15 stycznia 2011

Recenzja White Lies „Bigger Than Us”


WHITE LIES Bigger Than Us, [2011] Fiction || Rzadko się zdarza tak udany, oryginalny i pochłaniający debiut, jak „To Lose My Life...”, którym Brytyjczycy z White Lies zatrzęśli światem alternatywnego rocka w 2009 roku. Istnieje również coś takiego jak syndrom drugiej płyty, z jakiegoś powodu, utrudniający wielu twórcom stworzenie dzieła nr 2. Czy syndrom ten zaatakuje również muzyków White Lies? Przekonamy się 17 stycznia br., wtedy właśnie ukaże się album „Ritual”, którego zapowiedzią jest „Bigger Than Us” (można już przesłuchać sampler krążka). Póki co, à propos samego singla...

Utwór rozpoczyna się od sprzeżenia gitary, które jest motywem oklepanym, ale jednak wciąż spełniającym swoją rolę i rywalizującym z elektronicznymi wstawkami. Do przesterowanego dźwięku (który cały czas w tle zawodzi, elektryzując i budząc niepokój) dołączają klawisze, typowa dla zespołu perkusja, w końcu również inna gitara i gotycki, niski wokal Harry‘ego McVeigh. Wstęp intryguje, świetnie zapowiada utwór i doprowadza do pierwszego refrenu (również niezłego). Dalej - może poza dość typowym, ale przyjemnym mostkiem - jest już znacznie słabiej.


Po pierwszych trzech odsłuchach pomyślałem, że panowie McVeigh, Cave i Lawrence-Brown przechodzą syndrom drugiej płyty wyjątkowo silnie, oferując nam coś znacznie mniej porywającego od debiutu. Niby są charakterystyczne elementy zespołu (niski głos Harry‘ego, electro-rockowy puls, ponury klimat zwrotek ponad które wzbija się dramatyczny refren), ale wszystko jest przypadkowe i niedopracowane.

Po twórcach „To Lose My Life...” spodziewałbym się albo zaprezentowania czegoś świeżego, innego niż poprzednik albo chociaż porządnego odegrania znanego już klimatu. „Bigger Than Us” nie oferuje żadnej z opcji - usłyszymy zbiór znanych już trików, jednak skomponowanych zupełnie bez polotu. Przyznać muszę, że utwór zyskuje przy kolejnych przesłuchaniach (zmusił mnie nawet do nucenia), ale na tle utworów z poprzedniego krążka takich, jak „Death”, „Unfinished Business” czy „E.S.T.” i tak wypada blado. Oby reszta albumu okazała się być lepszą propozycją. 6/10 [Michał Nowakowski]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz