20 lutego 2011

Recenzja Brendan Perry „Ark”


BRENDAN PERRY Ark, [2010] Cooking Vinyl || Brendan Perry to dla mnie jedna z najważniejszych postaci w muzyce. Uwielbiam barwę jego głosu i niedzisiejsze wyczucie piękna. Poza przeogromną spuścizną muzyczną Dead Can Dance, które w większości ożywił ten Brytyjczyk mamy do dyspozycji również dwa solowe krążki. O ile pierwszy z nich, „Eye of the Hunter”, to po prostu ładna muzyczna opowieść, ustępująca jednak poziomowi legendarnemu duetowi, o tyle wydany jedenaście lat później „Ark” śmiało rywalizuje z ich nawet najlepszymi dokonaniami.

Brendan przez te jedenaście lat nie próżnował - uczył się grać na kolejnych instrumentach, interesował się rozwojem technologii nagrywania muzyki, w 2005 roku wyruszył z Lisą w trasę tymczasowo reaktywowanego Dead Can Dance, a przez dwa i pół roku nagrywał „Ark”. Chociaż krążek nie zawiera niczego, czego w muzyce dotąd nie było oferuje kompozycje, na tyle klimatyczne, że gdyby płyta była sygnowana logiem DCD, krytyka okrzyknęłaby materiał arcydziełem. Ja to czynię pomimo „Brendan Perry”, które widzę przy latarni. Jak dla mnie, „Ark” jest taką samplowaną operą - opartą w dużej mierze o przestrzenne, elektroniczne tła, ale wzbogaconą o instrumenty etniczne, jak chociażby lira korbowa czy chińskie cymbały yanggin.

Ciemność zalewa dziwny, niebezpieczny, ale intrygująco piękny świat. Gdzieniegdzie rozsiane zostały latarnie rozświetlające okolice i ściągające do swojego wnętrza tułających się ludzi. Czy dręczony tysiącami pytań człowiek znajdzie w środku odpowiedzi na chociaż część z nich? - w ten sposób opisałem zarówno okładkę, jak i klimat muzyki. Bo chociaż na „Ark” usłyszymy więcej elektroniki niż we wcześniejszych dokonaniach Brendana, a w lirykach znajdziemy fragmenty w stylu „I watch the TV, it is my world” (co w ustach tego mistycznego barda brzmi kosmicznie), to efekt wciąż pozostaje niezwykle metafizyczny.

Dwa z utworów, które trafiły na „Ark” zostały skomponowane na potrzeby wspomnianej już trasy koncertowej Dead Can Dance w 2005 roku – „Babylon” i „Crescent”, które rozpoczynają i zamykają krążek. Oba zanim trafiły na solo zostały przerobione i dostosowane do klimatu „Ark” w Quivvy Studios, gdzie powstawała cała płyta (a także poprzednie solo i dwa albumy DCD - „Spiritchaser” i „Into The Labyrinth”). Jest to niewielki protestancki kościółek zbudowany na wyspie, wśród jezior i drzew. Stoi tam od 1855 roku aż w końcu w 1986 zostaje desakralizowany i kupiony przez Brendana w 1991. Od tamtego czasu stopniowo odnawia on kolejne części budowli i wzbogaca o nowoczesny sprzęt. To jest wg mnie odpowiedź dlaczego album jest właśnie taki – metafizyczny, dojrzały, klimatyczny i głęboki, a przy tym w ciekawy sposób syntetyczny i szczegółowo obliczony niczym nowoczesny produkt. Wszystkie instrumenty zostały zarejestrowane przez Brendana i pocięte na próbki, z których na komputerze skomponowanych zostało osiem utworów, wzbogaconych elektroniką i fantastycznymi wokalami Brytyjczyka.


Największą zaletą, a zarazem największą wadą tego krążka jest właśnie to, że został zlepiony z sampli. Z jednej strony pozwoliło to uzyskać bardziej nowoczesny efekt, przypominając, że człowiek ery telewizji i internetu, pomiędzy najróżniejszymi rozrywkami wciąż boryka się z wątpliwościami natury egzystencjalnej. Udział elektroniki również przypomina o tym, jak wszelkie maszyny wypełniły nasze życia. Z drugiej jednak strony sample czasami zostają źle poklejone, a przykładem niech będzie „This Boy” i ten talerz, który swinguje przez większość utworu na jedno kopyto. Brzmi to koślawo, a szkoda, bo pomimo wszystko, to jeden z lepszych utworów na „Ark”.

Poza nim jest jeszcze „Wintersun”, które dorównuje pięknem takim kompozycjom, jak „Severence” czy „Anywhere out of this world” z dyskografii DCD. Rozpoczyna się (i w dużej mierze opiera) o syntezatory, ale to za co przede wszystkim pokochałem ten utwór, to śpiew Brendana (najlepszy na płycie i chyba nawet najlepszy w karierze). Przy jego refrenowym zawodzeniu można się naprawdę rozpłynąć. Podobnie jest w przypadku utworu „Utopia”, które zestawia przestrzenne tło z delikatnym, powtarzanym wciąż beatem i wyjątkowo emocjonalnym wokalem (w pełnym wymiarze odwołującym się do tego znanego z krążków Australijsko-brytyjskiego duetu). Niesamowite są również smyczki pojawiające się w zakończeniu. Brendan śpiewający na ich tle „In our utopia/ You will be queen and i will be king/ In our utopia/ You will be free/ To be whoever you want to be” brzmi naprawdę majestatycznie.


Udane jest to zestawienie nowoczesności z tradycją, bardzo ciekawy efekt wywołuje przechodzenie pomiędzy utworami - np. przejście pomiędzy histerycznymi smyczkami w „Utopia”, a „Inferno” rozpoczynającego się od elektronicznego pisku, basowy wstęp „The Devil and the Deep Blue Sea” zaraz po swingującym „This Boy” czy zahaczające o trip-hopowe brzmienia „The Bogus Man” zaraz po rozpoczynającym album „Babylon”. To ostatnie jest chyba najbliższe temu, co prezentował Dead Can Dance, a użyte w utworze chińskie cymbały yanggin mogą wywołać w fanach tego duetu naprawdę przyjemne skojarzenia. Także w obrębie samych utworów znajdziemy równie silne kontrasty i tu jako przykład wspomniane „The Bogus Man”, w którym syntezatory przeplatane są ze spokojniejszymi momentami zbudowanym właściwie tylko z delikatnego tła, opieszałej perkusji i subtelnych dzwoneczków.

Brendan Perry od młodzieńczych lat pełen był niezgody na otaczający go świat. W latach 70-tych zaowocowało to punk rockowym zespołem The Scavengers, a jego bunt w późniejszych lat przybierał coraz dojrzalszą formę ewoluując w Dead Can Dance. Z jednej strony ciężko sobie wyobrazić coś bardziej oddalonego od punk rocka niż muzyka tego duetu, a z drugiej strony trudno nie usłyszeć, że również i to drugie jest bardzo silnym manifestem. Pomimo iż album jest przepełniony smutnymi lirykami, pomiędzy nimi można odnaleźć fragmenty zachęcające do nie poddawania się, przypominające o tym, że jest szansa na lepszy świat. Muzyk rozlicza się również z roli religii w życiu człowieka („No more sundays/ And no more religion for you”), a kiedy opowiadał o symbolu wykorzystanym w tytule albumu przedstawiał to tak: „Arka równocześnie będąca ucieczką od brutalnych realiów świata, jest także pojazdem prowadzącym do regeneracji i odnowy”. Wypowiadając te słowa miał na myśli sam symbol, ale także funkcję, jaką chciał by pełniła jego płyta w życiu jej odbiorców. I w pełni się z nim zgodzę - ja po nią sięgam, gdy staram się uciec od wszystkiego i wrócić odświeżony. 9/10 [Michał Nowakowski]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz