23 listopada 2010

Recenzja Alone „What Am I...”


ALONE What Am I..., [2008] Studio Alone || Wystarczy jeden rzut oka na okładkę „What Am I...”, debiutanckiego krążka zespołu Alone, by powstały konkretne oczekiwania wobec materiału. Widok brudnego, zniszczonego miasta i dzierżącego maskę człowieka zestawiony z tytułem płyty zdają się naprowadzać zarówno na styl muzyki, jak i temat liryk. Postapokaliptyczne tło jako symbol pogrążonego w chaosie i znieczulicy świata, biała maska sugeruje intrygi, jakimi posługują się ludzie by wzajemnie się ranić, ale także tożsamość (poszukiwanie tego kim się jest). Moje skojarzenia spełniły się jedynie po części - w lirykach. Muzyka okazała się nie być brudną, zardzewiałą i klaustrofobiczną mieszanką, jakiej się spodziewałem.

Zamiast chropowatych kompozycji, otrzymujemy coś bardziej wygładzonego. I dobrze. Niewiele albumów z takich okolic muzycznych brnie aż tak daleko w kierunku ulotności i przestrzenności elektronicznego tła. Na „What Am I...” usłyszymy opowieści prowadzone przez świetny głos, charakterystyczne instrumenty i kapitalne (szczególnie jak na debiut!) wstawki elektroniczne. Te ostatnie są największą zaletą płyty.

Większość utworów z „What Am I...” płynie na ciężkich, ale współgrających gitarach (Jacek Strzelczyk - gitara, Łukasz Jerzykowski - bas) i delikatnych, melodyjnych wokalach (Łukasz Ociepa). Elektronika (Jacek Strzelczyk) nadaje wszystkiemu głębi, wyrazistości i technologicznego chłodu. Perkusja (Artur Sejpt) jest dobrze wpasowana, chociaż raczej nie zwraca na siebie uwagi, pozostając tłem i stróżem rytmu (wyjątki: „Hidden Dream” czy „Runner”). Momentami pojawiają się także pazury - muzyka przyspiesza, a wokalista zaczyna krzyczeć i zadziornie chrypieć („For We Are Many”, „The Cage”, chwilami „Watchful”, wstęp „Runner”). Zdarzyło się kilka nieco słabszych momentów, ale ogólnie to kawał dobrej muzyki.


Jakość i atrakcyjność poszczególnych elementów są naprawdę dobre. Zastrzeżenia, jakie mam dotyczą czegoś innego. Początkowo nie mogłem tego uchwycić, ale w końcu do mnie dotarło, że chodzi o konsekwencję przekazu. Zespół opowiada o człowieku wrzuconym do, niekoniecznie dobrego, świata - o jego przemyśleniach, problemach i tym, jak sobie radzi. Nie zawsze pasuje do tego podniosłe śpiewanie, którego mnóstwo na „What Am I...”? W utworze „Runner”, gdy wokalista wyrzuca z siebie, że czasem dziwna siła budzi go w środku nocy, to nawet nie znając języka w mig chwycilibyśmy, że to opowieść o jakimś niepokoju. Momentami mam wrażenie, że wokalista za bardzo pilnuje kolejnych linijek. Śpiew musi reagować nie tylko na emocje kolejnych utworów, ale także na każdą kolejną linijkę, a nawet słowo. Są części tego krążka, gdy tak właśnie się dzieje i są takie, gdy nie. Przydałoby się więcej swobody, tym bardziej, że możliwości wokalne Łukasza Ociepy są naprawdę duże.

Co do ciekawszych etapów płyty. Jedną z bardziej zmiennych kompozycji jest „In The Dark”, wyjątkowo zgrabnie przechodząca w kolejne tempa. Wokal prezentuje zarówno bardziej patetyczne (tu akurat to nie irytuje) śpiewanie, przejmujące wykrzyknienia, fragmenty zadziorne, ale i spokojne. Wyróżnia się również „Neither Am I”. Na ogromną pochwałę zasługuje przede wszystkim zachrypnięty, zmienny i aż kipiący emocjami wokal, ale także mocne gitary, jedna z lepszych elektronik i ciekawy przerywający efekt nałożony na niektóre krzyki. Jakby tego było mało, pojawia się tu także jeden z rozsianych na płycie smaczków: nagłe uspokojenie, zgrzyt w tle, komputerowy głos („initiating...”), bum-bum perkusji, zgrzyt w tle, bum-bum, zgrzyt, bum, powrót gitar, a na końcu dzikie skrecze. Rozwiązanie wręcz klasyczne w nu metalu, ale za to jak wykonane!


Najdelikatniejsze na płycie „Hidden Dream” spodobało mi się od pierwszych chwil, w których klimatyczne klawisze walczą o uwagę z gitarami. Kiedy wchodzi wokal ze świetnie odśpiewanym „Why can't I forget all my foolish fears?” (nawet przy takich ciężkich językowo i rytmicznie momentach wokalista prezentuje niezły akcent w języku language), to już wiadomo, że jest to jeden z lepszych kawałków. Wątpiących powinien upewnić elektroniczny mostek, ubarwiony ciekawą perkusją. Kolejny wyróżniający się utwór, „Runner”, rozpoczyna się od syreny, która szybko ustępuje miejsca szalonym, szarpanym riffom i agresywnym bębnieniu, a chwilę później najbardziej agresywnym dźwiękom, jakie na tej płycie wyrwały się z gardła Ociepy.

Wrzucając płytkę „What Am I...” do odtwarzacza oferujemy swoim uszom atrakcyjne doświadczenia. Ekipie Alone udało się wytworzyć podwaliny własnego stylu już na debiutanckim długograju. Więcej odwagi, więcej emocji i bardziej świadome nagrywanie, a Alone bez wątpienia nie zostaną samotni. 6/10 [Michał Nowakowski]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz