8 grudnia 2012

Zjazd na Bocznicę #1: Apokalipsa


Postanowiłem złapać kilka srok za ogon tj. popłynąć na fali apokalipsy, odjechać na bocznicę z nowościami i zbudować fundament pod przyszłe wydania. Cykl „Zjazd na Bocznicę” będzie miał charakter felietonowy i tematycznie ukierunkowany, a przedstawiane płyty czy wykonawcy będą spięci pewną klamrą. Na powitanie: w końcu to może pierwsze i ostatnie wydanie „Zjazdu na Bocznicę” temat katastroficzny, czyli płyty, które chcę przypomnieć sobie przed 21.12.2012.

W zalewie nowości często brakuje mi czasu na powroty do starych albumów, dzięki którym pokochałem muzykę, do wydawnictw sentymentalnych, ważnych czy odważnych. Jednakże nie chcę robić selekcji w stylu „10 płyt na bezludną wyspę”, bo przykładowo „Mark Of The Mole” The Residents będącą w Top5 najbardziej istotnych płyt w historii mojej „edukacji” nie zabrał bym do samotni, ale takie „Discovery” ELO już tak. Jaki jest klucz? To proste... tęsknota i „nasłuchanie się” zanim nie będzie już jak, bo albo nie będzie prądu, albo nas. Niektóre z płyt to te najważniejsze, ale nie wszystkie. Część z nich po prostu zbyt długo się kurzyła, a warte są przypomnienia sobie i przy okazji Wam. A może się okazać, że któregoś tytułu nie doświadczyliście na własnych uszach.

Gotowi na wycieczkę w przeszłość? Chronologicznie zaczynam od lat 80., bo lata 70. nie wywarły na mnie większego wrażenia, choć to od nich zaczęła się ukochana fala elektroniki i new wave. W 1981 wyszła już piąta płyta Ulravox, ale druga z Midge Urem – „Rage in Eden” [discogs/deezer]. A co to za płyta, czemu nie „Vienna”? Cóż, do tej płyty mam największy sentyment, choć najbardziej podoba mi się „Quartet”, to ta będąca odejściem od romantycznej stylistyki „Vienny”, wiejąca nowofalowym chłodem i mechanicznymi rytmami przyciąga mnie najbardziej. To album niedoceniony przez fanów,  a że świat się kończy to chciałbym jeszcze raz usłyszeć „I remember (death in the afternoon)”.


1989 rok. Skok o 9 lat w przód nie oznacza, że w latach 80. nie ukazały się płyty warte przypomnienia, ale – jak to się mówi – trzeba robić cięcia, by właśnie pod koniec „osiemdziesiątych” pochlupać się w czerwonej wodzie. Drugi album formacji The Young Gods „L'eau Rouge” [discogs/deezer] był krokiem przełomowym dla rocka pokazując, że „metal” można grać bez gitar. Samplery Akai S900 i S1000 to był szczyt marzeń, a brzmienia, które Szwajcarzy wtedy poskładali są do dziś wyjątkowe i ponadczasowo energetyczne. Często myślę o tym krążku i wciąż po niego nie sięgam.



Podobnie nie wracam do płyty, która straszy zemstą natury za ludzką dewastację. „Too Dark Park” kanadyjczyków ze Skinny Puppy to płyta jak na nich dość stonowana [discogs/cduniverse]. Skupiająca się na treści i tekstach, muzycznie pokazała kunszt producencki cEvina Key'a i w 1990 roku uformowała koleinę dla przyszłych electro-industrialnych pokoleń. Wśród zawiłości dźwięków i planów brzmieniowych wciąż można znaleźć coś zaskakującego, a nie wiadomo co czai się w krzakach ciemnego parku.




Trudno powiedzieć czy udało się przetrwać w takim miejscu, bo wybudzając się dwa lata później, w 1992, wciąż tkwię w Kanadzie, jednak ktoś przerobił mnie na cyborga! „Tactical Neural Implant” Front Line Assembly to kluczowe dzieło w rozwoju industrialnej muzyki tanecznej i EBM dającej fanom „Neuromancera” udźwiękowioną wizję świata z terminatorami, robocopami i innymi cybernetycznymi tworami o zastosowaniu militarnym [discogs/cduniverse]. Licząc na remaster zwlekam z dnia na dzień, a  płyta przez to zalega nietykana i za to dostaję 0, nie 1.




W trakcie tego dwuletniego „snu” miałem wizję, że pływam pod wodą otoczony przestrzennymi brzmieniami. Był rok 1991 i grupa muzyków zapatrzona w smędzenie z wytwórni 4AD (A.R. Kane) postanowiła nadać muzyce gitarowej inny sens. Gitary brzmiały jak nie strunowce, a syntezatory, perkusja wybijała motoryczny rytm choć bardzo powoli, a żeński i męski głos dobiegał jakby z drugiego pokoju. Co więcej muzycy zamiast kultywować rock'n'rollowa ekspresję na scenie wpatrywali się w buty i stali niemal nieruchomo. Dlatego nazwano ich shoegazerami, a to co stworzyli stało się fundamentem post-rocka. Krążek, którego nie mogę zapomnieć i zdecydowanie nie jest zakurzony, bo nie mogę się z nim rozstać i w ciągu roku zawsze znajduję dla niego czas to „Just for a Day” Slowdive [deezer].


Szczególnie warto zaopatrzyć się w remastera z dodatkowym CD zawierającym trzy doskonałe EP-ki wydane przed debiutancką płytą [discogs].


Shogeze'owi poświęcę inne wydanie „Zjazdu na Bocznicę”, a tymczasem powracam do 1992. Tego roku ukazała się inna ważna technologicznie płyta – „Satiricon” Meat Beat Manifesto. [discogs/deezer] Przyznam się nie słuchałam albumu dobrych parę lat i ciągnie mnie do niego bardzo, choć z drugiej strony obawiam się czy obecnie będę w stanie przyjąć taką inwazję breakbeatowych bitów, filtrowanych wokali i natłoku telewizyjnego bełkotu. Zobaczymy... a tymczasem zbliżam się do granicy wszystkiego dobrego.



Rok 1993 to absolutny przełom w nowoczesnej elektronice; wtedy ukazał się ponad tuzin płyt które na nowo zdefiniowały „techno” i elektronikę zorientowaną tanecznie. To także temat na oddzielny Zjazd na Bocznicę. Z tamto-rocznego katalogu najchętniej sięgam po Fluke „Six Wheels on My Wagoon” [discogs/deezer]. Album obok „Dubnobasswithmyhedaman” Underworld [discogs/cduniverse] stał się kamieniem milowym w rozwoju progressive. Bez tej płyty klubowa muzyka byłaby inna, a hitom „Electric Guitar” czy „Groovy Feeling”, mimo że przypominałem je sobie w połowie roku, chętnie znów dam się potargać.



Nie chcę teraz drążyć tematu 1993, ale do rozstrzygnięcia mam wewnętrzny spór między Autechre „Incunabula” [discogs/deezer] a Reload „A collection of short stories” [discogs/cduniverse].

Ta druga jest dla mnie ważniejsza, jednak „jedynka” Ae tak długo leży u kuzynostwa, że strasznie się za nią stęskniłem.



Jednym krokiem przejdę zatem do 1994 i dziwnych form żywych. Świat elektronicznego robactwa wykreowany na „Lifeforms” The Future Sound Of London nie był przeze mnie dawno odwiedzany, a wspomnienie EP-ki „Cascade” sprawiło, że koniecznie muszę tam zajrzeć [discogs/deezer].


Ten przegląd płyt do których od dawna nie miałem okazji wrócić mógłbym kontynuować nawet poza Y2K, ale ostatnią pozycją, na której się zatrzymam będzie „Advanced Technology” z 1996 [discogs/deezer].



Popełniło ją trio Empirion mieszając techno i industrial. Takiego połączenia wtedy nie było, a skutki skoku energii, jaki miał miejsce wtedy są wyczuwalne do dziś... szczególnie w formacji Kloq, którą po rozpadzie Empiriona założył Austin Morsley. O!... ten krążek z 2008 też bym sobie przypomniał, bo gościnnie śpiewa na nim Douglas McCarthy z Nitzer Ebb [discogs/deezer].


Czas kończyć choć wiem, że niektórych dziwi nieobecność Hallucinogena czy Koxbox, a nawet Depeche Mode. Ale z tymi wykonawcami jestem dość blisko i nie mam potrzeby teraz wspominać ich muzyki. Dla nich będzie czas po apokalipsie, która pewnie okaże się bańką mydlaną... a może raczej medialną. Jeśli dotrwamy do kolejnego zjazdu na Bocznicę, to w styczniowej edycji przeskoczymy 20 lat wstecz, do roku 1993, by odkryć cyfrowe kamienie milowe.

Warto śledzić również mój facebookowy fanpage Drewutni, na którym pojawiają się wszelkie nowości. [Jarek dRWAL Drążek]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz