14 stycznia 2012

Recenzja Pearl Jam "Pearl Jam Twenty"


PEARL JAM Pearl Jam Twenty, [2011] Monkeywrench || Na rok 2011 przypadły zakrojone na szeroką skalę obchody dwudziestolecia Pearl Jam, których najważniejszym elementem był zjawiskowy film dokumentalny „Pearl Jam Twenty” Camerona Crowe. Przygotowany na podstawie setek godzin materiału nagrywanego w przeciągu ostatnich dwudziestu lat, doczekał się szeregu wyprzedanych pokazów kinowych, a ostatecznie wydany został na DVD. Kilka tygodni wcześniej ukazał się dwupłytowy album „Pearl Jam Twenty” będący ścieżką dźwiękową do wspomnianego filmu. Pytanie, czy broni się jednak jako autonomiczne, niezależne od filmu, wydawnictwo oraz czy może pełnić rolę wprowadzenia do historii jednej z najważniejszych grup rockowych lat dziewięćdziesiątych?

Od razu zaznaczyć trzeba, że całkowicie mija się z celem kupowanie tzw. polskiej wersji, choć cena za dwupłytowe wydawnictwo wydaje się atrakcyjna. Ideę tychże wersji odłóżmy w tym miejscy na bok, zwłaszcza jednak „Pearl Jam Twenty” nabiera barw dopiero z grubą książeczką, wypełnioną nie tylko fotografiami, ale przede wszystkim obszernymi opisami każdego utworu sporządzonymi przez reżysera filmu.

Dysk pierwszy, opisany jako „From the film PJ20”, zbierając najważniejsze wykonania przedstawione w filmie pełni rolę faktycznej ścieżki dźwiękowej, okazują się jednocześnie kolejną koncertówką Pearl Jam. Dzieli jednak z filmem główną jego bolączkę, skupienie się zatem na początkach grupy, co akurat zrozumiałe w przypadku filmu, oraz na utworach z epoki „Ten”, dość marginalnie traktując późniejsze muzyczne dzieje grupy.

Podkreśla się wielokrotnie, że Cameron Crowe z perspektywy oddanego fana nakręcił film dla fanów właśnie. Z drugiej strony całą późną twórczość grupy określa się dość powszechnie mianem tworzonej już głównie dla jej miłośników. Tymczasem Crowe skupiając się na zapisanym w dziejach debiucie Pearl Jam skrzywdził grupę, umacniając poniekąd stereotyp, że po „Ten” nie stworzył już nic, poza dwoma kolejnymi albumami, godnego równie wielkiej uwagi.

Na płycie mamy więc aż pięć utworów z „Ten”, część w niskiej, archiwalnej jakości. Dopiero przez spojrzenie na daty i miejsca ich rejestracji oraz towarzyszące im opisy nabierają historycznej niemal wagi, jak choćby „Garden” ze Szwajcarii z 1992 r. Całkiem współczesne zaś wykonanie „Release”, znajdującego niemal na wszystkich płytach koncertowych Pearl Jam jest całkowicie zbędne. Cieszy jedno z pierwszych wykonań „Do The Evolution” z 1998 r., bo drapieżność tego utworu zawsze cieszy. Niezwykle mocnie brzmi nerwowe „Not For You” z 1995 r., wyróżnia się pierwsze wykonanie „Crown Of Thorns” z repertuaru Mother Love Bone”, prawdziwą ciekawostką jest zaś zagrany wspólnie z Neilem Youngiem „Walk With Me”.

Druga płyta, „Rarities and Inspiration”, wydaje się czymś podobnym do albumu „Lost Dogs”, zbierającego część z olbrzymiego zbioru rarytasów, B-side’ów i bonusów Pearl Jam. Tu mamy jednak do czynienia z archiwalnymi demami, w części znów w dość niskiej jakości, oraz z kolejnymi wykonaniami koncertowymi. Wczesne dema z początku lat dziewięćdziesiątych, faktycznie nieznane, nie mogą jednak pełnić roli większej niż ciekawostki dla fanów. Późniejsze, jak pierwotne demo „Nothing As It Seems” zaśpiewane przez Jeffa Amenta, czy instrumentalna wersja „Off The Girl” wreszcie wnoszą coś nowego do późniejszej historii grupy. Również z tego okresu pochodzą w większości zamieszczone na drugim dysku fragmenty koncertów. W jednym przypadku obcujemy zaś z wydarzeniem prawdziwie historycznym, kiedy to w 2003 r. Pearl Jam wybuczany został przez własną amerykańską widownię podczas wykonywania „Bu$hleguer”, gorzkiego, muzycznie fascynującego utworu wymierzonego w Sami-Wiecie-Kogo.

Powiedzmy to jasno i wyraźnie, dzięki bogatym informacjom zawartym w książeczce, album „Pearl Jam Twenty” broni się w zupełnym oderwaniu od filmu, bez nich jednak traci się zupełnie kontekst, jest to wreszcie wydawnictwo przeznaczone tylko i wyłącznie dla fanów, do tego tych bardziej zagorzałych. Przypadkowych słuchaczy raczej nie zachęci, nie zbliża się bowiem choćby trochę do zestawu greatest hits, niska, archiwalna jakość niektórych nagrań może zaś dodatkowo odrzucić. Większy potencjał, jako zbiór rarytasów, w tym względzie miało wspomniane „Lost Dogs”, gromadzące utwory studyjne, profesjonalnie zarejestrowane oraz przede wszystkim różnorodne. Powyższe uwagi w najmniejszym stopniu nie dotyczą jednak samego filmu, epickiego dzieła, które i porwie fanów, i przyciągnie nowych. Jeśli chodzi o płytę „Pearl Jam Twenty” to jeśli dla miłośników absolutnie konieczna, to dla reszty absolutnie zbędna. 5/10 [Wojciech Nowacki]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz