19 października 2010

Recenzja Indigo Tree „leavingtimebehind”


INDIGO TREE leavingtimebehind, [2010] Antena Krzyku || Indigo Tree to projekt niezwykły. Duet udowodnił to w 2009 roku debiutanckim albumem "Lullabies of Love and Death" i potwierdził wydanym rok później "Blanik". Pomimo tak krótkiego odstępu osiągnęli oryginalny i klimatyczny efekt, w stylistyce, której polskiej muzyce zdecydowanie brakowało (i wciąż brakuje, jeden projekt tej luki nie zapełni). W tym tekście zajmę się jednak nie płytami długogrającymi, a mostem je łączącym - udostępnioną za darmo EP-ką "leavingtimebehind".

Znalazło się na niej pięć utworów - dwa świeże i trzy przeróbki pochodzących z "Lullabies of Love and Death" kompozycji. Całość jest dobrym łącznikiem pomiędzy akustycznym brzmieniem debiutu a intensywnymi gitarami drugiego. Muzyka jest ponura, klimatyczna i smutna, ale smutna tak nie do końca. Słychać w tym wszystkim jakieś przebijające się, ciężkie do określenia, pozytywne coś. Takie ciepło.

Najpierw słyszymy utwór tytułowy (jedyny który odnajdziemy także na "Blanik") - rozpoczęty od prostej, nieagresywnej, ale intensywnej gitary. W utworze „leavingtimebehind” od razu wyłapujemy charakterystyczne cechy duetu, tylko ukazane z innej strony. Podczas innej pogody muzycznej. Niby kompozycja nie jest ani zbyt skomplikowana, ani specjalnie innowacyjna, ale Zawada i Lety dysponują czymś zupełnie innym - wyczuciem. Umiejętnością intuicyjnego dobierania dźwięków tak, by zbudować atmosferę i nadać wszystkiemu emocjonalny ładunek. Nie żebym twierdził, że duet jest słaby instrumentalnie, bo choć nie są to wirtuozi, dobrze wiedzą, jak obchodzić się z instrumentami. Po prostu w ich przypadku umiejętność tworzenia całości jest istotniejsza.

Środek EP-ki to trzy remiksy utworów z pierwszej płyty - „carwheel", „swell" i „nightwaves". Pierwszy i ostatni zmajstrował Etamski, a drugi Igor Boxx (połowa duetu Skalpel). Remiksy Etamskiego to propozycje, w ciekawy sposób ingerujące w opowieść z oryginałów. Relaksujące dęciaki z „Nightwaves” muszą się teraz przebijać przez bardziej ponury klimat (szumy, delikatne trzaski, przytłumione dźwięki). Z kolei „swell” w wersji Boxxa to, przede wszystkim, zabawa rytmiką i pulsem muzyki. Ciekawsze wydają mi się przeróbki Etamskiego, chociaż transowe rozwiązania Boxxa również słucham z przyjemnością.

Na zakończenie zaserwowano kompozycję „adventure01", której nie omijam nigdy. W niej wokalu nie uświadczymy, jest to raczej (zresztą jak wskazuje tytuł) przygoda nr 1 - jedna z wielu bezimiennych opowieści muzycznych, które można nagrać, dając ogromną swobodę interpretacji. Pisząc to (i słuchając „adventure01” na słuchawkach) leże w łóżku szpitalnym. W tej syuacji utwór opowiada mi o inspirujących nocach, kiedy zamiast grzać się w domu robiłem coś innego. Kiedy szukałem zaginionego kota manewrując w krzakach by nie wpaść na żadnego z rozwścieczonych dzików, gdy prowadziłem sesję fabularek na tarasie domku wczasowego, a pomiędzy drzewami latały nietoperze czy kiedy pływałem z przyjaciółmi nago w morzu. Właśnie takie myśli wywołuje we mnie zakończenie tej EP-ki. No wiecie, sytuacje, w których czułem się zainspirowany, wolny, a życie schodziło na szalone tory. Swoją drogą, mogłoby być ciekawie gdyby któryś z kolejnych albumów Indigo Tree zawierał jedynie takie „adventure” od 01 do 10. 8/10 [Michał Nowakowski]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz