15 listopada 2012


Z racji toczącej me ciało i duszę przypadłości poproszony zostałem o poprowadzenie na DNA muzyki nowego cyklu, którego nazwa właśnie od niej się wywodzi. Żyjąc na poły w Polsce, na poły w Czechach, wprowadzałem już niejednokrotnie bohemofilskie treści na DNA muzyki. Oczywiście nadal można oczekiwać kolejnych recenzji, zwłaszcza tych rzeczy, które są osiągalne w Polsce. W niniejszym cyklu jednak, pomyślanym jako comiesięczna prezentacja wydarzeń czeskiej (i częściowo słowackiej) sceny muzycznej, chodzi raczej o ukazanie jej bogactwa, przemycenie paru kulturowych ciekawostek i „odpepikowanie” banalnego dość wizerunku Czechów. Obiecuję zatem, że będzie bardzo subiektywnie.

Niczym przewodnik oprowadzający niesforną wycieczkę zacząć muszę od praktycznych informacji wstępnych. Cóż począć ma biedny Polak w Pradze, któremu czeska muzyka kojarzy się z Helena Vondráčkovą i Karlem Gottem? Ewentualnie z Jaromírem Nohavicą. Od czego zacząć, co czytać, czego słuchać oraz gdzie dokonywać zakupów?

Oczywiście medium najbardziej dostępnym jest internet. Jak słusznie zauważono w jednej z rozmów w ramach cyklu Michała Nowakowskiego, w Polsce panuje solidne rozdrobnienie muzycznej blogosfery, brak czołowego serwisu akceptowalnego i dla alternatywnej, i dla popowej sceny. W Czechach tymczasem zdecydowanie taką rolę pełni Musicserver, w równym stopniu traktujący o muzyce komercyjnej i niezależnej, czeskiej i zagranicznej, prowokujący często do burzliwych dyskusji w komentarzach i bez wątpienia opiniotwórczy. Zwrócić uwagę można również na muzikus.cz, bardziej jednak skupiony na informacjach, niż na recenzjach i w sporym stopniu promujący muzykę lokalną. Klasyczną hipsteriadą jest natomiast IndieMusic, to tu możemy poczytać relacje z indie-koncertów, czy recenzje z których dowiemy się, że Lana Del Rey to taka trochu píča.

Za pośrednictwem internetu można rzecz jasna słuchać czeskiego radia. Godnym polecenia jest Radio Wave będące tak naprawdę jednym z programów Czeskiego Radia a więc jakby odpowiednikiem naszej Czwórki. Wave jest jednak znacznie stabilniejsze, ma już od lat ugruntowaną markę i z konsekwencją skupia się głównie na szeroko rozumianej elektronice. Równie szeroko rozumianą muzyką alternatywną i niezależną zajmuje się praskie Radio 1, prezentujące szerokie spektrum gatunków i również zdecydowanie opiniotwórcze. Płyty z nalepką Radio 1 można kupować niemal w ciemno.

Sytuacja prasy muzycznej wygląda niewiele lepiej niż w Polsce. Miesięcznik Rock&Pop to odrobinę tylko lepszy odpowiednik naszego nieszczęsnego Teraz/Tylko Rocka. Mimo obecności słowa pop w nazwie, stoi na równie konserwatywno-rockistowskiej pozycji, ale przynajmniej w większym stopniu zauważa nowsze brzmienia. Nie mamy w Polsce niestety odpowiednika magazynu Full Moon poświęconego stricte muzyce alternatywnej. Dawniej miesięcznik, obecnie dwumiesięcznik o małym formacie, niekiedy zadufany intelektualnie i zbyt skupiony na subiektywnych i mocno undergroundowych bieżących fascynacjach redakcji, jest jednak tytułem wyjątkowo ciekawym.

Cóż natomiast mają zrobić osoby równie archaiczne jak ja i nadal muzykę kupujące, do tego jeszcze na fizycznych nośnikach? Największą siecią sklepów muzycznych jest Bontonland, w przeciwieństwie do naszego Empiku nie jest brutalnym monopolistą i jedynym graczem rynkowym. Skupia się zaś jedynie na muzyce, filmie i grach komputerowych (księgarnie to w Czechach świętość i nikt by nie wpadł tam na pomysł łączenia w jedno sprzedaży książek, gazet, cukierków i „może-skorzystania-z-dziejszej-promocji”). W centralnym Bontonlandzie przy samym Placu Wacława (łatwo niestety przegapić, Václavské náměstí 1, budynek Palác Koruna, przy jednym z wejść na stację metra Můstek), wybór płyt jest ogromny, co szokujące płyty są uporządkowane i na miejscach a wszystkie nowości pojawiają się od razu w dniu premiery. Ceny płyt są niestety odrobinę wyższe niż w Polsce, stale jednak szereg tytułów znajdziemy w fantastycznych przecenach.

A jeśli nie Bontonland to co? Warto zaglądać do bardzo popularnych bazarów cédeček, a więc sklepów z używanymi płytami, oczywiście tańszymi, często już nieosiągalnymi, a i łatwo się tam natknąć także na nowości. Mój ulubiony to Bazar-CD oraz Bazar CD Krakovská, oba w bezpośredniej bliskości Placu Wacława. Znajdziemy również w Pradze cały szereg małych prywatnych sklepików muzycznych dla fascynatów muzyki niezależnej. Z czystym sercem polecić mogę Musictown, położony co prawda poza turystycznym centrum, ale w miejscu również stosunkowo często odwiedzanym przez turystów, mianowicie tuż pod Žižkovską wieżą telewizyjną. Jakub, właściciel i jedyny póki co sprzedawca, doradzi, pozwoli posłuchać winyli, na życzenie sprowadzi niemal wszystko o co się go poprosi i mimo korzystania z alternatywnej dystrybucji sprzeda za zaskakująco rozsądną cenę.

Warto również znać konkretne miejsca na koncertowej mapie Pragi, ale przecież nie jesteśmy osobami które chodzą „do klubów” a nie „na koncerty”, prawda? Podążamy za wykonawcami a nie miejscami, w związku z czym o wadach i zaletach poszczególnych lokali jeszcze z pewnością będzie okazja napisać. S pozdravem! [Wojciech Nowacki]

Cykl „Blogosfera muzyczna” jest miksem wywiadów z polskimi blogerami muzycznymi, felietonów i przeglądów polskich blogów/serwisów. Tym razem przepytany został Przemek Karolczyk, założyciel i redaktor naczelny serwisu Uwolnij Muzykę!.

Co wg Ciebie najbardziej wyróżnia Uwolnijmuzyke.pl od pozostałych blogów/serwisów muzycznych?

Własne produkcje wideo.

Macie stałą ekipę do wideosesji?

Od trzech lat mam stałą ekipę – jest nas trójka. Znalazłem ludzi, którzy znakomicie odnaleźli się w konwencji, świetnie się rozumiemy i udaje nam się tworzyć nagrania, z których jestem bardzo zadowolony zarówno pod względem zdjęć, jak i dźwięku. Od kwietnia bieżącego roku wzięliśmy się ostro do pracy – powstało dziesięć wideosesji (dwie czekają jeszcze na publikację) i kolejne są w trakcie ustaleń. Coraz więcej ludzi ogląda i słucha artystów, którzy akustycznie grają przed naszą kamerą – zrobiliśmy kilka kroków do przodu i zamierzamy dalej iść w wyznaczonym kierunku.

Jak to wygląda od kulis?

Same produkcje to świetna zabawa – spotykamy się z wykonawcą w miejscach, które mogą wyeksponować i pokazać z innej strony ich muzykę; spędzamy razem kilka godzin (zdarza się, że dla jednego utwory robimy po kilka różnych ujęć) – to doświadczenie, ta bliskość muzyki i jej twórców napędza i motywuje do działania. Mam nadzieję, że atmosferę udaje nam się przekazać poprzez zarejestrowane obrazki i muzykę.

Z kim negocjujesz?

Babu Król i Płyny – to już sesje zrobione i tylko czekają na premierę. A w kolejnych sesjach mam nadzieję ujrzymy Michała Bielę i Babadag. Mam nadzieję, że wkrótce pojawią się przed naszą kamerą rozpoznawalni w szerokim gronie wykonawcy: Brodka, Hey, Myslovitz, Kamp! czy Julia Marcell.

Jak wideosesje wypadają na tle newsów czy recenzji?

Nasze najpopularniejsze realizacje mają po kilkadziesiąt tysięcy wyświetleń na YouTube (na czele Iza Lach). Na tle newsów i recenzji to bardzo dobry wynik. Same działy Recenzje i Aktualności ze względu na liczbę publikowanych tam wpisów (mamy na ten moment ponad 1100 recenzji, a wideosesji jest niecałe 30) są oczywiście bardziej popularne i częściej zaglądają tam internauci niż do działu Wideosesje. Ale tak, nagrania cieszą się dość dużą popularnością. Wydaje mi się, że tego rodzaju niekonwencjonalne produkcje wyprą teledyski (lub będą przynajmniej na równi traktowane). Inna sprawa, że najwięcej odsłon nasze produkcje zyskują na kanałach naszych partnerów, dla których realizujemy nagrania (m.in. EMI czy Kayax) – Uwolnij Muzykę! ciągle nie istnieje w świadomości przeciętnego Polaka, który słucha innego radia niż Radio Zet czy RMF, a taki cel nam przyświeca. Dobrze, że przez te większe firmy możemy dotrzeć do szerszej publiczności.

Jak wyglądają statystyki Uwolnij Muzykę! na dzień dzisiejszy? Ile odsłon miesięcznie macie przeciętnie?

Około 65 000 odsłon serwisu, prawie 8000 fanów na Facebooku. Jest naprawdę nieźle – tym bardziej, że od prawie dwóch lat planujemy odświeżenie silnika i layoutu serwisu. Mamy nadzieję, że szykowane zmiany sprawią, że dotrzemy do dużo większej liczby ludzi. W moim odczuciu ciągle brakuje dobrego serwisu muzycznego w Polsce – zgodzisz się ze mną? Chciałbym, żeby Uwolnij było tak postrzegane, ale jeszcze sporo pracy przed nami.

Polska blogosfera muzyczna dojrzewa. Blogerzy dopiero zaczynają wyczuwać o co w tym chodzi, a muzycy, menadżerowie i wydawcy wreszcie dojrzeli potencjał blogosfery. Blogi coraz częściej są główną platformą promowania muzyki. Chociaż w rozmowie ze mną Bartek Chaciński zasugerował, że przydałoby się mniej redakcji, ale większych – o bardziej rozpoznawalnych markach. Zgadzasz się z tym, czy uważasz, że różnorodność i rozdrobnienie to właśnie pożądana cecha blogosfery?

Zgadzam się z Bartkiem. Już na samym początku działalności Uwolnij zwróciłem uwagę na to, że jest kilka w miarę fajnych projektów, ale w pojedynkę nie są w stanie nic zdziałać (w sensie zaistnieć w świadomości większej liczby odbiorców). Miałem nawet taki pomysł, żeby połączyć siły z innymi blogerami/serwisami – w 2009 roku odezwałem się do WAFP!, ale nie mieli ochoty na wspólne działanie. Różnorodność jest dobra, ale chyba najpierw w Polsce potrzebny jest jeden porządny portal muzyczny, który byłby w stanie wypromować muzykę, dla której nie ma przestrzeni w prasie muzycznej (bo takiej prasy muzycznej nie ma) czy w telewizji. Jedyne porządne medium muzyczne (choć niektórzy tutaj się też ze mną nie zgodzą) to Program Trzeci Polskiego Radia. Mam wrażenie, że w innych mediach o dużym zasięgu brakuje tak szerokiego spojrzenia na muzykę.

Fakt. Trójka nie jest idealna, zdarzają im się wpadki, jak choćby patronat nad tragicznym Samołykiem, ale nadal, jak na medium publiczne, utrzymali niezwykły poziom. Słuchasz? Masz ulubioną audycję?

Słucham, ale nie mam swoich ulubionych audycji. Radio służy mi raczej jako tło do codziennych czynności zamiast telewizora, a czasem można nawet usłyszeć dobrą, nieznaną mi muzykę. Co do Samołyka się nie zgodzę, ale to temat na inną dyskusję.

Myślałeś żeby Uwolnij Muzykę! miało swój podkast czy wideocast?

Myślałem nad takimi rzeczami, ale ten temat na chwilę obecną wydaje mi się zbyt niszowy i ilość czasu poświęconego na jego realizację byłby niewspółmierny z efektami, które mógłby przynieść.

Ambicją moją i celem, do którego dążę jest stworzenie z Uwolnij codziennie aktualizowanego serwisu muzycznego, gdzie każdy pasjonat muzyki będzie mógł znaleźć szybko coś dla siebie i bez problemów odkrywać, przeglądać treści z nowymi dźwiękami. Aby coś takiego zrobić potrzebne jest zebranie w jednym miejscu dobrych redaktorów, ludzi z pomysłami i wspólne działanie. Małe, różnorodne blogi są dobre, ale w pierwszej kolejności, w moim odczuciu, na polskim rynku muzycznym potrzeba dobrego serwisu muzycznego o rozpoznawalnej marce.

Są też chociażby Nowamuzyka, Music Is, Screenagers czy Porcys. Możliwy też jest powrót Niezalu Codziennego. Uważasz, że Uwolnij Muzykę! Ma większy potencjał na bycie tą największą marką?

Nie mamy żadnego przepisu na bycie największą marką. Każdy ma równe szanse. Nie wierzę, że coś może się zmienić, jeśli chodzi o Screenagers i Porcys – te portale są jakby poza konkurencją, w moim odczuciu nie chcą i nie trafią do nowych osób, które nie są melomanami, maniakami muzycznymi. Są stworzone dla wąskiej, ale licznej grupy odbiorców. Wyobrażam sobie, że około 30% odbiorców Trójki czy osób, które pojawiły się na Open'erze może raz na jakiś czas zaglądać na te portale lub chociaż słyszało o nich. Rozpoznawalna marka dla mnie to taka, która dotrze do 90% osób, które słuchają Trójki i uczęszczają na największe muzyczne wydarzenia w Polsce. Pozostałe serwisy mają potencjał, żeby takimi rozpoznawalnymi markami się stać, jeśli tylko obiorą sobie taki cel i będą konsekwentnie działać.

Jakie serwisy/blogi muzyczne czytasz, a jakie uważasz za słabe?

Blogów słabych na pewno jest całe mnóstwo – dużo osób bierze się za pisanie o muzyce nie mając żadnego warsztatu, ani chociażby wyczucia. Jeśli chodzi o serwisy muzyczne, zasługują one na uznanie choćby z racji tego, że ktoś ma umiejętność zebrać wokół siebie kilka osób i stworzyć coś razem. Jak zbierze się kilka osób, to zwiększa to szanse na powstanie czegoś wartościowego. Efekt synergii. Serwis może być pełen kiepskich lub przeciętnych wpisów, ale zawsze znajdzie się jakaś jedna rzecz (publikacja, sposób prezentacji treści), o której sobie pomyślę: „o, to jest super” i która będzie wyróżniać serwis wśród innych. Nie wczuwam się aż tak w świat internetowych mediów muzycznych, żeby móc je oceniać.

Zdarzyła Ci się stanowcza odmowa jakiegoś wykonawcy? Agresywna postawa za negatywną recenzję?

Zdarzały się sytuacje, gdy ktoś nie był zadowolony z tego, co napisał w recenzji redaktor. Na tylu muzyków, o których pisaliśmy musiał się znaleźć ktoś, komu nie odpowiadało to, że napisaliśmy coś nie po jego myśli. Agresywnej postawy żadnej nie pamiętam. A prowadzenie takiego portalu to sama przyjemność.

Kilka razy Uwolnij Muzykę trafiło na „Czytam polską prasę muzyczną dla beki”. Jak oceniasz tę akcję?

Niezły ubaw. Dobrze, że są ludzie, którzy mają takie poczucie humoru i dodatkowo zwracają uwagę na błędy. A to, że Uwolnij trafiło dla mnie nic nie znaczy. Cały czas pracujemy nad tym, żeby jakość tekstów była jak najlepsza, ale oczywiście czasem zdarzy się jakieś niepoprawne lub śmieszne sformułowanie. Popełniamy błędy, jak wszyscy.

Czym zajmujesz się, kiedy nie uwalniasz muzyki?

Na co dzień pracuję w branży e-commerce. Spędzam po 8 godzin dziennie w niewielkiej firmie importującej i sprzedającej wina. Ogromne ambicje, wielki potencjał i świetny klimat. Bardzo przyjemna praca, bardzo przyjemna branża i do tego ciągle rozwijam swoje umiejętności w pracy online.

A w chwilach wolnych od serwisu i pracy?

Poza serwisem i pracą większość czasu wolnego kręci się wokół muzyki. Jak już mam wolny wieczór, to najczęściej wybieram się na jakieś wydarzenie muzyczne lub z muzyką związane. Oprócz tego ostatnio wkręciłem się w gry planszowe. Tak naprawdę to moje życie osobiste w bardzo dużej mierze kręci się wokół portalu, to świetna zabawa i rozrywka, ale także możliwość samorealizacji.

Dziękuję za rozmowę.

[Michał Nowakowski]

13 listopada 2012


Cykl „Blogosfera muzyczna” jest miksem wywiadów z polskimi blogerami muzycznymi, felietonów i przeglądów polskich blogów/serwisów. W tym odcinku rozmowa z Bartkiem Chacińskim, dziennikarzem, publicystą i blogerem. Chaciński prowadzi dwa blogi – Polifonię dla Polityki i prywatny – chacinski.wordpress.com, na który trafiają bardziej niszowi wykonawcy.

Stoisz między dwoma światami – mediami tradycyjnymi a blogosferą. To są światy napędzane zupełnie różnymi siłami. W którym odnajdujesz się lepiej?

Jeden i drugi ma swoje zalety. Prasa papierowa ciągle jeszcze nadaje treściom stosunkowo większą wagę i wiarygodność. By nie szukać daleko – trudno sobie wyobrazić wybuch niedawnej „afery trotylowej” na taką skalę po publikacji w Internecie. Blogi pozwalają się zwracać niemal do każdego czytelnika z osobna, znać imiona lub pseudonimy swoich odbiorców, ich poglądy. Blogi – i Internet w ogóle – mają fenomenalnie kompetentnych czytelników. Tego prasowego czytelnika zwykle nie jesteśmy w stanie do tego stopnia poznać, ale z kolei łatwiej prowadzić działalność popularyzatorską dobrym tekstem w papierze niż na blogu. Tam łatwiej o przypadkowego odbiorcę, który – zainteresowany tekstem – zechce kupić płytę czy zainteresować się jakimś wykonawcą. To są rzeczywiście światy napędzane różnymi siłami. Teksty pisane do jednego i drugiego muszą być inne. Papier nie zniesie tak bezpośredniego tonu, na jaki można sobie pozwolić na blogu. I odwrotnie – coś, co brzmi nieźle na łamach gazety, na blogu wypadnie fałszywie, pretensjonalnie, zbyt formalnie...

Niektórzy mówią, że obecnie bloger/dziennikarz jest potrzebny tylko do momentu wynalezienia jakiegoś wykonawcy – wtedy internauta zdąży polubić go na Facebooku, śledzić na Twitterze, dodać na Last.fm itd. Co o tym sądzisz?

Mam wrażenie wręcz przeciwne – że w tym natłoku premier, debiutów, nowych gatunków, bloger czy dziennikarz – to nieistotne z tego punktu widzenia – jest potrzebny coraz bardziej. Uporządkowanie tego wszystkiego, nawet we własnej głowie, to duże wyzwanie. Czytamy innych nie tylko po to, żeby się zainspirować do dalszych poszukiwań, ale żeby potwierdzić lub zaprzeczyć temu, co sami sądzimy. Dokładnie z tych samych powodów, z jakich prowadzimy dyskusje ze znajomymi. Recenzent/bloger/krytyk to ktoś taki, z kimś dyskusję prowadzimy, czasem tylko w myślach, czasem w komentarzach pod tekstem, na blogu itd. Ta dyskusja jest coraz szersza, większa, nie wydaje mi się, żeby takie ogniwa dyskusji miały z niej wypaść – bo nie byłoby się do czego odnieść. A nawet jeśli recenzenta nie lubimy, nie zgadzamy się z nim – jest punktem odniesienia.

A kogo w Polsce czytasz?

Kilka blogów śledzę stale. Do serwisów staram się zaglądać przynajmniej raz na tydzień – nie bardzo wyobrażam sobie, żeby nie sprawdzać tego, co się dzieje w Niezalu, Nowej Muzyce, PopUpie, Porcys, Screenagers. Kolejność alfabetyczna. Jest jeszcze kilka innych, mniejszych. Jest Dwutygodnik, gdzie czasem trafiają się niezłe teksty muzyczne. W polskojęzycznej części Sieci jest bardzo dużo ciekawych miejsc, gdzie można poczytać o muzyce, paradoksalnie może nawet samych miejsc jest za dużo – czasem przydałaby się trochę mocniejsza selekcja materiału, nieco mniej serwisów, ale z większymi szansami na zbudowanie sobie naprawdę mocnej marki, może nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Wiem, że muzyka alternatywna to zwykle osobista, bezkompromisowa wizja, ale czasem wydaje mi się, że dobrze by było połączyć kilka takich serwisów w jeden naprawdę mocny.

Mimo wszystko, wydaje mi się, że w kwestii muzyki alternatywnej blogi w Polsce mają większy zasięg niż media tradycyjne. Co o tym sądzisz? Blogujesz od 2007 roku – miałeś czas, by się rozejrzeć.

Na to pytanie trudno odpowiedzieć. Na pewno łatwo odnieść takie wrażenie, wiele osób zwraca mi uwagę, że przecież mamy do czynienia z grupą czytelników, którą łatwo zamknąć na terenie dwóch serwisów, pięciu blogów i jednego festiwalu. Ale mam przekonanie, że jest bardzo dużo nieprzywiązanych do internetowych mediów słuchaczy alternatywy, którzy cały czas szukają dla siebie impulsów w mediach tradycyjnych. Oczywiście kwestia tego, jaki próg „alternatywności” sobie ustawimy. Pamiętajmy, że dla wielu osób alternatywna będzie wciąż grupa Muse, a w Polsce – Kult. W każdym razie im wyżej stawiamy poprzeczkę, tzn. im bardziej oddalamy się od mainstreamu i tego, co się realnie sprzedaje, co jest częścią dużego rynku, tym bardziej ograniczamy zasięg odbiorców. I tym większe prawdopodobieństwo, że papierowe gazety, telewizja czy radio w takim kraju jak Polska (dużym, ale jednak z dala od centrum dziania się, ze słabo rozwiniętą prasą muzyczną) nie spełnią wymagań takiego odbiorcy. W każdym razie blog to niezła forma publikowania dla dziennikarza zajmującego się muzyką – pod warunkiem, że się do niej nie ogranicza.

Znasz jakiegoś dziennikarza niezłego w mediach tradycyjnych, który nie poradził sobie w blogosferze?

Bardziej już przypadki ludzi, którzy polegli, bo byli za leniwi na blog. Ale wstrzymam się od odpowiedzi. Jedna z najgorszych sytuacji dla recenzenta to recenzować pracę innych recenzentów. Owszem, czasem łatwo się to robi – i samemu mi się zdarza, bez winy to ja nie jestem – ale w pewnym momencie lepiej się ugryźć w język, bo krytyka krytyka szybko zostaje zrozumiana jako krytyka całej krytyki i odrzuca ludzi od całego środowiska.

Zaglądasz na fanpage „Czytam polską prasę muzyczną dla beki”?

Na Facebooka nie poświęcam dużo czasu – mój profil zasilany jest w dużej mierze automatycznie wpisami na blogu. Ale właśnie wszedłem po raz pierwszy na ten fanpage i utwierdzam się w tym, że odpowiadając na jedno z poprzednich pytań się nie myliłem – ciągle jest spora rzesza czytelników, którzy wyglądają mi na „niezrzeszonych” jako stali czytelnicy jakiegoś jednego serwisu czy dwóch blogów, bo tutaj naśmiewają się równo z wszystkich. A takich ludzi można spróbować przekonać tym, co się pisze. Lubię to. Oprócz tego, że teraz będę tu musiał zaglądać regularnie, a to pożera czas. To mi przypomina o jeszcze jednej ważnej różnicy między tradycyjnym światem a światem internetowej krytyki muzycznej. Ten pierwszy wciąż jeszcze zatrudnia (choć też coraz rzadziej) redaktorów, którzy mają autorowi uniemożliwić wypuszczenie czegoś głupiego. A niestety – i to zasada obowiązująca wszystkich bez wyjątku – każdemu autorowi się zdarza przeholować. Jeśli między nim a czytelnikiem nie ma już nikogo, kto przeczyta tekst (mama, chłopak albo dziewczyna słabo się sprawdzają w tej kontrolnej roli), co jakiś czas może wylądować na tym fanpage'u.

Łukasz Warna-Wiesławski, redaktor naczelny Niezalu Codziennego, w rozmowie ze mną powiedział, że ludzie przy recenzjach „sprawdzają przede wszystkim ocenę i uciekają”. Naprawdę jest tak źle?

Co do wypowiedzi Łukasza, owszem, mam chwilami podobne wrażenie. Od dawna zresztą pisałem o tym, że wartość muzyki coraz mocniej się wypunktowuje, a to zawsze krzywdzące dla płyt. Bardzo trudno znaleźć jedną miarkę dla wszystkich tytułów, poza osobistą przyjemnością słuchania – pamiętam, że np. oceny w starej „Machinie” miały odzwierciedlać tylko tę ostatnią, a o wartości, ważności albumu itd. miało być w tekście. Ale to były notki, które połykało się jednym spojrzeniem, kilka zdań. Na blogach mamy recenzje całkiem sporych rozmiarów, a część czytelników jest zainteresowana tylko punktacją. Co z tym zrobić? Cały czas myślę o rezygnacji z punktów. Z drugiej strony – czasem bywa jednak tak, że ocena punktowa wywołuje zainteresowanie i skłania do przeczytania całości tekstu. Poza tym, dalej liczy się to, by spróbować wciągnąć w lekturę tekstu, no i dalej są tacy, którzy czytają co do przecinka i mają merytoryczne uwagi, więc może nie ma co jeszcze bić na alarm. Ludzie mają mniej czasu i niecierpliwić się albo wybrzydzać na tekst to ich święte prawo.

Jesteś bardziej z tych „koncerty i pot” czy „CD i słuchawki”?

Pytanie jest tendencyjne – chciałoby się powiedzieć. [śmiech] Bo ten rozdział to rozdział w dużej mierze wiekowy. Z każdym rokiem coraz mniej „koncerty i pot”, a coraz bardziej CD albo winyl w domu. Nie porzucam koncertów – w tej chwili wolę się jednak ze względów rodzinnych koncentrować na kilkunastu koncertach i 2-3 festiwalach w ciągu roku. Koncertów jest też wielokrotnie więcej niż dziesięć lat temu, kiedy z kolei mogłem śledzić na bieżąco wszystko, co mnie interesowało, ale za to musiałem dużo jeździć za granicę. Nie mam ambicji oglądać wielokrotnie tego samego artystę na scenie, chyba że chodzi o The Flaming Lips. Ale z płytami jeszcze się staram nadążać. Nie wspomniałem o słuchawkach, bo tych raczej używam niechętnie. I coraz mniej chętnie z wiekiem. Bo owszem, to konieczne, ale jednak zło. Nałogowo co jakiś czas zmieniam słuchawki, szukając tych najlepszych, wyjątkowych (ale bez przesady, bez wychodzenia w sferę sum czterocyfrowych) – i w każdych w końcu coś mi przeszkadza. Poza tym przekompresowana muzyka – czyli duża część tego, co się nagrywa i co brzmi źle już przez głośniki – w słuchawkach wypada wręcz potwornie. Częściowo składam to jednak na karb pierwszych efektów starzenia się – utrata słuchu, zmęczenie, te sprawy. Trzeba się specjalizować. Mam kolegów, nawet niewiele młodszych, którzy potrafią jeszcze nadążać z chodzeniem na koncerty, więc ustępuję im pola.

Dziękuję za rozmowę.

[Michał Nowakowski]

8 listopada 2012


Życiową przemianę przeszedł także Snoop Doog. Zapomniał o swoich cygarach Executive Branch na rzecz wiecznie palonego krzewu i zmieniając imię na Snoop Lion, stał się - jak sam twierdzi - reinkarnacją Boba Marleya. Jeśli ciekawi was jak sprawdza się stary raper w formie rasta oraz co sądzą małe pszczoły o tej nagłej zmianie, to zapraszam do obejrzenia klipu „La La La”.

Jeden z najwybitniejszych komiksiarzy na globie, znany ze swych anarchistycznych poglądów, napisał niedawno balladę. Autor m.in. Watchman oraz V for Vendetta - Alan Moore - stworzył a potem odtworzył utwór na cześć grupy Anonymous oraz międzynarodowego ruchu Occupy. Nie ma co więcej gadać, trzeba posłuchać! I coś jeszcze... remember remember, the 5th of November.

Pod koniec października grupa Riverside poinformowała, iż nagrywanie najnowszej płyty - „Shrine Of New Generation Slaves” - dobiegło końca. Już w styczniu możecie pobiec po płytę do najbliższego EMPIK-u a w marcu poskakać na koncertach.

Mam jeszcze jedną dobrą informację dla miłośników cięższych brzmień. Brytyjski zespół Rolo Tomassi wydał 5 listopada trzecią już w swoim dorobku płytę. Za produkcję krążka zatytułowanego „Astraea” odpowiadał Jason Sanderson, który majstrował również debiut „Hysterics”.

Tych którzy kochają skowyt zapewne ucieszy fakt, że już niedługo światło dzienne ujrzy pierwsza płyta supergrupy „Atoms For Peace”. której przewodzi król lamentu - Thom York.  Będzie ona nosiła nazwę „AMOK” i pojawi się w sprzedaży pod koniec stycznia nowego roku. Już teraz możecie posłuchać próbki możliwości atomów. Jest jak zwykle w przypadku Yorka tajemniczo ale nie brakuje też dynamiki i zadziorności. Jestem tylko ciekawa jak to się przedstawia na żywo...

Z nowości mamy jeszcze kolejny singiel Stereophonics z nadchodzącej płyty „Graffiti On The Train”. Utwór „In a Moment”, możecie ściągnąć zupełnie za darmo z oficjalnej strony zespołu. Grupa The Killers przedstawiła z kolei klip do utworu „Мiss Atomic Bomb” z  ich najnowszego krążka „Вattle Born”. Nic specjalnego ale dla ciekawskich podaje link.

Poza tym coraz bliżej święta, coraz bliżej święta i czują to nie tylko galerie handlowe, ale również artyści. Noel Gallanger oraz Kasabian mają w planach nagrać cover utworu „Walking In The Air”, pochodzącego z kultowego filmu animowanego „The Snowman”. Na razie polecam posłuchać oryginału i użyć wyobraźni. A jak tylko pojawi się nowa wersja, z pewnością was o tym poinformuję!

Na koniec dobre rady cioci Palmer. Jeśli wydaje wam się, że na każde pytanie istnieje odpowiedź to jesteście w błędzie. Ciocia Amanda uczy: „there is no answer”. Zachęcam do obejrzenia całości lekcji i cóż, do następnego razu! [Agnieszka Hirt]

6 listopada 2012


Cykl „Blogosfera muzyczna” jest miksem wywiadów z polskimi blogerami muzycznymi, felietonów i przeglądów polskich blogów/serwisów. Tym razem porozmawiał ze mną Łukasz Warna-Wiesławski, założyciel i redaktor naczelny Niezalu Codziennego.

Zacznę nie od początku. Pod adresem niezalcodzienny.pl wisi tylko wklejka Facebooka. Co się dzieje?

Wywracam wszystko do góry nogami. Pewne rzeczy straciły sens, trzeba było je zmienić. Pewne czekały z wdrożeniem na dogodny moment, który chyba własnie nastał. Okaże się za pare tygodni, czy wyjdzie coś fajnego, czy przywita was podziękowanie za wspólnie spędzone trzy lata.

Jak to się potoczyło, kiedy postanowiłeś założyć Niezal Codzienny?

Pomysł na Niezal wykiełkował jakoś w 2009 roku. Każdy chciał pisać recenzje, a nie było serwisu, który zająłby się nowinkami, więc postanowiłem sam wziąć sprawę w swoje ręce. Start przypadł na styczeń 2010.

Nie lubisz pisać recenzji?

Zależy od płyty. Jeśli uważam, że album jest godny uwagi, robię to z przyjemnością. Dlatego dobrze pisze mi się krótkie rekomendacje skupiające się na opisie brzmienia czy klimatu wydawnictwa – zajawki, które mogą zachęcić kogoś tuż przed premierą, osobę jeszcze bez leaku na dysku. Czuję, że to może być użyteczne. Dłuższe rozkminki i taśmowe pisanie o wszystkim, by nie było luk na portalu i żeby wyrobić liczbę odsłon – da się zrobić, ale bardzo szybko zjada poczucie braku sensu. Po statystykach widać, że ludzie sprawdzają przede wszystkim ocenę i uciekają. To oczywiście też kwestia warsztatu i wiedzy, bo do satysfakcjonującego mnie poziomu jeszcze daleko, ale czuję, że to walka o osoby, które można policzyć na palcach dwóch rąk.

Na pewno znasz facebookowy fanpage „Czytam polską prasę muzyczną dla beki”. Uważasz, że to jest rzecz potrzebna? Słuszna?

Świetna rozrywka, czasem przez łzy. Szkoda tylko, że serwisy po kilkukrotnym pojawieniu się na łamach fanpage'u nie wyciągają wniosków.

Co wg Ciebie jest rakiem polskich recenzji?

Błędy merytoryczne i próby udawania, że tych braków w wiedzy wcale nie ma.

Na jakiej platformie „stoi” Niezal?

Początkowo Niezal stał na Tumblrze, potem na Blogspocie. Później Niezal miał okres, gdy był aktualizowany wyłącznie przez Facebooka i Twittera, a strona ściągała wpisy z tego drugiego serwisu. We wrześniu tego samego roku kupiłem serwer i postawiłem stronę z prawdziwego zdarzenia, która co parę miesięcy ewoluuje i przeobraża się wizualnie, jak i treściowo.

Dlaczego zrezygnowałeś z tych platform? Są (szczególnie Blogspot) potężne – „stoi na nich” sporo serwisów/blogów muzycznych.

Są ubogie w porównaniu z tym, co oferuje postawiony samodzielnie Wordpress, na którym stworzyć można złożoną architekturę własnych klas, typów postów i zaawansowanych szablonów. Istnieją setki gotowych rozwiązań, a jeśli ich brakuje, można je samodzielnie napisać. Niezal miał całkiem rozbudowaną siatkę taksonomiczną i żałuję, że tylko jej fragmenty były publiczne – nigdy nie miałem czasu i siły, by otagować odpowiednio wszystkie wpisy. Świadomość, że i tak na starsze newsy wchodzą dwie osoby rocznie miała na to duży wpływ. Bo w sumie po co komu przeterminowana aktualność? Może Blogspot zmienił się od tego czasu, ale trzy lata temu oferował jedynie stworzenie fasady. Poza tym, zawsze lepiej na swoim.

Czy ktoś Ci pomagał?

Codzienny zalew postów to moja robota, przez stronę przewinęło się jeszcze sześć osób, które napisało parę dłuższych tekstów i recenzji, a także siódma – Robert, ojciec warszawskiego oddziału będącego lokalną przybudówką skupioną na koncertach w stolicy.

Dużo krótkich newsów to Twoja recepta na chętnie odwiedzany serwis?

Do pewnego momentu tak, ale to się już chyba nie sprawdza. Media społecznościowe dały bezpośredni kontakt z lubianymi artystami, więc newsy straciły mocno na znaczeniu, a kierując się ku undergroundowi za konkurencję nie robią polskie strony, a tytani pokroju FACT i XLR8R, którzy mają znacznie więcej dojść do wytwórni i promotorów. Poza tym coraz częściej dla niektórych te cztery linijki tekstu to też za dużo. Dlatego w ostatnich tygodniach treści pojawiało się mniej i dotyczyły jedynie lubianych przeze mnie wykonawców. Nie interesuje mnie już chętnie odwiedzany serwis, a serwis, przy którym chętnie pracuję.

Co musi się zmienić, żebyś pracował przy Niezalu chętnie?

Zdarzały się dni, kiedy nad stroną siedziałem po osiem do dziesięciu godzin dziennie, więc nie obraziłbym się, gdyby pojawiło się więcej pieniędzy, precz z barterem. Chociaż minimalna krajowa zamiast kieszonkowego na własnej stronie-marzenie.

Ile odsłon Niezal Codzienny zalicza miesięcznie?

Zależy, ale w tym roku miałem rekordowy miesiąc – 35 tysięcy unikatów.

Masz jakieś swoje sposoby na promowanie serwisu?

Jestem wierny zasadzie „content is the king”, ale jestem w dobrej sytuacji, bo startowałem w dogodnym momencie – kiedy Zuckerberg nie chciał jeszcze pieniędzy za istnienie w swoim serwisie. Na pewno mocno pomaga pisanie o polskiej muzyce, to treść, której nie ma na zagranicznych portalach. Można liczyć też, że artysta zalinkuje gdzieś newsa, rekomendację czy recenzję. W cenie są też rozdawki, ale z każdym kolejnym tygodniem coraz bardziej gardzę konkursami i nie widzę w nich sensu.

Jakie polskie i jakie zagraniczne serwisy/blogi muzyczne czytasz?

Z polskich sympatyzuję z publikującym pokrewne treści Lineoutem, czytam Filipa Szałaska i Weedtemple. Zagranicznych jest zbyt wiele, by wymieniać, ale najwięcej dobrej muzyki oferują FACT (chociaż czuję, że to jego ostatnie chwile i runie w dół jak Pitchfork), XLR8R, Dummy, Fader, Resident Advisor, Foxy Digitalis czy Dusted. Żałuję, że nie doceniłem wcześniej Altered Zones, bo to była dobra pigułka z mniejszymi blogami. Ad Hoc to już nie to samo, a Portals publikuje za dużo nie po mojej linii.

Jak zamykasz administrację Niezalu Codziennego i edytor tekstu, czym jeszcze się zajmujesz? Są to tylko pozamuzyczne rzeczy, czy jeszcze coś związanego z muzyką?

Próbuję zabrać się do magisterki na temat muzyki techno, pomagam przy festiwalu Unsound i oglądam nieprzyzwoite ilości seriali.

O czym konkretniej będzie magisterka? Słuchasz techno?

Oczywiście. To ostatnio jedna z moich największych fascynacji. Na razie zamierzam umieścić gatunek w kontekście innych zjawisk popkultury, bo to opcja szeroka i pozwalająca napisać o wszystkim po trosze, ale w sumie może skończyć się to np. analizą tematów podejmowanych przez Drexciyę. Wyjdzie w praniu.

Dziękuję za rozmowę.

[Michał Nowakowski]