25 grudnia 2010

Recenzja EP-ki projektu Słonina


SŁONINA Słonina, [2010] Czoło || Projekt Słonina jest skazany na underground. Zresztą tworząc tak toksyczny klimat, niepokojące liryki, a w dodatku wydając w raczkującej niezależnej wytwórni Czoło nie celują inaczej. Nawet pośród ludzi rozkoszujących się alternatywą i eksperymentami nie będzie to muzyka na każdy dzień, ale gdy przyjdzie ochota na obcowanie z czymś specyficznym, psychodelicznym i brudnym, Słonina aż zaskwierczy na patelni. Ich debiutancka EP-ka zatytułowana po prostu „Słonina” to sześć dusznych i pełnych niepokoju rockowych utworów doprawionych wyrazistą elektroniką (klawisze, szumy). Słonina jest słona, ocieka tłuszczem i zdecydowanie nie jest lekkostrawna.

Stanisław Wołonciej i Robert Gasperowicz - niektórym słuchającym niszowej muzyki nazwiska te (albo przynajmniej dźwięki generowane przez osoby je noszące) są znane, grają oni w eksperymentalnym, ale bardziej metalowym SAMO (również wydającym w Czole). W Słoninie pierwszy z nich zajmuje się śpiewaniem, gitarą i pianinem, a drugi gitarą, basem, a także programowaniem perkusji, szumów i klawiszy. W projekcie uczestniczy jeszcze dwóch muzyków - piszący teksty, a także grający na gitarze Karol Gawerski i Radek Gabrycki, który odpowiada za bas w utworze „Kieszonkowiec”.

Jednym z charakterystycznych elementów Słoniny jest wokal. Głos Wołoncieja w takiej parnej, nerwowej atmosferze sprawdza się smakowicie, a to jego przeciąganie słów nadaje wszystkiemu histerycznego wyrazu. Sporadycznie i z wyczuciem na wokal nakładane są efekty podkreślające klimat. Wspomniany wcześniej niepokój uzyskano przez nałożenie kilku warstw nerwowych dźwięków - mechaniczną perkusję, odpowiednio modulowany wokal, chaotyczne, zgrzytające gitary i - podkreślającą to wszystko - elektronikę.


Łatwiej zrobić dobrą psychodelię w dźwiękach niż tekstach. Jednak liryki na „Słoninie”, chociaż mają silniejsze i słabsze fragmenty, są wyraziste, ciekawe i jedynie podsycają efekt muzyki. Kilka ciekawych linijek: „nie bolą mnie już moje marzenia”, „silikonowy worek powieszony w miejscu serca/ grzechu pełno w nim/ Julio”, „na skraju pościeli czekam na twój prąd”, „wychowany w domu tryskającym jadem z komina” czy „w dresie skropionym samotnością/ jestem gotów zrobić wszystko”. Słono i z pomysłem.

Album jest dość równy choć nieco wyróżniają się trzy utwory. Pierwszym z nich jest „Rzeźbiarz”, do którego z pomocą ekipy Video Acid Filter stworzono klip. Najciekawszy na płycie tekst, przeplatanie spokoju z desperacją, świetne bębnienie i bas, to elementy, którymi „Rzeźbiarz” się wyróżnia. Drugim utworem, który częściej niż inne snuje mi się po głowie jest „Julia” - właściwie najsubtelniejsza z kompozycji. Wprowadzają nas syntetyczne dźwięki, które utrzymują się w tle przez cały wstęp. Dalej pojawia się wokal (momentami odważnie zmodyfikowanym przez przerywający efekt), silnie przesterowana gitara, a także klawisze. „Wychowany” z kolei zahacza o rejony Świetlików, tylko, że z wokalistą, który potrafi śpiewać, a nie tylko melodeklamować.

Smak Słoniny jest bez wątpienia bardzo specyficzny. Wołonciej i Gasperowicz z kolegami korzystają z dźwięków świadomie i budując z nich wyrazisty klimat. Jeżeli kolejnymi płytami utrzymają albo podniosą poprzeczkę, poruszając się po swoich muzycznych terenach, jednak eksperymentując i poszukując mniej zadeptanych ścieżek, to mogą zakorzenić się w polskim undergroundzie. Jestem ciekawy w jakim kierunku muzycy pójdą i co wysmażyliby na krążku „Słonina II”. Póki, co polecam posmakować i uregulować rachunek za pierwsze danie. 6/10 [Michał Nowakowski]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz