21 czerwca 2011

Recenzja Arctic Monkeys „Suck It And See”


ARCTIC MONKEYS Suck It And See, [2011] Domino || Zapowiadany i wyczekiwany od dawna nowy krążek Arctic Monkeys Suck It And See ma na celu zmazać lekki niesmak, który pozostał w ustach po poprzednim albumie Humbug z 2009 roku. Wtedy to panowie z Sheffield postanowili, chyba na siłę, dojrzeć i zmienić styl. Trochę się to nie udało, a nie pomogła nawet przeprowadzka do USA i praca pod skrzydłami Josha Homme'a. Minęły dwa lata, przez, które muzyka miała wrócić do korzeni z pierwszej płyty czyli surowego, niesamowicie melodyjnego grania. Suck It And See jednak nie upada tak daleko od Humbug, ale nie jest to wada, bo z poprzedniczki zostały i wyewoluowały tylko najlepsze elementy.

Zacznę może od dwóch singli, które pojawiły się odpowiednio dwa miesiące i miesiąc temu, zapowiadających nowy album. Na pierwszy ogień poszedł rewelacyjny Brick By Brick, który jest swoistym muzycznym pomostem między ostatnimi płytami. Słychać spore inspiracje Queens of the Stone Age - przyśpiewki w refrenie i transowe powtarzanie brick by brick. Świetnie wypada też solówka gitarowa, która zauważalna jest tym bardziej, że już takich rzeczy się po prostu nie nagrywa. Na słuch rzuca się jeszcze jedna sprawa - wokal. Turner w tej piosence nie brzmi jak on, wachlarz umiejętności wokalnych został oficjalnie rozbudowany.


Drugim singlem został Don't Sit Down 'Cause I've Moved Your Chair, który po krótkim lekko countrowym początku wybucha nam w twarz ciężkim brzmieniem, a samo przełamanie melodii przywołuje na myśl - uwaga uwaga! - Tool. Później troszkę się to wszystko rozmywa w chórkach bujającego refrenu, ale samo wrażenie pozostaje.

Wracamy do całej płyty, którą otwiera She's Thunderstorms i jest to początek nijaki. Oczywiście melodia niesie, oj niesie, a sama piosenka rzeczywiście jest połączeniem pierwszej i ostatniej płyty. Dobrze, że chłopaki dodali w wyciszeniu fajną linię basu i solówkę na koniec (co trochę łamie tą monotonną sielankę). Kołyszący The Hellcat Spangled Shalalala z bardzo ostatnio popularnym dźwiękiem gitar mówi: też możemy grać jak Kings of Leon. Po tej piosence dochodzę do wniosku, że małpy zawsze będą brzmiał jak małpy, co by nie grali i jakich środków artystycznych by nie używali, póki będą mieli Alexa Turnera.


Bardzo ciekawą pozycją jest natomiast Library Pictures, a jest to zdjęcie biblioteki w której małpy umieściły prace swoich idoli. Wchodzący pierwszy riff brzmi jak hołd dla Black Sabbath - z resztą jak posłuchacie to do takiego samego wniosku poniosą was myśli, z czasem przychodzi moment na nuty punkowe jak i te zagrane spokojnie, nad którymi jakby czuwał Ian Curtis. Jednak z przykrością muszę stwierdzić, że pomysły na album kończą się w okolicach jego połowy i tak ostatnie pięć piosenek, rozpoczynając odliczanie od ósmego na liście Reckless Serenade, kończąc na dwunastym, zamykającym That's Where You're Wrong, są nieomalże identyczne.

Po pierwszej części można powiedzieć, że Arctic Monkeys wymyślają się na nowo, tym razem udanie. Ta część jest naprawdę bardzo dobra ale pięć czy sześć identycznych piosenek na płycie w drugiej odsłonie nie może im ujść na sucho! Może rzeczywiście presja i oczekiwania są za duże i to ich paraliżuje, ale słychać doskonale, że potrafią! 7/10 [Tomek Milewski]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz