23 października 2013

Wywiad z założycielami Stardust Memories


Na swoim koncie mają debiutancką EPkę zatytułowaną - od nazwy zespołu - "Stardust Memories". Nazwa grupy z kolei, zainspirowana jest filmem Allena. Z Magdaleną Nowakowską i Maciejem Bąkiem, rozmawialiśmy m.in o tym, jakie plany mają na następny rok, filmie Davida Lyncha i wizji świata bez internetu. Wszystkie zdjęcia wykonał Jarek Tokarski. Zapraszam!

W Monday Rebels Maciek Bąk zajmował się - oprócz grania rzecz jasna - produkcją muzyczną. W Stardust Memories to też Twoje zadanie czy tutaj oddaliście władzę komuś innemu?

Maciek Bąk: Generalnie bardzo pilnujemy naszego brzmienia i niełatwo oddajemy stery w cudze ręce  Materiał na EP-kę zrealizowałem sam, z małą pomocą ze strony Olka przy realizacji perkusji. Zająłem się też miksem i produkcją. Za to przy nagrywaniu przeróbki „Oko Za Oko” realizował i miksował Paweł Przezwański z Crystalic Records, chociaż znów produkcja należała do mnie. Z kolei nagranie klipu „Wishlist” realizował człowiek z Quality Studio, a miksował Olek. Chyba po prostu mamy zbyt silną wizję, żeby zupełnie pozbyć się wpływu na brzmienie utworów.

Czy nie wkurza was, że za prawie każdym razem w wywiadach, ktoś pyta was o nazwę „Stardust Memories“ lub początki powstania zespołu? Nie macie ochoty odpowiedzieć: „dlaczego nie użyjesz Google“?

MB: Dobre pytanie. Staramy się być szalenie zaskoczeni i zafrapowani, kiedykolwiek to pytanie się pojawia! Co by nie mówić – jesteśmy wciąż jeszcze „młodym” zespołem i o początkach trzeba co rusz opowiadać ... od początku. Ale czy to opowiadanie jest zawsze świeże? O to musisz zapytać tych, którzy z nami rozmawiali! 

Krążą plotki, że zaczynacie pracę nad długogrającym albumem. Stawiacie na autorskie numery, czy możliwe, że na krążek wkradną się jakieś covery?

MB: To nie tajemnica – w tej chwili ostro pracujemy nad materiałem autorskim, a album chcemy nagrać do wiosny 2014 roku. Być może na płycie przemycimy dwie, trzy przeróbki, bo na koncertach gramy sporo rzeczy, których nie było na debiutanckiej EP-ce, a które warto byłoby uwiecznić. Ale zdecydowanie i druzgocąco dominować będą kawałki autorskie. Stardust Memories AD 2014, to zespół z własnym repertuarem!

Singiel "Whilistzostał nagrany w warszawskim Quality Studio. To będzie miejsce z którym zwiążecie się na dłużej, czy longplay zostanie zarejestrowany gdzie indziej?

MB: Trudno powiedzieć, niewykluczone, że nagramy tam część debiutanckiej płyty. To świetne miejsce, studio z bardzo dobrą akustyką, i – co ważne – cenowo dostępne dla wielu muzyków. No i mają w porządku ekipę realizatorów.

Gdybyście mieli wybrać jeden konkretny film Davida Lyncha, w którym zagralibyście może nie główną, ale jakąś mniejszą rolę, jaki tytuł by padł?

Magdalena Nowakowska: Wybór jest ciężki, bo bliższa jest nam przegadana konwencja Allena z lat 70, osnutego papierosowym dymem Jarmuscha czy groteskowego Tarantino. Ale jeżeli musimy wybrać coś Lyncha, najlepiej odnaleźlibyśmy się w "Wild at Heart".

Jest tam taka scena, kiedy Sailor I Lulu zauważają porozrzucane po drodze ubrania. Jest bardzo ciemno. Zaraz potem okazuje się, że to miejsce wypadku. Co wy zrobilibyście na ich miejscu? Nie balibyście się, że to pułapka?

MN: Znając siebie nie wysiadłabym nawet z samochodu, jestem bardzo bojaźliwa... raczej zachowałabym się odpowiedzialnie, zadzwoniła po policję i poczekała w zamkniętym od wewnątrz samochodzie w bezpieczniej odległości...

Dlaczego związaliście swoją twórczość akurat z agencją promocyjną Capitan Earth?

MB: Poznaliśmy się przypadkiem, dzięki Remkowi Zawadzkiemu, który jest wspólnym znajomym. Ekipa Captain Earth po prostu uwierzyła w naszą muzykę i podsunęła kilka pomysłów na rozwój kariery i dalsze medialno-promocyjne działania. Chwyciło, spodobało nam się. Poza tym, bardzo chcieliśmy się skupić na pisaniu własnego materiału, a “Kapitanki” wspaniale odciążają nasze głowy od innych działań. No i fajnie się dogadujemy. Rozumiemy się jako ludzie, mamy podobne nastawienie do “biznesu” muzycznego, rynku, etc. Słowem – to był dobry wybór, jesteśmy szalenie ciekawi przyszłości.

Co jest według was najlepszym sposobem docierania do potencjalnego słuchacza? Czy media społecznościowe wyparły radio jako jeden z głównych kanałów komunikacji na linii "artysta - odbiorca", czy może waszym zdaniem od zawsze najlepszym sposobem sprzedania swojej twórczości były i są występy na żywo?

MN: Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony, smutną prawdą jest, że bez strony zespołu na FB ciężko jest gdziekolwiek dotrzeć, zorganizować koncert, zebrać publikę czy aktualizować informacje na temat zespołu i jego twórczości. Z drugiej jednak strony, to dopiero koncerty - bezpośredni kontakt ze słuchaczami - sprawiają, że wzrasta siła i popularność zespołu. Proporcje między promocją w sieci, a promowaniem zespołu na żywo są wyważone, a jedno bez drugiego nie jest w stanie funkcjonować.

Wyobraźcie sobie, że za 24 godziny przestanie działać internet i telefonia komórkowa na całym świecie, fajny byłby to świat? I czy wówczas promocja dużo by na tym straciła?

MN: Byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby znaczenie internetu się zmniejszyło. Myślę, że rynek koncertowy by się zwiększył. Kluby organizowałyby dużo koncertów, bo ludzie zamiast siedzieć przy komputerze i oglądać setki teledysków i filmików na Youtube, ruszyliby się z domów, żeby nadal mieć kontakt z muzyką. Jeżeli chodzi o promocję to od czego są plakaty, prasa, a przede wszystkim ustny przekaz? Wieści o dobrej muzyce roznoszą się szybko, nawet bez internetu. Doskonale też pamiętam, że przed ,,erą Facebooka", za czasów grona, które nie miało takiej promocyjnej siły rażenia, chodziliśmy wieszać plakaty koncertowe na podwórko na Dobrej. To były wspaniałe czasy!

Dzięki za rozmowę i udanej pracy nad longplayem!
  [Agnieszka Hirt]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz