26 kwietnia 2011

Recenzja Le Days „Dead people on tape”


LE DAYS Dead people on tape, [2011] self-released || Od jakiegoś czasu, dzięki dobrodziejstwom internetu możemy kpić ze scenarzystów jednego z polskich seriali. Sławne „jestem emo, a emo takich rzeczy nie robią” już powoli wpisuje się w język popkultury. Jako, że troszczymy się o poziom edukacji w naszym kraju, w ramach przybliżania subkultur polskim około czterdziestolatkom (i nie tylko) przedstawiamy debiutancką płytę wykonawcy akustycznej muzyki emo, Le Days.

Pod tą nazwą kryje się niespełna dwudziestoletni Szwed, Daniel Hedin. Taki zwykły, doświadczający weltschmerzu chłopak z akustykiem, który po paru koncertach i jednym małym hicie, postanowił wydać pełnowymiarową płytę. Opóźniał jej wydanie, co chwilę podając to nowe powody, jednak wreszcie, z rocznym opóźnieniem, otrzymaliśmy 17 fragmentów nastoletniej paranoi i cierpienia. Wszystkiemu towarzyszy oczywiście odpowiednia atmosfera mroku i melancholii. Zero nawiązań do Joy Division (rodzice nie wpisujcie tej nazwy w wyszukiwarkę; dzieci wpiszcie - polubicie wokalistę) niewyobrażalnie ratuje ten materiał.

Całość jest niesamowicie spójna. Tu występuje ambiwalencja. Z jednej strony jest to plus, dźwięki przyswaja się, mimo ciężkiej atmosfery, łatwo. Z drugiej, w kwestii technicznej i instrumentalnej słuchanie kolejnej z rzędu piosenki rozpisanej na gitarę akustyczną i organy powoduje zwyczajny brak zaskoczenia. Jest to bolączka zwłaszcza drugiej połowy „Dead people on tape”. Hedin'owi udaje się jednak uciekać od powodowania nudy. Duża w tym zasługa produkcji oraz miksów, za które jest on współodpowiedzialny. Wysunięcie na przód dźwięków gitary, przy jednoczesnym ukryciu klawiszy, czy dokoptowanie partii wiolonczeli, wydaje się być oklepane, prawda? A jednak mimo wszystko nie odnosi się wrażenia, że ich wykorzystanie jest banalne. Wisielcza atmosfera, jak i małe urozmaicenia (backmasking, trąbki), które są porozmieszczane po całej płycie, to duży plus. Koegzystują z opowieściami o niespełnionych miłościach, egzystencjalnych przemyśleniach czy zwyczajnemu dawaniu upustu nienawiści do ludzi, rozszerzając ramy całości, jednocześnie ich nie naruszając.


Drugim równie relatywnym aspektem jest sam wokal. Pełen pasji dla jednych, dla drugich pretensjonalna emfaza. Trzeba jednak przyznać, że gdy idzie o oddanie napiętej atmosfery, tak jak ma to miejsce w końcówce „I've got a masterplan, playing in my mind” (tu świetny pomysł z potknięciami w dźwiękach gitary) lub stanu ocierającego się o opętanie, jak w całym, melorecytowanym „Fingernails” trudno znaleźć lepszy składnik niż neurotyzm spod znaku Conora Obersta. Nie łączcie ich jednak ze sobą, obaj traktują swoje głosy w inny sposób. Jak pokazuje płyta, Szwed nie jest tak bezpośredni jak wokalista Bright Eyes i trzyma emocje na granicy wybuchu, ograniczając się do napiętej, nerwowej frazy.

To bardzo dziwny debiut. Skłaniający do słuchania i do trzymania dystansu, zarazem. Wydając płytę Daniel pozbył się utworów, które były najciekawsze, dlatego, że nie pasowały do konceptu płyty atmosferą. Odwaga i lekkomyślność. Czego by nie napisać, jedno jest pewne - martwi ludzie na taśmie wzbudzają zainteresowanie i wnoszą parę oddechów świeżości, a to ogromny i rzadko spotykany atut debiutanta. 6/10 [Paweł Samotik]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz