31 sierpnia 2010


SNEAKER PIMPS Becoming X, [1996] Clean Up || Trip-hopowy „Becoming X” to jedenaście piosenek, które chociaż różnią się pomiędzy sobą wyrazem, posiadają coś wspólnego – jakiś „składnik X”. Nie jest to świeży album (wydano go w roku 1996), ale często do niego wracam, bo jest naprawdę udany. Przede wszystkim, jest to jedyny album, na którym można usłyszeć wokal Kelli Dayton (znanej jako Kelli Ali). Z tego powodu krążek znacząco różni się od pozostałego dorobku grupy.

Album rozpoczyna się od „Low Place Like Home”. Pierwsze dźwięki kojarzą mi się z przygnębiającą ścieżką dźwiękową kultowych gier komputerowych „Fallout”. Klimatyczny podkład, jedne z lepszych wokali Kelli. Utwór zaczyna się spokojnie, ale w drugiej części muzyka i wokale nabierają pazura i już można przeczuwać, że mamy do czynienia z projektem, który przemyca do trip-hopu ducha rock’n'rolla. To jest właśnie ten "składnik X".


Na "Becoming X" usłyszymy zarówno balladowe kompozycje, jak i zadziorne kompozycje. Cztery utwory zasługują na szczególną uwagę. Pierwszym jest „6 Underground” (najpopularniejsza piosenka z dyskografii Sneaker Pimps), który jest lżejszą kompozycją, zwiewną balladą. Dalej jest „Post-Modern Sleaze” - sentymentalna piosenka, w której pobrzękuje akustyczna gitara wsparta syntezatorami. Kolejnym jest rytmiczny i wpadającym w ucho „Spin Spin Sugar". Ten ostatni, skrada niespełna cztery i pół minuty z naszego życia i wypełnia je emocjami – brudnymi, niespokojnymi, rozedrganymi. Ostatni z czwórki, „Tesko Suicide” jest żywszy, oparty o wpadający w ucho rytm wybijany przez perkusje i brzęczącą w tle gitarę. Również warstwa liryczna jest dużo bardziej zadziorna.

Druga połowa płyty nie zawiera żadnych hitów, ale nie oznacza, że nie warto jej słuchać. Utwory dobrze wkomponowały się w całość, może mniej wpadają w ucho, ale są bardzo klimatyczne. Muszę przyznać, że polubiłem ten składnik X i spędziłem przy nim wiele wieczorów. 9/10 [Michał Nowakowski]

PORT-ROYAL Dying In Time, [2009] Sound Improvement || Wydany w 2009 roku album Dying In Time jest niezwykłą muzyczną podróżą. Jej trasę wyznaczają syntezatory, klawisze i nastrojowe, przytłumione wokale. Jedenaście utworów prowadzi nas poprzez krainę, w której obrazy przeszłości mieszają się z fikcyjnymi wyobrażeniami chwil, które mogą się wydarzyć, a chłód i zwątpienie toczą zaciekły bój z wiarą w człowieczeństwo.

Dying In Time to pokaz umiejętności magików elektroniki na zbyt długo odciętych od widoku słońca. Z pomocą przybył im niewielki, ale intrygujący kolektyw wokalistów. Cały album to spacer, który zaczyna się w melancholijnej i ponurej okolicy zmierzając ku coraz jaśniejszym miejscom. Bez wątpienia klimat jest zimowy, nie tylko w sensie wpasowania w nastrój najchłodniejszej z pór roku, ale także w sensie zimy emocjonalnej. Chociaż nigdy nie określiłbym tego albumu pesymistycznym. Napełnia on bowiem niezwykłą, trudną do sprecyzowania siłą. Jakby dźwięki na nim zawarte były muzycznym kodem genetycznym ludzi. Ich człowieczeństwa.

Ciekawe jest to, że kiedy myślę o tym albumie, gdy go nie słucham to przychodzi mi do głowy spokojna, nienarzucająca się elektronika. Czuję się nieswojo, kiedy wrzucam krążek do odtwarzacza i mniej więcej w połowie płyty, z głośników zaczynają płynąć szybkie, transowe, a nawet i taneczne dźwięki. Ta żywiołowość osiąga swoją kulminacje w – moim zdaniem najpiękniejszym utworze albumu – Balding Generation (Losing Hair As We Lose Hope). Rytm i wspaniały wokal Japonki występującej jako Linda Bjalla tworzą w tym utworze niezwykły klimat, oczyszczając słuchającego z ponurego nastroju i wprowadzając w stan podekscytowania, które świetnie wizualizuje nakręcony teledysk.


Wśród osób udzielających się wokalnie są także Polacy. W utworach Hva (Failed Revolutions), Anna Ustinova i I Used To Be Sad pojawia się Natalia Fiedorczuk (The Orchid, Happy Pills, Nathalie and the Loners), a rewelacyjny utwór The Photoshopped Prince to współpraca Michała Wiraszko (Muchy) i Natalii Grosiak (Mikromusic, Digit All Love).

Po rytmicznym środku następują trzy utwory Hermitage (część 1, 2 i 3) zamykające album. Jest to powrót do spokojniejszych dźwięków, jednak słuchane po tych świetlistych nie brzmią już tak ponuro. Pojawia się bowiem pewność, że słońce istnieje, a jedynie skryło się za czarnymi chmurami. Musi przecież w końcu się zza nich wychylić. W trzeciej części Hermitage usłyszymy nawet gitarę, dodającą do kompozycji bardziej ludzki element. 10/10 [Michał Nowakowski]