7 marca 2011

Recenzja Radiohead „The King of Limbs”


RADIOHEAD The King of Limbs, [2011] XL Recordings || Na Radiohead od momentu wydania „OK Computer” ciąży presja. W ciągu ostatnich 15 lat, jako jedni z niewielu nigdy nie strącili wysoko zawieszonej poprzeczki. Stali się marką, której zadaniem jest za każdym razem pokazanie siebie z innej, czasem nowej dla muzyki alternatywnej, perspektywy. Jak łatwo się domyślić, fani tego samego spodziewali się po ósmej płycie. „The King of Limbs” oczywiście tradycyjnie ukazuje nowe oblicze zespołu, w tym wypadku poprzez wysłanie ostrzejszych gitar na urlop. Jednak tym razem Radiogłowi postanawiają odłożyć plany rewolucji na bok i podążyć za modą. Prztyczek w nos?

Minimalizm staje się tematem przewodnim. Już od pierwszego odsłuchu da się również wyczuć zdystansowanie do kompozycji. Brak tu tak silnych emocji jak w „There there” czy „Last Flowers”. Zamiast nich mamy wyraźne jak na dłoni fascynacje. Can, krautrock, psychodelia i Flying Lotus przedstawiają nowe 37 minut rodem z Anglii. Pierwsze pięć z nich to już wielkie zmiany. Jedynym, znanym do tej pory elementem, jest wokal Thomasa. Podłożony pod niego pogłos i emocjonalne zaśpiewy, nie dominują jednak nad instrumentarium. Są tak samo ważne jak połamany perkusyjny beat i towarzyszące mu klawisze. W „Bloom” zmarnowany jednak zostaje motyw orkiestrowy, który pozwoliłby mu na dosłowne rozkwitnięcie, stworzenie utworu jeszcze bardziej intrygującym. „Morning Mr Magpie” jest swoistą powtórką z poprzedniej kompozycji. Sposób gry na gitarze przywodzi mi na myśl tę z „I Might Be Wrong”, Thom konsekwentnie emocjonalnie intonuje kolejne linie, dzięki czemu momentami kawałek brzmi niemalże „piosenkowo”. Podobnie jest również w lekko psychodelicznym „Little by Little”. Najdziwniejszym tworem z całą pewnością jest „Feral” - udziwniony, psychotyczny, rozedrgany. Trudno go nazwać utworem. Bardziej wariacją na temat Buriala.


Najbardziej „piosenkowo” robi się w singlowym „Lotus Flower”, punkcie granicznym pomiędzy dwoma obliczami płyty. To tu dochodzi do spotkania dwóch wizji. Reguły pozostają bez zmian, ale dzięki uwidocznionemu pierwiastkowi tanecznemu i wokalowi rzuca się on w uszy od pierwszego odsłuchu. Niemalże błyskawicznie pozostawia wydźwięk, widoczny odcień. Yorke wyrzucający z siebie „All I want is a moon upon a stick” przywołuje siebie z poprzednich dokonań zespołu. Gdy singiel cichnie, następuje zwrot o 90 stopni i to melancholia zaczyna dominować. Zaczyna się od „Codex”, który brzmi jak młodszy kuzyn „Pyramid Song”. Wokal jest lekko zdystansowany, a w tle pobrzmiewa stopa automatu perkusyjnego. Pieśń nie wypada porywająco, ale też nie zawodzi. Przypomnijcie sobie akustyczną wersję „Motion Picture Soundtrack” i dodajcie do niej znaczny folkowy pierwiastek. Taki właśnie jest „Give Up the Ghost”.

Po 32 minutach przychodzi pora na ostatni kawałek tego cyfrowego tortu. Separator, najudolniej łączy obie twarze „The King of Limbs” - eksperymentalną i melancholijną. Przemawia dzięki niepodważalnemu urokowi oraz braku ciśnienia na wizjonerstwo, a zagrana jakby bez pomysłu partia gitary idealnie wpisuje się w jego koncepcję i sprawia, że zakończenie pozostawia po prostu bardzo przyjemne uczucie. W dużej części taki jest również cały Król konarów. Po raz pierwszy od 16 lat, nie ma niczego muzycznie zmieniać, udowadniać. W podsumowaniach najlepszych wydawnictw roku pewnie nie będzie w pierwszej 5, być może nawet nie w 10. Tylko czy ktoś się tym jeszcze przejmuje? 7/10 [Paweł Samotik]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz