3 kwietnia 2012


EMANUEL AND THE FEAR Listen, [2010] Ishlab || Jeżeli nie słyszycie desperacji i buntu zaklętych w orkiestrowych akcentach ekipy Emanuela, to jesteście głusi albo niezdrowo szczęśliwi. I to jest właśnie największy skarb tej bandy - pomimo obecności gitar i perkusji, to właśnie reszta instrumentarium (dęciaki, skrzypce, flety, pianino) są nośnikami rebelii. A od rozmaitego sprzeciwu ten krążek aż kipi.

Tytułowe “Listen” to raczej wstęp do rady, niż sugestia słuchania dźwięków. Emanuela Ayvasa warto tak naprawdę wysłuchać (nawet w oderwaniu od muzyki), bo próbuje nas, bystre chłopisko, ostrzec przed kiloma iluzjami i blokadami, w które wpadamy. A czyni to za pomocą wyjątkowo zgrabnych, ciekawych liryk.

“Guatemala” opowiada o strachu przed innością, powstającą przez to nienawiścią (Obudźcie się ludzie, świat się zmienia, wystąpcie ze swojej bańki wygodnej ignorancji. Kościół nam powiedział, byśmy się siebie wzajemnie bali, byśmy nienawidzili tego, co inne), która z kolei prowadzi do wyzysku (Dzieciom sprzedającym jedzenie w Guatemali, el parece sucio al americano, ale gringo obawiają się tylko, czy chłopiec umył dłonie) i okropieństw (Nie zapominając o ludziach umierających w Somalii, deszczu ognia nad Persją).

Teksty na krążku dotykają też sfer bardziej osobistych, na które mamy realny wpływ. “Ariel and the River” sugeruje gdzie powinniśmy poszukiwać siebie (Gdyż oni mają odebrać ci to, jeśli będą chcieli, pozostawiając z niczym, poza możliwością słuchania świata. Ta, to wszystko jest pomiędzy wierszami), a gdzie nie (I otwórz oczy, zobacz, że jesteśmy jedynie tym, czym oni chcą byśmy byli). “Jimme's Song” to z kolei prosty manifest, by sięgać po to, co nam się marzy, bez oglądania się na reakcje świata (Nie chcę robić niczego poza byciem w rockowym zespole. Nie chcę znaleźć pracy, nie chcę być mężczyzną).


Bardzo dużo uwagi Emanuel poświęca życiu w iluzji, przede wszystkim tej, której poddajemy się sami. “Song For a Girl” to dramatyczna opowiastka, o tym jak rujnujemy sobie życie w pogoni za miłością. Siedzi w nas jakiś pierwotny lęk przed samotnością i zamiast szukać swojej drugiej połówki, szukamy kogolwiek, kto zapełni pustkę (przysięgam, że nie potrzebuję tego, ale nie mogę przestać za tym biec!). Nie daje nam to jednak szczęścia (Kogoś kto nie jest w stanie być tym, kim chcemy by był. Nie może czuć, jak chcemy by czuł), bo wciąż wyczuwamy brak głębi. Emanuel nie pozostawia tych wniosków bez odpowiedzi - w "Trucker Lovesong” formułuje swoją wizję przeżywania miłości (Myślałem o sposobie byśmy unikali kul nowoczesnej mentalności(...) Możemy rozbić obóz na obrzeżu drogi albo spać w naszym samochodzie, uciekając od całego nonsensu. Wiem, że to szalone, ale myślę, że to może być... więc, esencja miłości według mnie).

Nie bez powodu oddałem tekstom tyle miejsca w recenzji. Dawno już nie słyszałem żeby muzyka i liryki były tak nierozerwalne! Tempo, dobór instrumentów, dźwięki na nich odgrywane, syntezatory - wszystko doskonale oddaje i potęguje linijki śpiewane przez Emanuela Ayvasa (a w niektórych utworach również dwie panie - Dallin Applebaum i Elizabeth Hanley). Mamy do czynienia z grupą klasycznie wyszkolonych muzyków czerpiących garściami z bardzo szerokich inspiracji (mieszają się tu choćby folk, muzyka klasyczna, jazz, rock czy electro-pop) i grających wyjątkowo świadomie.

Początek albumu to trzy najprzystępniejsze i najbardziej przebojowe utwory: “Guatemala”, “Ariel and the River” i “Jimme's Song (Full Band Version)” - nowa wersja akustycznego utworu pochodzącego z ich EP-ki, tym razem wzbogacona o sporo instrumentów. Im dalej tym muzyka staje się coraz trudniejsza w odbiorze i coraz gęstsza (nie licząc lżejszych wyjątków - “Dear Friend” i “Whatever You Do”). Krążek ewoluuje aż do musicalowych kompozycji, jak ”Trucker Lovesong”, “Balcony” czy “Simple Eyes” - ten ostatni nawet został podzielony na dwie role, żeńską i męską!

Rozstrzał nastroju jest ogromny! Od politycznego, pełnego wściekłości “Guatemala”, przez refleksyjne “Free Life”, emocjonalne “The Raimin” i “Trucker Lovesong”, desperackie “Song For a Girl” i “The Finale”, aż po skoczne i wesołe “Dear Friend”. Wykorzystano zróżnicowane inspiracje, by zbudować kompozycje ciekawe, oryginalne, a jednocześnie płynące bardzo naturalnie. Co ciekawe, pomimo tak wielu instrumentów, które w wielu momentów odzywają się równocześnie, muzyka pozostaje bardzo wyrazista i przejrzysta. To wyjątkowo artystyczny album, nagrany przez świadomych muzyków. Zarejestrowano na nim nie tylko muzyczną jakość, ale również przekaz, coraz rzadziej obecny na współczesnych albumach. Dla mnie, Emanuel and the Fear to trochę taki musicalowy Tool.

Listen, Emanuel! Twój intelekt, wasz muzyczny warsztat i wyczucie zaowocowały pięknym, wciągającym krążkiem, na którym współistnieją rockowa siła i orkiestrowy żywioł. Spokojne twoje afro, jeszcze o was napiszę. 8/10 [Michał Nowakowski]

Zapadłam w sen zimowy i przez dłuższy czas nie pisałam. Do mojego hibernakulum docierały jednak rzewne nawoływania moich kolegów redakcyjnych. A więc powracam! A w ramach zadośćuczynienia, postarałam się podwójnie. Zamiast jednego tygodnia, przedstawiam wam najciekawsze muzyczne nowinki z ostatnich dwóch (aż!) tygodni.

Po pierwsze i najważniejsze, już niedługo nowa płyta Marylina Mansona zatytułowana „Born Villain“ (w sklepach od 31 kwietnia), no ale o tym wiemy już od dawna. Ostatnio do mediów trafiła informacja, że pojawi się na niej bonusowy kawałek, na którym perkusję wygrywa... Johnny Depp! Panowie postanowili stworzyć cover utworu You’re So Vain“. W oryginale śpiewała go niegdyś amerykańska piosenkarka Carly Simon i szczerze powiedziawszy nie mam wątpliwości co do tego, że tych dwóch ekscentryków zrobi to lepiej.


21 marca stało się coś strasznego. I wcale nie mam na myśli faktu, iż z soboty na niedzielę zabrano nam po chamsku godzinę słodkiego snu. Nie nie, stało się coś czego nie zapomnę do końca życia. Bajm wypuściło tego dnia swoją nową płytę. Teraz za każdym razem gdy mijam Empik, mam wrażenie, że to nie początek wiosny ale koniec października kiedy najpopularniejsze słowo na świecie to „Halloween“... No ale jest to jakiś pomysł na prezent dla mniej lubianej cioci. Jak mówi tekst piosenki Ericka Idle - „Always Look on the Bright Side of Life“.

Na szczęście zdarzyło się też kilka przyjemniejszych rzeczy. Dla przykładu Regina Spector wypuściła kilka dni temu klip do utworu „All The Rowboats“, który promuje jej nadchodzący album. Jest i czego posłuchać i na co popatrzeć, więc zachęcam i jednocześnie nie mogę się doczekać całości materiału („What We Saw From The Cheap Seats“), którego premiera, jak nam wiadomo, jest zapowiedziana na 12 maja.


Co do klipów, to jeszcze ciekawszy proponuje nam duet Tenacious D. Z tym, że nie mamy do czynienia z teledyskiem ale krótkim filmem zapowiadającym wielki powrót tych kalifornijskich wariatów. Krążek zatytułowany „Rize Of The Fenix“ trafi do nas już 15 maja i będzie kontynuacją „The Pick Of Destiny“ z 2006 roku.


Na koniec kilka mądrości, od gwiazd rocka. Otóż Dave Mustaine, frontman grupy Megadeth uparcie twierdzi, że prezydent Obama nie urodził się w Ameryce, Iggy Pop powiedział, że muzyka jest dziś jak tanie drinki w kiepskim supermarkecie, a Slash ubolewa nad tym, że ludzie ściągają utwory z sieci i uważa, że straciły przez to swoją magię. Dziękuję za uwagę i do następnego razu! [Agnieszka Hirt]