21 listopada 2010

Recenzja Twin Shadow „Forget”


TWIN SHADOW Forget, [2010] 4AD || Jak wielu innych, z projektem Twin Shadow zetknąłem się wpadając w sieci na klip do utworu „Slow”. Zaintrygowały mnie słowa trzymającego kamerę „co robisz by się zabawić, George?” i ten smutny, uciekający przed kamerą wzrok bohatera teledysku. Jego retro fryzura, nieśmiała odpowiedź „gram na perkusji, muzykę” przywołały w mojej głowie nieokreślone skojarzenie.

Kiedy dręczony kolejnymi pytaniami George wydusza z siebie, że lubi sportowe samochody, a kamera zaczyna podążać po jego ciele zrozumiałem - klip jest wzorowany na filmach porno. Konkretniej na rozmowach, które pojawiają się na początku z debiutującymi aktorami. Dalej operator rzuca „no to dajesz”, a George staje pod ścianą jakby szykując się do porno-sceny. W tle rozkręca się subtelna i klimatyczna muzyka bezpośrednio odwołująca się do lat 80-tych. Prosta, ale świetna perkusja, wpadający w ucho bas. I wtedy ten niepozorny facet zaczyna śpiewać. Moim pierwszym skojarzeniem był „czarny Morrisey” i właściwie coś w tym jest, z tym, że George ładuje w śpiew nieporównywalnie więcej emocji. Klip wciąż nawiązuje do pornografii, a muzyka i słowa konsekwentnie przebijają się z zupełnie innym i pięknym przekazem. To zestawienie tworzy świetny kontrast. Wokalnie niesamowity jest fragment powtarzający „I don't wanna believe, be but in love / I don't wanna be, believe in love”. Kilkadziesiąt razy z rzędu odsłuchałem „Slow” aż w końcu postanowiłem zapoznać się innymi utworami Twin Shadow. Bałem się, że reszta będzie słaba, ale tak nie jest - „Forget” to świetny album. Wskrzesza brzmienia lat 80-tych, przywołując skojarzenia z The Cure z „Disintegration”, Depeche Mode, The Smiths, synth popem czy nurtem new romantic.


Na „Forget” znalazły się zarówno fragmenty spokojniejsze, jak i żywsze, smutniejsze i weselsze. Odnajdziemy powiew disco, ale i ducha post-punku. Posłuchamy świetnego, pełnego emocji wokalu, wciągających sekcji instrumentów. Kompozycje są minimalistyczne (przy takim wokalu można sobie na to pozwolić), ale dźwięki zostały użyte świadomie. Poza gitarą i perkusją pojawiają się także smyczki, dęciaki, organy i pianino. Przez oszczędność i unikanie natłoku efektów łatwo usłyszeć poszczególne instrumenty. Całość jest marzycielska, emocjonalna i nawet, gdy zahacza o smutek, to w jakiś dziwnie ciepły sposób.

Myślę, że najbardziej porywające jest „Slow”. Utwór jest nośny i jeżeli ma wpaść w ucho, to raczej już przy pierwszym odsłuchu. To dobry wybór pod klip. Zresztą drugi teledysk, „Castles in the Snow”, tylko nieco w tej kwestii ustępuje. Muzycznie również jest niezły (szczególnie gitarki słyszane już od wstępu), ale ten utwór powala przede wszystkim ślicznym, przejmująco i ciekawie falującym wokalem. Całego utworu słucha się z przyjemnością, ale fragmenty „Here's all I know” i calutkie zakończenie wyciągają muzyczne czary na niesamowity poziom.

O ile dwa utwory, do których powstały klipy są najbardziej chwytliwe, o tyle najpiękniejsza jest inna kompozycja. Cofnijmy się na sam początek płyty, do utworu „Tyrant Destroyed”. Umieszczenie tego kawałka na początku jest odważnym posunięciem, bo jest to melancholijny i mało przebojowy utwór. Wiele osób uzna go za słaby, nudny, a wiele będzie potrzebowało kilku podejść by w nim się rozkochać. Zwrotki są tak minimalistyczne, jak to się tylko da. Właściwie nie ma w nich śpiewu, a raczej jakąś ponurą melodeklamację. W refrenie głos staje się nieco bardziej melodyjny, a w jego tle usłyszymy dodający klimatu pogłos.


Najoryginalniejszym utworem jest „Tether Beat”. Kompozycja jest oparta o niskie, drgające syntezatory i perkusję, a wzbogacona gdzieniegdzie innymi dźwiękami, jak choćby zadziorna gitara. Co pewien czas powtarzane zostaje pytanie „Does your heart still beat?”. Otóż bije, a przy takich piosenkach, to nawet silniej. Wydaje mi się, że utwór pozostanie jednym z najmniej docenianych, ale w moich słuchawkach i głośnikach zagości nieraz.

Zachęcające do podążania za chłopcem z żółtym balonem „Yellow Balloon” urzeka chwytliwymi wokalami i bezpośredniością tekstów w stylu „If you hear your mama calling/ Get away from me”. Tytułowy utwór pojawia się na zakończenie albumu. „Forget” jest nastrojowe i refleksyjne, a większość czasu muzyka pozostaje spokojna i pokorna wobec smutku wokalu. Jedynie przez chwilę wyrywa się w postaci gitarowego, walcząc o uwagę, a kto wie, może i nawet pocieszenie wokalisty.

Niepozorny bohater klipu „Slow”, George, to naprawdę osoba odpowiedzialna za Twin Shadow. George Lewis Jr. przekonał do siebie Chrisa Taylora - basistę indie folkowego Grizzly Bear, cenionego producenta, a także właściciela wytwórni Terrible Records, która wydała krążek (w Europie prawa do dystrybucji posiada kultowe 4AD). Jakiś czas temu Lewis trafił na listę najbardziej stylowych nowojorczyków magazynu „Time Out”.

„Forget” jest jednym z najważniejszych wydawnictw 2010 roku. Lewis udowodnił, że potrafi czarować głosem, ma mnóstwo pomysłów na wokale. Krążek pokazuje, że można stworzyć coś świeżego bez rewolucyjnych eksperymentów. Biorąc pod uwagę, że to dopiero debiut, warto śledzić dalsze poczynania pana z niedzisiejszym fryzem. 9/10 [Michał Nowakowski]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz