13 listopada 2012

Blogosfera muzyczna #3: Wywiad z Bartkiem Chacińskim


Cykl „Blogosfera muzyczna” jest miksem wywiadów z polskimi blogerami muzycznymi, felietonów i przeglądów polskich blogów/serwisów. W tym odcinku rozmowa z Bartkiem Chacińskim, dziennikarzem, publicystą i blogerem. Chaciński prowadzi dwa blogi – Polifonię dla Polityki i prywatny – chacinski.wordpress.com, na który trafiają bardziej niszowi wykonawcy.

Stoisz między dwoma światami – mediami tradycyjnymi a blogosferą. To są światy napędzane zupełnie różnymi siłami. W którym odnajdujesz się lepiej?

Jeden i drugi ma swoje zalety. Prasa papierowa ciągle jeszcze nadaje treściom stosunkowo większą wagę i wiarygodność. By nie szukać daleko – trudno sobie wyobrazić wybuch niedawnej „afery trotylowej” na taką skalę po publikacji w Internecie. Blogi pozwalają się zwracać niemal do każdego czytelnika z osobna, znać imiona lub pseudonimy swoich odbiorców, ich poglądy. Blogi – i Internet w ogóle – mają fenomenalnie kompetentnych czytelników. Tego prasowego czytelnika zwykle nie jesteśmy w stanie do tego stopnia poznać, ale z kolei łatwiej prowadzić działalność popularyzatorską dobrym tekstem w papierze niż na blogu. Tam łatwiej o przypadkowego odbiorcę, który – zainteresowany tekstem – zechce kupić płytę czy zainteresować się jakimś wykonawcą. To są rzeczywiście światy napędzane różnymi siłami. Teksty pisane do jednego i drugiego muszą być inne. Papier nie zniesie tak bezpośredniego tonu, na jaki można sobie pozwolić na blogu. I odwrotnie – coś, co brzmi nieźle na łamach gazety, na blogu wypadnie fałszywie, pretensjonalnie, zbyt formalnie...

Niektórzy mówią, że obecnie bloger/dziennikarz jest potrzebny tylko do momentu wynalezienia jakiegoś wykonawcy – wtedy internauta zdąży polubić go na Facebooku, śledzić na Twitterze, dodać na Last.fm itd. Co o tym sądzisz?

Mam wrażenie wręcz przeciwne – że w tym natłoku premier, debiutów, nowych gatunków, bloger czy dziennikarz – to nieistotne z tego punktu widzenia – jest potrzebny coraz bardziej. Uporządkowanie tego wszystkiego, nawet we własnej głowie, to duże wyzwanie. Czytamy innych nie tylko po to, żeby się zainspirować do dalszych poszukiwań, ale żeby potwierdzić lub zaprzeczyć temu, co sami sądzimy. Dokładnie z tych samych powodów, z jakich prowadzimy dyskusje ze znajomymi. Recenzent/bloger/krytyk to ktoś taki, z kimś dyskusję prowadzimy, czasem tylko w myślach, czasem w komentarzach pod tekstem, na blogu itd. Ta dyskusja jest coraz szersza, większa, nie wydaje mi się, żeby takie ogniwa dyskusji miały z niej wypaść – bo nie byłoby się do czego odnieść. A nawet jeśli recenzenta nie lubimy, nie zgadzamy się z nim – jest punktem odniesienia.

A kogo w Polsce czytasz?

Kilka blogów śledzę stale. Do serwisów staram się zaglądać przynajmniej raz na tydzień – nie bardzo wyobrażam sobie, żeby nie sprawdzać tego, co się dzieje w Niezalu, Nowej Muzyce, PopUpie, Porcys, Screenagers. Kolejność alfabetyczna. Jest jeszcze kilka innych, mniejszych. Jest Dwutygodnik, gdzie czasem trafiają się niezłe teksty muzyczne. W polskojęzycznej części Sieci jest bardzo dużo ciekawych miejsc, gdzie można poczytać o muzyce, paradoksalnie może nawet samych miejsc jest za dużo – czasem przydałaby się trochę mocniejsza selekcja materiału, nieco mniej serwisów, ale z większymi szansami na zbudowanie sobie naprawdę mocnej marki, może nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Wiem, że muzyka alternatywna to zwykle osobista, bezkompromisowa wizja, ale czasem wydaje mi się, że dobrze by było połączyć kilka takich serwisów w jeden naprawdę mocny.

Mimo wszystko, wydaje mi się, że w kwestii muzyki alternatywnej blogi w Polsce mają większy zasięg niż media tradycyjne. Co o tym sądzisz? Blogujesz od 2007 roku – miałeś czas, by się rozejrzeć.

Na to pytanie trudno odpowiedzieć. Na pewno łatwo odnieść takie wrażenie, wiele osób zwraca mi uwagę, że przecież mamy do czynienia z grupą czytelników, którą łatwo zamknąć na terenie dwóch serwisów, pięciu blogów i jednego festiwalu. Ale mam przekonanie, że jest bardzo dużo nieprzywiązanych do internetowych mediów słuchaczy alternatywy, którzy cały czas szukają dla siebie impulsów w mediach tradycyjnych. Oczywiście kwestia tego, jaki próg „alternatywności” sobie ustawimy. Pamiętajmy, że dla wielu osób alternatywna będzie wciąż grupa Muse, a w Polsce – Kult. W każdym razie im wyżej stawiamy poprzeczkę, tzn. im bardziej oddalamy się od mainstreamu i tego, co się realnie sprzedaje, co jest częścią dużego rynku, tym bardziej ograniczamy zasięg odbiorców. I tym większe prawdopodobieństwo, że papierowe gazety, telewizja czy radio w takim kraju jak Polska (dużym, ale jednak z dala od centrum dziania się, ze słabo rozwiniętą prasą muzyczną) nie spełnią wymagań takiego odbiorcy. W każdym razie blog to niezła forma publikowania dla dziennikarza zajmującego się muzyką – pod warunkiem, że się do niej nie ogranicza.

Znasz jakiegoś dziennikarza niezłego w mediach tradycyjnych, który nie poradził sobie w blogosferze?

Bardziej już przypadki ludzi, którzy polegli, bo byli za leniwi na blog. Ale wstrzymam się od odpowiedzi. Jedna z najgorszych sytuacji dla recenzenta to recenzować pracę innych recenzentów. Owszem, czasem łatwo się to robi – i samemu mi się zdarza, bez winy to ja nie jestem – ale w pewnym momencie lepiej się ugryźć w język, bo krytyka krytyka szybko zostaje zrozumiana jako krytyka całej krytyki i odrzuca ludzi od całego środowiska.

Zaglądasz na fanpage „Czytam polską prasę muzyczną dla beki”?

Na Facebooka nie poświęcam dużo czasu – mój profil zasilany jest w dużej mierze automatycznie wpisami na blogu. Ale właśnie wszedłem po raz pierwszy na ten fanpage i utwierdzam się w tym, że odpowiadając na jedno z poprzednich pytań się nie myliłem – ciągle jest spora rzesza czytelników, którzy wyglądają mi na „niezrzeszonych” jako stali czytelnicy jakiegoś jednego serwisu czy dwóch blogów, bo tutaj naśmiewają się równo z wszystkich. A takich ludzi można spróbować przekonać tym, co się pisze. Lubię to. Oprócz tego, że teraz będę tu musiał zaglądać regularnie, a to pożera czas. To mi przypomina o jeszcze jednej ważnej różnicy między tradycyjnym światem a światem internetowej krytyki muzycznej. Ten pierwszy wciąż jeszcze zatrudnia (choć też coraz rzadziej) redaktorów, którzy mają autorowi uniemożliwić wypuszczenie czegoś głupiego. A niestety – i to zasada obowiązująca wszystkich bez wyjątku – każdemu autorowi się zdarza przeholować. Jeśli między nim a czytelnikiem nie ma już nikogo, kto przeczyta tekst (mama, chłopak albo dziewczyna słabo się sprawdzają w tej kontrolnej roli), co jakiś czas może wylądować na tym fanpage'u.

Łukasz Warna-Wiesławski, redaktor naczelny Niezalu Codziennego, w rozmowie ze mną powiedział, że ludzie przy recenzjach „sprawdzają przede wszystkim ocenę i uciekają”. Naprawdę jest tak źle?

Co do wypowiedzi Łukasza, owszem, mam chwilami podobne wrażenie. Od dawna zresztą pisałem o tym, że wartość muzyki coraz mocniej się wypunktowuje, a to zawsze krzywdzące dla płyt. Bardzo trudno znaleźć jedną miarkę dla wszystkich tytułów, poza osobistą przyjemnością słuchania – pamiętam, że np. oceny w starej „Machinie” miały odzwierciedlać tylko tę ostatnią, a o wartości, ważności albumu itd. miało być w tekście. Ale to były notki, które połykało się jednym spojrzeniem, kilka zdań. Na blogach mamy recenzje całkiem sporych rozmiarów, a część czytelników jest zainteresowana tylko punktacją. Co z tym zrobić? Cały czas myślę o rezygnacji z punktów. Z drugiej strony – czasem bywa jednak tak, że ocena punktowa wywołuje zainteresowanie i skłania do przeczytania całości tekstu. Poza tym, dalej liczy się to, by spróbować wciągnąć w lekturę tekstu, no i dalej są tacy, którzy czytają co do przecinka i mają merytoryczne uwagi, więc może nie ma co jeszcze bić na alarm. Ludzie mają mniej czasu i niecierpliwić się albo wybrzydzać na tekst to ich święte prawo.

Jesteś bardziej z tych „koncerty i pot” czy „CD i słuchawki”?

Pytanie jest tendencyjne – chciałoby się powiedzieć. [śmiech] Bo ten rozdział to rozdział w dużej mierze wiekowy. Z każdym rokiem coraz mniej „koncerty i pot”, a coraz bardziej CD albo winyl w domu. Nie porzucam koncertów – w tej chwili wolę się jednak ze względów rodzinnych koncentrować na kilkunastu koncertach i 2-3 festiwalach w ciągu roku. Koncertów jest też wielokrotnie więcej niż dziesięć lat temu, kiedy z kolei mogłem śledzić na bieżąco wszystko, co mnie interesowało, ale za to musiałem dużo jeździć za granicę. Nie mam ambicji oglądać wielokrotnie tego samego artystę na scenie, chyba że chodzi o The Flaming Lips. Ale z płytami jeszcze się staram nadążać. Nie wspomniałem o słuchawkach, bo tych raczej używam niechętnie. I coraz mniej chętnie z wiekiem. Bo owszem, to konieczne, ale jednak zło. Nałogowo co jakiś czas zmieniam słuchawki, szukając tych najlepszych, wyjątkowych (ale bez przesady, bez wychodzenia w sferę sum czterocyfrowych) – i w każdych w końcu coś mi przeszkadza. Poza tym przekompresowana muzyka – czyli duża część tego, co się nagrywa i co brzmi źle już przez głośniki – w słuchawkach wypada wręcz potwornie. Częściowo składam to jednak na karb pierwszych efektów starzenia się – utrata słuchu, zmęczenie, te sprawy. Trzeba się specjalizować. Mam kolegów, nawet niewiele młodszych, którzy potrafią jeszcze nadążać z chodzeniem na koncerty, więc ustępuję im pola.

Dziękuję za rozmowę.

[Michał Nowakowski]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz