10 kwietnia 2011

Recenzja Primus „Pork Soda”


PRIMUS Pork Soda, [1993] Interscope || Frontman Primusa w jednym z wywiadów zdradził swoją filozofię: śmiej się tak często jak tylko jest to możliwe. Podobne podejście do życia mają najwidoczniej pozostali członkowie zespołu, gdyż to właśnie poczucie humoru, sarkazm i wyobraźnia są głównymi częściami składowymi formacji, której początki sięgają 1984 roku.

Za instrument wiodący i wokale odpowiada Les Claypool, który jest – można to śmiało powiedzieć – prawdziwym wirtuozem basu. Gitarowe tła i wstawki tworzy Larry LaLonde, a na perkusji szaleje Tim Alexander (był także częścią pierwotnego składu supergrupy A Perfect Circle, a ostatnio udziela się w projekcie Puscifer). Oprócz wyżej wymienionych na płycie usłyszymy również inne instrumenty: mandolinę (Les) oraz sześciostrunowe banjo, z którego dźwięki w kilku utworach wydobywa Larry. Na temat opisywanego przeze mnie wydawnictwa (będącego ich trzecim z kolei albumem studyjnym) krążą opinie sprzeczne. Jedni sądzą, że od tego krążka zaczął się upadek Primusa, inni go zachwalają. Dla mnie „Pork Soda” to koniec dobrej passy zespołu. Wszystkie kolejne albumy były poprawne, ale pozbawione duszy (z absolutnie beznadziejnym „Brown Sugar” na czele).

Zwykle jest tak, że gitara basowa pozostaje gdzieś w tle pilnując rytmu. Primus stworzył coś dokładnie odwrotnego – to właśnie bas jest tu najważniejszy, najczęściej i najbardziej słyszalny. Wręcz obezwładniający. Gitara elektryczna jest jakby wycofana, ukryta za kurtyną popisów Claypoola, i gdyby nie odrębne brzmienia tych dwóch instrumentów, to gitarę basową można by nazwać elektryczną i na odwrót.


Z mniej poważnych utworów, do najlepszych zaliczyłabym „Welcome To This World”, „Nature Boy” oraz „Mr Krinkle”. Nie zamierzam opisywać tych utworów bo byłoby to dość monotonne – album to głównie dziwaczne basowe riffy i takiż sam wokal frontmana, pałętająca się gitara (czasem nawet pozwala się jej zabrzmieć na dłużej) no i perkusja. Nie znaczy to, że są nudni. Melodie się różnią, teksty też są inne, jedynie nie ma sensu opisywać instrumentarium gdyż jest ono zbliżone w poszczególnych utworach.

Na płycie znajdziemy pięć utworów instrumentalnych, wśród nich śliczne „Wounded Knee”, które zasiewa ziarno wątpliwości czy to aby na pewno ta sama alternatywna kapela. Brzmi bardziej jak jakiś afrykański zespół jazzowy niż zespół, który skomponował motyw przewodni kreskówki „South Park”, a w 1994 roku został obrzucony błotem na Woodstocku.


Jest jeszcze jedna pozycja o której chciałabym wspomnieć, a mianowicie „The Air Is Getting Slippery” - brzmi ona jak cyrkowa muzyczka. Automatycznie oczami wyobraźni widzę klauna z wielkim, czerwonym nosem i tańczącego słonia.

Album różni się od poprzednich płyt tym, że nie jest tak spójny jak one i oprócz głupkowatego humoru zawiera w sobie pierwiastek mroku. Utwory „My Name is Mud” (swoją drogą świetny brzmieniowo; Les gra na basie niezwykle dziko, co daje bardzo dobry efekt) oraz „Bob” (będący lamentem o samobójstwie przyjaciela Claypoola) są tego doskonałym przykładem. Zatem, jeśli macie ochotę na coś dziwacznego, okraszonego dużymi pokładami ironii, czarnego humoru i szczyptą mroku – to „Pork Soda” będzie idealna. 8/10 [Agnieszka Hirt]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz