22 kwietnia 2013

Recenzja Bloodgroup "Tracing Echoes"


BLOODGROUP Tracing Echoes, [2013] AdP Records || Minęły już dwa tygodnie od kolejnej wizyty Bloodgroup w Polsce i nadal pozostaje otwarte pytanie, czy aby nie są przykładem typowego polskiego fenomenu. Zagraniczne media muzyczne zasadniczo o nich milczą, u nas przyciągnęli swego czasu spore tłumy na koncerty, tym razem w ramach trasy koncertowej promującej ich najnowszy album zagrali u nas aż trzykrotnie. I zarówno koncerty Bloodgroup, jak i ich płyty spokojnie zaliczyć można do doznań jak najbardziej przyjemnych.

Popularność sympatycznego kwartetu w naszym kraju można najpewniej wyjaśnić naszym ogólnym uwielbieniem, graniczącym z fanatyczną ekstazą, wobec muzyki z Wiadomo-Jakiego-Kraju. Stosowanie kategorii geograficznych często niezasłużenie krzywdzi wielu wykonawców, niesłusznie wrzucanych do jednego wora i bezustannie porównywanych do tych, którzy znajdują się na jego wierzchu. Chyba mniejszą rolę w przypadku Bloodgroup odgrywa name-checking rodem z notek prasowych, choć pewnie niektórzy złapali się na porównania do The Knife czy The xx. Tymczasem Bloodgroup ani nie pretendują do wydumanego artyzmu tych pierwszych, ani nie są tak rozdzierająco nudni jak ci drudzy.


Na bezpretensjonalną elektronikę zawsze można liczyć. Debiutancki album „Sticky Situation” brzmi jak dzieło gromady przyjaciół chcących się po prostu trochę rozerwać, ale przynosi niewątpliwe sporą porcję zabawy. „Dry Land” jest już płytą dojrzalszą, lepiej wyprodukowaną, oferuje też materiał nieco bardziej zróżnicowany. „Tracing Echoes” zdecydowanie podtrzymuje ewolucję ku większej dojrzałości, jest jednak materiałem mniej różnorodnym i stawiającym na spójny klimat.

Można to było też zaobserwować w trakcie koncertów Bloodgroup. Ci, którzy mieli przyjemność uczestniczyć w ich poprzednich, niezwykle energetycznych występach, ewidentnie spodziewali się powtórki z ostrych bitów i morderczego tańca w strugach potu. Tymczasem najnowszy materiał, choć nadal przynosi chwytliwą elektronikę, zdecydowanie większy nacisk niż na zadziorny rytm kładzie na przestrzenne pełzające basy, zbliżając nieco Bloodgroup do deep-house’u w wykonaniu ich krajan z GusGus.


I jest to zmiana zdecydowanie w dobrą stronę. Choć na żywo więcej jest obecnie kołysania niż szaleńczych skoków, to „Tracing Echoes” jest albumem do którego chce się wracać, mimo balansowania na granicy muzyki tła i większego zaangażowania. Spójności materiału wreszcie nie rozbijają quasi-hiphopowe inspiracje wokalne, głosy Sunny Þórisdóttir i Janusa Rasmussena miło się dopełniają, nie tłumiąc zbytecznie muzycznego tła. Co ciekawe, w bardziej nastrojowych fragmentach wokal Sunny zaczął przypominać Lanę Del Rey, Rasmussen zaś zrezygnował na szczęście ze średnio udanych agresywniejszych okrzyków.

Spójność „Tracing Echoes” skutkuje też brakiem ewidentnych przebojów, ale w piosenki takie jak „A Threat”, „Fall”, „The Water” czy „Lines” można się z przyjemnością zasłuchać, przy „Indefinite” zaś można też spokojnie zaangażować inne partie ciała. Bloodgroup nie mają wielkich ambicji i bardzo dobrze. Bez ciśnienia i wygórowanych oczekiwań mogą nam proponować lekką i sympatyczną rozrywkę. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz