ sam sobą grać będę, wypluwam przynętę” czy „kiedy byłem mały szkrab pytałem co to ta dorosłość/ już wiem akupunktura spraw w optyce inna ostrość”) i wciąż umiejętnie łączy znane nam z życia i popkultura elementy w większy sens („i wiecie co? potrzebny nam nowy kanon nie Konan ale Kononowicz narodów/ umysłowo lekki jak Danone/ bo dopiero jak niczego nie będzie to znów będzie sens tworzyć” czy „od kilkunastu lat kopiujemy się jak testy na egzamin/ powtarzamy jak Kevin na Polsacie jak maszynowy karabin”). Można jego tekstów nie lubić, ale nie wierzę, że można szczerze odebrać im oryginalności.


Jakie więc mam zarzuty do tekstów? Ile można rapować o tym, że jest się kimś wyróżniającym ze stada, o beznadziejnie krótkiej liście ambitnych raperów w Polsce i tym, że artystom niszowym jest ciężko finansowo? Nie to, że się z tym nie zgadzam - kupuje płyty polskich artystów i ubolewam, że zbyt wiele dobrego hip-hopu w naszym szeleszczącym języku nie posłucham. Znajdzie się na to miejsce na płycie, ale też bez przesady - skoro kupuję album L.U.Ca, to chcę poznać jego świat, a nie nasłuchać się z jakim światem się nie zgadza.

Jeśli chodzi o kompozycje, to uważam, że ta płyta, pomimo iż nagrana jedynie głosem przetworzonym przez cyfrowo-analogowe urządzenia, brzmi znacznie lepiej od poprzednika. Dźwięki są oryginalne, zlepione ze sobą z wyczuciem. Najbardziej z płyty wpadł mi w ucho utwór „L.U.C. Jak Dziadek W Kiosku (Całe Życie W Ruchu)”. Znakomity beatbox, ciężki klimat, świetny tekst (z mistrzowskim fragmentem „dzwoni kobieta pyta za ile na kolacji będę/ kochanie jakoś tak nagle stoję nad Bałtykiem we mgle/ a między nami jakby ktoś trzymał klawisz spacji”), a szczególnie podoba mi się rytmika z jaką L.U.C wyrzuca z siebie słowa. Innym kapitalnym kawałkiem jest „Tyś Jest Też Instrumentem (Myśl Więc)”, które nie tylko płynie na bardzo udanym beatboxie, ale także ma jeden z najlepszych refrenów, jakie ten artysta stworzył. W utworze gościnnie pojawia się Rahim, który również wypadł świetnie, wielokrotnie zmuszając mnie do mimowolnego rapowania do wtóru.


Jeśli chodzi o najsłabsze fragmenty płyty to wskazałbym dwa. Pierwszym z nich jest gościnny występ Abradaba w utworze „Kto Jest Ostatni?” szydzącym z Poczty Polskiej, a drugim sam utwór „Kto Jest Ostatni?”. 2010 to wg mnie słaby rok dla Abradaba - najpierw średni krążek „Abradabing” pod produkcją Ostrego (obu stać na znacznie więcej!), a do tego nieudany gościnny występ na „PyyKyCyKyTyPff”. Z humorystycznych akcentów znacznie bardziej przypadł mi do gustu monolog kończący „Umiem Internet” czy utwór „Oratorium Rubikochomikorium” z zabawnym udziałem MC Motyla. Kawałek opisuje tortury, jakim ludzie w dzieciństwie poddają swoje chomiki („Miałem chomika nawet trzy miałem wiesz/ Pierwszy mi zdechł, drugi też, trzeci też/ Pierwszy odszedł sam w sercu rozpaliło lawę/ Drugi memu bratu upadł trochę nie na trawę/ Przy trzecim sam popełniłem małą gafę/ W kołowrotku hałasował wiec schowałem go za szafę/ I zapomniałem...”). Chociaż podczas słuchania przychodzi mi do głowy kilka interpretacji niekoniecznie związanych z chomikami...

Zupełnie odrębną kwestią jest to, jak ten album został wydany. L.U.C po raz kolejny udowadnia, że również forma wydawnictwa może być oryginalna i postarana. „PyyKyCyKyTyPff” została wydana w kartonowym digipacku, którego okładka zmienia się w zależności od kąta pod jakim na nią patrzymy, w środku znajdujemy wkładkę, która z jednej strony jest zbiorem liryk, a z drugiej ślicznym plakatem z grafiką z albumu. Wszystko to plus dwa CD-ki (album i głosowanie) w cenie 36 zł.

„PyyKyCyKyTyPff” nie jest może zapowiadaną rewoLUCją, ale bez wątpienia dorzuca kilkanaście groszy do dorobku artysty. Koneserzy stylu tego muzycznego dziwaka powinni znaleźć na tym albumie, to czego szukają, a ci którzy za nim nie przepadają powinni sięgnąć przynajmniej po „głosowanie”. Jeśli chodzi o beatbox, CD1 oferuje chociażby „Loopedoom”, a CD2 aż czternaście rewelacyjnych kompozycji. Warto po nie sięgnąć, bez znaczenia na stosunek do twórczości L.U.Ca. 8/10 [Michał Nowakowski] 

SŁONINA Słonina, [2010] Czoło || Projekt Słonina jest skazany na underground. Zresztą tworząc tak toksyczny klimat, niepokojące liryki, a w dodatku wydając w raczkującej niezależnej wytwórni Czoło nie celują inaczej. Nawet pośród ludzi rozkoszujących się alternatywą i eksperymentami nie będzie to muzyka na każdy dzień, ale gdy przyjdzie ochota na obcowanie z czymś specyficznym, psychodelicznym i brudnym, Słonina aż zaskwierczy na patelni. Ich debiutancka EP-ka zatytułowana po prostu „Słonina” to sześć dusznych i pełnych niepokoju rockowych utworów doprawionych wyrazistą elektroniką (klawisze, szumy). Słonina jest słona, ocieka tłuszczem i zdecydowanie nie jest lekkostrawna.

Stanisław Wołonciej i Robert Gasperowicz - niektórym słuchającym niszowej muzyki nazwiska te (albo przynajmniej dźwięki generowane przez osoby je noszące) są znane, grają oni w eksperymentalnym, ale bardziej metalowym SAMO (również wydającym w Czole). W Słoninie pierwszy z nich zajmuje się śpiewaniem, gitarą i pianinem, a drugi gitarą, basem, a także programowaniem perkusji, szumów i klawiszy. W projekcie uczestniczy jeszcze dwóch muzyków - piszący teksty, a także grający na gitarze Karol Gawerski i Radek Gabrycki, który odpowiada za bas w utworze „Kieszonkowiec”.

Jednym z charakterystycznych elementów Słoniny jest wokal. Głos Wołoncieja w takiej parnej, nerwowej atmosferze sprawdza się smakowicie, a to jego przeciąganie słów nadaje wszystkiemu histerycznego wyrazu. Sporadycznie i z wyczuciem na wokal nakładane są efekty podkreślające klimat. Wspomniany wcześniej niepokój uzyskano przez nałożenie kilku warstw nerwowych dźwięków - mechaniczną perkusję, odpowiednio modulowany wokal, chaotyczne, zgrzytające gitary i - podkreślającą to wszystko - elektronikę.


Łatwiej zrobić dobrą psychodelię w dźwiękach niż tekstach. Jednak liryki na „Słoninie”, chociaż mają silniejsze i słabsze fragmenty, są wyraziste, ciekawe i jedynie podsycają efekt muzyki. Kilka ciekawych linijek: „nie bolą mnie już moje marzenia”, „silikonowy worek powieszony w miejscu serca/ grzechu pełno w nim/ Julio”, „na skraju pościeli czekam na twój prąd”, „wychowany w domu tryskającym jadem z komina” czy „w dresie skropionym samotnością/ jestem gotów zrobić wszystko”. Słono i z pomysłem.

Album jest dość równy choć nieco wyróżniają się trzy utwory. Pierwszym z nich jest „Rzeźbiarz”, do którego z pomocą ekipy Video Acid Filter stworzono klip. Najciekawszy na płycie tekst, przeplatanie spokoju z desperacją, świetne bębnienie i bas, to elementy, którymi „Rzeźbiarz” się wyróżnia. Drugim utworem, który częściej niż inne snuje mi się po głowie jest „Julia” - właściwie najsubtelniejsza z kompozycji. Wprowadzają nas syntetyczne dźwięki, które utrzymują się w tle przez cały wstęp. Dalej pojawia się wokal (momentami odważnie zmodyfikowanym przez przerywający efekt), silnie przesterowana gitara, a także klawisze. „Wychowany” z kolei zahacza o rejony Świetlików, tylko, że z wokalistą, który potrafi śpiewać, a nie tylko melodeklamować.

Smak Słoniny jest bez wątpienia bardzo specyficzny. Wołonciej i Gasperowicz z kolegami korzystają z dźwięków świadomie i budując z nich wyrazisty klimat. Jeżeli kolejnymi płytami utrzymają albo podniosą poprzeczkę, poruszając się po swoich muzycznych terenach, jednak eksperymentując i poszukując mniej zadeptanych ścieżek, to mogą zakorzenić się w polskim undergroundzie. Jestem ciekawy w jakim kierunku muzycy pójdą i co wysmażyliby na krążku „Słonina II”. Póki, co polecam posmakować i uregulować rachunek za pierwsze danie. 6/10 [Michał Nowakowski]

23 listopada 2010


ALONE What Am I..., [2008] Studio Alone || Wystarczy jeden rzut oka na okładkę „What Am I...”, debiutanckiego krążka zespołu Alone, by powstały konkretne oczekiwania wobec materiału. Widok brudnego, zniszczonego miasta i dzierżącego maskę człowieka zestawiony z tytułem płyty zdają się naprowadzać zarówno na styl muzyki, jak i temat liryk. Postapokaliptyczne tło jako symbol pogrążonego w chaosie i znieczulicy świata, biała maska sugeruje intrygi, jakimi posługują się ludzie by wzajemnie się ranić, ale także tożsamość (poszukiwanie tego kim się jest). Moje skojarzenia spełniły się jedynie po części - w lirykach. Muzyka okazała się nie być brudną, zardzewiałą i klaustrofobiczną mieszanką, jakiej się spodziewałem.

21 listopada 2010


TWIN SHADOW Forget, [2010] 4AD || Jak wielu innych, z projektem Twin Shadow zetknąłem się wpadając w sieci na klip do utworu „Slow”. Zaintrygowały mnie słowa trzymającego kamerę „co robisz by się zabawić, George?” i ten smutny, uciekający przed kamerą wzrok bohatera teledysku. Jego retro fryzura, nieśmiała odpowiedź „gram na perkusji, muzykę” przywołały w mojej głowie nieokreślone skojarzenie.

Kiedy dręczony kolejnymi pytaniami George wydusza z siebie, że lubi sportowe samochody, a kamera zaczyna podążać po jego ciele zrozumiałem - klip jest wzorowany na filmach porno. Konkretniej na rozmowach, które pojawiają się na początku z debiutującymi aktorami. Dalej operator rzuca „no to dajesz”, a George staje pod ścianą jakby szykując się do porno-sceny. W tle rozkręca się subtelna i klimatyczna muzyka bezpośrednio odwołująca się do lat 80-tych. Prosta, ale świetna perkusja, wpadający w ucho bas. I wtedy ten niepozorny facet zaczyna śpiewać. Moim pierwszym skojarzeniem był „czarny Morrisey” i właściwie coś w tym jest, z tym, że George ładuje w śpiew nieporównywalnie więcej emocji. Klip wciąż nawiązuje do pornografii, a muzyka i słowa konsekwentnie przebijają się z zupełnie innym i pięknym przekazem. To zestawienie tworzy świetny kontrast. Wokalnie niesamowity jest fragment powtarzający „I don't wanna believe, be but in love / I don't wanna be, believe in love”. Kilkadziesiąt razy z rzędu odsłuchałem „Slow” aż w końcu postanowiłem zapoznać się innymi utworami Twin Shadow. Bałem się, że reszta będzie słaba, ale tak nie jest - „Forget” to świetny album. Wskrzesza brzmienia lat 80-tych, przywołując skojarzenia z The Cure z „Disintegration”, Depeche Mode, The Smiths, synth popem czy nurtem new romantic.


Na „Forget” znalazły się zarówno fragmenty spokojniejsze, jak i żywsze, smutniejsze i weselsze. Odnajdziemy powiew disco, ale i ducha post-punku. Posłuchamy świetnego, pełnego emocji wokalu, wciągających sekcji instrumentów. Kompozycje są minimalistyczne (przy takim wokalu można sobie na to pozwolić), ale dźwięki zostały użyte świadomie. Poza gitarą i perkusją pojawiają się także smyczki, dęciaki, organy i pianino. Przez oszczędność i unikanie natłoku efektów łatwo usłyszeć poszczególne instrumenty. Całość jest marzycielska, emocjonalna i nawet, gdy zahacza o smutek, to w jakiś dziwnie ciepły sposób.

Myślę, że najbardziej porywające jest „Slow”. Utwór jest nośny i jeżeli ma wpaść w ucho, to raczej już przy pierwszym odsłuchu. To dobry wybór pod klip. Zresztą drugi teledysk, „Castles in the Snow”, tylko nieco w tej kwestii ustępuje. Muzycznie również jest niezły (szczególnie gitarki słyszane już od wstępu), ale ten utwór powala przede wszystkim ślicznym, przejmująco i ciekawie falującym wokalem. Całego utworu słucha się z przyjemnością, ale fragmenty „Here's all I know” i calutkie zakończenie wyciągają muzyczne czary na niesamowity poziom.

O ile dwa utwory, do których powstały klipy są najbardziej chwytliwe, o tyle najpiękniejsza jest inna kompozycja. Cofnijmy się na sam początek płyty, do utworu „Tyrant Destroyed”. Umieszczenie tego kawałka na początku jest odważnym posunięciem, bo jest to melancholijny i mało przebojowy utwór. Wiele osób uzna go za słaby, nudny, a wiele będzie potrzebowało kilku podejść by w nim się rozkochać. Zwrotki są tak minimalistyczne, jak to się tylko da. Właściwie nie ma w nich śpiewu, a raczej jakąś ponurą melodeklamację. W refrenie głos staje się nieco bardziej melodyjny, a w jego tle usłyszymy dodający klimatu pogłos.


Najoryginalniejszym utworem jest „Tether Beat”. Kompozycja jest oparta o niskie, drgające syntezatory i perkusję, a wzbogacona gdzieniegdzie innymi dźwiękami, jak choćby zadziorna gitara. Co pewien czas powtarzane zostaje pytanie „Does your heart still beat?”. Otóż bije, a przy takich piosenkach, to nawet silniej. Wydaje mi się, że utwór pozostanie jednym z najmniej docenianych, ale w moich słuchawkach i głośnikach zagości nieraz.

Zachęcające do podążania za chłopcem z żółtym balonem „Yellow Balloon” urzeka chwytliwymi wokalami i bezpośredniością tekstów w stylu „If you hear your mama calling/ Get away from me”. Tytułowy utwór pojawia się na zakończenie albumu. „Forget” jest nastrojowe i refleksyjne, a większość czasu muzyka pozostaje spokojna i pokorna wobec smutku wokalu. Jedynie przez chwilę wyrywa się w postaci gitarowego, walcząc o uwagę, a kto wie, może i nawet pocieszenie wokalisty.

Niepozorny bohater klipu „Slow”, George, to naprawdę osoba odpowiedzialna za Twin Shadow. George Lewis Jr. przekonał do siebie Chrisa Taylora - basistę indie folkowego Grizzly Bear, cenionego producenta, a także właściciela wytwórni Terrible Records, która wydała krążek (w Europie prawa do dystrybucji posiada kultowe 4AD). Jakiś czas temu Lewis trafił na listę najbardziej stylowych nowojorczyków magazynu „Time Out”.

„Forget” jest jednym z najważniejszych wydawnictw 2010 roku. Lewis udowodnił, że potrafi czarować głosem, ma mnóstwo pomysłów na wokale. Krążek pokazuje, że można stworzyć coś świeżego bez rewolucyjnych eksperymentów. Biorąc pod uwagę, że to dopiero debiut, warto śledzić dalsze poczynania pana z niedzisiejszym fryzem. 9/10 [Michał Nowakowski]

11 listopada 2010


APPLESEED Night In Digital Metropolis, [2010] Sidrecords || Przynajmniej cztery lata czekałem na ten krążek i zostało mi to wynagrodzone. „Night In Digital Metropolis”, debiut zespołu Appleseed, to porywająca muzyczna przygoda krążąca pomiędzy ciepłem a lodowatością, szczęściem a smutkiem, zakamarkami miasta a jego oświetlonymi barwnymi neonami ulicami. Na pewno jest inaczej niż na EP-ce „Broken Lifeforms”, ale zespół nie porzucił swoich atutów, raczej je pogłębił, uwypuklił i sprowadził na nieco inny tor.

Na krążku poznańskiej formacji usłyszmy nie tylko nastrojowość i przestrzenność post-rockowych brzmień połączonych z alternatywnymi eksperymentami, ale także coś stricte appleseedowego. Wokalista śpiewa różnorodnie, przeżywając utwory i okazując to szeroką paletą emocji, muzycy natomiast wydobywają ze swoich instrumentów niezwykłe i wciągające dźwięki. To nie są grajkowie - to artyści, obdarzeni tym niezwykłym darem zmieniania dźwięków w muzyczne opowieści. Na płycie usłyszymy zarówno cieplejsze, pełne światła, zrozumienia i spokoju momenty, jak i takie, w których pojawia się podskórny czy nawet całkiem jawny niepokój. Dopełnieniem wokalu, gitar i perkusji są klawisze, które nadają wszystkiemu oryginalności i związanej z koncepcją albumu cyfrowości. W przypadku Appleseed elektroniczne dźwięki nie są po prostu modnym dodatkiem do rocka, a integralną częścią muzyki, jej przekazu i klimatu.

Uwielbiam gdy poszczególne elementy wydawnictwa korespondują ze sobą. Tak właśnie jest w przypadku „Night In Digital Metropolis” - tytułowa noc w cyfrowej metropolii, to motyw obecny zarówno w okładce, tekstach, jak i muzyce. Miasto w nocy to bardzo specyficzne miejsce (wręcz zjawisko). Niezwykle inspirujące, popychające do przemyśleń, a te bywają zarówno pozytywne, jak i negatywne. Żeby oddać ten klimat potrzeba przede wszystkim kontrastu pomiędzy ciemnością a światłem (w sensie muzycznym i emocjonalnym), ale także czegoś, co wyrazi przestrzeń i nowoczesność. O wszystko appleseedzi zadbali. Gitary Bartka Bąka, Wojtka Deutschmanna i Marcina Banego czasem brzmią technicznie i zimno, a czasem wyrażają człowieka i ciepło. Perkusja Macieja Hoffmanna, może symbolizować mechaniczność maszyn, pojazdów, ale z drugiej strony - od czasów pierwszych plemion bębnienie wyrażało ludzkie pragnienia i obawy. Obecność klawiszów dodaje nowoczesności. A w to wszystko został wrzucony człowiek - w tym wypadku w postaci wokalisty, Radka Grobelnego. Jego popisowymi sztuczkami, od początku były pełne napięcia i pragnień przeciągnięcia, chłodne przywoływanie myśli, a na tym albumie wokal wzbogaca również o swoją jaśniejszą stronę („The Distance”, „What I Feel”, „Chasing Dreams”).

Piękny wstęp „The Distance” przywołuje skojarzenia muzyki filmowej, a także nieco Sigur Rós (nie ma mowy o kopiowaniu, raczej podobnej wrażliwości). Ciężko powiedzieć, że jest to utwór wesoły, ale na pewno jest to próba rozjaśnienia ciemności. Pierwsze dźwięki „Delay” sugerują, że będzie chwila wytchnienia, ale szybko okazuje się, że to nieprawda - jest to jeden z bardziej przejmujących kawałków. Gitary i wokal, nagle ożywiają się i napełniają niepokojem, powodując, że mam ochotę rzucić wszystko i biec. Świetna perskusja te wrażenie podsyca.

„Playground” zaczyna się od rytmicznego bębnienia, do którego dołączają kolejne dźwięki i wtedy, przez chwilę, muzyka kojarzy mi się z projektem IAMX. Utwór jest intensywny, podtrzymywany przez kapitalną perkusję, ubarwiany klawiszami Wojtka Deutschmanna. Gitary są bardziej alternatywne niż post-rockowe, a wokal przepełniony energią. W drugiej połowie utworu następuje świetny wyciszający mostek, z subtelną gitarą i klimatycznym tłem.

„Raidrops” jest najdłuższe na płycie (osiem i pół minuty). Zespół mógł pozwolić sobie na ponad dwuminutowy wstęp oparty o klawisze (tym razem zagrał na nich Bartek Bąk), gitary i perkusję, instrumentalne przejścia wewnątrz utworu, a jeszcze oddać Radkowi dużo pola na śpiew. I to jaki śpiew! To co wyczynia ten człowiek po piątej minucie wywołuje ciarki. Na koniec albumu trafiło „Autumn Outside My Window”, które wita nas nastrojowymi klawiszami Bartka Bąka i stopniowo rozkręca się dzięki perkusji, a następnie zgrzytom gitar. Idealny utwór na zakończenie.

Największe moje zastrzeżenie to „Angel”, które znamy z singla. Jest to dobry kawałek, powinien się znaleźć na jakimś krążku, ale nie bardzo wpasowuje się w klimat „Night In Digital Metropolis”. Są oczywiście również mniej powalające fragmenty płyty, ale żadnego nie uznałbym za słaby. To bardzo udany album. Po prostu niektóre kawałki brzmią świetnie jako odrębne twory (są bardziej chwytliwe), a niektóre brzmią dobrze, gdy słucha się całości materiału.

Za pomocą „Night In Digital Metropolis” (oficjalna premiera jeszcze nie nastąpiła - póki co, można odsłuchać w sieci) poznaniacy udowodnili, że grają w pierwszej lidze polskiej sceny „klimatycznego rocka”. Oczywiście rozpatruje to pod względem wartości muzyki, bo z popularnością dopiero zobaczymy (jak wiadomo jest to bardzo kapryśna, często niezrozumiała kwestia). Fantastyczny debiut i jedna z najlepszych polskich płyt tego roku. Bez wątpienia wiele wieczorów i nocy w „moim” cyfrowym Gdańsku spędze słuchając tego krążka. 9/10 [Michał Nowakowski]

8 listopada 2010


D4D Who's Afraid Of?, [2010] Mystic || Bez wątpienia nie obawiają się ich muzycy D4D (bo tak należy określać teraz trójmiejską formację Dick4Dick). Nie obawiają się też eksperymentowania i samplowania - nagrali oni bowiem krążek rojący się od dyskotekowych beatów i sampli ze starych polskich winyli. Album nazywa się "Who's Afraid Of?", jest jednym z lepszych polskich albumów tego roku, który mimo wykorzystania zakurzonych dźwięków jest nowoczesny i świeży.

Mamy do czynienia z jakąś pokręconą, ale porywającą alternatywną dyskoteką. Od samego początku formacja udowadnia, że ma ciekawe pomysły nie tylko na beaty, ale także na wokale. Chociaż zdarza się im ocierać o kicz, to słychać, że wszystko jest skomponowane świadomie i wpasowane w muzykę. Utwory nie są zbyt różnorodne, ale mimo tego album jest udany. Na pewno jest specyficzny - wielu osobom się spodoba, wielu nie. Zwolennicy bardziej klasycznych form "Who's Afraid Of?" mogą sobie od razu odpuścić, a reszcie sugeruje dać płycie szansę. Może się opłacić. Ciekawostką albumu są kobiety. Poza tą z okładki (fotografia ma nawet swoją anegdotkę), na albumie zostały rozsiane najróżniejsze głosy kobiece (jęki, okrzyki, pomruki), a pośród nich również głos Gaby Kulki.

Potańcówka rozpoczyna się stosunkowo nieśmiało, od "Smells Like A Young God", które najmniej odbiega od wcześniejszych dokonań Dick4Dick. To przede wszystkim basowe dźwięki, perkusja i stukający beat. "Smells Like A Young God" dałoby się jeszcze wcisnąć na "Grey Album" w przeciwieństwie do reszty płyty. "Now We're Young" zaczyna się spokojnie, od dźwięków fortepianu. Szybko dołączają szalone, imprezowe beaty, ciężkie basy, a także miksowany wokal wychwalający młodość i życie w przyjemności. W połowie kompozycji eksploduje jeszcze więcej toksycznych dźwięków, po których pojawia się moment bardziej refleksyjny. Muzyka nadal jest szalona, ale zmniejsza się zagęszczenie elementów, a tło robi się bardziej przestrzenne. Znów słychać fortepian, który - chociaż przykrywany przez wariactwo - pobrzmiewa w tle, nadając wszystkiemu drugiego dna. Jakiejś smutnej myśli, której nie stłumi nawet taki przesyt dźwięków.

Skoro już jesteśmy przy muzycznym przepychu, w trzyminutowym "Love Is Dangerous" dzieje się naprawdę wiele. Jest to utwór bez dwóch zdań zabawowy. Wątpliwości z poprzednich utworów znikają, ustępując kilku warstwom szalonych, dynamicznych dźwięków - mocno przerobionemu wokalowi, głosom Kasi Wołowskiej i Oli Trościankowskiej, sekcji dętej, klawiszom, basom, bongosom, a nawet piłeczkom pingpongowym. Jest to wyjątkowo jaskrawy utwór, przerywany raz na jakiś czas mniej natarczywymi momentami, jak chociażby świetny fragment zagrany na saksofonie przez Tomasza Dudę (Baaby, Pink Freud). Dodało to jazzowego smaczku i kojącego kontrastu.


"Hello, My Name Is Jerk", to jeden ze słabszych etapów płyty. Fajnie, że jest wyciszenie po "Love Is Dangerous", rozumiem założenie, ale niekoniecznie wyszło intrygująco. Nie jest tragicznie, ale nie jest dobrze. Najlepszy elementy piosenki do instrumenty smyczkowe Księżniczek (o których w dalszej części recenzji) i chórki Małgorzaty Szmudy. Może gdyby przecięli utwór w połowie i z drugiej części zrobili przerywnik, to by wypaliło, ale jako kilkuminutowa kompozycja sprawdza się średnio. Dalej jest "Call Up Your Mamma", które wita nas niezłymi hiphopowymi rytmami, zadziornymi tekstami o życiu na Facebooku i głosem Marsiji z Loco Star. W środku utworu zostajemy wciągnięci w elektroniczny zgiełk, który aż nadto wystarcza by przeprosić za przeciętność poprzednika. Na wstępie "Don't Park In The Dark" słychać patefon i akordeon (gościnnie Piotr Frąś, brat Jacka z ekipy D4D), ale nie dajcie się zwieść pozorom, ciąg dalszy imprezy za moment. O, już - słyszycie te basy, skoczne beaty, wirujące dźwięki? Mi się najbardziej podoba kontrast z bardzo spokojnym wokalem, który słyszymy w zwrotkach.

Przed końcem krążka jeszcze znajdują się perełki. Najpierw najlepszy na płycie, "Your Sweet Feet", poruszający kwestię jednego z popularniejszych wśród mężczyzn fetyszów - tego na punkcie damskich stóp. Od pierwszych chwil utwór wyróżnia kapitalnym zmiksowanym okrzykiem "wow!", który wyrywa się z gardła Gaby Kulki, toksycznymi beatami, basami i świetnym wokalem. Już pierwsze "I want to undress you!" robi wrażenie (szczególnie przerywający efekt pod koniec linijki), a dalej poziom jest pielęgnowany przez powracające "wow!", świetny podkład, chaotyczną perskusję i sporadycznie pojawiające się krótkie múmowe dźwięki. "Communication, My Girl!" kontynuuje tematy cielesno-kobiece, ale już nie powala tak, jak poprzednia kompozycja. Tym razem usłyszymy powolne syntezatorowe plamy i spokojne dźwięki. Utwór jest dobry, ale bez szaleństw. Trochę mi się podoba (chórki), trochę irytuje (wokal), a czegoś zabrakło.


W przedostatnim kawałku, "Dracula Is Bleeding" zespół wystrzelił jeszcze jedną rakietę. Poza toksycznymi beatami, potężnymi i porywającymi basami, usłyszymy także skrzypce (Julia Ziętek), a także wiolonczele (Edyta Czerniewicz i Karolina Rec). Wszystkie trzy panie można usłyszeć także w Cieślak i Księżniczki, pobocznym projekcie Macieja Cieślaka ze Ścianki. Ich porywająca i przyjemnie jadowita gra dodaje (i tak już obfitego) kolorytu tej płycie.

Na zakończenie otrzymujemy "Szelak" - utwór, który kojarzy mi się z humorem mojego ulubionego komika, Tima Minchina. Na końcu występu zapowiadając specjalną piosenkę (mroczniejszą i mniej głupkowatą) mówi, że zależy mu by ludzie wychodzili z jego show, nie tylko rozbawieni, ale także myśląc "Ten człowiek jest naprawdę głęboki". "Szelak" to bardzo udany instrumentalny utwór, nie zrozumcie mnie źle, usłyszymy w nim zarówno przejmujące smyki Księżniczek, saksofon Tomasza Dudy, jak i podkreślającą klimat elektronikę. To bardzo ważny element płyty. Mam na myśli coś pozytywnego, mam bowiem wrażenie, że ten (zupełnie odstający) utwór jest właśnie takim żartem czy ciekawostką. Niemalże widzę chłopaków z D4D mówiących: wrzućmy taki utwór by wiedzieli, że jesteśmy też głębocy! Wrażliwi muzycznie. A są. 7/10 [Michał Nowakowski]

5 listopada 2010


COMBICHRIST Making Monsters, [2010] Out of Line || „Making Monsters” to najwyższy szczyt, na który wdrapała się norweska ekipa dowodzona przez Andy'ego LaPlegua. W pewnym sensie jest to wręcz ich debiut. Oczywiście, jako Combichrist wydali wcześniej cztery albumy, znam je, lubię (jeden nawet posiadam w wersji z zapachem), ale dopiero teraz ten aggrotechowy projekt nagrał krążek, za który powinien zostać zapamiętany. Pierwszy, który mogę słuchać w całości, od początku do końca.

Muzycznie jest znacznie szerzej, utwory są świetnie skonstruowane, porywające i - przede wszystkim - układają się w dźwiękowe opowieści, a nie są jedynie zbiorami dźwięków i udanych momentów. Kiedy chcesz śpiewać o przemienianiu ludzi w potwory, dobrze jest by w muzyce było słychać zarówno pierwiastek mechaniczny, potworny, jak i ten reprezentujący ludzkość. Bezdusznej ciemności na albumach Combichrist od początku nie brakowało, natomiast homo sapiens był dotąd silnie kamuflowany. Na „Making Monsters” ujawnia się w postaci głosu Andy'ego, z którego, w wielu momentach, ściągnięto filtry i efekty, zbliżając do naturalności. W dodatku sięga on po sposoby śpiewania, których wcześniej unikał („Through These Eyes Of Pain”). Odsłania to oczywiście niektóre braki wokalne (choć paradoksalnie dopiero teraz kupuję jego starania), ale wzamian oferuje unikalność jego strun głosowych. Wokal staje się bardziej ludzki.

Zespół gra tzw. aggrotech. Jest to pochodna electro-industrialnych brzmień, które pod wpływem hardcore techno ewoluowały w nowy gatunek. Podkład elektroniczny na „Making Monsters” jest świetny, ale to żadna nowość - Combichrist przyzwyczaili nas do tego. Słychać specyficzne dla zespołu beaty, łączące taneczność z agresją, ale tym razem wszystko zabrnęło bliżej toksycznych dyskotek à la The Prodigy (tyle, że w znacznie ciemniejszej i silniejszej formie).

Przykładami materiału na dyskotekę rivetheadów są „They”, „Fuckmachine” czy „MonsterMurderKill”. O ile w pierwszych dwóch usłyszymy przerobiony głos Andy'ego, o tyle trzeci z nich jest zbudowany jedynie na toksycznych beatach i komputerowym głosie powtarzającym wciąż i wciąż „We're making monsters/ Inject adrenalin/ Fuel up with gasoline/ Murder kill/ Monster kill”. Jest to jedyny komputerowy głos, jaki zmusił mnie do nucenia. „They”, z kolei, to naprawdę udana walka ludzkiego głosu z jego komputerową modyfikacją, beatów masywnych z tanecznymi. Mistrzowski jest cyber-odjazd, który usłyszymy chwilę za półmetkiem utworu. Naprawdę niełatwo byłoby znaleźć się jeszcze bliżej dyskotekowego techno (ocierającego się o psytrance), jednocześnie pozostając w industrialnym świecie. Z najbardziej dyskotekowych pozostało jeszcze „Fuckmachine” - pięciominutowy monolog pana LaPlegua, w którym wyraża swoje odczucia związane z jakąś kobietą. Ta dziołcha okazuje się być jego seks-zabawką, jego zabawką do pieprzenia, dostawać, to na co zasługuje, a także być piękną. A przy tym inspiracją do niezłych beatów.

Majstersztykiem na krążku jest „Never Surrender”, które dla fanów industrialnych i cybergotyckich klimatów może stać się tym, czym V symfonia Beethovena dla miłośników muzyki klasycznej. Utwór rozpoczyna się od „odkurzacza”, klasycznego silnie zniekształconego basu i już do końca utworu królują właśnie te niskie dźwięki. Rytmiczne, choć ciężkie - wprawiają moje ciało w ruchy, które (gdybym potrafił to robić) można by nazwać tańcem. Zadziorne liryki, uzewnętrzniane na zmianę melodeklamacją i wrzaskami Andy'ego. Kolejne etapy kompozycji są przemyślane, wprowadzone świadomie i uważnie pilnują abyśmy się przypadkiem nie nudzili. Nie usłyszymy niczego innowacyjnego, ale za to fenomenalnie wykonaną klasykę. Do ostrzejszych kawałków należy również „Follow The Trail Of Blood” brzmiące jak połączenie Combichrist z Aesthetic Perfection. W utworze gościnnie pokrzyczał Brendan Schiepatti z metalowej formacji Bleeding Through.

Wspomianą naturalność wokalu mniej słychać (choć nieco też) w mocniejszych kompozycjach, jak choćby „Never Surrender”, ale w innych tak, a najsilniej w „Through These Eyes Of Pain”. Utwór zdaje się być bardziej intymny, najbardziej balladowy z tego, co dotąd się znalazło na krążkach Combichrist. Kojarzy mi się to z aggrotechowym odpowiednikiem jazzu. Nie jest to jednak pierwszy przypadek, gdy Andy'ego głos jest goły. Taka nagość już się zdarzyła, przykładowo w tytułowym utworze z poprzedniego krążka, „Today We Are All Demons” (najlepszego na płycie, jak dla mnie).

Album został ujęty w klamrę poprzez „Declamation” i „Reclamation”. Pierwszy z nich jest intensywnym i pełnym napięcia wstępem, natomiast drugi utworem, który ostrożnie, ale skutecznie buduje ponury, przejmujący klimat. Wrażenie robi przestrzenne, nieco epickie tło (kojarzy mi się z soundtrackiem którejś z częsci „Terminatora”), a także chrypiące i drżące słowa. Trzeba przyznać, że Andy jest świetny w tworzeniu takich aggro-dramatów, a dowodem niech będzie wspomiane „Today We Are All Demons”. Z tym świetnym krążkiem żegnamy się w akompaniamencie industrialnych zgrzytów i basów, które już wcześniej słyszeliśmy we wstępie. 8/10 [Michał Nowakowski]

4 listopada 2010


SORRY BOYS Hard Working Classes, [2010] Mystic || Wyjątkowo wyczekiwałem tego krążka. Z utworów już znanych znajdziemy jedynie „Chance”, natomiast wśród świeżych znajdziemy kompozycje bardzo różne - od bliższych temu, co dotąd usłyszeliśmy („Hard Working Classes”, „Cancer Sign Love”), przez trącący ponurym Dzikim Zachodem „Trains Go Everywhere”, egzotycznych eksperymentów („Roe Deer At A Rodeo”, „Caesar On Fire”), aż po rock'n'rollowy „Salty River” czy swobodne „Give Me Back My Money” brzmiące nieco jak rockowy odpowiednik Pati Yang z krążka „Faith, Hope & Fury”.

Zespół oferuje nam ten sam (znany z utworów przed debiutem) styl, jedynie głębszy, bardziej intensywny i eksplorowany na różne sposoby. Łącznikiem jest niezwykły głos Izy Komoszyńskiej, która nie tylko po raz kolejny udowodniła, że potrafi wprowadzać w trans, ale także bawić się głosem, modulując go i dostosowując do zmieniających się emocji kolejnych krążków. To cecha, której brakuje wielu polskim (również i tym dobrym) projektom, których wokale często zdają się w ogóle nie reagować na tekst i zmiany muzyki. À propos samej muzyki, sekcje instrumentów oferują słuchaczom ciekawe, oryginalne i naprawdę magiczne brzmienia konkurując z głosem Izy (co nie należy do łatwych wyzwań). Muzycy wciąż czarują, zmieniają klimat i ubarwiają wszystko intrygującymi dźwiękami, a do tego te etniczne instrumenty.

No właśnie, poza elektrykami Tomasza Dąbrowskiego i Piotra Blaka, basem Jacka Perkowskiego, usłyszymy także klawisze Izy, saksofon Mariusza Godziny, a nawet bardziej nietypowe, etniczne instrumenty, jak sitar i dilruba ożywione przez Tomasza Osieckiego. Mamy więc różne instrumenty, razem tworzące szeroki koloryt dźwięków - od typowo rockowych, przez jazzowe, aż po egzotyczne.

Już pierwszy na płycie, utwór tytułowy, pokazuje klasę tego wydawnictwa. Wstęp oparty o prosty, powtarzany riff gitary wokół którego krąży płacz tzw. lap guitar (znanej m.in. z muzyki country czy występów Kaki King gitary trzymanej na kolanach muzyka), a także głęboki wokal i ulotne chórki. Klimat jest intensywny i wyjątkowo gęsty, a zarówno wokal, jak i muzyka zmieniają się kilkakrotnie - raz słyszymy przytłączające dźwięki, momentami przejmującą walkę o coś, aż w końcu chwilę wytchnienia ubarwioną ciepłymi klawiszami.


Utwór drugi to zupełna zmiana. „Salty River” jest zadziorne, rock'n'rollowe. Wokalistka wysuwa pazury (brzmi to fantastycznie!), gitary nieco przyspieszają (jednak zachowując przy tym specyficzną dla Sorry Boys głębie, stawianą wyżej niż przebojowość), a w tle rozbrzmiewają egzotyczne pętle elektroniczne. „Trains Go Everywhere” to z kolei nawiązanie do westernowych klimatów. Sposób śpiewania, obecność harmonijki, a także muzyka zahaczają nieco o rozjaśnione klimaty Woven Hand. Iza wyśmienicie sprawdza się w roli żeńskiej wersji Davida Eugene Edwardsa.

Rozpoczęcie „I Feel Life” przywołało we mnie skojarzenie z Gotan Project, później do skojarzeń dołączyła (nie jedyny raz na krążku) Pati Yang, ale kiedy Iza się rozkręciła, a w tle zaczął ujadać saksofon poczułem, że wszystko to razem w połączeniu ze stylem Sorry Boys ewoluowało w coś niezwykłego. Jest to nie tylko jeden z lepszych utworów, z płyty, ale także jeden z lepszych utworów, jakie ostatnio usłyszałem. Będzie chodził za mną długo.

Najbardziej egzotycznym kawałkiem na krążku jest „Roe Deer At A Rodeo”. Jest on spokojną, chociaż barwną i wciągającą kompozycją zarówno muzycznie, jak i tekstem przywołującą wizję lasu. Jak dla mnie to drewniany rock, leśny jazz. Uroku utworowi dodał etniczny instrument zwany dilrubą, który możemy w tle usłyszeć.

Właściwa premiera krążka odbędzie się 8 listopada, ale przedpremierowo można (przynajmniej w momencie, gdy to piszę) go odsłuchać na oficjalnym profilu MySpace zespołu. „Hard Working Classes”, to nie album, który z powodzeniem naśladuje zagraniczne trendy, to album, który swoim oryginalnym stylem wydeptuje własną ściężkę. Mam nadzieje, że wydawca zespołu, Mystic Production (podobnie, jak w przypadku Comy) podejmie starania mianowania Sorry Boys jednym z polskich towarów eksportowych. Mogą oni bowiem śmiało zagrać na jednej scenie z najlepszymi zagranicznymi wykonawcami. 9/10 [Michał Nowakowski]

21 października 2010


MUDVAYNE L.D. 50, [2000] Epic || „L.D. 50” jest jednym z najlepszych albumów z pod znaku nu metalowych szaleństw, jakie powstały. Chociaż ogólna tendencja zespołu Mudvayne jest raczej spadkowa, to zadebiutowali zjawiskowo, wznosząc nu metalowe wariactwo na imponujące wysokości. Jeżeli odrzuciło was od tej formacji po usłyszeniu na MTV utworu „Happy?” (jednego ze świeższych dokonań formacji), to nie skreślajcie ich jeszcze. Z kolei jeżeli „Happy?” was zachwyciło, jest szansa, że „L.D. 50” to nie wasza bajka. W obu wariantach nie zaszkodzi jednak spróbować.

Rozpiętość brzmień na „L.D. 50” jest całkiem duża - od elektronicznych dodatków, po mocne, szalone gitary, od naprawdę imponującego nu metalowego wrzasku po melodyjne śpiewanie (możliwości głosu wokalisty, Chada Graya, są naprawdę nieprzeciętne), od bardzo brutalnych kompozycji („Dig”) po zawierające subtelniejsze elementy („Nothing to Gein”). Znajdziemy nawet rapowany fragment, który pojawia się w utworze „Under My Skin”, w którym słychać wpływy Shawna Crahana, jednego z producentów albumu, a zarazem perkusisty Slipknota. Całość została przedstawiona w zimnej, technicznej formie, przez którą przedziera się głos Chada. Reprezentuje on frustrację, złamane marzenia ludzkości i jest jedynym ludzkim elementem na krążku. Sam zespół określał to brzmienie terminem „math metal” (matematyczny metal).

To za co przede wszystkim uwielbiam ten krążek to naturalność z jaką zespół manewruje pomiędzy subtelnością a brutalnością. Na „L.D. 50” nie mamy klarownego podziału na ballady i ostre utwory. Trudno określić to nawet przeplataniem, wszystko po prostu płynnie, niezauważenie i naturalnie w siebie przechodzi. Nie mamy do czynienia, jak w przypadku powiedzmy screamo, z nałożeniem dwóch wokalów - wrzasku i delikatnego - i bazowaniem na nietypowym kontraście, jaki wtedy jest osiągany. Mamy za to do czynienia z monologami wokalisty, którego stan bardzo gwałtownie się zmienia. Przejścia są chaotyczne, częste, nagłe, a kiedy się na tym nie zastanawiamy wręcz nieuchwytne.


Album porusza bardzo popularne wśród nu metalowych twórców zagadnienia - szczęscia i smutku, śmierci, próby rozszyfrowania otaczającego świata na swój sposób, bez przyjmowania wszystkiego, co się słyszy. Na tym polu Mudvayne nie wprowadza nic poza autentycznością muzyczną i moźe tą całą medyczno-społeczną otoczką. Sam tytuł nawiązuje do używanego w toksykologii terminu LD 50 (skrót od Lethal Dose, 50%), który oznacza dawkę toksyn, podawanej w miligramach na kilogram masy ciała, potrzebną by uśmiercić 50% badanej populacji. LD 50 arszeniku wynosi przykładowo 20 mg/kg. Nawiązań do medyczno-laboratoryjno-naukowych motywów jest więcej. Na okładce widzimy modele cząsteczek na tle jakiegoś ciała. Tytuł intro nawiązuje do filmu science-fiction „2001: Odyseja kosmiczna” Stanleya Kubricka, a także zawiera sample „Hallucinogens & Culture” (Halucynogeny i kultura) - mowy jaką w 1988 roku wygłosił pisarz, filozof i etnobotanik Terence McKenna. Dodatkowo, kawałki są naszpikowane elektronicznymi wstawkami, a wśród utworów znajdziemy zimne, techniczne przerywniki („Golden Ratio”, „Mutatis Mutandis”, „Recombinant Resurgence”), intro („Monolith”) i outro („Lethal Dosage”).


Gdybym miał wskazać dobre kawałki, wskazałbym całą płytę - dlatego wyróżnię te najlepsze. Utwór „Dig” za szalone szarpnięcia basisty Ryana Martinie świetnie kontrastujące z mocną perkusją, gitarą i wrzaskiem Chada. „Internal Primates Forever” za riffy Grega Tribbetta, które porywają moje raczej sztywne ciało, kilkakrotną zmianę tempa i jeden z bardziej rozpaczliwych wrzasków, jakie słyszałem w muzyce. „Prod” za perkusję Matthew McDonougha, która kojarzy mi się z bezdusznym (w przypadku technicznej muzyki to nie wada) nawiązaniem do bębnienia Danny'ego z Toola, za przeplatanie ciszy i hałasu, a także za przejmujące wrzaski Chada. „Under My Skin” za odstające brzmienie, nawiązujące do klimatów w stylu Slipknota, ale w sposób znacznie mniej plastikowy, a także rapowany fragment, który stopniowo przechodzi w krzyk.

Wiele osób na pewno dorzuciłoby także wpadające w ucho „Death Blooms”, w którym króluje bas Ryana, najdelikatniejsze „Nothing to Gein” czy dzikie „Cradle”. Są to również bardzo dobre utwory, po prostu wyróżniłem te, które pisząc recenzję wydawały mi się szczególnie porywające. „L.D. 50” to bardzo udany i wyrównany album, który bez wątpienia umieściłbym w dziesiątce najlepszych wydawnictw nu metalowych. Szkoda, że później zespół zamienił swój styl na czarno-smutne uśrednione granie. Niektóre z ich późniejszych dokonań również są warte polecenia, ale zdecydowanie wyżej debiutu, jak dotąd się nie wspięli. 9/10 [Michał Nowakowski]

19 października 2010


INDIGO TREE leavingtimebehind, [2010] Antena Krzyku || Indigo Tree to projekt niezwykły. Duet udowodnił to w 2009 roku debiutanckim albumem "Lullabies of Love and Death" i potwierdził wydanym rok później "Blanik". Pomimo tak krótkiego odstępu osiągnęli oryginalny i klimatyczny efekt, w stylistyce, której polskiej muzyce zdecydowanie brakowało (i wciąż brakuje, jeden projekt tej luki nie zapełni). W tym tekście zajmę się jednak nie płytami długogrającymi, a mostem je łączącym - udostępnioną za darmo EP-ką "leavingtimebehind".

Znalazło się na niej pięć utworów - dwa świeże i trzy przeróbki pochodzących z "Lullabies of Love and Death" kompozycji. Całość jest dobrym łącznikiem pomiędzy akustycznym brzmieniem debiutu a intensywnymi gitarami drugiego. Muzyka jest ponura, klimatyczna i smutna, ale smutna tak nie do końca. Słychać w tym wszystkim jakieś przebijające się, ciężkie do określenia, pozytywne coś. Takie ciepło.

Najpierw słyszymy utwór tytułowy (jedyny który odnajdziemy także na "Blanik") - rozpoczęty od prostej, nieagresywnej, ale intensywnej gitary. W utworze „leavingtimebehind” od razu wyłapujemy charakterystyczne cechy duetu, tylko ukazane z innej strony. Podczas innej pogody muzycznej. Niby kompozycja nie jest ani zbyt skomplikowana, ani specjalnie innowacyjna, ale Zawada i Lety dysponują czymś zupełnie innym - wyczuciem. Umiejętnością intuicyjnego dobierania dźwięków tak, by zbudować atmosferę i nadać wszystkiemu emocjonalny ładunek. Nie żebym twierdził, że duet jest słaby instrumentalnie, bo choć nie są to wirtuozi, dobrze wiedzą, jak obchodzić się z instrumentami. Po prostu w ich przypadku umiejętność tworzenia całości jest istotniejsza.

Środek EP-ki to trzy remiksy utworów z pierwszej płyty - „carwheel", „swell" i „nightwaves". Pierwszy i ostatni zmajstrował Etamski, a drugi Igor Boxx (połowa duetu Skalpel). Remiksy Etamskiego to propozycje, w ciekawy sposób ingerujące w opowieść z oryginałów. Relaksujące dęciaki z „Nightwaves” muszą się teraz przebijać przez bardziej ponury klimat (szumy, delikatne trzaski, przytłumione dźwięki). Z kolei „swell” w wersji Boxxa to, przede wszystkim, zabawa rytmiką i pulsem muzyki. Ciekawsze wydają mi się przeróbki Etamskiego, chociaż transowe rozwiązania Boxxa również słucham z przyjemnością.

Na zakończenie zaserwowano kompozycję „adventure01", której nie omijam nigdy. W niej wokalu nie uświadczymy, jest to raczej (zresztą jak wskazuje tytuł) przygoda nr 1 - jedna z wielu bezimiennych opowieści muzycznych, które można nagrać, dając ogromną swobodę interpretacji. Pisząc to (i słuchając „adventure01” na słuchawkach) leże w łóżku szpitalnym. W tej syuacji utwór opowiada mi o inspirujących nocach, kiedy zamiast grzać się w domu robiłem coś innego. Kiedy szukałem zaginionego kota manewrując w krzakach by nie wpaść na żadnego z rozwścieczonych dzików, gdy prowadziłem sesję fabularek na tarasie domku wczasowego, a pomiędzy drzewami latały nietoperze czy kiedy pływałem z przyjaciółmi nago w morzu. Właśnie takie myśli wywołuje we mnie zakończenie tej EP-ki. No wiecie, sytuacje, w których czułem się zainspirowany, wolny, a życie schodziło na szalone tory. Swoją drogą, mogłoby być ciekawie gdyby któryś z kolejnych albumów Indigo Tree zawierał jedynie takie „adventure” od 01 do 10. 8/10 [Michał Nowakowski]

13 października 2010


CALLISTO True Nature Unfolds, [2004] Fullsteam || „True Nature Unfolds” to naprawdę udany post-metalowy album fińskiej formacji Callisto. Ich debiut. Usłyszymy na nim nie tylko porządne growle, klimatyczne riffy i uderzenia perkusji, ale także mniej oczywiste instrumenty, jak wiolonczela czy saksofon.

Muzyka jest raczej wolna, melodyjna, ale przy tym wyjątkowo gęsta. Podczas, gdy w rocku instrumenty i wokale, każde z osobna, starają się ściągać na siebie uwagę, o tyle w tzw. atmospheric sludge metalu (zamiennie stosowana nazwa post-metalu) chodzi bardziej o całość. Tworzenie post-metalu jest bardziej nastawione na wywołanie określonych stanów, wprowadzenie w trans, formowanie z muzyki wzniesień i dolin, przypływów i odpływów. Muzyka jest wtedy zmienną masą, morzem dźwięków.

To niesamowite, ale gatunek ten, pomimo obecności mocnych gitar czy growlu, potrafi wprowadzić w refleksyjny stan, podobnie, jak choćby muzyka ambientowa. „True Nature Unfolds” jest tego idealnym przykładem. Poza wstępniakiem, utwory są całkiem długie (od pięciu do przeszło dziewięciu minut), a podczas ich słuchania wielokrotnie odrywałem się od rzeczywistości. Cała ta muzyczna podróż rozpoczyna się od trwającego przeszło minutę „31 46°N, 35 14°E”. Są to współrzędne geograficzne Golgoty, wzgórza nieopodal Jerozolimy. Miejsca, w którym wg ewangelistów Jezus został ukrzyżowany. Nawiązanie nie zaskakuje, jeżeli wie się iż Callisto jest z Chrześcijaństwem powiązane.

Album „True Nature Unfolds” utrzymuje raczej stały poziom. Jest to muzyczna bitwa chaosu ze spokojem, ciemności z jasnością. Z jednej strony mocne, masywne gitary i wrzaski, a z drugiej pojawiające się sporadycznie, żeńskie głosy, nagłe spowolnienia czy obecność wiolonczeli („Limb: Diasporas”) i saksofonu („Cold Stare”). Trzeba przyznać, że instrumenty te sprawdziły się znakomicie jako przeciwwaga dla metalowego brzmienia, nadając muzyce prześwity cieplejszego klimatu. W „Limb: Diasporas” wiolonczela pełni funkcję bardziej dodatku, ale saksofon w „Cold Stare” pociąga ze sobą chwilową zmianę klimatu, zmieniając środek utworu w niemal jazzowe brzmienia. Zupełnie jakby instrument ten symbolizował coś, jakby w tym momencie jasność miała coś do przekazania. Przynajmniej do czasu nagłego wrzasku.


Najdłuższym utworem jest „Storm”, w którym gościnnie zaśpiewała Kim Mäenpää. Jej głos brzmi bardzo ciekawie na tle spokojniejszego wstępu, który stopniowo się nasila aż w końcu niemal ją zagłusza. To bardzo ciekawy zabieg, zupełnie jakby właśnie kończył się spokój przed burzą (ach ta sugestia tytułu), a rolę piorunów przejęły gitary Juho Niemalä i Johannesa Nygărda, a także wrzaski wokalisty, Marcusa Myllykangasa. Najbliższe tradycyjnemu metalowi są „Masonic” i „Worlds Collide”, nie są to utwory beznadziejne, ale są najsłabsze.

Muzycy opanowali swoje instrumenty naprawdę nieprzeciętnie. Muzyka jest niebanalna, linie gitar przepełnione naprawdę wyrazistymi zagrywkami, a bębnienie Ariela Björklunda dźwięczne i wyjątkowo przestrzenne. Perkusji słuchałem ze szczególną przyjemnością - nie jest ona dopełnieniem, jest bardzo istotnym elementem. To ważne by świadomie dobierać dźwięki - szczególnie jeżeli chcesz zmienić niezgrany z natury metal w coś pięknego i poetyckiego. Na „True Nature Unfolds” ekipie z Callisto się to udało. 7/10 [Michał Nowakowski]

6 października 2010


HOW TO DESTROY ANGELS How to Destroy Angels, [2010] The Null Corporation || Otóż nie napiszę, że How to Destroy Angels, to Nine Inch Nails tylko z kobiecym wokalem. Nie ma mowy. Jasne, na EP-ce wspólnego projektu Trenta Reznora i jego żony Mariqueen Maandig czuć ogromny powiew (wręcz podmuch) dziewięciocalowych gwoździ. Jednak potraktowali to bardziej jako podstawę, na której chcieli zbudować świeże brzmienie.

Reznor nie zamierzał robić czegoś zupełnie innego, tylko odnaleźć jakąś nie wydeptaną ścieżkę w obrębie tej samej stylistyki. Przyznaję - jedynie częściowo mu się to udało. Materiał jest bliski NIN, chociaż zaczyna w nim buzować coś świeżego. Ta zawierająca sześć utworów EP-ka została wydana przez wytwórnię Trenta - The Null Corporation. Nad albumem czuwał także stały współpracownik Trenta, Atticus Ross.

Do albumu wprowadza utwór „The Space in Between”. Jest to monotonna, przestrzenna kompozycja - taki damski odpowiednik „Hurt”. O ile utwór rozpoczyna się bardzo rozwlekle, o tyle kończy się nagle, urywając się i rzucając wprost w plątaninę gitar i elektroniki wstępu utworu „Parasite”. Pośród ciężkich beatów, elektronicznych zgrzytów i rzężenia gitar w „Parasite” pojawia się mamrotanie Mariqueen i Reznora. Ten elektroniczno-gitarowy zgiełk przywodzi skojarzenia z „Year Zero” - najbardziej eksperymentalnym albumem Nine Inch Nails. Nucenie jest bardzo łagodne (nie licząc wysyczanego, co jakiś czas, tytułu utworu), co ciekawie kontrastuje z natarczywym podkładem.

„Fur Lined” od pierwszych dźwięków kojarzy się z typowymi dźwiękami NIN, jak choćby „Only”. Tym razem śpiew Mariqueen jest melodyjny, jeden z lepszych na płycie, a na jej głos nałożono efekt słuchawki telefonicznej. I znowu, utwór gwałtownie się urywa i rozpoczyna się kolejny. Wyrazista elektronika jest bardziej zadziorna niż ponura, a powtarzane przez Mariqueen „Listen to the sound of my big black boots” dodaje temu wszystkiemu żartobliwego, pozytywnego podźwięku. Bardzo podoba mi się ten utwór, zdecydowanie odbiega od reszty. Słuchając tego wciąż mam wrażenie, że poza pierwszym wyraźnym „boots” w reszcie jest „boobs”. Ostatnie słowo jest na różne sposoby zniekształcane czy zakrywane nagłym zgrzytaniem, a w dodatku tytuł „BBB” nie rozwiewa wątpliwości. A może to po prostu niegrzeczne myśli spowodowane ciemną skórą Mariqueen i sesją, jaką odbyła dla Playboya?


„The Believers” to eksperymentów ciąg dalszy. Utwór trwa ponad pięć minut, a wokal wchodzi dopiero po dwóch i pół minuty egzotycznych brzdęków, elektronicznych pętli, trzasków, basów i pisków. Utwór brzmi nieco jakby, wychowane w kulturze muzyki elektronicznej, duchy próbowały kontaktować się z żyjącymi. Przemawiają one w końcu poprzez usta Mariqueen - przeciągając kolejne linijki przyciszonym, chłodnym głosem. EP-kę zamyka „A Drowning” - utwór nieco zbliżony do rozpoczynającej kompozycje (czyżby celowo?). Tym razem podkład jest spokojniejszy, mniej natarczywy, a śpiew chyba najbardziej tradycyjny z całego albumu. Tu Mariqueen sprawdziła się najlepiej - dziesiątki razy nuciłem w autobusie fragmenty tego kawałka.

To niezwykłe, jak sprawnie udało się Reznorowi coś zatuszować. Cała ta pieczołowicie zmajstrowana elektronika, najróżniejsze trzaski, szumy, piski, efekty nałożone na głos - wszystko, to stanowi kryjówkę dla przeciętności wokalu Mariqueen. Te zabiegi i ogromne doświadczenie Trenta powodują, że jego filipińska ukochana wypada całkiem przyzwoicie. Rozczarowujące jest to, że muzyk nie starał się stworzyć kompozycji, które powstałyby z obcowania stylu śpiewania Mariqueen z elektroniką, która brzęczała mu w głowie. Po prostu usunął się w tył, a swoją filipińską żonę wpakował prosto w swoje... wielkie czarne buty.

Trent maczał palce nieco poza NIN (choćby przy początkach Marilyna Mansona), ale ogólnie większość kariery pracował przy jednym projekcie. Myślę, że potrzebuje czasu by odnaleźć w sobie nowe pokłady dźwięków. Debiut How to Destroy Angels jest przyzwoity, z przyjemnością będę do EP-ki wracał, ale materiał nie powala na kolana. Oby pełny krążek przyniósł więcej rewelacji. Życzę tego im, a także sobie, bo potencjał muzyczny to małżeństwo ma z pewnością. 7/10 [Michał Nowakowski]

4 października 2010


MUSHROOMHEAD Beautiful Stories for Ugly Children, [2010] Megaforce || Mushroomhead to grupa zamaskowanych facetów grających alternatywny metal (nie, nie zerżneli od Slipknota - Grzybogłowi debiutowali cztery lata wcześniej). Chociaż na poszczególnych płytach balans pomiędzy „alternatywą” a „metalem” był zmienny, raczej zawsze pozostawali bliżej tego drugiego. Na „Beautiful Stories for Ugly Children” ich muzyka przechyliła się w kierunku metalu tak silnie, jak nigdy dotąd.

Podczas, gdy zespół, z którym są najczęściej zestawiani (wspomniany wcześniej Slipknot) poszedł raczej w kierunku melodyjnych, wpadających w ucho krzyko-przyśpiewek, ekipa z Cleveland zabrnęli jeszcze głębiej brud, rdzę, porośnięte grzybami gitary i chaos. Spokojnie, Mushroomhead nie zrezygnowali jednak ze swojej natury - Shmotz wciąż naciska klawisze, a ST1TCH sampluje, serwuje elektronikę i grzebie przy gramofonowych płytach.

Tytuł wydawnictwa najprawdopodobniej nawiązuje do komiksu o tym samym tytule. Silne brzmienie nowego krążka zdaje się być odskocznią od poprzedniego albumu, „Savior Sorrow” z 2006 roku, który był ich małą przygodą z bardziej wypolerowanym metalem. To właśnie wtedy zastąpiono jednego z dwóch wokalistów, Jasona „J. Manna” Popsona (znanego ze specyficznego rapowania growlem) na Waylona Reavisa (jemu bliżej do cybergotyckich klimatów). „Beautiful Stories for Ugly Children” nie jest pozbawioną koncepcji siekanką. Przy kolejnych odsłuchach płyty z chaosu wyłania się bardzo przemyślana ścieżka muzyczna - ciężka, wymagająca, ale różnorodna. Wokalny prym na krążku wiedzie Nothing znany ze specyficznego głosu i przeciągliwego śpiewania.

Zespół od razu przechodzi do sedna. Wprowadzające „Come on” wita klimatycznym elektronicznym podkładem, którym się nie nacieszymy gdyż po chwili wdziera się w niego gitara, ciągnąć za sobą mechaniczny łomot. Ponad wręcz speed-metalową gitarą wokaliści wrzeszczą zadziornie „Come on, come on, do you really wanna fuck with me... tonight?!”, brzmiąc przy tym tak, jakby odpowiedź twierdząca nie była zbyt prawdopodobna. „Inspiration” rozpoczyna się od posępnych syntezatorów i kłujących elektronicznych dźwięków. Po krótkim wstępie dołącza nothingszczyzna, ale okrojona - stara się on brzmieć jakby mniej dziwacznie, a bardziej agresywnie (osobiście uwielbiałem właśnie tą dziwaczność). I tu pojawia się zagadka - growl, który do złudzenia przypomina J Manna. Jeżeli (tak jak napisano w rozpisce) jest to growl Waylona, to znaczy, że był on wcześniej ekstremalnie niedoceniony, jednak wciąż mam wątpliwości czy to przypadkiem nie jest stary, dobry krzykacz, który był 1/2 klimatu dawnego Mushroomheada.


Największym zaskoczeniem jest utwór „Harvest The Garden”. Już wstęp odbiega od pozostałych kompozycji - słyszymy pierwotne bębnienie, naszpikowane elektronicznymi wstawkami, w które stopniowo wleją się gitary, growle, by później znów przejść w bębnienie i skreczowanie. Ze spokojniejszych klimatów znajdziemy tylko garść utworów. „I'll Be Here”, zahacza nieco o brzmienie kawałków „Save Us” czy „Embrace the Ending” z poprzedniego albumu. Bardziej łagodny śpiew Waylona dominuje, sprowadzając klimat na bardziej emocjonalne, smutne tory. „Holes In The Void” to ponura opowieść Nothinga, jeden z lepszych kawałków na płycie. To dobrze, że poświęcono jego niezwykłemu głosowi kilka minut. Do spokojniejszych kompozycji należą także zakończenie „Do I Know You?” czy „The Feel” oparte o emocjonalny śpiew Waylona ubarwiony rozpaczliwym zawodzeniem Nothinga.

„Beautiful Stories for Ugly Children” plasuję ponad „Savior Sorrow”, jednak poniżej „XX” i „XIII”. Album stanowi coś nowego, może być słuchany niejednokrotnie, szczególnie, gdy przyjdzie ochota na potężne, agresywne brzmienia. Jednak w odróżnieniu od wyżej wspomnianych krążków z rzymskimi liczbami w tytule, wydane w 2010 roku dziecko Grzybogłowych nie stanie się ani przełomowe, ani kultowe. Udany album, warto przesłuchać, ale nie zechciałem stać się paskudnym bachorem. Zespół na pewno nie stoi w miejscu, obrał lepszy kierunek niż na poprzednim wydawnictwie, ale nie powala na kolana, aż tak jak wcześniej. 6/10 [Michał Nowakowski]

30 września 2010


THE ROOTS How I Got Over, [2010] Def Jam || The Roots spłodzili już godziny dobrej muzyki, jednak to "How I Got Over" jest perełką w ich dyskografii. Muzycznie jest mniej przebojowo, a bardziej klimatycznie. Ilość dźwięków została zmniejszona w stosunku do przykładowo „Rising Down”. Właściwie poza rapem i śpiewem krążek budują klawisze, bas i perkusja. Jeśli chodzi o teksty, ekipa z Filadelfii odpuściła sobie brodzenie w bagnach polityki i zajęli się wewnętrznymi rozterkami, z jakimi musi mierzyć się człowiek. "How I Got Over", to najwspanialsza rzecz, jaką - jak dotąd - zaoferował nam hip-hop.

Na krążku pojawiło się także kilku ciekawych muzyków ze sceny muzyki indie, którzy ubarwili głosy Black Thoughta i innych rapujących gości. Wśród występów gościnnych znajdziemy m.in. pięć dam - Joannę Newsom, Patty Crash i trzy panie z eksperymentalno-rockowego projektu Dirty Projectors (Amber Coffman, Angel Deradoorian i Haley Dekle). Usłyszymy także sample utworu Monsters of Folk. Skręt w kierunku indie wyszedł chłopakom na dobre - całość nabrała bardziej artystycznego klimatu.


Kolejność utworów na "How I Got Over" jest przemyślana. Na początku usłyszymy kilka refleksyjnych, smutnych kawałków, a dalej muzyka staje się coraz bardziej pozytywna. To bardzo dobrze, że The Roots nie zatrzymali się na etapie ponurej bezradności. Dobrze, że poszukują światła. À propos światła, do płyty wprowadza „A Peace Of Light”, w którym gościnnie wystąpiła trójka dziołch z Dirty Projectors. Ich nucenie, gitara i perkusja - wszystko to tworzy jasny, barwny nastrój. Czai się jednak w tym wszystkim zapowiedź jakiejś ciemności, a pierwsza z nich nosi tytuł „Walk Alone”. Utwór wita nas nastrojowymi, pełnymi niepokoju klawiszami, świetną perkusją, najwyższej klasy rapem i przepięknym, naładowanym smutkiem śpiewem. Hip-hop z duszą.

Jednym z najładniejszych utwórów na krążku jest „Dear God 2.0”. Jest to kontynuacja utworu „Dear God (sincerely M.O.F.)” amerykańskiej supergrupy Monsters Of Folk (w wersji 2.0 usłyszymy sample pierwowzoru). Liryki są naprawdę głębokie i odważne. Kierowane do Boga „Czemu świat jest obrzydliwy skoro stworzyłeś go na swój obraz?” czy „Mówią, że on jest zajęty, poczekajcie/ Nazwijcie mnie szalonym, ale czy on nie może czytać w myślach?” w wykonaniu rapowym wywołują u mnie naprawdę szeroki uśmiech.


Spośród kawałków wyróżnia się także „Now Or Never” - wpadająca w ucho i zmuszająca do nucenia kompozycja. Jedne z najlepszych fragmentów płyty pod względem rapu, ale przede wszystkim niezwykły śpiew. Smutek początkowych utworów zaczyna być kwestionowany, w głosach pojawia się nadzieja, która rozpala się na dobre w następnym, tytułowym kawałku. Po krótkim, wyciszającym przerywniku rozpoczyna się jaśniejsza część albumu. Najpierw utwory „The Day”, w którym wystąpiła Patty Crash, a następnie „Right On” z Joanną Newsom - bardzo udane kompozycje, dzięki damskim wokalom nabierające innej natury. Innej wrażliwości. Jeżeli dotąd nie znaleźliście powodu by przesłuchać „How I Got Over”, to zróbcie to dla niesamowitych chórków w „Doin' It Again” albo „One love, one game, one desire. One flame, one bonfire, let it burn higher!” rytmicznie wyrzucanego przez Black Thoughta w „The Fire”.

Większość albumu to spójną całość. „Większość” ponieważ muszę się przyczepić do zakończenia, a konkretniej utworów „Web 20/20” i „Hustla”. Te kompozycje nie powinny się tam znaleźć. Po naprawdę głębokich, rekleksyjnych utworach i prawie 40 minutach budowania nastroju, tak niedopasowane zakończenie zaprzepaszcza cały nagromadzony ładunek emocji. Żeby wszystko było jasne, obie piosenki są niezłe, sprawdziłyby się na poprzednich wydawnictwach, ale kompletnie nie pasują do „How I Got Over”. To tak, jakbyś oświadczał się kobiecie i nagle zaczął opisywać ulubioną scenę z „Terminatora”. 9/10 [Michał Nowakowski]

25 września 2010


BRODKA Granda, [2010] Sony || Przyjaciel mnie zapytał, co chcę dostać na urodziny, ja na to, że nową płytę Brodki. Nie wiedział czy żartuję. Monika Brodka dotychczas nie kojarzyła się z interesującą muzyką, ale "Grandą" Brodka odnalazła swoją drogę i to taką, którą z przyjemnością podreptałem.

Wciąż mamy do czynienia z popem, ale tym razem jest ambitny, porywający i oryginalny. Bardziej na miarę Nosowskiej, Peszek czy Kulki niż Cerekwickiej czy... wcześniejszej Brodki. Muzyka na "Grandzie" jest różnorodna, dziwaczna, barwna. Nie tak łatwo napisać dobre teksty do takich dźwięków, ale w przypadku tego krążka się udało. Wyśpiewane zostały przez cudowny głos, który naprawdę mocno marnował się we wcześniejszych dokonaniach jego właścicielki.

Sama Brodka też jest świadoma, że w pewnym sensie, jest to jej debiut. "Pierwszy raz mam odwagę nazwać siebie artystką. W końcu mi wypada" - wyznała ostatnio w wywiadzie. Jest to zasługa innego podejścia do tworzenia muzyki, a także świeżej, lepszej ekipy. Duża cześć muzyki stworzył Bartosz Dziedzic, a teksty pisali - poza Brodką - Radek Łukasiewicz (Pustki) i Jacek "Budyń" Szymkiewicz (Pogodno). W przerywniku "Hejnał" usłyszymy nawet trombitę folklorysty Jana Brodki, ojca wokalistki.

Na "Grandzie" można odnaleźć inspiracje innymi projektami (chociaż sama Brodka twierdzi, że tworząc "Grandę" odcięli się od muzyki). W krążek zostały wplecione fragmenty à la múm ("Bez tytułu") czy późniejsze Hey ("Kropki kreski"). Nie uważam, że to zbrodnia. Większość fantastycznych twórców czerpie garściami z osiągnięć innych, jednak wykorzystuje to po swojemu i nasyca czymś własnym. Nie zgadzam się z recenzjami, które krzyczą o nosowszczyźnie "Grandy". Tak - Brodka czasem brzmi podobnie do Nosowskiej, nie - nie zrzyna z niej.


Album rozpoczyna utwór "Szysza". Jego wstęp brzmi niezwykle folkowo i chociaż kompozycja szybko się zmienia, to ta folkowość na krążku młodej góralki wciąż się czai. Zdecydowanie najbardziej chwytliwym utworem jest "Granda", która posiada dosadny ("Nie polubię cię/ Jak powiedzieć prościej?/ Zbliżysz się o krok/ Porachuję kości") tekst i zadziorny klimat. Muzyka jest szaloną mieszaniną gitar, perkusji, syntezatorów, a nawet skrzypiec. Jednym z rodzynków "Grandy" jest "Sauté" - napisany przez Szymkiewicza tekst jest jednym z najlepszych erotyków, jakie słyszałem w muzyce. W kompozycjach o erotycznym zabarwieniu młoda góralka radzi sobie fantastycznie, a jej wokal świetnie się do tego nadaje. Zmysłowo wyśpiewane na tle subtelnych gitar, syntezatorów i perkusji  "Czytaj mnie jak menu swobodnie/ dotknij/ uszczyp/ ugryź/ pośliń/ mus z twoich ust/ ja sauté" czy "Tu z nami pani E/ Niewidoczna lecz/ To za jej sprawą chcesz/ Wypełniać mnie/ Po brzeg pucharu" brzmią naprawdę wyśmienicie.

Ciekawą kompozycją jest także "K.O.", do której tekst napisał Łukasiewicz. Tekst jest dobry, ale zdecydowanie wyróżnia się wokal Brodki, która po raz kolejny na płycie niezwykle moduluje głosem. "Kropki kreski" to utwór o tyle istotny, że góralka sama zmajstrowała do niego liryki ("To początek, wschód słońc/ I drżenie w kącikach ust/ Wielkie oczy ma strach/ Palcem pogrożę mu"). Poza tym w utworze usłyszymy przepiękny śpiew i syntezatory kapitalnie współpracujące z perkusją. Na zakończenie albumu trafił francuskojęzyczny "Excipit". Nagle pojawiające się frenchpopowe brzmienie powinno kłuć w uszy, jednak tak się nie dzieje.

"Granda" jest tak barwnym i eklektycznym krążkiem, że pomimo tak dużego rozstrzału stylistycznego wszystko wydaje się być jednym wielkim electro-folkowym workiem, który przytaszczyła nam do sklepów Brodka i jej ekipa. 7/10 [Michał Nowakowski]

23 września 2010


MOROWE Piekło.Labirynty.Diabły, [2010] Witching Hour || "Piekło.Labirynty.Diabły", to naprawdę udany, post-blackmetalowy krążek. Usłyszymy na nim ponure dźwięki, "masywne" riffy i szaleńcze teksty wykrzykiwane w naszym szeleszczącym języku. Przy agresywnym, mocnym bębnieniu ciekawym kontrastem są wolne, jakby "stłumione" gitary, które budują specyficzną atmosferę. Wszystko zdaje się pochodzić z jakiegoś pozbawionego nadziei świata, w którym ludzkość ostatnimi siłami wykrzykuje, na wpół szaleńcze wołanie o pomoc.

Niesamowite wrażenie robi wstęp do płyty. To jedno z najlepszych wprowadzeń, jakie słyszałem w black metalowej stylistyce. Jest klimatycznie, jest lodowato. Z zamyślenia wyrywa nas utwór "Komenda", rozpoczynający się od powarkiwań i rozpaczliwych jęków. Dalej potężny growl przeplata się z desperackimi pokrzykiwaniami: "Do Auschwitz/ Chcieli nas zabrać/ nie do gazu ani pracy.../ Na ich dłoniach stygmaty/ a na twarzy troska./ Czule po twarzy/ uśmiechy nam krwią smarowali/ Komenda! Żony zgwałcić/ Dzieci z małpami złączyć".

Tytułowy utwór wita nas przesterowanymi, ciekawymi gitarami i przerywającym spokój wrzaskiem. "I niebiosa osiągnęli/ ale "nie" bogu nie powiedzieli/ boga nie było/ więc czarne niebo milion razy przekłuli/ ale i nad nim boga nie było". Dalej na krążku bywa bardzo różnie, są momenty chwytliwe i momenty transowe, są momenty agresywne i spokojniejsze (oczywiście, jak na black metal). Co ciekawe, na "Piekło.Labirynty.Diabły" przeważają riffy wolne, rozciągnięte, masywne. Wszystko budowane jest właśnie jakby na tle tych "ledwo żywych" gitar. Muszę przyznać, że sprawdza się to bardzo dobrze.

Za projektem Morowe stoi niejaki Nihil (wokal, gitara, bas, klawisze) znany słuchaczom blackmetalowych klimatów z katowickich formacji Furia czy MasseMord. Morowe to także Hans (gitara, bas, efekty) i BaronVonB (perkusja). Płytę wydano jako 32-stronicową książkę w twardej oprawie (tzw. digibook). 8/10 [Michał Nowakowski]

15 września 2010


HETANE Machines, [2009] EMI || "Machines" to krążek, który warto przesłuchać i to nie tylko dlatego, że Polacy szerokiej reprezentacji w industrialnym rocku nie mają. Album jest bardzo dobry - dźwięki ciekawe, kompozycje świadome, a wokal  Magdy Oleś bardzo charakterystyczny. Elektronika za którą stoi Radek Spanier nie pełni funkcji dodatku, jest odważna, zadziorna i toczy zaciekłe boje z gitarami, perkusją, a nawet stuletnią cytrą. Mam wrażenie, że ekipa z Hetane nie rozwinęła jeszcze skrzydeł, ale zadebiutowali intrygująco.

Krążek rozpoczyna się od utworu "Hard" - huśtającej się niczym masywne wahadło, konstrukcji dźwiękowej, naszpikowanej mocną, zardzewiałą elektroniką i ciężkimi gitarami Łukasza Pola (elektryczna) i Remika Karpienko (basowa). W refrenie słyszymy stuletnią cytrę, która chociaż brzdąka subtelnie, zwraca na siebie uwagę i jakby kontroluje agresywną część dźwięków.


Drugim kawałkiem jest tytułowy "Machines", czyli mnóstwo zgrzytów, nu-metalowe przestery gitar i złowrogie wokale Magdy Oleś. Początek albumu nie pozwala na wytchnienie. "Brabrasen" to chaotyczny utwór, w którym szalone beaty toczą bój z gitarami, a ponad to wszystko wydostają się nieokiełznane, dzikie wokale. W połowie krążka pojawia się także utwór "White-Legz" - najciekawsza kompozycja. Na pochwałę zasługuje przede wszystkim elektronika, która kapitalnie podkreśliła gniewny, niepokojący klimat piosenki.

Album, w dalszej części, oferuje także spokojniejsze utwory. W "Find The Lost Ghosts" usłyszymy szeptane wokale, na przemian ze śpiewem pochodzącym jakby z kosmosu czy zaświatów. Utwór "Sirenmoon" z kolei jest bardziej melodyjną, ponurą balladą - "żeńskim" fragmentem krążka. "Instinct" jest najbardziej odstającą - a zarazem w dziwny sposób pasującą do całości - kompozycją. Natarczywa elektronika, nieco bełkotliwy, eksperymentujący wokal i chwytliwy refren. Ciekawostką jest także - jedyny z tekstem po polsku - utwór "Nienawidzimy", którego liryki pochodzą z "Wyzwolenia" Stanisława Wyspiańskiego. Wielu, którzy teraz słuchają Hetane poznało ich dzięki tej piosence zasłyszanej w radiu. 7/10 [Michał Nowakowski]

14 września 2010


WALTER WELL Exploration, [2005] Jamendo || Krążący wokół motywu wody koncept-album "Exploration" nie jest zwykłym zbiorem utworów. Może się podobać lub nie, ale pewne jest, że mamy do czynienia z muzyczną podróżą. Twórca muzyki zabiera nas na spacer nad morze, by podstępnie zmusić nas do zanurkowania i odkrycia barwnego, egzotycznego oceanu dźwięków ambientu i downtempo. Sample nałożone na "Exploration" nie są przypadkowe. Wszystkie poruszają kwestie życia - czy jest dobre?, czy jest sens się starać?

"Jakie to jest uczucie kiedy nurkujesz? Jakbyś zasypiał bez upadania. Najcięższy moment jest gdy dotrzesz do dna. Dlaczego? Bo musisz znaleźć dobry powód by powrócić..." - takimi słowami kończy się intro, "Morningtide". Po subtelnej grze pianina rozbrzmiewającej na tle fal morza wprowadza to w refleksyjny nastrój. Po wstępie następuje "Salient" - jeden z najlepszych utworów z płyty, a to między innymi z powodu pewnego osobliwego kontrastu, jaki w nim zastosowano. Muzyka jest spokojna, wręcz relaksacyjna, ale nałożono na nią histeryczne głosy mężczyzny, który wyraża swoją niechęć do życia.

  

Dalsze utwory prowadzą przez różne klimaty muzyczne i nastroje. Cały album utrzymuje bardzo przyjemny poziom, ale wyróżnię kilka utworów. "Tenderlion"  to króciutki utwór przepełniony niepokojem. Usłyszymy w nim głos desperata, który nakazuje Bogu by dał jakiś znak, że ludzie nie są pozostawieni sobie samym. Najbardziej pozytywnym momentem krążka jest "Personal Teaching". Kompozycja jest mistyczna, spokojna, przepełniona ciepłem - tym razem usłyszymy buddyjskiego mnicha opowiadającego o wartości ludzkiego życia. "Swimming", chociaż pozbawione słów, wywołuje bardzo pozytywne wrażenia.  Szczególnie niezwykle klimatyczne zakończenie, które zupełnie zmienia wydźwięk utworu. Do wyróżniających się pozycji zaliczyłbym także "Splush", które jest najbardziej transowe.

Za muzyką stoi Walter (1/2 holenderskiego The Well - projektu grającego improwizowane sety downtempo). W 2005 roku zebrał on pomysły, które pojawiły się w jego głowie podczas występowania na żywo i stworzył z nich koncept album. Początkowo krążek miał zostać wydany, jednak wytwórnia splajtowała i twórca postanowił zaoferować je światu za darmo, publikując w serwisie Jamendo. 8/10 [Michał Nowakowski]

10 września 2010


L.U.C Planet L.U.C, [2008] Mystic || "Planet L.U.C" jest hip-hopowym wydawnictwem multimedialnym, w którego skład wchodzi film, literatura, grafika i muzyka. Album jest dziełem Łukasza "L.U.Ca" Rostkowskiego (znanego z Kanału Audytywnego i solowej twórczości). Ten jest - jak sam się określił - "mentosem w hiphopowym piórniku" i trzeba przyznać, że opisywanym krążkiem nie pozostawił w tej kwestii wątpliwości.

Od samego początku słychać, że mamy do czynienia z twórcą kreatywnym. Wita nas intro do intra - subtelna kompozycja oparta o gitarę akustyczną, elektronikę i nucenie L.U.Ca. Po wstępie mamy pierwszą szansę by zachwycić się niezwykłym rapem Łukasza R. - intro (z podtytułem "Sztampoland"). Ten, zaledwie półtoraminutowy utwór zwięźle i bezpośrednio przedstawia zdanie artysty o kraju, w którym przyszło mu żyć. "Robotnicy narodu mocą stalowych nitów/ kombinowanie przyspawali nam/ do plemników/ mamy armie pomników/ ale to w Katyniu leży/ nasza nadwyżka IQ/ w kolejnym systemie jesteśmy/ tak wolni jak umysły paranoików" - słyszymy między innymi.


Żeby opisać zabawy językowe, jakich dopuścił się L.U.C na tym krążku-manifeście musiałbym napisać odrębny tekst. Skupmy się zatem na muzyce. Rozpiętość stylistyczna na "Planet L.U.C" jest duża - wymieszane zostały (autor nazywa to elucystyką) hip-hop, elektronika, trip-hop, a nawet jazz. Planeta stworzona przez tego artystę jest przepełniona dopracowanymi kompozycjami, kreatywnymi tekstami i wybornym, oryginalnym rapowaniem. Ciekawym zabiegiem jest wrzucenie poważnych utworów, o dość przytłaczającym przekazie na początek albumu, po czym następuje "Trans Plantacia BiOSu", po której L.U.C trafia do Krainy Witu i radosnej, pozytywnej części planety.

Utwory, które wychylają się spośród innych to "Puenta - Popkultura jak żart Strasburgera", "Co z tą Polską? - Soviet mental kisiel", "Remont na arteriach mego życia" i "O enegrocyrkulacji i szczęściu - Podaj dalej". Na krążku znajduje się nawet ponad trzyminutowe słuchowisko o dziewczynie, która urodziła drukarkę. Ten cudaczny dodatek ukrył się pod numerem "13". 8/10 [Michał Nowakowski]

7 września 2010


ZEROMANCER Eurotrash, [2001] Cleopatra || "Eurotrash" jest arcydziełem industrialnego rocka. Na tym krążku znajdziemy wszystko, co pociąga mnie w tym gatunku muzycznym (inteligentne teksty, zaczepny wokal, ciekawa stylistyka), a nawet więcej (umiejętne wplecenie elementów synthpopu). Zeromancer jest najbardziej niedocenionym zespołem grającym industrialnego rocka, jakiego miałem okazję słuchać. W stylistyce zespołu urzekł mnie m.in. niemroczny, "jasny" klimat - coś zupełnie innego niż spodziewamy się w industrialu.

"Eurotrash" to dwanaście kawałków, z których trudno wybrać te najlepsze. Na płycie znajdziemy zarówno agresywniejsze utwory ("Raising Hell", "Neo Geisha"), jak i bardziej melodyjne ("Doctor Online", "Eurotrash", "Plasmatic"), a nawet subtelniejsze, balladowe ("Germany", "Wannabe", "Cupola"). Chociaż krzyki Alexa Møklebusta są obłędne, kapitalnie radzi sobie również ze śpiewaniem w spokojnych kompozycjach. Głos frontmana jest ubarwiany chórkami Kima Ljunga, basisty. Trzeba jednak dodać, że to właśnie Ljung skomponował większość utworów Zeromancera. Perkusja (na której zasiadł Noralf Ronthi) nie należy do agresywnych - to raczej rytmiczne uderzanie niż metalowe bębnienie. I bardzo dobrze, perkusja jest ogromną zaletą "Eurotrash". Jest kapitalna zarówno jako odrębny element, jak i towarzysz melodyjnych riffów gitarowych Chrisa Schleyera i basowych linii Ljunga. Całość tworzy głębokie, syntetyczne i oryginalne brzmienie.


Na "Eurotrash" jedynie rozpoczynający album "Doctor Online" otrzymał klip. Piosenka opiera się na prostych, ale chwytliwych gitarach i elektronicznych wstawkach Erika Ljunggrena (keyboard). Warty uwagi jest tekst piosenki ("1-800-SUICIDE/ Or maybe Doctor Online could help you die/ You need wings fo fly/ You need someone/ To take your place/ When you are gone"), który szydzi z przebiegających w społeczeństwie niepokojących przemian związanych z rozwojem i technologią. Zresztą liryki tego zespołu to materiał na osobny felieton. 10/10 [Michał Nowakowski]

5 września 2010


DE-PHAZZ LaLa 2.0, [2010] Phazz-A-Delic || Kiedyś stracę portfel przez tę płytę i to bynajmniej nie z powodu ceny. Słuchając jej kusi mnie by domykać powieki, a to (przykładowo w autobusie) może się różnie skończyć. Zamykam oczy i wpuszczam do umysłu mieszaninę barw - jazzu, elektroniki, trip-hopu, funky, soulu i najrozmaitszych latynoskich błysków. Wszystko wymieszane w sposób niezwykły.

Warta uwagi jest autoironia obecna zarówno w tytule płyty, jak i jej tekstach. Dowiadujemy się z nich, że album jest tylko kolejnym "lala", w podrasowanej wersji 2.0, którą wrzucimy do swojego odtwarzacza mp3. Będzie on w nim "jedynie plikiem", który "możemy przesłać kablem" za "pięć centów lub... cokolwiek". Nie dajcie się jednak zwieść panom i pani z De-Phazz (którego pełna nazwa brzmi DEstination PHuture jAZZ) - zawarte na krążku utwory, to prawie godzina wspaniałej muzyki downtempo.


Do kompozycji, które szczególnie podbiły moje serce zaliczyłbym pięć tytułów. Pierwsza z nich, "Just A File", jest udanym wstępem płyty. Elektroniczno-jazzowe granie, wspaniały wokal i ciekawy tekst. Nietrudno stać się niewolnikiem nucenia "it's just a file". Oryginalne połączenie rockowego grania, jazzowego ducha i elektronicznych syntezatorów ukryło się pod tytułem "Duck & Cover". "When No Words Come" jest najspokojniejszą i równocześnie najbardziej mistyczną piosenką. Subtelny, kobiecy wokal i egzotyczne dźwięki w tle - zarówno instrumentalne, jak i elektroniczne. "Jazz Is The Move" spodobało mi się głównie za męski wokal, ale i muzyka niesie niezły pokład energii. "Fear Is My Business" to głęboka muzycznie, nieco ponura, przejmujący utwór dodatkowo wzbogacony o skrecze i klimatyczne sample. 8/10 [Michał Nowakowski]