30 grudnia 2012


GRIZZLY BEAR Shields, [2012] Warp || Żal mi „terazrockowców” i mówię to bez szyderstwa. Żyją sobie w swoim świecie kolejnych reedycji Deep Purple i Pink Floyd, w którym szczytem alternatywy jest Muse, a wydarzeniem roku nowa płyta Soundgarden. Wszystko to w połączeniu z utyskiwaniem na współczesną muzykę i lekką pogardą wobec „sceny indie”, bo to tylko młodzież kopiująca dawnych i wielkich.

Etykieta rocka dla jednych pokryła się zacną patyną, dla innych wilgotnym mchem, niezależnie jednak od jej definicji przyznać trzeba, że do czołowych określeń dziś nie należy. Sam już zapominam o swej własnej, prywatnej teorii, mówiącej że rock = alternatywa, oryginalność i postęp, dlatego bardziej rockowe dla mnie było Four Tet niż Iron Maiden. Lecz gitary przecież nie odeszły do lamusa, mamy post-rockowe spięcia, mamy flanelowy folk, mamy indie-garaże i lekkie poczucie wstydu, by naszą muzykę określać mianem rockowej, pozwalając na zawłaszczenie tego pojęcia przez rockistowskich dinozaurów. Tymczasem albumy takie jakie „Shields” spokojnie można uznać za nowych klasyków.


Otwierający płytę „Sleeping Ute” to majstersztyk. Genialna kompozycja, o niebanalnej strukturze, skromna i epicka zarazem. Trzy pierwsze utwory tworzą powalającą całość, w „Speak In Rounds” Electric Light Orchestra spotyka się z Fleet Foxes, w „Yet Again” soft-rock z garażowym brudem. Skojarzenia z ELO i popowym, melodyjnym rockiem późnych lat siedemdziesiątych, rodzi przede wszystkim wokal, również w najbardziej piosenkowym „Gun-Shy”. Mimo zaś lekkiego przybrudzenia brzmienia każda pieśń skrywa w tle aranżacyjne bogactwo.


W połowie albumu następuje zdecydowanie wyciszenie. I znów za sprawą wokalu pojawia się kolejne skojarzenie, mianowicie z lżejszym i odbarokowionym Hjaltalín. Centralnym utworem wydaje się „A Simple Answer”, to tu padają słowa proste „No wrong or right, just do whatever you like”, które definiują opływający, mantryczny spokój bijący z całego albumu. Tempo i napięcie powracają pod koniec płyty w „Half Gate”. Siedmiominutowy zaś „Sun In Your Eyes” to jeden z najbardziej poruszających i kompletnych finałów jakie można usłyszeć.

W ostatniej kompozycji powtarzają się słowa „It overflows” i taka właśnie jest ta płyta. Muzyka Grizzly Bear opływa, otacza nas ochronną tarczą spokoju, chce się do niej wracać, stąd wiemy, że mamy do czynienia z płytą zjawiskową. Zetknięcie tradycji ze współczesnością, uderzająca niebanalność kompozycji, pięknych i urokliwych, niezwykle emocjonalnych i wbrew pozorom konstrukcyjnie zawiłych, to wszystko sprawia, że „Shields” należy do najlepszych albumów tego roku i obowiązkowych klasyków (alternatywnego) rocka. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]

ELBOW Dead In The Boot, [2012] Fiction || Zapewne nieraz dzieliłem się już przekonaniem, że Elbow to jeden z najbardziej niedocenianych zespołów świata. Do tego, jego jeden z największych. Zjawiskowy debiut „Asleep In The Back” był równie definiujący dla muzyki przełomu wieków co „13” Blur i „Kid A” Radiohead. Każdy kolejny album nie schodził poniżej pewnego poziomu, ale dopiero „The Seldom Seen Kid”, dorównał debiutowi, przyniósł grupie nagrodę Mercury i pewną zmianę brzmienia.

Tymczasem hipnotyczne utwory Elbow, niebanalne i poruszające melodie, bogate aranżacje oraz sam Guy Garvey, ze swym wspaniałym głosem i tekstami – to wszystko nadal wydaje się wiedzą dla wybranych. Kto wie, może i dobrze, zważywszy na to, że w początkach dekady i kariery Elbow stawiano ich w jednym rzędzie z Coldplay. Ostatnia płyta, „Build A Rocket Boys!”, była lekkim rozczarowaniem, bardzo wyciszona, porywająca ledwie momentami, brzmi raczej jak solowy album Garvey’a niż zespołowe dokonanie. Nie podejrzewałbym jednak Elbow o komercyjne intencje stojące za wydaniem „Dead In The Boot”.

Jest to bowiem powrót do przeszłości. Tytuł celowo nawiązuje do doskonałego debiutu. Na okładce po raz pierwszy w dziejach grupy mamy ich zdjęcie, zrobione w dniu, w którym „Asleep In The Back” wszedł na brytyjskie listy sprzedaży. Nazwa grupy pisana jest dawną czcionką, sprzed ery „The Seldom Seen Kid”. „Dead In The Boot” to bowiem zbiór rarytasów i b-side’ów, obejmujący jednak całą karierę Elbow, od debiutu, po „Build A Rocket Boys!”.

Zbiór ten otwiera niezwykle mocny „Whisper Grass”, zagrany w dawnym hipnotyczno-transowym stylu, wzbogacony szaleńczym free-jazzowym saksofonem. Ponieważ jednak b-side’ów Elbow nagrywana była w ramach luźnych i swobodnych sesji w domach lub po nagraniu płyt, większość tych utworów ma raczej delikatną i medytacyjną atmosferę. Jedynie „Snowball” z wyjątkowo ostrym, politycznym tekstem, z urokliwej piosenki rozpędza się w mocną, antywojenną mantrę.

Eskapistyczna twórczość Elbow po politykę sięgnęła dopiero na płycie „Leaders Of The Free World”, zapowiedzią tego kierunku był „The Long War Shuffle”, ciężki antywojenny blues. Poza tym mamy to jednak tematy typowe dla Elbow, złamane serca, skomplikowane związki. I szczególnie dużo miłości w „Lay Down Your Cross”, pierwszym utworze, w którym Garvey pokusił się po raz pierwszy o otwarte zastosowanie tego słowa.

O ile zatem lirycznie jest to znane, dobre Elbow, o tyle pojawiają się tu muzyczne eksperymenty, spośród których niektóre przeniknęły na stałe do ich twórczości, jak choćby pętle perkusyjne, które po raz pierwszy pojawiają się w „Love Blown Down”. „McGreggor” to zwolniony o połowę „A Picky Bugger” z „Leaders Of The Free World” i zmieniony w bagienny, folkowy poemat w stylu Nicka Cave’a. „Every Bit The Little Girl” zaśpiewanie chóralnie przez całą grupę z wyjątkiem Garvey’a zaskakująco nawiązuje do islandzkich brzmień múm.

Z ozdobionej zdjęciami książeczki dowiemy się, co Guy Garvey ma do powiedzenia na temat każdej z zamieszczonych na „Dead In The Boot” kompozycji. I tak, nagraniu „Love Blown Down” towarzyszył rudy kot, „Buffalo Ghost” powstało w pociągu, „Waving From Windows” w jadalni, „Gentle As” był wynikiem swobodnej alkoholowej sesji i z czasem przerodził się w „Mirrorball”.

Przy pobieżnym przesłuchaniu płyta wydawać może się, delikatnie mówiąc, dość jednorodna. W muzyce Elbow na przestrzeni lat jednak zawsze wiele się działo, niekoniecznie w oczywisty sposób. Album brzmi na tyle spójnie, że można go traktować dowolnie, jako regularne wydawnictwo, jako podsumowanie, jako wprowadzenie. „Whisper Grass”, „Snowball” i „Lucky With Disease” najlepszą do najlepszych utworów Elbow, potwierdzając tylko status zespołu. Daj Boże innym takie utwory jak b-side’y Elbow. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

24 grudnia 2012


MOGWAI Les Revenants EP, [2012] Rock Action || Koniec świata zasługuje na porządny soundtrack. Lekko upiorny, lekko melancholijny, troszkę zrezygnowany, troszkę bojowy, mniej lub bardziej podskórnie emocjonalny. Brzmi to jak idealne zadanie dla Mogwai. Choć, jak widać, apokalipsa nam chwilowo nie grozi, Szkoci zilustrowali swoją muzyką… francuski serial o zombie.

W działaniach Mogwai jest puewna prawidłowość. Pomiędzy każdą regularną płytą studyjną oferują jakiś dodatek, pompujący ich imponującą dyskografię. Większości tych wydawnictw nie należy traktować po macoszemu, „My Father My King” był dziełem imponującym, kwintesencją muzyki Mogwai, „Earth Division” udanym dopełnieniem „Hardcore Will Never Die, But You Will” a „EP+6” jedną z najlepszych ich płyt w ogóle. Jednak do soundtracków szczęścia specjalnie nie mieli. Ilustracja filmu o Zidanie wypadła w powszechnym mniemaniu dość nijako. Dołączony jako bonusowa płyta do „Hardcore Will Never Die, But You Will” utwór “Music For A Forgotten Future (The Singing Mountain)”, mimo imponujących rozmiarów też okazał się zaledwie ciekawostką.

Tymczasem zawsze podkreślało się mocny filmowy wymiar kompozycji Mogwai, te najlepsze momentalnie wywoływały szereg obrazów w głowie i emocji w sercu, płyty „EP+6”, „Rock Action” i „Happy Songs For Happy People” brzmiały jak bajeczna ścieżka dźwiękowa nieistniejącej trylogii. Potrzeba wpisania się w oczekiwania twórców filmu wydaje się jednak mocno ograniczać wyobraźnie muzyków, w efekcie „soundtrackowość” staje się często przymiotem pejoratywnym.

Zilustrowanie francuskiego serialu o zombie jest równie szalonym i typowym dla Mogwai pomysłem co biograficzno-futbolowego filmu. Zombiakom poszczęściło się chyba jednak bardziej niż Zidanowi. Przed paroma dniami ukazała się, wyłącznie w wersji cyfrowej a wkrótce i na winylu, EP-ka „Les Revenants”, pod koniec lutego zaś, również na tradycyjnym CD ukaże się pełna ścieżka dźwiękowa do serialu pod tym samym tytułem. „Les Revenants EP” stanowi zaledwie zapowiedź przyszłorocznego albumu „Les Revenants OST”, umieszczone na niej cztery kompozycje znajdą się bowiem również tam. Można zatem spokojnie poczekać na efekt finalny do lutego, choć zapewne spora część miłośników Mogwai nie wytrzyma i sięgnie po tą zaledwie dwunastominutową EP-kę.

Cztery utwory, dlaczego akurat te dowiemy się zapewne za jakiś czas, brzmią jednak na tyle spójnie, że pojawia się obawa czy finalna pełna wersja nie okaże się po prostu zbyt długa. Miniatury mają swój urok i tak jest w tym wypadku. „Wizard Motor” to typowa kompozycja dla Mogwai ostatnich lat. Rosnące napięcie, prosta konstrukcja, zwyczajnie rockowa melodyka i refleksja – jak to klasyczny mogwai’owy patent z nagłym wyciszeniem i urwaniem wątku nadal satysfakcjonuje! „Soup” to okraszony piękną gitarą ambientowy przerywnik, po nim zaś następuje „The Hut”, najciekawszy punkt tego zbioru. „Wizard Motor”, ma być flagowym utworem EP-ki, brzmi bowiem jak Mogwai od czasów nieudanego albumu „Mr. Beast”. Gitarowy, ale ugrzeczniony i oczywisty, melodyjny w sposób bardziej klasycznie rockowy niż post-rockowy, charakterystyczny dla dzisiejszych epigonów tego gatunku. „The Hut” natomiast, choć nie zawiera ściany gitar, posiada rzecz dawno już przez Szkotów utraconą – motorykę. Upiorna, krocząca transowość charakteryzująca dawniej Mogwai, powraca w pełnej krasie i aż się prosi o rozwinięcie tematu w dłuższą, potencjalnie porywającą kompozycję.

Całość wieńczy kruchy „This Messiah Needs Watching”, do którego, mimo koronkowej natury, mój odtwarzacz uparcie pobiera jakąś płomienno-kiczowatą okładkę metalowego zespołu. Być może ma rację, za spokojem Mogwai zawsze kryły się płomienie, tak jak i serialowe zombie, choć francuskie, nadal są bezdusznymi monstrami. „Les Revenants EP”, gdyby ukazała się w postaci darmowego gwiazdkowego prezentu, mogłaby służyć za ciekawe wprowadzenie w świat dźwięków Mogwai. Ostatecznie jednak, będąc jak do tej pory chyba najlepszym podejściem zespołu do muzyki filmowej, jest rzeczą wyłącznie dla najwierniejszych fanów. 6/10 [Wojciech Nowacki]

17 grudnia 2012


Ostatnio śniły mi się cykliczne polowania na wampiry, demony oraz koty przetransformowane w zombie. Z tej okazji pomyślałam dłuższą chwilę o Kristen Stewart i jej przemianie podczas ostatniej części – kultowego już chyba – „Zmierzchu”. Można się spierać co do wartości wspomnianego obrazu, za to ta piosenka jest bezdyskusyjnie zniewalająca!

O tym panu wspominam ostatnio dosyć często, ale cóż ja poradzę na to, że Snoop dba o promocję nadchodzącego albumu. Zapraszam do wysłuchania ostatniego singla promującego „Reincarnated”, który do sklepów trafi już w lutym. Fajnie się przy tym kawałku głowa buja. Podejrzewam, że może prowadzić co niektórych do uzależnienia, także ostrożnie.


Kolejne Święta zbliżają się wielkimi krokami. Tego roku dotarło do mnie, że zespół Kings Of Leon, na swoim krążku „Only By The Night” odpowiedział na zaczepkę pani Carrey z 1994 roku. Słusznie... po co ograniczać się do kilku grudniowych nocy? Ta piosenka krzyczy: „Chcę Cię! Zawsze, wszędzie! Gdziekolwiek będziesz! Na szafie, na parapecie, na komodzie, na klozecie!” (cóż... interpretacja dowolna).

Zanotowałam też, że wielu ludzi zupełnie nie kojarzy artystki o pseudonimie Grimes. Poczułam misję naprawienia tego błędu we wszechświecie i przedstawiam wam jeden z lepszych utworów z ostatniego albumu „Visions”, który wyszedł niecały rok temu. Klip też niezgorszy.

Teraz czas na garść newsów. Na początek wieści z drugiej strony Morza Bałtyckiego. Otóż szwedzki duet The Knife, ujawnił nam datę premiery swojego nowego albumu „Shaking The Habitual”. Ukaże się on w kwietniu nakładem niezależnej wytwórni Brille. Miło będzie rozpocząć z nimi wiosnę, prawda? A tymczasem, przypomnijmy sobie kilka wcześniejszych dźwięków.

Mam też dla was nowiutki utwór od Foals. „My Number” jest drugim singlem promującym kolejny krążek zespołu („Holy Fire”), po który będziecie mogli sięgnąć na początku stycznia.


Tym razem The Killers chwalą się teledyskiem wyreżyserowanym dla nich przez samego Tima Burtona. W obrazie dla „Here With Me”, wystąpiła m.in. Winona Ryder a efekt jej starań możecie obserwować tutaj.

Jeden z panów, który podesłał próbkę muzyki na naszego maila chyba naoglądał się za dużo „Requiem For A Dream”. Pierwsze minuty jego utworów przypominają właśnie takie pokręcone dźwięki. Zresztą wszystkich zainteresowanych chaosem, odsyłam do profilu pana Daniela.

Poza tym Dido wypuściła nowy kawałek, ale jest nudny jak flaki z olejem, dlatego zalecam trzymać swoje uszy z dala od tego wytworu zmęczonej wyobraźni. Jednak, należąc do wyrozumiałych ludzi, (tym samym tolerując zamiłowanie do masochizmu), podaję odnośnik do utworu.

Na koniec proponuję obejrzeć krótki film, na którym gwiazdy opowiadają o najlepszym w swoim życiu, prezencie gwiazdkowym. Przeważa rower. Zatem pozostając w temacie... [Agnieszka Hirt]

13 grudnia 2012


Cykl „Blogosfera muzyczna” jest miksem wywiadów z polskimi blogerami muzycznymi, felietonów i przeglądów polskich blogów/serwisów. Tym razem jedna z bardziej wyrazistych figur polskiej blogosfery. Krytyk muzyczny i bloger. Autor bloga Fight!Suzan. Znany z pisania niezwykle długich tekstów, wyszukanego słownictwa i szczerości. Przeczytajcie, co powiedział mi Filip Szałasek.

Blogujesz od 2008 roku, pisząc niezwykle długie teksty. Zdarzyło Ci się tracić przekonanie, że to ma sens?

Czy gracze RPG, zbieracze znaczków i sportowcy zadają sobie pytanie o sens swojej pasji? Nie. Poświęcają się jej dopóki jest to możliwe, dopóty nie przeszkodzi im kontuzja lub wymogi egzystencji. Wydawać by się mogło, że tak samo będzie z pisaniem o muzyce. Błąd. W równych odstępach czasu czytamy płaczliwe wyznania blogerów, którzy kończą swoją działalność lub rozważają jej urwanie (żebrząc o feedback). Regularnie cytuje się statystyki, które poświadczają drastycznie malejące zapotrzebowanie na pisanie o muzyce. Co więc odróżnia piszących o muzyce od graczy RPG? Spora ich część jest psychicznie uzależniona od czytelników.

Gorączkowe kontrolowanie statystyk, wyłudzanie lajków, filozofowanie na temat rynku, poddawanie stylu dyrektywom korporacyjnych poradników SEO... Sporo? Nic dziwnego, że nie starcza energii na pisanie o płytach. Zamiast oddawać się swojej pasji wielu autorów próbuje przeczuwać iluzoryczne trendy recepcyjne i jest to aktywność o tyle niezrozumiała, że „sukces” – tysiąc lajków, milion odsłon – nie zapewnia ani zarobku, ani prestiżu, przynajmniej w naszym kraju. Łukasz Warna-Wiesławski zapewne sporo dopłacał do Niezalu Codziennego (w chwili gdy to piszę 6 294 lajków), a autorzy serwisów w rodzaju Music Is (5 839) czy Pop Mag (padł, mimo zbliżonego wyniku i sfałszowanej reklamy na Onecie) są wyszydzani.

Pytanie o „sens” nie przyszło mi do głowy ani razu, być może dlatego, że pisząc zawsze dobrze się bawiłem i systematycznie rozwijałem, było mi zawsze stosunkowo obojętne, czy ktoś czyta. Rezygnacja z „trudnych słów”, skrócenie tekstów, rozcieńczenie metafor – to kwestia paru kliknięć, ale te kliknięcia tłamszą osobowość. Po co miałbym oddawać się czynności, która nie ubarwia mojego życia, a wręcz przeciwnie: ogałaca je z ciekawych myśli i odczuć? Krytyk muzyczny czy recenzent to marzyciel, obsesjonat, artysta i muszą to zaakceptować przede wszystkim sami krytycy czy recenzenci. Czytelnicy są opcjonalni. Ich aprobata nie zapewnia poczucia sensu, satysfakcja ze spełniania własnych oczekiwań, własnej wizji siebie jako autora – owszem Ludzie oburzają się, kiedy muzyk gra „pod publiczkę”, nie „z serca”, a do krytyki podchodzą dokładnie odwrotnie. Niesprawiedliwa dystrybucja romantyzmu!

Samych serwisów/blogów w ostatnich dwóch latach wyrosło multum. Chaciński stwierdził wręcz, że „dobrze by było połączyć kilka takich serwisów w jeden naprawdę mocny”. Karolczyk z Uwolnij Muzykę! dodał, że nawet wychodził z propozycją połączenia się z WAFP! (została odrzucona). Co Ty o tym sądzisz – różnorodność czy duża marka?

Z zasady jestem za różnorodnością, za jak największą ilością bardzo różnych głosów, ale to nasze „multum” blogów i serwisów mnie osobiście wydaje się fikcją. W większości wypadków mówimy tutaj o efemerycznych przedsięwzięciach, które nie przebijają się do świadomości czytelników ani nawet innych uczestników sceny recenzenckiej. Nikt tych miejsc nie linkuje, nikt o nich nie rozmawia; to są w dużej mierze szkice, prowizorki redagowane z doskoku i bez troski o szczegóły. Jest przecież różnica między odnotowaniem istnienia jakiegoś serwisu/bloga, a śledzeniem go.

Bardziej niż fuzja WAFP! i UW! przemawia do mnie wizja ostrej konkurencji między nimi – polemiczne recenzje, artykuły itp., ale autorzy obu serwisów zdają się zadowalać odhaczaniem kolejnych premier za pomocą letnich recek, które tak naprawdę pełnią głównie rolę informacyjną. Kolejny paradoks: autorzy marzą o lajkach i odsłonach, ale trzymają się neutralnych treści, żeby nikogo nie urazić i podtrzymać pozory ugrzecznionego obiektywizmu. Kiedy mówi się o nadmiarze to tak naprawdę ma się chyba na myśli zalew nudy, a nie zatrzęsienie wciągających, mocnych tekstów. Wystarczy porównać dawne i obecne stosunki Porcys-Screenagers – atmosferę namiętnego sporu wtedy i monotonię teraz, żeby wiedzieć o czym mówię. To jest ta różnorodność – myśli, poglądów, wizji – której tak naprawdę nie mamy poza bardzo nielicznymi wyjątkami, podkreślającymi jeszcze mocniej ogólny marazm.

Kogo z piszących o muzyce byś wskazał jako wyjątki od marazmu?

Wszystkich autorów, którzy dużo słuchają i nie mają ograniczeń gatunkowych, którzy są doświadczonymi odbiorcami kultury masowej, a jednocześnie mogą się pochwalić znajomością kanonu (literackiego, płytowego itd.), którzy dużo piszą i to zarówno recenzji, jak i tekstów krytycznych, którzy są charakterystyczni i potrafią prowokować, ale jednocześnie autentycznie – aż do granicy sprzeczności logicznej i dogmatyzmu – wierzą w wizję muzyki, jaką wykształcili w toku wielu lektur, refleksji i osobistych doświadczeń. Czyli siebie i Dejnarowicza, choć przeczuwam, że ten drugi niedługo zrezygnuje z pisania. Reszta jeśli dobrze pisze, to nie ma dość dyscypliny, żeby pisać często. Jeśli są świetni dziennikarze, to skupieni na liczbach i społeczeństwie, a nie na sobie – jak tu się związać z takim autorem, gdzie emocje?

Więc przewidujesz, że Borys odejdzie w cień, a Ty staniesz się ostatnim prawdziwym blogerem muzycznym w Polsce.

Widzę, że udało mi się trochę Cię sprowokować.

Żartuję, ciekawiło mnie, co odpowiesz.

Chodziło mi oczywiście nie o „ostatniego blogera” w ogóle, a raczej o jedynego autora tekstów krytycznych, a więc traktujących o słuchaniu w ogóle, o naturze odbioru. Od długiego czasu tylko ja i Borys piszemy w Internecie o kwestiach związanych ogólnie z recepcją, a nie z konkretnymi albumami czy sytuacjami socjologicznymi. Dejnarowicz pisał – dajmy na to – o rockizmie, a ja o wpływie pogody i narkotyków na odbiór dźwięków. Zastanawiamy się od lat nad kwestiami, które stanowią punkt wyjścia pod odbiór konkretnych płyt. Zastanawiamy się, dlaczego muzyka nam się podoba i wątpimy w autentyczność naszych odczuć. Inni autorzy również podejmowali takie próby, ale w doprawdy szczątkowej formie i zazwyczaj przy jakiejś okazji (disco polo się sprzedaje!, metal na top liście empiku!), pod naciskiem jakiegoś albumu lub piosenki, a nie z wewnętrznej potrzeby wikłania się w „psychologię” odbioru, to mnie właśnie jako czytelnika żywo interesuje.

Jakieś pomysły na coś czego dotąd nie robiłeś?

Nie zamierzam szukać nowych form, interesuje mnie wyłącznie tekst. Może niekiedy nawet bardziej pisanie o muzyce, niż sama muzyka. Recenzja audio jest niewygodna: trzeba by wciąż przewijać, żeby wyłapać najciekawsze tezy, podczas gdy słowo pisane można wręcz kontemplować. Filmiki podobnie: edycja ścieżki wideo kosztowałaby dużo pracy bez gwarancji merytorycznego powodzenia, co widać wyraźnie po słynnym, choć słabiutkim, kanale recenzenckim Needle Drop.

Jakie polskie serwisy/blogi muzyczne odwiedzasz?

Szukam narracji, charakteru, interpretacji, a takich miejsc w polskiej sieci omuzycznej jest niewiele. Krótkich rekomendacji nie chce mi się czytać – jeśli mam zawierzyć 2-3 ogólnikowym zdaniom o słabej składni, to już wolę ściągać płyty na podstawie okładek i tagów na blogach z leakami. Dziennikarstwo muzyczne – reprezentowane w sieci głównie przez Mariusza Hermę – raczej mnie nudzi. Ostatnio wciągnęły mnie teksty publikowane na Antykach i Bibelotach – osobisty ton jest tam niewymuszony i sprawia mi prawdziwą przyjemność. Regularnie śledzę poczynania Jakuba Adamka – na Weedtemple i Trzecim Bardo, to jest kopalnia ciekawych nagrań. Także blog Agaty Pyzik robi wrażenie, miejscami zbliżając się do mojego ideału. Dość popularne stało się gromienie „nowego” Porcys, ale ja wciąż czytuję, szczególnie Michała Hantke i Marcina Sonnenberga. Odwiedzam też blogi młodych autorów, na przykład czekam na dalsze teksty sTalking Sounds, lubię też pisanie Eweliny z bloga Recenzje płyt, choć póki co jest to raczej radość z obserwowania rozwoju tych osób niż faktyczna przyjemność tekstu.

Chciałbym żeby Karolina Miszczak i Michał Fundowicz założyli blogi. Borys szczęśliwie wygrzebał się z monumentalnej porażki podsumowania lat 90. (zarówno w ramach Porcys, jak i własnego na T-Mobile Music), więc będzie co czytać i na co się zżymać (pozytywnie). Marek Sawicki i Marta Słomka piszą niestety za mało, żeby ich odwiedzać, a szkoda, bo są to cenni, lekko obsesyjni autorzy, których zawsze czyta się z przyjemnością. Regularnie czytam sam siebie, żeby wyłapywać literówki czy wynotować sobie słowo, którego używam za często.

Piszesz wyraziście i odważnie. Zdarzyły się jakieś agresywne opinie?

Jeśli dobrze szacuję, to w pierwszych dwóch latach około trzy czwarte opinii o moim pisaniu była negatywna. Kilka hatemaili od artystów, dziesiątki trolli – to głównie doświadczenie z recenzowania płyt dla Nowej Muzyki. W kilku wypadkach się nie dziwię, ten materiał ewidentnie zasługiwał na uwagę „Czytam polską prasę muzyczną dla beki”, w kilku zaś była to specyfika serwisu. Znamienne, że dwa-trzy teksty Karoliny Miszczak były na NM obiektem agresywnych kpin przez bite tygodnie, a chwilę potem Karolina pisze dla Porcys i już mało kto piętnuje jej teksty. W dwa dni nauczyła się pisać? Niekoniecznie.

Szczerze mówiąc, to zdarza mi się tęsknić za tamtymi czasami. Posiadanie grona stałych hejterów sprawia sporo satysfakcji, może ten wywiad coś zmieni w tym kierunku. Bo przecież negatywne opinie są „przy okazji” idealną szkołą pisania: zaczyna się uważać na literówki, to i owo sprawdza się dwa razy, umacniają się też poglądy – jeśli są poparte autentycznym przeświadczeniem, to krytyka stylu czy logiki wywodu skłania do wzmożonych poszukiwań argumentów, określeń, retoryk i tym podobnych narzędzi wyrazu. Jak widać, pisanie o muzyce to same osobiste korzyści, polecam.

A jeśli chodzi o tworzenie muzyki? Jesteś zadowolony ze swojego krążka (Filip jako Fight!Suzan wydał nakładem Nasiono Records album „Viper's Eye An Open Wound” – przyp. MN)?

Jestem zadowolony, choć ze względów innych niż artystyczne. Udało mi się spełnić zamiar uchwycenia pewnych wspomnień, zamknięcia ich w ramach albumu i zabezpieczenia przed erozją pamięci. Błędem byłoby oceniać tę płytę pod kątem estetycznej wartości – to miała być wyłącznie impresyjna pamiątka pewnego czasu, a konkretnie kolejnych wakacji lat 2007-2010. Nic specjalnego się wtedy nie wydarzyło: w skwarne dni dużo jeździłem na rowerze po wiejskich okolicach wokół Gdańska, wrastając w atmosferę samotnej eksploracji terenu; sporo rozmawialiśmy ze znajomymi o nagrywaniu muzyki, wspólnie notując jakieś pomysły na komputerach; czytałem na potęgę, w tym po raz kilkunasty „Lolitę”. Mógłbym dokładnie zrelacjonować tamte miesiące, ale bez względu na liczbę akapitów, nie udałoby mi się ująć esencji – niezwykłego, Proustowskiego sensu tych dni. I tu pojawia się muzyka – środek wyrazu zbliżony, ale trochę inny od literatury, w tej konkretnej sytuacji – lepszy.

Opowiedz o krążku.

Nagrałem wszystko samodzielnie na mikrofon i interface Line6 pożyczone od Gosi Penkalli, znanej z Enchanted Hunters (Gosia dograła przy okazji kilka wokalnych ornamentacji). Pracowałem na gitarze akustycznej – podróbce Ibaneza we frapującym kolorze (200 PLN na Allegro), elektrycznej – bez marki, też w ciekawym umaszczeniu (200 PLN na Allegro) – i dziesiątkach sampli nagrywanych własnoręcznie jako field-recordings albo pobieranych na przestrzeni miesięcy z Internetu, seriali, filmów, albumów (np. w utworze otwierającym płytę wykorzystałem drobne ustępy „He Loved Him Madly”, mojej ulubionej kompozycji Davisa). Niedługo miną trzy lata od premiery „Viper's Eye”, więc szykuję nowy materiał. Mam już około kwadransa muzyki, która przejdzie jeszcze wiele metamorfoz, aby jak najściślej odzwierciedlać moje wspomnienia. Myślę, że album ukaże się tuż po wakacjach przyszłego roku.

Interesuje mnie Twoje zdanie o polskiej scenie muzycznej. W sensie warunków, jakie zastają muzycy, możliwości nagrywania i promowania, jak i w sensie ogólnej kondycji muzycznej polskich projektów. Jest dobrze? Jest źle?

Jeśli chodzi o zróżnicowanie „oferty”, to nie mam wątpliwości, że jest jak najlepiej. W sumie to chyba trudno o inny pogląd. Na jednym krańcu spektrum Szymon Kaliski, Trupwzsypie, Noiko i niszowe Sangoplasmo Records czy cat|sun, a na przeciwległym Iza Lach, Brodka, Ramona Rey czy wydawnictwa pokroju UKnowMe. Po drodze masa projektów folkowych, post-rockowych, okołopunkowych, a nie można zapominać o amatorskich EPkach wrzucanych co dzień do sieci, zombies w rodzaju Hey czy Myslovitz i masa kuriozów: począwszy od MC Terminatora czy „Anagramowych sekwencji”. Można spokojnie słuchać tylko rodzimej muzyki, pisać o niej i nią się emocjonować, jedynie od czasu do czasu zaglądając w światowe premiery, żeby aktualizować punkt odniesienia.

Jeśli zaś chodzi o reklamę, to na pewno nie pomagają w tym abordaże profili last.fm potencjalnych słuchaczy; najlepsze wyjście to chyba po prostu koncertować, jak w wypadku Enchanted Hunters, którzy całkiem nieźle się wypromowali właściwie wyłącznie poprzez występy. A jeśli chodzi o nagrywanie, to nie wiem – podobno w Warszawie jest łatwiej, ale nie interesowałem się tym zbytnio, bo jeśli już sam coś rejestruję to w domu, a że nie mam fetyszu fizycznego nośnika (przynajmniej dla własnej muzyki), to wydawcy jakoś specjalnie nie szukałem, tak samo jak studia. Myślę zresztą, że wielu artystów ma podobnie, skupiają się na samym graniu, jak na przykład gość z Wild Books. Przesłuchaj – coś takiego jeszcze parę lat temu nie byłoby u nas możliwe; mit „profesjonalizmu” nie pozwoliłby na upublicznienie takiej muzyki.

Słuchawki, w których większość puszcza muzykę i tak powodują, że niemal wszystko tak brzmi. Zresztą nie lepiej jest z głośnikami laptopów.

Bez przesady. Jednak Wild Books jest trochę gorzej wyprodukowany niż „Channel Orange” i to daje się odczuć nawet na laptopie. Sam słucham niemal wyłącznie na słuchawkach i też nie na jakimś hipersprzęcie, bo na średniej klasy Sennheiserach.

Średniej klasy Sennheisery znacznie zawyżają średnią, która oscyluje w okolicach zestawu słuchawkowego/słuchawek dołączonych do empetrójek. Ale oczywiście żartowałem. Pisząc poważnie, zmienia się chyba wszystko – jak dowiadujemy się o muzyce, jak ją pozyskujemy, czego od niej oczekujemy, kultura słuchania. Według Ciebie na plus czy na minus?

Mamy obecnie to szczęście, że nie ma fizycznego nośnika, na który bylibyśmy skazani. Nagrania ukazują się na kasetach, CD i winylach, możemy za rozsądne pieniądze kupić sprzęt do odtwarzania każdego z nich osobno. Fetyszyzm taśmy czy czarnej płyty mocno się zdezaktualizował i dzięki temu można nabrać dystansu, oceniać samą muzykę, bez wydawniczej otoczki, w przyjemnym ekletyzmie. Na przykład mam ogromną sympatię dla Sangoplasmo Records, ale mam wrażenie, że odbiór części wydawnictw z katalogu tego labela został zdeformowany przez zachwyt ładnie wydanymi taśmami. To część kontaktu z muzyką, ale tylko część i atrakcyjna oprawa nie powinna wchłaniać całej recepcji, szczególnie, gdy sama muzyka jest godna odnotowania. Stąd – mimo wszystko – moja aprobata dla empetrójek; bezcielesny, digitalny format nieźle wyraża styl odsłuchu uprawiany przez ostatnie pokolenia.

Co do kultury słuchania, to praktycznie nie istnieje dziś coś takiego. Mam na myśli chociażby fakt, że niewiele osób sięga po książki poświęcone odbiorowi muzyki. Mogę i chcę się mylić, ale sądzę, że po części jest to wina wszystkich: 1) rynku, który wciąż unika poważnych pozycji o muzyce rozrywkowej, faworyzując autobiografie starych jazzmanów, 2) środowisk akademickich, które preferują „klasyczne” prace muzykologiczne (nie wyobrażam sobie na polskim gruncie zdobycia tytułu naukowego na podstawie dysertacji o My Bloody Valentine).

Warna-Wiesławski pisze magisterkę o techno! Choć pewnie miałeś na myśli doktoraty. Ale kontynuuj.

Nie wątpię, że na każdym kulturoznawstwie w kraju powstaje obecnie licencjat czy magisterka o jakimś gatunku muzycznym, więc inaczej: problemem jest napisanie kilkuset stron gotowych do publikacji, skrupulatnie zredagowanych, żeby zjawiska tak fajnego jak pisanie o muzyce rozrywkowej nie zabiły armie literówek i za obszerne akapity. W tym stylu była „Kultura dźwięku” wydana przez słowo/obraz terytoria, ale to edytorski i redaktorski wyjątek i do tego praca zbiorowa. Partneruje jej chyba tylko Linia muzyczna Ha!Artu. Może jestem naiwny, ale chcę wierzyć, że polską książkę z ciekawymi tekstami o muzyce rozrywkowej, kupiłoby te kilkaset osób. Ja bym kupił, niekoniecznie dla samej wartości informatywnej. Marzy mi się na przykład pozycja, która opisywałaby różne przygody z konkretnymi płytami, eseistycznie, bez większego akademizmu, ale też nie zupełnie ludycznie, coś w stylu „Książki twarzy” Marka Bieńczyka albo „Dna oka” Wojciecha Nowickiego. Żeby poznać poprzez lekturę innego odbiorcę, może ciekawszego niż my sami.

Więc czemu sam tego nie napiszesz?

Może kiedyś, na razie mam do napisania masę innych rzeczy, poza tym można znaleźć sporo perełek, które trochę osładzają posuchę. Polecam na przykład starą już, ale doskonałą książkę „Co to jest muzyka?”, która składa się z inspirujących dialogów duetu Carl Dalhaus-Hans Eggebrecht (rozdział o muzyce i tarocie długo mnie fascynował); warto sięgnąć po „Sztuka i sztuki” – wybór esejów Adorne'a, a także po rodzime lektury z kręgu pogranicza sztuk, a więc m.in. książki pod redakcją Andrzeja Hejmeja (np. „Muzyka w literaturze. Perspektywy komparystyki interdyscyplinarnej”) czy „Muzykę w literaturze” Tomasza Makowieckiego. To tak na początek.

Chciałbym Cię zapytać, czy to Ty stoisz za „Czytam polską prasę muzyczną dlabeki”, ale nie przyznałbyś się.

To Ty stoisz za „CzPPMdB”. Wszystkich pytasz o ten fanpage żeby po kryjomu podbić sobie ego. Popieram Twoją inicjatywę, zresztą – jak dobrze wiesz – spisałem parę przemyśleń na jej temat. Mariusz Herma co roku zbiera na Ziemi Niczyjej najlepsze teksty, „CzPPMdB” powinni zebrać najśmieszniejsze – chcę to dostać na święta.

Cholera! Myślałem, że mój plan jest doskonały. W każdym razie, dziękuję bardzo za rozmowę!

[Michał Nowakowski]

12 grudnia 2012


Październik przyniósł ze sobą wysyp istotnych premier płytowych. Ukazał się trzeci album Please the Trees „A Forest Affair”, na podsumowanie wielkiej trasy Tata Bojs wydali płytę koncertową wraz z DVD „Ležatá Letná”, najważniejszą jednak premierą był „Vlci u dveří”, drugi album grupy Umakart, wydany osiem lat po legendarnym debiucie.

Będący zaś tradycyjnym sezonem koncertowym listopad przyniósł szereg rozczarowań. Odwołanie europejskiej trasy Grimes dotknęło nie tylko Warszawę, ale i Pragę. Występ w Czechach ze zdrowotnych powodów odwołał też niemal w ostatniej chwili Flying Lotus. W tym wypadku jednak organizatorzy postanowili, że obok możliwości zwrotu biletów, wszyscy nabywcy mogą się udać na koncert Beach House lub DJ Shadow'a. Niestety, ten drugi okazał się kolejnym rozczarowaniem, zamiast bowiem live bandu widzom zaprezentowany został zwyczajny drum'n'bassowy set.

Wydarzeniem, które jednak bez wątpienia wstrząsnęło Czechami, było niezdobycie przez Karela Gotta Złotego Słowika. Cóż w tym zaskakującego? Otóż Gott Słowików zgarnął już… 37. Jeden jedyny raz nie otrzymał go jedynie w 1998 roku, ale jako że były to czasy niemal przedinternetowe nie obiło się to aż tak szerokim echem. Český slavík jest nagrodą porównywalną do naszych nieszczęsnych Fryderyków, z tą różnicą, że głosowanie odbywa się na bazie ankiety. Seryjna produkcja Słowików dla Gotta przestała być już nawet przedmiotem żartów, dobrze to przy okazji obrazuje poziom i znaczenie wspomnianej nagrody.

To, że Boski Karel Słowika nie dostał okazało się newsem znacznie ważniejszym niż to, kto go otrzymał. A jest to młody, 26-letni piosenkarz Tomáš Klus, którego trzeci album „Racek” należy do najlepiej sprzedających się czeskich płyt roku. Prezentuje muzykę jak na Czechy nietypową, zbliżoną mianowicie do polskiej knajpiano-ogniskowo-natchnionej poezji śpiewanej.


Trzeba jednak przyznać, że głos Klusa jest naprawdę intrygujący jak na 26-latka, sama zaś płyta jest bardzo dobrze wyprodukowana, co akurat nie jest w Czechach czymś wyjątkowym. Na fali sukcesu Klus ruszył na z miejsca wyprzedane tournee. Znacznie jednak bardziej zajmująca jest trasa koncertowa zespołu Umakart. Śmiało można go zakwalifikować jako czeską super-grupę. W jej skład wchodzą m.in. Dušan Neuwerth, znany czeski producent, Jan P. Muchow również producent, także aktor i muzyk legendarnej formacji The Ecstasy of Saint Theresa oraz muzycy rockowego Priessnitz, z Jaromírem Švejdíkem na czele, znanym również jako Jaromír 99, grafik i twórca komisków.

Pierwsza płyta Umakart, „Manuál“, ukazała się w 2004 roku, z miejsca stała się wydawniczym rarytasem, działalność zaś grupy wydawała się jednorazowym projektem. Aż do zeszłego roku, kiedy do czeskich kin wszedł zjawiskowy film „Alois Nebel”, będący ekranizacją komiksu autorstwa Jaromíra 99 i Jaroslava Rudíša. Film promowała piosenka „Pulnoční“ w wykonaniu Umakartu oraz Václava Neckářa, która okazała się największym (i słusznie) czeskim przebojem 2011 roku oraz przyczynkiem do renesansu kariery Neckářa (przedstawiciel pokolenia Gotta i Vondráčkovej, w przeciwieństwie do tej dwójki jednak stale i powszechnie szanowany), ale i powrotu Umakartu. Drugi album „Vlci u dveří”, promowany singlem „A venku zase prší“, jest zatem automatycznie jedną z najistotniejszych płyt tego roku. Nie tylko ze względu na piękny sposób wydania.


Nie próżnuje również Martin Hůla, alias Martin Tvrdý, alias Bourek, alias Bonus. Po niezwykłym sukcesie (głównie artystycznym) płyty „Náměstí mírů” Bonus uzupełnia swój elektro-akustyczno-hiphopowy wizerunek o darmowy album koncertowy „Live+Love”. Kontynuuje również tajemniczy ambientowy projekt aMinor, po lipcowej, typowo ambientowej EP-ce „[49 2 23.131 N 13 34 0.326 E]”, przyszedł czas na „ESCalator”, rzecz zdecydowanie mniej przyjemną, wypełnioną dźwiękami pochodzącymi ze… schodów ruchomych praskiego metra.

A skoro jesteśmy już przy darmowych wydawnictwach, warto zajrzeć do listopadowych nowości słowackiego labetu Exitab. Początek miesiąca należał do „Triple Farewell”, trzeciej już EP-ki, którą pod szyldem Stroon wydał Dalibor Kocian, zwany swego czasu „słowackim Burialem”. Debiutancki album „Re-Leave” wydał natomiast wreszcie Ink Midget, jeden z dwóch najmłodszych przedstawicieli słowackiej elektroniki. Występujący z nim kolejny nastolatek, Pjoni, swój własny debiut zaprezentował już w styczniu tego roku. Jako duet często i regularnie występują ze wspólnymi, mocno energetycznymi setami, zaczynają zajmować się remiksami i produkcją, jeśli chodzi jednak o ich własne wydawnictwa to zachowują całkowitą autonomię. [Wojciech Nowacki]

11 grudnia 2012


DAPHNI Jiaolong, [2012] Jiaolong || Finiszowanie prac nad doktoratem to bardzo specyficzny okres. Z jednej strony sporo pracy, z drugiej zaś obawa, czy później w ogóle jakaś praca będzie. Pojawiają się kolejne plany, część się konkretyzuje, w efekcie zaczyna się zupełnie niespodziewany etap w życiu. Spójrzmy na kanadyjskiego matematyka o nazwisku Dan Snaith. Ojciec jest profesorem matematyki, siostra studentką tej samej dziedziny, Snaith zaś doktoryzował się w Imperial College London dysertacją pod tytułem „Overcovergent Siegel Modular Symbols”.

Niesie zatem nadzieję dla wszystkich muzycznych nerdów (ale i zawiść, skoro jego doktorat objętościowo liczy tyle, ile jeden rozdział mojego), niezbadane są bowiem koleje losu. Najpierw jako Manitoba, następnie jako Caribou, Snaith stał się jedną z najbardziej uznanych postaci współczesnej sceny elektronicznej. I w obrębie samego świata muzyki dokonuje kolejnych zwrotów, po wybitnym albumie „Swim” Caribou, swój najnowszy album sygnuje jako Daphni.

O ile porzucenie nazwy Manitoba wynikało z problemów prawnych, o tyle wyróżnienie części tworzonej przez siebie muzyki nowym szyldem wynika z powodów muzycznych. Snaith wyraźnie podkreśla różnicę, która nie sprowadza się tylko do tego, że Daphni ma być projektem stricte tanecznym. Płyty Caribou tworzone są precyzyjnie według konkretnego zamysłu i cyzelowane w najmniejszych szczegółach. Daphni po prostu powstaje. Nowe kompozycje, przeznaczone początkowo do setów didżejskich Snaitha, zebrane zostały na albumie „Jiaolong”, od razu pojawia się zatem pytanie o jego miejsce w dyskografii Pana Doktora.


Wydaje się bowiem, że nadzieje były całkiem precyzyjne. Każda płyta Caribou była stylistycznie odmienna, ale obojętnie czy mieliśmy do czynienia z krautowym „The Milk of Human Kindness”, czy hippisowskim „Andorra”, pierwiastek taneczny zawsze był tam obecny. Dopiero „Swim” przyniosło pełne zanurzenie w świecie house’u i współczesnej elektroniki, podanych jednak w wyrafinowanym stylu charakterystycznym dla Caribou. Po ogłoszeniu wydania albumu Daphni można zatem było się spodziewać całej płyty parkietowych wymiataczy, pozbawionych eksperymentów i wspomnianego bogactwa.

Faktycznie wyrafinowania na „Jiaolong” nie znajdziemy, gorzej jednak z taneczną przebojowością. Album jest bardzo minimalistyczny, by nie rzec wręcz surowy. Mocny element afrobeat’u zaś potrafi zaś niestety irytować. „Ye Ye” był utworem mogącym zaostrzyć apetyt. Skromny, ale wciągający, okazuje się jednak reprezentatywny dla całości będąc jednym z najlepszych jej elementów. Otwierający płytę „Yes, I Know” zaczyna się od deep-house’u nieco w stylu Gus Gus, szybko jednak pojawiają się sample, dęciaki i robi się niemal funkowo. W "Cos-Ber-Zam Ne Noya" afrobeat już zdecydowanie króluje, klucząc jednak między zaintrygowaniem a irytacją.


Afrykańskie rytmy dominują też w „Pairs”, choć bazując na bardziej tanecznej podstawie, a nawet w skromnych utworach bliskich minimal techno, jak „Light” czy „Jiao”. Pod koniec płyty wkrada się lekki chaos i można już czuć pewne zmęczenie brakiem napięcia i głębi aranżacyjno-prodykcyjnej. „Jiaolong” brzmi bowiem bardzo płasko, nawet w „Ahora”, utworze najbliższym dokonaniom Caribou, za schowaną popową melodią i krautowym posmakiem.

Przyznać zatem należy, że Daphni, mimo kunsztu Snaitha, trochę rozczarowuje. Nie jest to zbiór tanecznych killerów, nie jest to też „Swim” do drugiej potęgi. Faktycznie sprawia wrażenie szkiców przeznaczonych do klubowych setów i to w charakterze przerwy między mocniejszymi utworami. Również jako muzyka tła sprawdza się średnio, do uważnego zaś słuchania nie ma czym przyciągnąć. Następne Caribou z pewnością znów zaskoczy zmianą kierunku, można zatem mieć tylko nadzieję, że taneczna strona Snaitha wykorzysta szyld Daphni do koniecznej ewolucji. 5/10 [Wojciech Nowacki]

8 grudnia 2012


Postanowiłem złapać kilka srok za ogon tj. popłynąć na fali apokalipsy, odjechać na bocznicę z nowościami i zbudować fundament pod przyszłe wydania. Cykl „Zjazd na Bocznicę” będzie miał charakter felietonowy i tematycznie ukierunkowany, a przedstawiane płyty czy wykonawcy będą spięci pewną klamrą. Na powitanie: w końcu to może pierwsze i ostatnie wydanie „Zjazdu na Bocznicę” temat katastroficzny, czyli płyty, które chcę przypomnieć sobie przed 21.12.2012.

W zalewie nowości często brakuje mi czasu na powroty do starych albumów, dzięki którym pokochałem muzykę, do wydawnictw sentymentalnych, ważnych czy odważnych. Jednakże nie chcę robić selekcji w stylu „10 płyt na bezludną wyspę”, bo przykładowo „Mark Of The Mole” The Residents będącą w Top5 najbardziej istotnych płyt w historii mojej „edukacji” nie zabrał bym do samotni, ale takie „Discovery” ELO już tak. Jaki jest klucz? To proste... tęsknota i „nasłuchanie się” zanim nie będzie już jak, bo albo nie będzie prądu, albo nas. Niektóre z płyt to te najważniejsze, ale nie wszystkie. Część z nich po prostu zbyt długo się kurzyła, a warte są przypomnienia sobie i przy okazji Wam. A może się okazać, że któregoś tytułu nie doświadczyliście na własnych uszach.

Gotowi na wycieczkę w przeszłość? Chronologicznie zaczynam od lat 80., bo lata 70. nie wywarły na mnie większego wrażenia, choć to od nich zaczęła się ukochana fala elektroniki i new wave. W 1981 wyszła już piąta płyta Ulravox, ale druga z Midge Urem – „Rage in Eden” [discogs/deezer]. A co to za płyta, czemu nie „Vienna”? Cóż, do tej płyty mam największy sentyment, choć najbardziej podoba mi się „Quartet”, to ta będąca odejściem od romantycznej stylistyki „Vienny”, wiejąca nowofalowym chłodem i mechanicznymi rytmami przyciąga mnie najbardziej. To album niedoceniony przez fanów,  a że świat się kończy to chciałbym jeszcze raz usłyszeć „I remember (death in the afternoon)”.


1989 rok. Skok o 9 lat w przód nie oznacza, że w latach 80. nie ukazały się płyty warte przypomnienia, ale – jak to się mówi – trzeba robić cięcia, by właśnie pod koniec „osiemdziesiątych” pochlupać się w czerwonej wodzie. Drugi album formacji The Young Gods „L'eau Rouge” [discogs/deezer] był krokiem przełomowym dla rocka pokazując, że „metal” można grać bez gitar. Samplery Akai S900 i S1000 to był szczyt marzeń, a brzmienia, które Szwajcarzy wtedy poskładali są do dziś wyjątkowe i ponadczasowo energetyczne. Często myślę o tym krążku i wciąż po niego nie sięgam.



Podobnie nie wracam do płyty, która straszy zemstą natury za ludzką dewastację. „Too Dark Park” kanadyjczyków ze Skinny Puppy to płyta jak na nich dość stonowana [discogs/cduniverse]. Skupiająca się na treści i tekstach, muzycznie pokazała kunszt producencki cEvina Key'a i w 1990 roku uformowała koleinę dla przyszłych electro-industrialnych pokoleń. Wśród zawiłości dźwięków i planów brzmieniowych wciąż można znaleźć coś zaskakującego, a nie wiadomo co czai się w krzakach ciemnego parku.




Trudno powiedzieć czy udało się przetrwać w takim miejscu, bo wybudzając się dwa lata później, w 1992, wciąż tkwię w Kanadzie, jednak ktoś przerobił mnie na cyborga! „Tactical Neural Implant” Front Line Assembly to kluczowe dzieło w rozwoju industrialnej muzyki tanecznej i EBM dającej fanom „Neuromancera” udźwiękowioną wizję świata z terminatorami, robocopami i innymi cybernetycznymi tworami o zastosowaniu militarnym [discogs/cduniverse]. Licząc na remaster zwlekam z dnia na dzień, a  płyta przez to zalega nietykana i za to dostaję 0, nie 1.




W trakcie tego dwuletniego „snu” miałem wizję, że pływam pod wodą otoczony przestrzennymi brzmieniami. Był rok 1991 i grupa muzyków zapatrzona w smędzenie z wytwórni 4AD (A.R. Kane) postanowiła nadać muzyce gitarowej inny sens. Gitary brzmiały jak nie strunowce, a syntezatory, perkusja wybijała motoryczny rytm choć bardzo powoli, a żeński i męski głos dobiegał jakby z drugiego pokoju. Co więcej muzycy zamiast kultywować rock'n'rollowa ekspresję na scenie wpatrywali się w buty i stali niemal nieruchomo. Dlatego nazwano ich shoegazerami, a to co stworzyli stało się fundamentem post-rocka. Krążek, którego nie mogę zapomnieć i zdecydowanie nie jest zakurzony, bo nie mogę się z nim rozstać i w ciągu roku zawsze znajduję dla niego czas to „Just for a Day” Slowdive [deezer].


Szczególnie warto zaopatrzyć się w remastera z dodatkowym CD zawierającym trzy doskonałe EP-ki wydane przed debiutancką płytą [discogs].


Shogeze'owi poświęcę inne wydanie „Zjazdu na Bocznicę”, a tymczasem powracam do 1992. Tego roku ukazała się inna ważna technologicznie płyta – „Satiricon” Meat Beat Manifesto. [discogs/deezer] Przyznam się nie słuchałam albumu dobrych parę lat i ciągnie mnie do niego bardzo, choć z drugiej strony obawiam się czy obecnie będę w stanie przyjąć taką inwazję breakbeatowych bitów, filtrowanych wokali i natłoku telewizyjnego bełkotu. Zobaczymy... a tymczasem zbliżam się do granicy wszystkiego dobrego.



Rok 1993 to absolutny przełom w nowoczesnej elektronice; wtedy ukazał się ponad tuzin płyt które na nowo zdefiniowały „techno” i elektronikę zorientowaną tanecznie. To także temat na oddzielny Zjazd na Bocznicę. Z tamto-rocznego katalogu najchętniej sięgam po Fluke „Six Wheels on My Wagoon” [discogs/deezer]. Album obok „Dubnobasswithmyhedaman” Underworld [discogs/cduniverse] stał się kamieniem milowym w rozwoju progressive. Bez tej płyty klubowa muzyka byłaby inna, a hitom „Electric Guitar” czy „Groovy Feeling”, mimo że przypominałem je sobie w połowie roku, chętnie znów dam się potargać.



Nie chcę teraz drążyć tematu 1993, ale do rozstrzygnięcia mam wewnętrzny spór między Autechre „Incunabula” [discogs/deezer] a Reload „A collection of short stories” [discogs/cduniverse].

Ta druga jest dla mnie ważniejsza, jednak „jedynka” Ae tak długo leży u kuzynostwa, że strasznie się za nią stęskniłem.



Jednym krokiem przejdę zatem do 1994 i dziwnych form żywych. Świat elektronicznego robactwa wykreowany na „Lifeforms” The Future Sound Of London nie był przeze mnie dawno odwiedzany, a wspomnienie EP-ki „Cascade” sprawiło, że koniecznie muszę tam zajrzeć [discogs/deezer].


Ten przegląd płyt do których od dawna nie miałem okazji wrócić mógłbym kontynuować nawet poza Y2K, ale ostatnią pozycją, na której się zatrzymam będzie „Advanced Technology” z 1996 [discogs/deezer].



Popełniło ją trio Empirion mieszając techno i industrial. Takiego połączenia wtedy nie było, a skutki skoku energii, jaki miał miejsce wtedy są wyczuwalne do dziś... szczególnie w formacji Kloq, którą po rozpadzie Empiriona założył Austin Morsley. O!... ten krążek z 2008 też bym sobie przypomniał, bo gościnnie śpiewa na nim Douglas McCarthy z Nitzer Ebb [discogs/deezer].


Czas kończyć choć wiem, że niektórych dziwi nieobecność Hallucinogena czy Koxbox, a nawet Depeche Mode. Ale z tymi wykonawcami jestem dość blisko i nie mam potrzeby teraz wspominać ich muzyki. Dla nich będzie czas po apokalipsie, która pewnie okaże się bańką mydlaną... a może raczej medialną. Jeśli dotrwamy do kolejnego zjazdu na Bocznicę, to w styczniowej edycji przeskoczymy 20 lat wstecz, do roku 1993, by odkryć cyfrowe kamienie milowe.

Warto śledzić również mój facebookowy fanpage Drewutni, na którym pojawiają się wszelkie nowości. [Jarek dRWAL Drążek]

7 grudnia 2012


DIE ANTWOORD Ten$Ion, [2012] Zef Recordz || To nie jest tak, że nie lubię, jak ktoś się przechwala. Lubię – ale musi mieć porządny powód. Jak indestructible Ninja. Jak Yo-Landi just too hot to handle. Jak DJ raczej jestem wymyśloną postacią Hi-Tek. Ten hiphopowy cyrk zahipnotyzował mnie od pierwszego usłyszenia. I choć przyznaję – powalili mnie wizerunkiem i świeżością debiutu, byłem przekonany, że są strzałem jednoalbumowym. Aż tu nagle Ten$Ion.

Tekst, rap i wizerunek na Ten$Ion to znany z $O$ pastisz gangsta-rapu. Watkin Tudor Jones to satyryk, dla niego to max normal (wykorzystując jedną z dawnych muzycznych inkarnacji Watkina) – na hiphopowej scenie RPA swoje wariactwo już rozprowadził. Die Antwoord to wciąż osobliwy miks szydzenia z kiczowatego rapu i szerzenia fascynacji dziwnością. Przejawia się to w klipach, zdjęciach, muzyce i lirykach. Cała otoczka wokół nich jest naprawdę intensywna.


Za to zmieniła się muzyka; skręcając w rejony niedzisiejszej, choć coraz częściej powracającej, elektroniki. Hi-Tek (jeśli istnieje) z prostych beatów, poskładał dobry podkład. Chwilami kiczowaty, jasne, ale w formułę tego projektu wchodzący aż miło. Brzmieniowo się dzieje – są plemienne bębny (Fatty Boom Boom), jest disco (Baby's On Fire), są trance'owe klawisze (U Make A Ninja Wanna Fuck), techno z krótkim dubstepem (Never Le Nkemise 2) czy bardziej alternatywne brzmienia (Fok Julle Naaiers, I Fink U Freeky). Mimo wszystko, elektronika spina wszystko w jedną klamrę, nadając albumowi spójności.

W połączeniu ze specyficznym rapem Ninjy, jego południowoafrykańskim fokin' akcentem i głosikiem szalonej rich bitch Vi$$er wyszło coś szalenie specyficznego i wyskakującego z szeregu, jak choćby The Prodigy kiedyś, a niedawno Crystal Castles. Stworzenie rozpoznawalnej marki dźwiękowej, to sukces sam w sobie. Pozostaje oczywiście pytanie, czy styl się podoba  – mi bardzo (chyba najtrafniej zacytować fragment I fink u freeky and I like you a lot!). To nie są tylko wygłupy –  kompozycje są ciekawe, motywy świeże, podkład cudnie koresponduje z głosami i reaguje na liryki. Wszystko jest gęste, ale nieprzypadkowe.


Krążek kryje trzy ogromne hity (I Fink U Freeky, Fatty Boom Boom i Baby's On Fire) i trzy solidne kawałki (Never Le Nkemise 2, Fok Julle Naaiers czy U Make A Ninja Wanna Fuck). Jest też jeden bardzo kiepski, Hey Sexy, którego nie ratuje nawet całkiem przyjemna gitara elektryczna Louwtjie Rothmana, bo sposób rapowania na przemian irytuje i nudzi, a kompozycja jest nudna.

Między utworami upchnięto kilka skitów. Pasują do konwencji, ale nie powalają na kolana. Jeden z nich wzbudził dość duże kontrowersje – mowa o DJ Hi-Tek Rulez, w którym przerobiony komputerowo głos, rzekomo Hi-Teka, oznajmia: DJ Hi-Tek will fuck you in the ass/ Fuck you in the ass, you punk ass white boy/ DJ Hi-Tek, yo you can't touch me, faggot. Zarzuty o homofobię zakończyła dopiero wypowiedź, w której Ninja wyznaje, że wielu jego znajomych to geje. W tym wspomniany Hi-Tek.


Choć boję się, że przy następnym materiale Die Antwoord mogą się wyczerpać, wyczekuję trzeciego krążka, kolejnych klipów, a najlepiej filmu dokumentalnego. Jestem głęboko zainteresowany, co napala Ninję i komu Yo-Landi Vi$$er pozwoliłaby się klepać po tyłku! Bo przede wszystkim tym jest Die Antwoord – całą tą kreacją, śmiechem, zaskoczeniem. Igraniem z kiczem. Nieźle, że jako skutek uboczny tych wygłupów powstał ciekawy styl grania. 8.5/10 [Michał Nowakowski]

6 grudnia 2012


Nikt, nie używa białych kredek, bo są mniej białe niż biel czystej kartki. Tak samo nikt nie powinien próbować zrobić kolejnego coveru „Please please, let me get what i want” The Smiths. Najbardziej udany wypuścili Deftonesi na swoim „B-sides & Rarities” i nie ma sensu próbować dalej! Jednak znalazł się śmiałek o imieniu i nazwisku Johny Marr. W sumie to najgorsza wersja tego utworu w ogóle... bezpłciowa, jak jajko bez żółtka.

Za oknem prószy już nieśmiało śnieg i jak zwykle o tej porze roku, najczęściej wygrywanymi w centrach handlowych nutami są nieśmiertelne świąteczne hity. Na miejscu pierwszym plasuje się piosenka „All I Want For Christmass Is You”. Ale równie wysoko trzyma się ten hicior!

Jednak teraz wracamy do teraźniejszości, bo jest o czym opowiadać. Chłopcy z The Killers niepotrzebnie przyznali się, do bycia niegrzecznymi. A skutki tego niefortunnego posunięcia możecie obejrzeć na klipie do „I Feel It In My Bones”. Jakie oni tam koszmary przeżywają! A co do koszmarów... oto moja odpowiedź dla tego wrednego Mikołaja z klipu.

Gwiazdkowy klimat wprowadzili także do eteru panowie z Glasvegas. Utwór „No Her, No HYmN”, możecie ściągnąć za darmo (lub przeznaczając dowolną kwotę na cele charytatywne) z oficjalnej strony zespołu.

11 grudnia Big Boi z grupy Outkast wydaje swój drugi solowy album, zatytułowany „Vicious Lies And Dangerous Rumours”. Jeśli jesteście zwolennikami hip hopu i jego pochodnych, tojuż dziś możecie posłuchać utworu „She Hates Me”, nagranego w kolaboracji z raperem Kid Cudi.

Nowości płyną także ze studia Snoop Lion'a. Oto „Here Comes The King” wyprodukowany przez Majora Lazera. A skoro już jesteśmy przy tym temacie, to muszę się wam do czegoś przyznać. O wiele bardziej podobał mi się Snoop w takich klimatach.

Co do nowego krążka Alicii Keys, o którym opowiadałam trzy odcinki temu... tyle było wokół tego zamieszania i budowania mitu powracającej gwiazdy, a jak ukazał się tytułowy utwór, to z żalem na twarzy słuchałam starań Nicki Minaj, która przez panią Keys została zaproszona do współpracy. Moja odpowiedź dla tego duetu to Gangsta Lovin.

Ale dla wszystkich tych, którzy podobnie jak ja po zapoznaniu się z „Girl On Fire” czują niestrawność, mam małą graficzną niespodziankę, która z miejsca sprawi, że kąciki waszych ust powędrują ku górze. (PS. A zawsze mi mówiono że mam najbardziej wykręconą mimikę... I don't think so).

Duet Gotye i Kimbry tak zawładnął umysłami Brytyjczyków, że okazuje się, iż jest to najlepiej sprzedający się utwór 2012 roku! Moja odpowiedź  na  najsmutniejszą piosenkę ostatnich dwunastu miesięcy to... najsmutniejsza piosenka o świątecznej miłości. Możecie ją kochać lub nienawidzić, ale nie zmienicie faktu, że zawładnęła grudniowym rynkiem muzycznym, o!

Teraz coś z rodzimego podwórka. Co niektórzy pewnie kojarzą ten zespół z festiwalu w Jarocinie albo którejś ze stacji radiowych. „Na Razie, Pa” z drugiej płyty zespołu Organizm, po roku od premiery, doczekało się teledysku. Wokalista wyśpiewuje tu „wiem dużo i nie wiem nic”. Moja odpowiedź i zarazem uproszczenie jego dylematu to słynna fraza Sokratesa „Wiem, że nic nie wiem”.

Na koniec zostawiłam informację o MusicRage – akcji, która potrwa jeszcze dwanaście dni. Przedsięwzięcie wzorowane jest na „Humble Indie Bundle”, tyle, że tym razem chodzi nie o gry, ale o muzykę. Paczki świetnej muzyki czekają na was! Płacicie tyle ile chcecie, a dodatkowo sami decydujecie, jaki procent kwoty wpłynie na konto MusicRage, a ile otrzyma artysta. Mamy tu trzy kategorie muzyki: Metal, Jazz i Gry. I ja polecam coś z tej ostatniej szuflady. [Agnieszka Hirt]

Cykl „Blogosfera muzyczna” jest miksem wywiadów z polskimi blogerami muzycznymi, felietonów i przeglądów polskich blogów/serwisów. W tym odcinku: Bartek Wilk, założyciel i redaktor naczelny serwisu Muzykaislandzka.pl.

Po sześciu latach współtworzenia sigur-ros.art.pl, zdecydowałeś, że Islandia to więcej niż Sigur Rós i od początku 2011 roku ruszyłeś z Muzykaislandzka.pl.

Zainteresowanie Sigur Rós było efektem dość długich muzycznych poszukiwań. Zachwyciłem się nimi i przez pewien czas nie potrzebowałem innej muzyki. Wtedy poznałem Łukasza i Olę, z którymi wspólnie stworzyliśmy polską stronę fanów. Ta muzyczna fascynacja, która rozpoczęła się jakieś 8 lat temu trwa u mnie do dziś... Ale w pewnym momencie zacząłem wsiąkać w to głębiej, szukać innych, pobocznych projektów, muzyków, nagrań. Głównie poprzez internetowe fora skupione wokół SR. A to taki niekończący się łańcuch islandzkiej muzyki. Każdy z każdym coś nagrywał, współpracował, pomagał, produkował, współtworzył. Nagle okazało się, że poza artystami szeroko znanymi, jak Björk, múm czy Emilíana Torrini jest jeszcze mnóstwo innych, wyśmienitych.

Sprowokowało Cię coś konkretnego?

Pomysł, żeby o tym pisać pojawił się na długo przed powstaniem strony, przy okazji wywiadów, które robiłem z myślą o sigur-ros.art.pl. Rozmawiałem m.in. z Biggim z Sundlaugin Studio, ta rozmowa kręciła się wokół Sigur Rós, ale już wtedy wiedziałem, że to kopalnia wiedzy i świetnych tematów. Momentem przełomowym była 8 edycja krakowskiego Sacrum Profanum. Múm, którzy pojawili się w Polsce w towarzystwie przeogromnej liczby wspaniałych islandzkich artystów i na koniec Jónsi ze swoim livebandem, którego każdy członek stanowił osobną opowieść. Wtedy postanowiłem wcielić w życie pomysł strony poświęconej muzyce islandzkiej.

Ile osób pomagało Ci przy tworzeniu Muzykaislandzka.pl?

W zasadzie to był mój autorski projekt. Trzymałem go w tajemnicy dopóki strona nie była gotowa. Nad całością pracowałem sam, wybrałem szablon i dostosowałem go do potrzeb strony, wymyśliłem logo, zarejestrowałem domenę. Wszystko po kolei. Pierwsze teksty też były moje, choć od początku wiedziałem, że formuła strony musi być otwarta. Mogłem też liczyć na ludzi udzielających się na forum Sigur Rós, tam poznałem wielu niesamowitych fascynatów muzyki – także tej islandzkiej. No i tak też się stało – dołączyli Justyna i Paweł, potem pojawili się Dawid, Marcin, Łukasz, Kasia, Michał, Sonia i inni. Wszyscy kochamy muzykę, ze szczególnym uwzględnieniem tej z Wyspy.

Jaki metodami znajdowałeś pierwszych czytelników? Jak promujecie swój serwis?

Nigdy jakoś mocniej nie promowaliśmy serwisu. Ponieważ od lat jestem administratorem polskiego forum SR, to tam wrzuciłem pierwsze info o stronie. I to był dobry krok – ponad 1,2 tys. zarejestrowanych użytkowników, którym islandzka muzyka nie jest obca. Potem poszło już samo. Aktywnie działamy też na Facebooku, to dobry sposób, żeby przyciągnąć czytelników. Zaznaczamy też swoją obecność na fanpage'ach islandzkich zespołów, ale bardziej chodzi nam jednak o polskich czytelników, bo strona jest przecież polskojęzyczna (z małymi wyjątkami). Współpracujemy też z najprężniejszym i największym polskim portalem informacyjnym na Islandii – Informacje.is, a także z muzycznym blogiem i audycją radiową Good because Danish. Wymieniamy nie tylko banery, ale też informacje z naszych stron. Prawda jest też taka, że w Polsce istnieje już całkiem spora rzesza fanów muzyki islandzkiej, a że artyści z Wyspy często nas odwiedzają, to ta wzajemna fascynacja może się rozwijać. W tym miejscu ukłony dla człowieka, który od lat przecierał szlaki zapraszając do Polski islandzkich muzyków, czyli dla Bartka „Borówki”. Teraz kolejnych artystów sprowadzają do kraju także nasi redakcyjni koledzy i znajomi.

Dużo macie kontaktów w samej Islandii? Często skrzynka mailowo przyjmuje jakieś prośby z Wyspy?

Prośby z Wyspy pojawiają się, ale raczej rzadko. Islandzcy artyści nie zabiegają o popularność, po prostu robią swoje i są w tym świetni. Są za to bardzo otwarci i chętni do współpracy. Sam do tej pory nie spotkałem się z jakąkolwiek niechęcią czy odmową. Wręcz przeciwnie, cieszy ich, że ktoś interesuje się ich twórczością i chce o nich mówić. Podobnie jest z islandzkimi mediami i wytwórniami. Fajne znajomości nawiązują się też podczas polskich koncertów. Wiadomo jednak, że najciekawsze rzeczy dzieją się tam na miejscu. Na szczęście w Reykjaviku jest Dawid, który co chwilę znajduje nieodkryte jeszcze islandzkie talenty. A bywały i takie sytuacje, że zainteresowanie z naszej strony było takim kopniakiem i mobilizowało konkretny zespół do pracy.

Jaki zespół masz na myśli?

Kiedy trafiłem na nieznany jeszcze zespół Ferja z Höfn w południowo-wschodniej Islandii i poprosiłem ich o wywiad byli trochę zaskoczeni, że ktoś w Polsce o nich pyta, interesuje się, słucha ich muzyki. Byli wtedy w zwrotnym punkcie, po dłuższej przerwie w graniu wszyscy przenieśli się do Reykjaviku, dołączył do nich perkusista i zaczynali sobie wszystko układać. Sami przyznali, że ten wywiad był czymś w rodzaju pobudki, upewnili się, że to co robią ma sens i że trzeba się wziąć do roboty. Nagrali wtedy taką akustyczną sesję z kilkoma swoimi utworami, którą nam zadedykowali.

Jakieś wyjątkowe spotkanie z islandzkim artystą?

Prawdę powiedziawszy do tej pory nie miałem takiego wyjątkowego spotkania. Owszem kilka się zdarzyło przy okazji koncertów, ale dla mnie to nie jest ani czas ani miejsce na jakieś ciekawsze, głębsze rozmowy. Może dlatego lepiej koresponduje mi się mejlowo, więcej spraw można poruszyć, nie tylko muzycznych. Dla mnie najważniejsza zawsze była i jest muzyka. Jestem zdania, że jeśli cenię i szanuję czyjąś twórczość, to wcale nie oznacza, że koniecznie musimy pozować do wspólnych zdjęć i rozmawiać o sprawach osobistych. Chyba że zupełnie niemuzycznie jesteśmy przyjaciółmi. Ale muszę też przyznać, że dzięki „islandzkiej” poznałem fantastycznych ludzi, muzycznych pasjonatów, zakochanych w Islandii, tych piszących dla naszego portalu i nie tylko. Jest wiele osób, które nie udzielają się w redakcji, ale darzą nas sympatią i mocno nam kibicują.

Co sądzisz o facebookowym fanpage'u „Czytam polską prasę muzyczną dla beki”?

Pomysł fajny, chociaż wydaje mi się, że wyłapywanie absurdów i wpadek w polskiej prasie i blogosferze muzycznej to zajęcie ponad ludzkie siły. Sam bardzo często znajduję tego typu cuda – nie koniecznie muzyczne. Z jednej strony, dzięki Internetowi każdy może dziś być dziennikarzem, ale z drugiej każdy tekst rzucany jest na głęboką wodę. Liczba czytelników i potencjalnych krytyków jest nieograniczona, a to uczy pokory i samodyscypliny w pisaniu. „Dla beki” lubię zaglądać.

Czy ktoś z redakcji zna język islandzki?

Uczymy się! Poważnie! Niektórzy praktycznie, tam na miejscu – uczyli się bądź uczą dalej, a inni tu w Polsce. Gdyby ktoś był zainteresowany, to islandzkiego można się uczyć w Krakowie.

Duże zainteresowanie serwisem odnotowujecie?

Średnia liczba odsłon to 8,5 tys., odwiedzin 4 tys., a unikalnych użytkowników blisko 2,5 tys.

Czytasz jakieś inne polskie serwisy/blogi muzyczne?

Tak naprawdę to nie bardzo mam czas, na czytanie polskich serwisów muzycznych. Zaglądam na te zaprzyjaźnione, wciąż ważnym dla mnie źródłem wiedzy i poszukiwań muzycznych są internetowe fora. Są tam ludzie, w których muzyczny gust ufam. Jeśli tylko mogę to zaglądam na islandzkie strony – czytam Reykjavik Grapevine, IMX, dział kulturalny Informacje.is, zaglądam też na blog gogoyoko, strony wytwórni i jestem na bieżąco ze stronami zespołów. Chętnie odwiedzam też Nordic Spotlight, muzycznego bloga Marka Ollarda (IceBlah) i z sentymentem zerkam na muzyczne blogi Jona Parra (Victory Rose Music).

Macie plany na rozwój Muzykaislandzka.pl?

Oczywiście, że mamy. Może nie tyle plany, ale pomysły które ciągle się pojawiają. Intensywnie zastanawiamy się nad anglojęzyczną wersją portalu, bo wiemy, że choćby wywiady w oryginale cieszą się wielką popularnością. Poza tym mamy sporo sygnałów od ludzi, którzy mówią wprost, że choć nie znają języka polskiego to chętnie zaglądają właśnie do nas. Być może zmieni się też nieco wygląd strony, ale nie chcę jeszcze składać żadnych konkretnych deklaracji. Będą też kolejne patronaty – koncertowe i wydawnicze. No i pewnie tak jak w przypadku innych muzycznych stron, tak i my myślimy również o własnych wydawnictwach.

W sensie własnym labelu?

Aż tak bym się nie rozpędzał. Raczej małe rzeczy, powiedzmy incydentalne.

Rozumiem. Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia!

[Michał Nowakowski]

4 grudnia 2012


LOCO STAR Shelter, [2012] Kayax || Banały o niedocenianiu polskiej muzyki poza granicami naszego kraju można sobie spokojnie darować. Naprawdę niepokojące jest istnienie polskiej dobrej muzyki, która i dla nas pozostaje gdzieś na marginesie „alternatywnych” zainteresowań. Przyznaję, sam uznaję szeroko rozumianą polską scenę za niespecjalnie zajmującą, ale mam swoich zdecydowanych faworytów. Jednym z nich od zawsze było Loco Star.

Gdzieś w polskim mikrokosmosie początku XXI wieku, krążącym wokół nieodżałowanego Sissy Records i kwitnącego Isoundu, rozbłysła nowa gwiazda. Tomek Ziętek, trębacz znany najlepiej z Pink Freud, oraz obdarzona zjawiskowym głosem i uroczą osobowością Marsija pojawili się w koncertowym składzie Silver Rocket. Debiutancki album Loco Star ukazać miał się jednak dopiero w 2004 roku. Nie ukrywam, że to wczesne, czysto elektroniczne wcielenie Loco Star jest moim ulubionym, choć sama płyta miłośnikom nowoczesnej elektroniki może już troszkę trącić myszką.

Zmianę przyniosła płyta „Herbs” z roku 2008. Nadal można było znaleźć tu subtelne taneczne elementy, spore pole oddano tu jednak żywym instrumentom. Intymne aranżacje w połączeniu z momentami björkowym głosem Marsiji prowadziły nasze skojarzenia odrobinę w stronę „Vespertine”. Loco Star ewidentnie znaleźli jednak własny autonomiczny język i bez żadnego elementu naśladownictwa ugruntowali swoją pozycję jako jeden z najciekawszych polskich zespołów.


Czy „Shelter” pomoże grupie w dotarciu do nowych słuchaczy? Nie jest to chyba jednak zależne od samego zespołu, niespecjalnie zresztą zainteresowanego zaznaczaniem swojej obecności. „Shelter” to ewolucyjne rozwinięcie kierunku obranego na „Herbs”, nadal jest to oryginalne połączenie elektroniki z żywymi instrumentami, bogate aranżacyjne a jednak domatorsko wyciszone. Nawet dłuższe kompozycje wydają się uciekać zbyt szybko, chce się więc do nich powracać i odkrywać kolejne warstwy.

Loco Star wydają się stawiać bardziej na kreowanie spójnej atmosfery albumu jako całości, niż oferować nam oczywiste przeboje. Trochę szkoda, że w miejsce tanecznej elektroniki debiutu nadal nie otrzymujemy bardziej oczywistych melodii. Skoro jednak mowa była o ewolucji, to warto zwrócić uwagę na nowości. Pojawiają się tu instrumentalne miniatury, całość wydaje się przypominać drogę, jaką przeszli Islandczycy z múm, najciekawsze są jednak wokale Tomasza Ziętka. Marsiji już komplementować nie trzeba, jej wokal nadal jest zjawiskowy, ale uzupełnienie go męskim głosem sprawdza się świetnie, zwłaszcza, że Tomek dysponuje naprawdę ciekawą barwą. Jego trąbka, niegdyś znak rozpoznawczy brzemienia Loco Star, wydaje się pełnić tutaj nieco mniejszą rolę, każde jednak jej pojawienie się następuje we właściwym momencie.

Kulminacją płyty jest „Orla”, bynajmniej nie dlatego, że jest to utwór najdłuższy w zestawie, lecz z powodu niezwykle ciepłego brzmienia i zdecydowanie najbogatszej na płycie aranżacji. Wybrany na pierwszy singiel „Artifiction”, podobnie jak większość piosenek Loco Star nie jest typowym, bezwstydnym przebojem, zasadniczo jednak definiuje ich obecne brzmienie. Najbliższy tradycyjnie rozumianej przebojowości wydaje mi się zaś „TV Head”, daleki jednak od banału, czy często bowiem w hitach słyszymy słowa typu there’s something better than living anti social?

Nie można nie wspomnieć o stronie graficznej płyty, w kategorii najpiękniej wydanego albumu może w tym roku konkurować z nią ewentualnie tylko nowy Hey. Ciekawe, że wykonawca kojarzony z elektroniką zdecydował się postawić na tak dziś archaiczną rzecz jak fizyczny nośnik. Oto kolejny powód, który sprawia, że Loco Star po prostu nie można nie lubić. 7/10 [Wojciech Nowacki]

3 grudnia 2012


CAT POWER Sun, [2012] Matador || Niczym w biblijnej przypowieści wędrujemy razem z Chan Marshall przez pustynię, walcząc ze smutkiem, własnymi słabościami, nadmiernym współczuciem wobec świata. Zapisem tej wędrówki, z której wychodzimy poturbowani i silniejsi zarazem, jest „Sun” – płyta roku 2012.

Marshall to nie pompatyczna diva w stylu Florence Welsh, lecz w prostej linii spadkobierczyni Joan Baez, pieśniarki, nie wokalistki, popisującej się nie głosem, lecz tym co ma do powiedzenia. Szkoda, że takich osobowości jest coraz mniej. W ostatnich latach do tej kategorii zaliczyć można jeszcze chyba tylko Fionę Apple oraz Feist. I wspomnieć jeszcze można o coraz bardziej niezdecydowanej Natashy Khan, która nie nie wie czy pchnąć Bat For Lashes w stronę wokaliz przy fortepianie, czy może jednak natchnionej poetki.

Podobnie jak w zeszłym roku Florence bardzo chciała nagrać „Metals”, lecz ubiegła ją w tym Leslie Feist, tak zapewne dziś Natasha przygryza z żalu wargi, że „Sun” nie jest jej. Nie, należy do Cat Power, absolutnie szczerej i dalekiej od jakiegokolwiek wystudiowania. „Sun” to dzieło skończone i kompleksowe. Proporcje między folk-rockiem a subtelną elektroniką są idealne, zabawy kolejnymi warstwami wokali zagęszczają atmosferę, otulając nas z każdej strony. Jest to płyta wielka, będąc bowiem okrutnie przebojową i chwytliwą, jest jednocześnie bezlitośnie gorzka.


Tytułowe Słońce nie jest bowiem ciepłym i radosnym słoneczkiem. To symbol pojawiający się na niebie, lecz dopiero wtedy, gdy jesteśmy już zmęczeni czekaniem na niego („Sun”). Czekanie wyczerpuje i prowadzi na skraj upadku, szczególnie jeśli środkiem do osiągnięcia chwilowej ulgi ma być butelka wina („3, 6, 9”). Prawdziwe życie jest zwyczajne, czasem żyć po prostu się nie chce („Real Life”), nie ma jednak nic bardziej ludzkiego i powszechnego jak małe codzienne załamania nas wszystkich („Human Being”). Ostatecznie okazuje się, że tańczyć można nawet na ruinach („Ruin”) a wszystko co mamy to czas i tylko od nas zależy co z nim zrobimy („Nothing But Time”).

Ta gorzka odyseja, historia każdego z nas, podana jest w niesamowicie uwodzącej formie. Już przebojowy i niepokojący „Cherokee” definiuje muzyczny charakter płyty. „Ruin” to chyba najlepszy singiel tego roku, katastroficzna piosenka zmusza do tańca i wykrzykiwania bitchin’! complaining! razem z Chan. Utwór tytułowy jest plemienno-hipnotyczny, beztroską rytmiką kusi „Manhattan”, z drugiej zaś strony mamy elektro-blues w „3, 6, 9” i niemal autostradowy hard-rock w „Silent Machine”.

Muzyczną i emocjonalną kulminacją płyty jest rzecz jasna „Nothing But Time”. 11-minutowa afirmacja życia, pogodzenia z sobą i z czasem, w którą w 5 minucie niczym z zaświatów wkracza sam Iggy Pop, jest jednym z najważniejszym momentów w muzyce tego roku. Ten hipnotyzujący, kojący psalm mógłby trwać w nieskończoność. Podobnie w nieskończoność chce się przechodzić z Cat Power całą jej cierniową drogę ku niezależności i absolutnie zwyczajnemu, zdesakralizowanemu człowieczeństwu. „Sun” zmienia i oczyszcza słuchaczy wraz ze słuchaniem. Afirmacja życia, humanistyczna niemal pochwała człowieczeństwa, to najwięcej ile można w muzyce osiągnąć. 10/10 [Wojciech Nowacki]