11 lipca 2011

Recenzja Prince of Tennis „Urbi and Orbi”


PRINCE OF TENNIS Urbi and Orbi, [2011] self-released || Polacy kochają czeskie filmy. Miłość ta zaczęła się wraz ze zwycięstwem Samotnych (oryg. Samotáři) w reżyserii Davida Ondříčka na podstawie scenariusza Petra Zelenki w 16. Warszawskim Festiwalu Filmowym. Polska zalana została wkrótce kolejnymi klonami Samotnych, w równym stopniu wzmagającymi miłość do czeskiej kinematografii, co wykoślawiającymi jej prawdziwy obraz. W Czechach tymczasem jednym z najważniejszych elementów sukcesu filmu była ścieżka dźwiękowa autorstwa Jana P. Muchowa, wykorzystującego w niej również utwory takich tuzów tamtejszej sceny elektronicznej jak Ecstasy of Saint Theresa czy Ohm Square.

Muchow, dziś połowa duetu Ecstasy of Saint Theresa i najbardziej wzięty producent muzyczny w całej Republice Czeskiej, miewa również epizody aktorskie. Najsłynniejszą jego rolą był udział w niedystrybuowanym w Polsce filmie Šeptej z 1996 roku, również w reżyserii Ondříčka, będącym skromniejszym i emocjonalnie intensywniejszym poprzednikiem Samotnych. Muchow, odpowiedzialny za muzykę również do tego filmu, jako ilustrację do opowieści o Pradze połowy lat dziewięćdziesiątych użył siedmiu utworów z debiutanckiego albumu zespołu Colorfactory, w którym ówcześnie grywał.

Zarówno Šeptej, jak i Colorfactory, do dziś zgodnie nazywane są zjawiskami kultowymi. Zespół praktycznie zakończył działalność po wydaniu drugiego albumu w 1999 roku, pozostał jednak flagową nazwą czeskiej elektroniki. Jej specyfika do dziś polega na swoistej wielkomiejskiej melancholii podszytej, silnie obecnym również w czeskim kinie, dualizmem Praga – tzw. venkov, czyli stolica i wszystko to, co poza nią.

Polacy kochają również wszystko co darmowe. Ostatnia dekada przyzwyczaiła nas do fanaberii gigantów upubliczniających swoje albumy za darmo w sieci. Do debiutantów lub pobocznych projektów znanych już twórców korzystających z tej formy dystrybucji podchodzimy jednak dalej z lekką nieufnością i pobłażaniem (vide Baths i jego kolejne epki oraz całe albumy wydawane pod szyldem Geotic). Niepotrzebnie.


Za Urbi and Orbi stoją ukryci za szyldem Prince of Tennis David Volenc oraz Honza Čechtický, członkowie nieodżałowanego Colorfactory. Swoją muzykę wydają za darmo w internecie. Nie koncertują. Wszystko wskazuje zatem na to, że charakterystyczne dla siebie i może niedzisiejsze dźwięki tworzą dla czystej przyjemności. Jako Prince of Tennis nie muszą już niczego udowadniać, nie podążają za najnowszymi trendami w elektronice. Brzmiąc nieco niemodnie kreują znaną filmową atmosferę. Również typowe czeskie rozdarcie między stolicą a resztą kraju jest tu obecne. Tytułowym miastem jest rzecz jasna Praga, czy światem zatem jest to, co poza, czeskie i morawskie wioski i miasteczka? Okładka Urbi and Orbi wydaje się w równym stopniu wyśmiewać czeską wieś, co tęsknić do niej w sposób właściwy zblazowanym mieszczuchom.

Czysto muzycznie album jest dość jednorodny, balansuje między byciem równym a nudzącym, w obu tych wypadkach sprawdza się jednak jako codzienna ścieżka dźwiękowa. Trafne wydają się odwołania do Röyksopp, w jego bardziej melancholijnej a mniej tanecznej odsłonie. W nieco nerwowym i pulsującym basem Too Late to Recycle można usłyszeć echa ostatniej Groove Armady. Wokal w Bones rodzi wyraźne skojarzenia z harmoniami charakterystycznymi dla Hot Chip. Kroczący If You Took the Stairs zbliża się do synth-popowych rejonów lat osiemdziesiątych. Ache of Mind, którego pierwsze sekundy zapowiadają potencjalny przebój, rozpływa się jednak elektronicznych plamach à la Junior Boys. Odrobina żywych gitar pojawia się nie tylko we wspomnianym Too Late to Recycle i kończącym album MILF Island, ale wiodącą rolę pełni tylko w Mind Meanders.

Choć album promowany jest obdarzonym sympatycznym teledyskiem Failure Is Art If You’re a Robot, to od pierwszego przesłuchania zdecydowanie wyróżnia się jedynie najbardziej przebojowy i taneczny Release. Wokal Davida Wolenca w każdym utworze jest przetwarzany i deformowany na przeróżne sposoby, na dłuższą metę może wydać się jednak monotonny. Pozbyć się tego wrażenia nie ułatwia specyficzna produkcja, w zamierzeniu atmosferyczna, w efekcie tłamsząca nieco bogato zaaranżowane przecież utwory.

Retro-elektronika serwowana przez Prince of Tennis jest w gruncie rzeczy solidnym, nieco futurystycznym popem. Album ten jest faktycznie głównie prezentem dla pokolenia dzisiejszych praskich 30-latków. Ich nostalgia wynikająca z kontaktu z tą muzyką pozostaje dla nas rzecz jasna słabo czytelna. Jak to jednak bywa z prezentami, szczęście z ich otrzymania rodzi dumę i chęć pokazania rodzinie, przyjaciołom, sąsiadom. Jako sąsiedzi spójrzmy więc życzliwym okiem na Urbi and Orbi. Zwłaszcza że spojrzenie to, podobnie jak na wcześniejszą EP-kę o dość przewrotnym tytule Camping in North Ikea, nic nas nie kosztuje. 6/10 [Wojciech Nowacki]