24 maja 2013

Recenzja Vampire Weekend "Modern Vampires of the City"


VAMPIRE WEEKEND Modern Vampires Of The City, [2013] XL Recordings || Lubię Vampire Weekend. Wydają się być niesamowicie sympatyczną grupą i choć było w ich muzyce coś lekko irytującego, to w przedziwnie pozytywny sposób. Debiut momentami brzmi jak Tercet Egzotyczny na amfetaminie, wrażenie to jest nieco słabsze na „Contrze”, którą długo miałem za ten lepszy album. Szaleńczo afirmatywne „Cousins” czy zaskakująca historia „Diplomat’s Son” to jedne z najjaśniejszych punktów w ich repertuarze. Z czasem jednak okazało się, że to właśnie na „Vampire Weekend” tych punktów jest po prostu więcej. Charakterystyczne karaibsko-tropikalne brzmienie niezaprzeczalnie stale dominuje, prostota debiutu i „Contry” stawia jednak te albumy w pewnej opozycji do „Modern Vampires Of The City”.

Prostota muzyki Vampire Weekend jest oczywiście pozorna, nie dotyczy bowiem kompozycji, pobieżnie wesołkowatych a w istocie niebanalnych, lecz stosunkowo oszczędnych aranżacji. Przy tak wysokim stężeniu energii dodatkowe smaczki i ozdobniki nie wydają się konieczne. Trzeci album Vampire Weekend przynosi subtelną, ale zauważalną odmianę. Klisza „dojrzałości” prędzej czy później pojawia się główny epitet w dyskografii każdego zespołu. Można ją zastosować też do podsumowania „Modern Vampires Of The City”, choć w istocie sprawa jest bardziej skomplikowana. Płyta idealnie bowiem odpowiada stanowi przedproża dojrzałości, który trapi dziś każdego niemal-trzydziestolatka.

I’m not exited, but should I be? śpiewa Ezra Koenig w rozpędzonej piosence “Unbelievers”. Z czego się cieszyć w obliczu dorosłości? Ze studenckich wspomnień wypływa pozornie pełen siły wniosek I’m stronger now, I’m ready for the house, I can’t do it alone (“Step”). Muzycy Vampire Weekend, w większości rocznik ’84, nie są już inteligencko-hipsterskimi studentami elitarnych uczelni. Każdego, nawet ich, dopada bowiem ten moment, w którym Nobody knows what the future holds („Diane Young”). W „Don’t Lie” znajdziemy jeszcze motyw tykającego zegara i całego życia przed sobą, które to spostrzeżenie nie brzmi bynajmniej optymistycznie. Całości obrazu dopełnia krytyka, czy też może rozczarowanie Ameryką, wyrażone jednak nie ze złością, lecz ze smutkiem („Ya Hey”).


Album rozpoczyna łagodna piosenka „Obvious Bicycle”, jednak już w niej można doszukać się ciekawostek w tle. Żywsze utwory są tradycyjnie dla Vampire Weekend rozpędzone, lecz nie są ostre. Szybkie, marszowe tempa i rosnąca liczba aranżacyjnych zabiegów zaczyna kojarzyć się z Arcade Fire, bezbłędna i zawrotnie szybka momentami dykcja wokalisty przypominać zaś może Everything Everything. Mimo drobnych analogii nie ma jednak wątpliwości co do tego czyj to album. Warto też zwrócić uwagę na to, jak wielką rolę w jego tworzeniu odegrał Rostam Batmanglij jako współkompozytor, współproducent, inżynier dźwięku, aranżer sekcji dętej i smyczkowej, drugi wokalista, czy projektant okładki.

Na „Modern Vampires Of The City” nie tylko silnie został zredukowany afrykański powiew poprzednich płyt, wyczuwalny praktycznie jedynie w chórkach. Nie znajdziemy tu również jednoznacznych i natychmiastowych przebojów, może poza singlowym „Diane Young”, w którym Koenig wyrzuca z siebie kolejne baby, baby, baby, baby niczym młody Robert Plant w najlepszych latach. Oznacza to jednak tylko tyle, że album jest niesamowicie spójny. Idealnie słucha się go jako całości, choć przy ostatnich dźwiękach może już dopaść nas zmęczenie. Czym? Ciągłym, 43-minutowym uśmiechem, który towarzyszy mi każdemu jego przesłuchaniu. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]