12 lutego 2013

Wywiad z Cinemon: Cynamonowy rock'n'roll


Wyobraźcie sobie zjazd miejskim rowerem ze stromej górki. A potem lot paralotnią z zawiązanymi oczami. Czyste szaleństwo i wolność – taka jest ich muzyka. A kim są jej twórcy? Przekonajcie się śledząc rozmowę z wokalistą oraz bębniarzem krakowskiego zespołu Cinemon.

Na prawdę nie lubicie 21 wieku, czy to tylko wizerunkowa prowokacja?

MW: To trochę love - hate relationship. Robimy rzeczy które jeszcze parę lat temu - w XX wieku - nie byłyby możliwe. Choćby nawet nagrywamy samodzielnie płyty: w zaciszu domowym, na salce albo w salonie u znajomej (tak jak teraz). Albo siedzimy na fejsie i udzielamy wywiadu. Mamy tu "fanów" i docieramy nawet na drugi koniec świata (ha! puszczano nas nawet w audycjach w USA). Parę lat temu brakło by technologii, możliwości, to jest w XXI wieku fajne. Jednocześnie czuję się osobiście totalnie zagubiony i przytłoczony nadmiarem tej technologii, możliwości i przede wszystkim informacji. Dawniej - tak sobie to przynajmniej wyobrażam - było prościej, bardziej...hm… bezpośrednio. Teraz jest dużo i po łebkach. Myślę że Kuba Tracz, nasz basista, tego zupełnie nie czuje - jest młody, nie zna innego świata.

KP: Ja nie lubię. W XX wieku byłem dzieckiem i miałem beztroskie życie (hahah). A tak na serio, cały rozwój technologiczny doprowadza mnie do szału. W muzyce też wiele się zmieniło. Dlatego staramy się być naturalni w tym co robimy. Bez dodatków, kupionych "lajków" na FB, odsłon na YT czy kreowania wizerunku w telewizyjnych "modnych" programach. Męczące to wszystko.

MW: Jest w tym haśle sporo tęsknoty za dzieciństwem. To co mówi Kuba. Oczywiście, wiadomo że idealizuje się te czasy i pewnie wcale tak łatwo nie było, ale...jednak obserwując rzeczywistość, trudno nie odnieść wrażenia, że pewne rzeczy dawniej były dużo bardziej naturalne. Uwielbiam przykład kapeli Talk Talk i ich koncertu na festiwalu w Motreux. To totalnie popowa kapela, taka prosto z telewizji, teoretycznie plastik, tandeta, lata 80te. Po obejrzeniu rzeczonego koncertu dochodzę do wniosku, że jeśli tak wyglądała tandeta i plastik w latach 80tych to jak nazwać to co dzieje się dzisiaj? Przecież Talk Talk to czysty rokendrol. Czad i wykop na scenie. W tych czasach takie rzeczy się nie zdarzają. Dzisiaj występy są upozorowane, zagrane, ale nie muzycznie tylko aktorsko. Wtedy to było szczere....

Apropo USA i innych wycieczek. Macie na swoim koncie kilka europejskich koncertów. Znane mi są dwie lokalizacje: Bochnia i Bratysława, a co z resztą? No i pochwalcie się jak udało wam się przemycić coś do radia za oceanem.

MW: Bratysława, Wiedeń, Povazska, Bystrica, Oslo, Lillestrom, Drammen. To póki co, wszystkie zagraniczne lokacje gdzie udało się nam pojawić osobiście i zagrać koncert. Miał być Sztokholm, miały być nawet Chiny i USA ale chwilowo nic z tego nie wyszło. Przed nami - w marcu – Poprad. Potem znowu może Povazska...To też fajne w XXI wieku - że można sobie koncertować za granicą, będąc w gruncie rzeczy malutką, lokalną kapelą z Krakowa. Radio za oceanem samo napisało - kolejne dobrodziejstwa internetu i naszego wieku!

A tak z czystej ciekawości, pamiętacie co to było za radio?

MW: Jakieś malutkie, lokalne. Nic grubego ale brzmi nieźle nie? "Radio za oceanem".

KP: Granie w Bochni nie różni się wiele od grania w Bratysławie. Mówię o miejscu. Jest tylko większa odległość. Mimo wszystko chcemy podbijać Europę. Ale tak czy owak ludzie w Bochni byli rewelacyjni.

Czy wyobrażacie sobie, że jakiś DJ bierze na ruszt wasze kawałki i tworzy z nich remixy? Albo np. taka współpraca podobna do tego co stworzył Korn ze Skrillexem, dalibyście się namówić?

MW: Umiem wyobrazić sobie, że ktoś robi remix Cine. Choć zupełnie nie umiem sobie wyobrazić jakby miało to brzmieć i przede wszystkim - kto i po co miałby to robić. Pomijając wszystko inne - taka muzyka chyba jednak nie cieszy się popularnością jeśli chodzi o remixy.

Michale, czy zdarzyło Ci się kiedykolwiek, np. podczas kontaktu z mediami z ramienia KSM zostać pomylonym z Michałem Wójcikiem z Ani MRU MRU?

MW: Nie, akurat media nie mylą, nie przesadzajmy. Ale kilka razy zdarzyło się że ktoś spytał "a przepraszam, pan to przypadkiem nie z tego kabaretu"? Niemniej jednak, chyba bardziej chodzi o tego no, Kałamagę, a nie Wójcika? Wystarczą długie włosy i broda i ludziom się myli.


Wygraliście antyfest 2012. Dzięki temu mieliście zaszczyt supportować Metallicę, Machine Head i Black Label Society. Ale tak zupełnie szczerze, to przed jakimi zespołami (albo z jakimi), marzy wam się zagrać?

MW: Kuba? Czy po Metallice jeszcze chcesz przed kimś zagrać?

KP: No nie wiem. To było moje marzenie jak miałem 18 lat. Już się spełniło w sumie.

No to co, Metallica i to wszystko? Nie chcielibyście np. zagrać na jednej scenie z Jackiem White`em?

KP: Chętnie zagrałbym przed Justinem Bieberem w marcu.

MW: Bardziej chciałbym wspólnie pograć z "mniejszymi" kapelami. Kiedyś graliśmy z L.Stadt i bardzo miło to wspominam. Na pewno jest kilka znajomych bandów, z którymi chcielibyśmy zagrać, a jeszcze nigdy się nie udało. Bardzo chciałbym przed norweskim Big Bang, bo to dla mnie najlepsza kapela na świecie. Ale tak bardzo się boję, że nawet gdyby ktoś spytał, to nie wiem czy bym powiedział tak. Świetnie było by zagrać przed Foo Fighters albo Soundgardenem, ale...proszę, bądźmy poważni.

KP: Z Bieberem żartowałem. Ale w sumie gramy teraz pop. A tak serio, to duże zagraniczne festiwale spełniłyby moje marzenia.

Na jakim chcielibyście wystąpić najbardziej?

MW: Pinkpop 92.

KP: Oj tak, ale na te czasy zdecydowanie Glastonbury.

Nagrywa się druga długogrająca płyta Cinemon. Rozumiem, że nagrywacie ją samodzielnie tak jak poprzednie? No i na kiedy planujecie premierę?

MW: W kwietniu lub maju chcielibyśmy trochę pokoncertować zanim zaczną się sezony juwenaliowe i wakacje, więc siłą rzeczy premiera musi być wtedy. Zobaczymy czy zdążymy bo idzie...powoli. Nagrywamy samodzielnie z kilku powodów. Nie jesteśmy profesjonalnymi muzykami, którzy potrafią odegrać materiał ot tak i w ciągu kilku dni mieć to za sobą, a nie stać nas na siedzenie tygodniami w drogich studiach. Na szczęście stać nas (jeszcze) na siedzenie kilka tyg. na wsi (pozdrawiamy wieś). Pożyczyliśmy sprzęt ze wszystkich możliwych źródeł (pozdrawiamy źródła) i kombinujemy...Kolejnym powodem było to, że mamy dość mocną wizję tego, jak ma to brzmieć. Dotychczasowe doświadczenia pokazują, że przy pracy z "zewnętrznym realizatorem" potrzebny jest kompromis. A to się nam nie podoba. Więc męczymy się sami.

KP: Tak. Wiosna. Musi się udać. Będzie Vinyl. 

“Nobody`s Gonna Put Out The Fire”, to singiel promujący?

MW: To wszystko jakoś naturalnie się układa. Nie myślimy co ma być singlem, ale faktycznie ten numer jakoś "łatwo wchodzi", więc...czemu nie.

KP: W sieci pojawiło się nagranie live tego kawałka. Można powiedzieć, że jest to przedsmak nowej płyty. Ale będą jeszcze inne hity. Mamy jeszcze czas...

Jaki tytuł będzie nosiła nowa płyta?

MW: To jedna z problematycznych kwestii. Ekipa towarzysząca przy nagraniach na razie wymyśliła "it's not amazing, it's just a little less shit", co ma ponoć odzwierciedlać klimat tu panujący. Ale nie jestem pewien czy to ten najlepszy tytuł.

Na tą chwilę, z tego co już macie, jesteście zadowoleni? Gdyby porównać nowy materiał do ostatniej EPki to jak daleko waszym zdaniem się rozwinęliście?

MW: Subiektywnie - bardzo daleko. Tym razem słuchamy tego, co nagrywamy i jak się nie podoba to wylatuje (i nagrywamy jeszcze raz). EPka była tym, co sugeruje tytuł "3 dni" - tyle trwało jej nagrywanie. Ma to swoje dobre strony, ale też złe. Oba te aspekty słychać na EPce. Teraz chcemy dopracować te nagrania. Nie przepracować, ale dopracować. Tak żeby nie było się do czego przyczepić. Żebyśmy się sami nie czepiali i żeby nam się podobało. EPka ma swoje momenty, ale jednak nie przeskoczyła pierwszej płyty.

KP: Wczorajsze "grzebanie" w rytmie jednego z numerów, udowodniło mi, że mam jeszcze dużo do zrobienia. Zagraliśmy trochę koncertów i bardziej czujemy to co nagrywamy. Staramy się dopracowywać szczegóły utworów i zagrać je jak najbardziej naturalnie i wielkim czuciem. Dla mnie zdecydowanie w przód.
W jaki sposób będzie wyglądała dystrybucja? Czy krążek będzie można dorwać poprzez jakiś inny kanał niż zamówienie internetowe?

MW: Mamy plan uderzyć do kilku firm odpowiedzialnych za dystrybucję. Chyba warto byłoby to w końcu zrobić.


Wracając do przeszłości... Zagraliście trasę po... Krakowie, nie sposób zatem nie zapytać, w jakim klubie grało wam sie najlepiej?

KP: Zaścianek. Graliśmy na środku sali. Publiczność z przodu i za plecami. Taka trochę studencka domówka. Bliski kontakt z publicznością. Daliśmy z siebie wszystko. Publiczność też. Na drugim miejscu - Klub Pod Jaszczurami. To był koncert z dr Zoydbergh. Uwielbiam tych ludzi.

MW: Mi osobiście w Krakowie najlepiej gra się w Rozrywkach 3. Mam jakiś niejasny i niewytłumaczalny pociąg do tego miejsca (może w głębi duszy jestem jednak studentem ASP). Na krakowskiej trasie był to jeden z marniejszych koncertów jeśli chodzi o frekwencję, więc nastroje mieliśmy różne, ale i tak go wspominam miło (poznałem tam Polka Dots, którzy zajebiście grają). W zeszłym roku też tam zagraliśmy i było super (tym razem ludzie dopisali). Kuba chyba nie lubi tam grać bo małe to i ciasne...on jest stadionowcem. Ja natomiast nie za bardzo lubię grać w dużych miejscach. Pod względem dźwięku i komfortu scenicznego jest lepiej, ale jakoś daleko do ludzi...Może dlatego że to jeszcze nie tysiące.

Czy zdarzyło wam się zagrać w czyimś domu na zamówienie? Np. za skrzynkę piwa?

MW: Trzydzieste urodziny naszej przyjaciółki, a wtedy współlokatorki, Kamili. Niezapomniana impreza (nawet jeśli niewiele z niej pamiętamy). Ale to chyba jedyny raz. Mój brat próbował nas ściągnąć na domówkę, ale jakoś nie wyszło. Teść się odgraża, że zrobi kiedyś nam ogródkowy plener u siebie, ale też jeszcze nie wykonał żadnych konkretnych ruchów. Tak to jest. Wszyscy tylko mówią, ale tak naprawdę nikt więcej nas nie chce.

KP: Ale graliśmy kiedyś do kotleta.

Taki kult kotleta? kotlet na środku sceny i śpiewaliście mu miłosne piosenki?

MW: Niezupełnie. To był jakiś zjazd uczonych z UJ - średnia wieku ~50. I właściciel wykombinował, że fajnie będzie jak zagramy. My. Serio. Nie wiem skąd ten pomysł mu się wziął. Ludzie generalnie byli dość zdziwieni (zniesmaczeni?). Z nielicznymi wyjątkami - niektóre panie kręciły koncert na komórki i potem się rozpływały w pochwałach: "za młodu słuchałam flojdów..."

KP: To był zjazd stomatologów. Ale fajnie było

MW: Stomatologów? Z UJ?

KP: A jakże! Mają oddział koło więzienia w Krakowie.

Pewnego razu musieliście przenosić koncert do innego klubu, bo zabrakło prądu. Często się tak działo?

KP: Z prądem to było dawno temu. Jednorazowa akcja. I to miało być na jednej z barek. Wiadomo jak to z łodziami bywa.

MW: Ale w Łodzi nie było tak źle...?

Michał, jesteś inicjatorem i twarzą Krakowskiej Sceny Muzycznej, do tego praca w składzie muzycznym i granie. Co pochłania Cię najmocniej? A przecież gdzieś się jeszcze musi podziać życie osobiste! Posiadłeś umiejętność klonowania?

MW: I tu mnie masz - nie mam życia osobistego. To jak Mulder i Scully. Nawet niedawno oglądałem dokument o piątym sezonie „X Files” i tam Chris Carter tłumaczył, że te postacie są tak wymyślone, że mają nie mieć życia osobistego. Tylko praca. Tylko FBI, little green men i wydarzenia paranormalne. I tak chyba jest ze mną...tylko Cine, KSM i Tourette (bo jest jeszcze ta kapela!). No i Skład. Ale w Składzie mniej więcej od października 2012 roku prawie w ogóle mnie nie ma...KSM stał się tym co robię "dla składu". Życie osobiste jest przereklamowane.

Ale to jest właśnie domena XXI wieku! jak mogłeś tak mu ulec?

MW: Myślę, że to domena ludzi którzy coś robią.


Jak większość zespołów ładujecie baterie podczas koncertów, ale wyobraźcie sobie że 21 grudnia na prawdę nastąpił koniec świata i z ziemi zniknęły wszelkie instrumenty muzyczne a wy nie pamiętacie co to znaczy grać. W ogóle nikt nic nie wie na temat muzyki. Myślicie że dalibyście radę?

MW: Pewnie, że dalibyśmy radę. Zrobilibyśmy nowe, nauczylibyśmy się wszystkiego od początku, albo znaleźlibyśmy jakąś alternatywę. 21 grudnia jednak nie było końca świata, za to zagraliśmy niezły koncert.

KP:  Myślę, że siedziałbym w książkach. W sumie nie jest to takie złe

MW: W książkach? w sensie drukowałbyś je, pisał czy kserował? Aha, czy czytał?

KP: Hm. W książkach naukowych. Wybrałbym naukę.

MW: Jak Scully!

Co sprawia wam więcej frajdy, granie z Cine czy Tourette?

KP: Cinemon to część mnie. Muzyka którą czuje od A do Z. Poza tym był pierwszy. Robienie perkusji w Cine to wielka frajda. Do tej muzyki można za bębnami tańczyć. A w kwestii tourette'a… Ognista muzyka, którą również wielbię. Nie mówiąc o tym, że personalnie to najlepszy zespół na świecie.

MW: Cine i Tourette to zupełnie dwie różne sprawy, różna tematyka, różna muzyka. Cinemon zawsze będzie "mój", najbardziej osobisty. W Tourette mimo wszystko bardziej jestem sidemanem. Mam to do siebie, że wpycham się wszędzie z butami i do Tourette też się tak wepchałem. Robię tam dużo i mam duży wpływ na to co się dzieje, jednak to przede wszystkim projekt Adama Kity. Jego piosenki, jego teksty, jego wizja kapeli. Przypadkiem tak się złożyło, że z tym co mówi Kita zgadzam się na całej linii, ale sam nie zajmuję się taką tematyką. Powiedzmy, że mam inne priorytety "artystyczne". Podsumowując -  Kita pisze najlepsze polskie teksty jakie znam i mam to szczęście, że mogę się podpisywać pod nimi swoim udziałem. Super. Nadal to Cine jest mi bliższy, bo tam mogę mówić sam, swoim głosem, o tym o czym chcę. Oczywiście jeśli Kuba to wcześniej zatwierdzi.

Właśnie, u was chyba nie ma frontmana co? To jest bardziej chyba system naczyń połączonych w którym żadne nie jest lepsze ani gorsze. Dobrze myślę czy jednak jest u was jakiś gracz alfa?

MW: Wydaje mi się, że w każdej kapeli i w każdym przedsięwzięciu na świecie, w każdym związku ludzi jest "gracz alfa".

To kto jest graczem alfa w Cine?

KP: No najwięcej robi Michał w tym zespole, więc raczej on jest większym frontmanem niż ja. A Kuba - basista - to taki kot, który chodzi swoimi drogami. Bywa, że jego ścieżka jest akurat na naszej trasie koncertowej czy próbie. No Michał przyznaj się kto jest graczem alfa!

MW: Liderem niekoniecznie musi być jedna i ta sama osoba cały czas - to może się zmieniać z czasem czy z nastrojem. Ale jak nie ma kogoś, kto powie "teraz idziemy na pizzę do TEJ knajpy" to pozostajemy z zagubioną grupą ludzi, którzy nie wiedzą co ze sobą zrobić. Na pewno znasz tę sytuację z życia codziennego, z wyjścia ze znajomymi na miasto. "Gdzie teraz"? Jak ktoś nie odpowie, to nikt nie wie co zrobić.

Wczoraj oglądałam Kingsajz. Gdybyście mogli wybierać w jakim świecie żyć, to wybralibyście kingsajz czy świat szuflandii?

KP: Nie pamiętam tego filmu. To było 25 lat temu jak to widziałem.

MW: W zasadzie nasze życie to jest trochę jak bycie krasnoludkami, w jakiejś nierealnej krainie. Każda próba, każdy koncert, każdy nowy kawałek to jak realizowanie nierealnych z założenia marzeń... Różnica jest taka, że żyjemy tym na co dzień i to jest prawdziwe. Chyba?

KP: Życie w szufladach może mieć pewne ograniczenia w wolności. Jeżeli ma się zawężone granice świadomości to czemu nie. W normalnym rozmiarze i normalnym świecie jest za dużo wyborów i czasami ciężko się zdecydować na konkretną rzecz.

Z czego w swoim życiu jesteście najbardziej dumni?

MW: Osobiście - z tego że wszystko idzie do przodu, rozwija się. Nie ma stania w miejscu. Dla niektórych to, co robimy znaczy może niewiele, ale dla nas jednak idzie do przodu. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z roku na rok. Jak patrzę na to kim byłem rok temu to tylko się uśmiecham bo dzisiaj jestem tak daleko od tego...i to bardzo miłe jest. Na dodatek otaczają nas wspaniali ludzie, którym zawdzięczamy bardzo wiele. I z tego chyba trzeba być dumnym.

KP: Przyjechałem do Krakowa z mojej wioski z południa. I to był strzał w 10! Poznałem zajebistych ludzi i m.in. przez nich dotarłem tu gdzie teraz jestem. Jest powód do dumy.

[Agnieszka Hirt]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz