13 grudnia 2012

Blogosfera muzyczna #6: Filip Szałasek


Cykl „Blogosfera muzyczna” jest miksem wywiadów z polskimi blogerami muzycznymi, felietonów i przeglądów polskich blogów/serwisów. Tym razem jedna z bardziej wyrazistych figur polskiej blogosfery. Krytyk muzyczny i bloger. Autor bloga Fight!Suzan. Znany z pisania niezwykle długich tekstów, wyszukanego słownictwa i szczerości. Przeczytajcie, co powiedział mi Filip Szałasek.

Blogujesz od 2008 roku, pisząc niezwykle długie teksty. Zdarzyło Ci się tracić przekonanie, że to ma sens?

Czy gracze RPG, zbieracze znaczków i sportowcy zadają sobie pytanie o sens swojej pasji? Nie. Poświęcają się jej dopóki jest to możliwe, dopóty nie przeszkodzi im kontuzja lub wymogi egzystencji. Wydawać by się mogło, że tak samo będzie z pisaniem o muzyce. Błąd. W równych odstępach czasu czytamy płaczliwe wyznania blogerów, którzy kończą swoją działalność lub rozważają jej urwanie (żebrząc o feedback). Regularnie cytuje się statystyki, które poświadczają drastycznie malejące zapotrzebowanie na pisanie o muzyce. Co więc odróżnia piszących o muzyce od graczy RPG? Spora ich część jest psychicznie uzależniona od czytelników.

Gorączkowe kontrolowanie statystyk, wyłudzanie lajków, filozofowanie na temat rynku, poddawanie stylu dyrektywom korporacyjnych poradników SEO... Sporo? Nic dziwnego, że nie starcza energii na pisanie o płytach. Zamiast oddawać się swojej pasji wielu autorów próbuje przeczuwać iluzoryczne trendy recepcyjne i jest to aktywność o tyle niezrozumiała, że „sukces” – tysiąc lajków, milion odsłon – nie zapewnia ani zarobku, ani prestiżu, przynajmniej w naszym kraju. Łukasz Warna-Wiesławski zapewne sporo dopłacał do Niezalu Codziennego (w chwili gdy to piszę 6 294 lajków), a autorzy serwisów w rodzaju Music Is (5 839) czy Pop Mag (padł, mimo zbliżonego wyniku i sfałszowanej reklamy na Onecie) są wyszydzani.

Pytanie o „sens” nie przyszło mi do głowy ani razu, być może dlatego, że pisząc zawsze dobrze się bawiłem i systematycznie rozwijałem, było mi zawsze stosunkowo obojętne, czy ktoś czyta. Rezygnacja z „trudnych słów”, skrócenie tekstów, rozcieńczenie metafor – to kwestia paru kliknięć, ale te kliknięcia tłamszą osobowość. Po co miałbym oddawać się czynności, która nie ubarwia mojego życia, a wręcz przeciwnie: ogałaca je z ciekawych myśli i odczuć? Krytyk muzyczny czy recenzent to marzyciel, obsesjonat, artysta i muszą to zaakceptować przede wszystkim sami krytycy czy recenzenci. Czytelnicy są opcjonalni. Ich aprobata nie zapewnia poczucia sensu, satysfakcja ze spełniania własnych oczekiwań, własnej wizji siebie jako autora – owszem Ludzie oburzają się, kiedy muzyk gra „pod publiczkę”, nie „z serca”, a do krytyki podchodzą dokładnie odwrotnie. Niesprawiedliwa dystrybucja romantyzmu!

Samych serwisów/blogów w ostatnich dwóch latach wyrosło multum. Chaciński stwierdził wręcz, że „dobrze by było połączyć kilka takich serwisów w jeden naprawdę mocny”. Karolczyk z Uwolnij Muzykę! dodał, że nawet wychodził z propozycją połączenia się z WAFP! (została odrzucona). Co Ty o tym sądzisz – różnorodność czy duża marka?

Z zasady jestem za różnorodnością, za jak największą ilością bardzo różnych głosów, ale to nasze „multum” blogów i serwisów mnie osobiście wydaje się fikcją. W większości wypadków mówimy tutaj o efemerycznych przedsięwzięciach, które nie przebijają się do świadomości czytelników ani nawet innych uczestników sceny recenzenckiej. Nikt tych miejsc nie linkuje, nikt o nich nie rozmawia; to są w dużej mierze szkice, prowizorki redagowane z doskoku i bez troski o szczegóły. Jest przecież różnica między odnotowaniem istnienia jakiegoś serwisu/bloga, a śledzeniem go.

Bardziej niż fuzja WAFP! i UW! przemawia do mnie wizja ostrej konkurencji między nimi – polemiczne recenzje, artykuły itp., ale autorzy obu serwisów zdają się zadowalać odhaczaniem kolejnych premier za pomocą letnich recek, które tak naprawdę pełnią głównie rolę informacyjną. Kolejny paradoks: autorzy marzą o lajkach i odsłonach, ale trzymają się neutralnych treści, żeby nikogo nie urazić i podtrzymać pozory ugrzecznionego obiektywizmu. Kiedy mówi się o nadmiarze to tak naprawdę ma się chyba na myśli zalew nudy, a nie zatrzęsienie wciągających, mocnych tekstów. Wystarczy porównać dawne i obecne stosunki Porcys-Screenagers – atmosferę namiętnego sporu wtedy i monotonię teraz, żeby wiedzieć o czym mówię. To jest ta różnorodność – myśli, poglądów, wizji – której tak naprawdę nie mamy poza bardzo nielicznymi wyjątkami, podkreślającymi jeszcze mocniej ogólny marazm.

Kogo z piszących o muzyce byś wskazał jako wyjątki od marazmu?

Wszystkich autorów, którzy dużo słuchają i nie mają ograniczeń gatunkowych, którzy są doświadczonymi odbiorcami kultury masowej, a jednocześnie mogą się pochwalić znajomością kanonu (literackiego, płytowego itd.), którzy dużo piszą i to zarówno recenzji, jak i tekstów krytycznych, którzy są charakterystyczni i potrafią prowokować, ale jednocześnie autentycznie – aż do granicy sprzeczności logicznej i dogmatyzmu – wierzą w wizję muzyki, jaką wykształcili w toku wielu lektur, refleksji i osobistych doświadczeń. Czyli siebie i Dejnarowicza, choć przeczuwam, że ten drugi niedługo zrezygnuje z pisania. Reszta jeśli dobrze pisze, to nie ma dość dyscypliny, żeby pisać często. Jeśli są świetni dziennikarze, to skupieni na liczbach i społeczeństwie, a nie na sobie – jak tu się związać z takim autorem, gdzie emocje?

Więc przewidujesz, że Borys odejdzie w cień, a Ty staniesz się ostatnim prawdziwym blogerem muzycznym w Polsce.

Widzę, że udało mi się trochę Cię sprowokować.

Żartuję, ciekawiło mnie, co odpowiesz.

Chodziło mi oczywiście nie o „ostatniego blogera” w ogóle, a raczej o jedynego autora tekstów krytycznych, a więc traktujących o słuchaniu w ogóle, o naturze odbioru. Od długiego czasu tylko ja i Borys piszemy w Internecie o kwestiach związanych ogólnie z recepcją, a nie z konkretnymi albumami czy sytuacjami socjologicznymi. Dejnarowicz pisał – dajmy na to – o rockizmie, a ja o wpływie pogody i narkotyków na odbiór dźwięków. Zastanawiamy się od lat nad kwestiami, które stanowią punkt wyjścia pod odbiór konkretnych płyt. Zastanawiamy się, dlaczego muzyka nam się podoba i wątpimy w autentyczność naszych odczuć. Inni autorzy również podejmowali takie próby, ale w doprawdy szczątkowej formie i zazwyczaj przy jakiejś okazji (disco polo się sprzedaje!, metal na top liście empiku!), pod naciskiem jakiegoś albumu lub piosenki, a nie z wewnętrznej potrzeby wikłania się w „psychologię” odbioru, to mnie właśnie jako czytelnika żywo interesuje.

Jakieś pomysły na coś czego dotąd nie robiłeś?

Nie zamierzam szukać nowych form, interesuje mnie wyłącznie tekst. Może niekiedy nawet bardziej pisanie o muzyce, niż sama muzyka. Recenzja audio jest niewygodna: trzeba by wciąż przewijać, żeby wyłapać najciekawsze tezy, podczas gdy słowo pisane można wręcz kontemplować. Filmiki podobnie: edycja ścieżki wideo kosztowałaby dużo pracy bez gwarancji merytorycznego powodzenia, co widać wyraźnie po słynnym, choć słabiutkim, kanale recenzenckim Needle Drop.

Jakie polskie serwisy/blogi muzyczne odwiedzasz?

Szukam narracji, charakteru, interpretacji, a takich miejsc w polskiej sieci omuzycznej jest niewiele. Krótkich rekomendacji nie chce mi się czytać – jeśli mam zawierzyć 2-3 ogólnikowym zdaniom o słabej składni, to już wolę ściągać płyty na podstawie okładek i tagów na blogach z leakami. Dziennikarstwo muzyczne – reprezentowane w sieci głównie przez Mariusza Hermę – raczej mnie nudzi. Ostatnio wciągnęły mnie teksty publikowane na Antykach i Bibelotach – osobisty ton jest tam niewymuszony i sprawia mi prawdziwą przyjemność. Regularnie śledzę poczynania Jakuba Adamka – na Weedtemple i Trzecim Bardo, to jest kopalnia ciekawych nagrań. Także blog Agaty Pyzik robi wrażenie, miejscami zbliżając się do mojego ideału. Dość popularne stało się gromienie „nowego” Porcys, ale ja wciąż czytuję, szczególnie Michała Hantke i Marcina Sonnenberga. Odwiedzam też blogi młodych autorów, na przykład czekam na dalsze teksty sTalking Sounds, lubię też pisanie Eweliny z bloga Recenzje płyt, choć póki co jest to raczej radość z obserwowania rozwoju tych osób niż faktyczna przyjemność tekstu.

Chciałbym żeby Karolina Miszczak i Michał Fundowicz założyli blogi. Borys szczęśliwie wygrzebał się z monumentalnej porażki podsumowania lat 90. (zarówno w ramach Porcys, jak i własnego na T-Mobile Music), więc będzie co czytać i na co się zżymać (pozytywnie). Marek Sawicki i Marta Słomka piszą niestety za mało, żeby ich odwiedzać, a szkoda, bo są to cenni, lekko obsesyjni autorzy, których zawsze czyta się z przyjemnością. Regularnie czytam sam siebie, żeby wyłapywać literówki czy wynotować sobie słowo, którego używam za często.

Piszesz wyraziście i odważnie. Zdarzyły się jakieś agresywne opinie?

Jeśli dobrze szacuję, to w pierwszych dwóch latach około trzy czwarte opinii o moim pisaniu była negatywna. Kilka hatemaili od artystów, dziesiątki trolli – to głównie doświadczenie z recenzowania płyt dla Nowej Muzyki. W kilku wypadkach się nie dziwię, ten materiał ewidentnie zasługiwał na uwagę „Czytam polską prasę muzyczną dla beki”, w kilku zaś była to specyfika serwisu. Znamienne, że dwa-trzy teksty Karoliny Miszczak były na NM obiektem agresywnych kpin przez bite tygodnie, a chwilę potem Karolina pisze dla Porcys i już mało kto piętnuje jej teksty. W dwa dni nauczyła się pisać? Niekoniecznie.

Szczerze mówiąc, to zdarza mi się tęsknić za tamtymi czasami. Posiadanie grona stałych hejterów sprawia sporo satysfakcji, może ten wywiad coś zmieni w tym kierunku. Bo przecież negatywne opinie są „przy okazji” idealną szkołą pisania: zaczyna się uważać na literówki, to i owo sprawdza się dwa razy, umacniają się też poglądy – jeśli są poparte autentycznym przeświadczeniem, to krytyka stylu czy logiki wywodu skłania do wzmożonych poszukiwań argumentów, określeń, retoryk i tym podobnych narzędzi wyrazu. Jak widać, pisanie o muzyce to same osobiste korzyści, polecam.

A jeśli chodzi o tworzenie muzyki? Jesteś zadowolony ze swojego krążka (Filip jako Fight!Suzan wydał nakładem Nasiono Records album „Viper's Eye An Open Wound” – przyp. MN)?

Jestem zadowolony, choć ze względów innych niż artystyczne. Udało mi się spełnić zamiar uchwycenia pewnych wspomnień, zamknięcia ich w ramach albumu i zabezpieczenia przed erozją pamięci. Błędem byłoby oceniać tę płytę pod kątem estetycznej wartości – to miała być wyłącznie impresyjna pamiątka pewnego czasu, a konkretnie kolejnych wakacji lat 2007-2010. Nic specjalnego się wtedy nie wydarzyło: w skwarne dni dużo jeździłem na rowerze po wiejskich okolicach wokół Gdańska, wrastając w atmosferę samotnej eksploracji terenu; sporo rozmawialiśmy ze znajomymi o nagrywaniu muzyki, wspólnie notując jakieś pomysły na komputerach; czytałem na potęgę, w tym po raz kilkunasty „Lolitę”. Mógłbym dokładnie zrelacjonować tamte miesiące, ale bez względu na liczbę akapitów, nie udałoby mi się ująć esencji – niezwykłego, Proustowskiego sensu tych dni. I tu pojawia się muzyka – środek wyrazu zbliżony, ale trochę inny od literatury, w tej konkretnej sytuacji – lepszy.

Opowiedz o krążku.

Nagrałem wszystko samodzielnie na mikrofon i interface Line6 pożyczone od Gosi Penkalli, znanej z Enchanted Hunters (Gosia dograła przy okazji kilka wokalnych ornamentacji). Pracowałem na gitarze akustycznej – podróbce Ibaneza we frapującym kolorze (200 PLN na Allegro), elektrycznej – bez marki, też w ciekawym umaszczeniu (200 PLN na Allegro) – i dziesiątkach sampli nagrywanych własnoręcznie jako field-recordings albo pobieranych na przestrzeni miesięcy z Internetu, seriali, filmów, albumów (np. w utworze otwierającym płytę wykorzystałem drobne ustępy „He Loved Him Madly”, mojej ulubionej kompozycji Davisa). Niedługo miną trzy lata od premiery „Viper's Eye”, więc szykuję nowy materiał. Mam już około kwadransa muzyki, która przejdzie jeszcze wiele metamorfoz, aby jak najściślej odzwierciedlać moje wspomnienia. Myślę, że album ukaże się tuż po wakacjach przyszłego roku.

Interesuje mnie Twoje zdanie o polskiej scenie muzycznej. W sensie warunków, jakie zastają muzycy, możliwości nagrywania i promowania, jak i w sensie ogólnej kondycji muzycznej polskich projektów. Jest dobrze? Jest źle?

Jeśli chodzi o zróżnicowanie „oferty”, to nie mam wątpliwości, że jest jak najlepiej. W sumie to chyba trudno o inny pogląd. Na jednym krańcu spektrum Szymon Kaliski, Trupwzsypie, Noiko i niszowe Sangoplasmo Records czy cat|sun, a na przeciwległym Iza Lach, Brodka, Ramona Rey czy wydawnictwa pokroju UKnowMe. Po drodze masa projektów folkowych, post-rockowych, okołopunkowych, a nie można zapominać o amatorskich EPkach wrzucanych co dzień do sieci, zombies w rodzaju Hey czy Myslovitz i masa kuriozów: począwszy od MC Terminatora czy „Anagramowych sekwencji”. Można spokojnie słuchać tylko rodzimej muzyki, pisać o niej i nią się emocjonować, jedynie od czasu do czasu zaglądając w światowe premiery, żeby aktualizować punkt odniesienia.

Jeśli zaś chodzi o reklamę, to na pewno nie pomagają w tym abordaże profili last.fm potencjalnych słuchaczy; najlepsze wyjście to chyba po prostu koncertować, jak w wypadku Enchanted Hunters, którzy całkiem nieźle się wypromowali właściwie wyłącznie poprzez występy. A jeśli chodzi o nagrywanie, to nie wiem – podobno w Warszawie jest łatwiej, ale nie interesowałem się tym zbytnio, bo jeśli już sam coś rejestruję to w domu, a że nie mam fetyszu fizycznego nośnika (przynajmniej dla własnej muzyki), to wydawcy jakoś specjalnie nie szukałem, tak samo jak studia. Myślę zresztą, że wielu artystów ma podobnie, skupiają się na samym graniu, jak na przykład gość z Wild Books. Przesłuchaj – coś takiego jeszcze parę lat temu nie byłoby u nas możliwe; mit „profesjonalizmu” nie pozwoliłby na upublicznienie takiej muzyki.

Słuchawki, w których większość puszcza muzykę i tak powodują, że niemal wszystko tak brzmi. Zresztą nie lepiej jest z głośnikami laptopów.

Bez przesady. Jednak Wild Books jest trochę gorzej wyprodukowany niż „Channel Orange” i to daje się odczuć nawet na laptopie. Sam słucham niemal wyłącznie na słuchawkach i też nie na jakimś hipersprzęcie, bo na średniej klasy Sennheiserach.

Średniej klasy Sennheisery znacznie zawyżają średnią, która oscyluje w okolicach zestawu słuchawkowego/słuchawek dołączonych do empetrójek. Ale oczywiście żartowałem. Pisząc poważnie, zmienia się chyba wszystko – jak dowiadujemy się o muzyce, jak ją pozyskujemy, czego od niej oczekujemy, kultura słuchania. Według Ciebie na plus czy na minus?

Mamy obecnie to szczęście, że nie ma fizycznego nośnika, na który bylibyśmy skazani. Nagrania ukazują się na kasetach, CD i winylach, możemy za rozsądne pieniądze kupić sprzęt do odtwarzania każdego z nich osobno. Fetyszyzm taśmy czy czarnej płyty mocno się zdezaktualizował i dzięki temu można nabrać dystansu, oceniać samą muzykę, bez wydawniczej otoczki, w przyjemnym ekletyzmie. Na przykład mam ogromną sympatię dla Sangoplasmo Records, ale mam wrażenie, że odbiór części wydawnictw z katalogu tego labela został zdeformowany przez zachwyt ładnie wydanymi taśmami. To część kontaktu z muzyką, ale tylko część i atrakcyjna oprawa nie powinna wchłaniać całej recepcji, szczególnie, gdy sama muzyka jest godna odnotowania. Stąd – mimo wszystko – moja aprobata dla empetrójek; bezcielesny, digitalny format nieźle wyraża styl odsłuchu uprawiany przez ostatnie pokolenia.

Co do kultury słuchania, to praktycznie nie istnieje dziś coś takiego. Mam na myśli chociażby fakt, że niewiele osób sięga po książki poświęcone odbiorowi muzyki. Mogę i chcę się mylić, ale sądzę, że po części jest to wina wszystkich: 1) rynku, który wciąż unika poważnych pozycji o muzyce rozrywkowej, faworyzując autobiografie starych jazzmanów, 2) środowisk akademickich, które preferują „klasyczne” prace muzykologiczne (nie wyobrażam sobie na polskim gruncie zdobycia tytułu naukowego na podstawie dysertacji o My Bloody Valentine).

Warna-Wiesławski pisze magisterkę o techno! Choć pewnie miałeś na myśli doktoraty. Ale kontynuuj.

Nie wątpię, że na każdym kulturoznawstwie w kraju powstaje obecnie licencjat czy magisterka o jakimś gatunku muzycznym, więc inaczej: problemem jest napisanie kilkuset stron gotowych do publikacji, skrupulatnie zredagowanych, żeby zjawiska tak fajnego jak pisanie o muzyce rozrywkowej nie zabiły armie literówek i za obszerne akapity. W tym stylu była „Kultura dźwięku” wydana przez słowo/obraz terytoria, ale to edytorski i redaktorski wyjątek i do tego praca zbiorowa. Partneruje jej chyba tylko Linia muzyczna Ha!Artu. Może jestem naiwny, ale chcę wierzyć, że polską książkę z ciekawymi tekstami o muzyce rozrywkowej, kupiłoby te kilkaset osób. Ja bym kupił, niekoniecznie dla samej wartości informatywnej. Marzy mi się na przykład pozycja, która opisywałaby różne przygody z konkretnymi płytami, eseistycznie, bez większego akademizmu, ale też nie zupełnie ludycznie, coś w stylu „Książki twarzy” Marka Bieńczyka albo „Dna oka” Wojciecha Nowickiego. Żeby poznać poprzez lekturę innego odbiorcę, może ciekawszego niż my sami.

Więc czemu sam tego nie napiszesz?

Może kiedyś, na razie mam do napisania masę innych rzeczy, poza tym można znaleźć sporo perełek, które trochę osładzają posuchę. Polecam na przykład starą już, ale doskonałą książkę „Co to jest muzyka?”, która składa się z inspirujących dialogów duetu Carl Dalhaus-Hans Eggebrecht (rozdział o muzyce i tarocie długo mnie fascynował); warto sięgnąć po „Sztuka i sztuki” – wybór esejów Adorne'a, a także po rodzime lektury z kręgu pogranicza sztuk, a więc m.in. książki pod redakcją Andrzeja Hejmeja (np. „Muzyka w literaturze. Perspektywy komparystyki interdyscyplinarnej”) czy „Muzykę w literaturze” Tomasza Makowieckiego. To tak na początek.

Chciałbym Cię zapytać, czy to Ty stoisz za „Czytam polską prasę muzyczną dlabeki”, ale nie przyznałbyś się.

To Ty stoisz za „CzPPMdB”. Wszystkich pytasz o ten fanpage żeby po kryjomu podbić sobie ego. Popieram Twoją inicjatywę, zresztą – jak dobrze wiesz – spisałem parę przemyśleń na jej temat. Mariusz Herma co roku zbiera na Ziemi Niczyjej najlepsze teksty, „CzPPMdB” powinni zebrać najśmieszniejsze – chcę to dostać na święta.

Cholera! Myślałem, że mój plan jest doskonały. W każdym razie, dziękuję bardzo za rozmowę!

[Michał Nowakowski]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz