27 lutego 2013


ATOMS FOR PEACE Amok, [2013] XL Recordings || Ni stąd, ni zowąd, dwa lata temu światło dzienne ujrzał teledsyk z tańczącym Thomem Yorke’m, parę dni później równie nagle ukazał się kontrowersyjny „The King of Limbs”. Tym razem proces wydawniczy tradycyjnie podgrzewał atmosferę oczekiwania. Najpierw wieści u ukształtowaniu się nowego koncertowego składu Yorke’a, następnie informacje o wejściu do studia, pierwszy singiel i zapowiedź albumu. Oto jest, „Amok” Atoms for Peace.

Historia powstania i skład grupy są zatem powszechnie znane. Zamiast ekscytować się personaliami, tudzież lamentować, że „no fajnie, ale czemu nie nowe Radiohead”, wreszcie możemy zająć się tylko muzyką. Najpierw warto jednak zwrócić uwagę na sposób wydania płyty. Styl i forma są bowiem niemal identyczne jak w przypadku „The Eraser”. Nie da się zatem zaprzeczyć temu, że Atoms for Peace są wykwitem solowej działalności Thoma.

Od razu trzeba powiedzieć, że jeśli do kogoś nie przemawiały specjalnie ostatnie wydawnictwa z obozu Radiohead, to może przeżyć pozytywne zaskoczenie. Sam uznaję się, za radioheadowego die-harda, ale od czasów ciarek od „The National Anthem” i łez od „Pyramid Song” zawsze jest jakieś ale. „Hail to the Thief” był niespójny i za długi. Solowy „The Eraser” nieco zbyt surowy. „In Rainbows” spójne, rozsądne, ale zupełnie nieporywające. „The King of Limbs” paradoksalnie okazał się najciekawszym albumem od lat, choć muzycznym zjawiskiem nie był.

Na szczęście skok w bok podziałał na Yorke’a zbawiennie. Słychać, że nie mamy do czynienia z Radiohead, nie ma tu Greenwoodowych gitar, ale nie jest to też surowy Yorke solo, lecz po prostu faktycznie nowy i inny zespół. Choć „Amok” oparty jest głównie na perkusjonaliach, to okazuje się zaskakująco melodyjny, szczególnie w warstwie wokalnej. Ktoś ukrócił ciągoty Yorke’a do multiplikowania swego głosu, szczególnie w wysokich rejestrach, i opierania na tym całych „prześpiewanych” kompozycji. Dawno już nie słyszałem całego spektrum jego głosu i tylu ciekawych melodii w jego wykonaniu. Nareszcie możemy sobie z Yorke’iem nie tylko pojęczeć, ale i pośpiewać.

Produkcyjne perkusyjne szaleństwo słyszymy już od samego początku „Before Your Very Eyes…”, jest ono jednak zdecydowanie bogatsze niż na wystukanym na automacie „The King of Limbs”, również elektronika nie brzmi tu tak płasko. W „Stuck Together Pieces” bazą nadal są stuki i bity, ale Flea snuje w tle ciepłą, niemal jazzową linię basu, koronkowa zaś gitara przywodzi na myśl momentami… Johna Frusciante. Być może afrobeatowe ciągoty Pchły, z którymi pospełniał się z Damonem Albarnem i Tonym Allenem w ramach Rocket Juice and the Moon, odbiły się na połamanym rytmie „Reverse Running”. Najbardziej jednak zaskakują wyraźne inspiracje kraut-rockiem. „Ingenue” brzmi jak wzbogacony o melodię utwór Beak>, „Dropped” zaczyna się niemal kraftwerkowo, emocjonalne napięcie w tym utworze dalekie jest jednak od syntetycznego chłodu.


Właśnie, emocje, spora ich doza na „Amok” również zaskakuje. Singlowy „Default”, choć pozornie nieskomplikowany i mechaniczny, okazuje się, choć za pomocą innych środków, równie poruszający co „The Daily Mail”, najlepsza piosenka Radiohead ostatnich lat (dekady?). „Judge Jury and Executioner” zaś nie tylko tytułem odwołuje się do macierzystej formacji Yorke’a (była to alternatywna nazwa „Myxomatosis” na limitowanym wydaniu „Hail to the Thief”). Harmonie, melodyka, akustyczna gitara, wszystko tu przypomina dokonania Radiohead z ostatnich lat. I być może dlatego ten właśnie utwór wydaje się stosunkowo najsłabszy?

„Amok” nie jest eksperymentem, niezobowiązującą zabawą, urlopowym side-projectem. Jest oczywiście w znacznej mierze popisem inwencji produkcyjnej i aranżacyjnej, brzmi bowiem doskonale, znacznie lepiej niż ostatnie albumy Radiohead. Atoms for Peace to pełnoprawny, niezwykle ciekawy i nowatorski zespół, którego dalsze losy, szczerze mówiąc, interesują mnie dziś bardziej niż zapowiadane na wrzesień wejście Radiohead do studia. Świetną wiadomością jest rozpoczęcie przez Atomy regularnego koncertowania w sezonie festiwalowym. Już wiemy, że wystąpią bardzo blisko nas, niemal za miedzą, na słowackim Bažant Pohoda, odbywającym się w dniach 11-13 lipca. Kto wie, kto wie… 8.5/10 [Wojciech Nowacki]

Za 21 dni wiosna, a tydzień po tym zdarzeniu stanie się kolejny cud! Czy ktoś z was miał kiedykolwiek okazję trzymać w dłoniach (a dokładniej przed nosem) oryginalne pudełko płyty „10,000 Days“ grupy Tool? Tym razem stereokopiczne obrazy autorstwa zaprzyjaźnionych z Tool’em grafików, będzie można podziwiać przy okazji wydawnictwa z okazji 21 rocznicy debiutu „Opiate“ z 1992 roku.

Co to za wydawnictwo? Łatwo się domyślić, iż będzie to reedycja wspomnianego debiutu sprzed 21 lat. Za okładkę odpowiada pani Mackie Osborne, która już wcześniej współpracowała z zespołem. Premiera reedycji została ustalona na 26-go marca a tymczasem przypomnijmy sobie jak brzmi tytułowy utwór EPki. [Agnieszka Hirt]

Zacząć musimy nietypowo, w styczniu bowiem życie Republiki Czeskiej obracało się niemal wyłącznie wokół pierwszych w historii tego kraju bezpośrednich wyborów prezydenckich. Upragnione odejście Václava Klausa niosło wielkie nadzieje, po części pogrzebane jednak przez ostateczny wynik drugiej tury. Mimo wsparcia większości mediów, mieszkańców największych miast i czeskich artystów wybory przegrał obecny minister spraw zagranicznych, chyba jedyny dziś czeski polityk rozpoznawalny i szanowany na świecie, Karel Schwarzenberg. Na Hrádzie zasiądzie w marcu Miloš Zeman, znany głównie z zamiłowania do ładnych dziewcząt, papierosów i alkoholu. Dużych ilości alkoholu. A podobno gorzej niż za Klausa być nie mogło.

W tym napiętym politycznym klimacie świat muzyki zdecydowanie wyhamował. Z ciekawszych premier płytowych wymienić należy „Milions Of” artysty skrywającego się pod pseudonimem Foolk i, wbrew nazwie, prezentującego alternatywną elektronikę. Szczególnie jednak cieszą informacje z obozu Tomáša Dvořáka. Na rynku pojawiło się już czwarte wznowienie winylowej edycji jego słynnego soundtracku do gry komputerowej „Machinarium“ studia Amanita Design. Dvořák skomponuje również muzykę do kolejnej gry z tego studia – trzeciej już części „Samorostu“. Pod szyldem Floex wydaje zaś klarnetowe downtempo w stylu Bonobo, z drugiego albumu „Zorya“ (wydanego niemal dekadę po legendarnym już debiucie) ukazać mają się niedługo aż dwa teledyski, w przygotowaniu zaś znajduje się EP z nowym materiałem. Wszystkie te wydawnictwa, niektóre za darmo, znajdziecie na Bandcampie Floexa.


Sporo również dzieje się u znanych nam doskonale Please the Trees. „She Made Love To The Moon“, pierwszy singiel z płyty „A Forest Affair“, doczekał się stylowego teledysku. Tymczasem ukazały się już dwa kolejne wydawnictwa grupy. Pierwszym jest epka „Please the Trees & Elpida“ nagrana wspólnie z dwudziestoosobowym chórem... emerytek. Projekt ten został zrealizowany w ramach szerokiej kampanii miającej zmienić wizerunek starszych ludzi w Republice Czeskiej, usłyszeć na nim możemy nowe wersje dwóch znanych już utworów Please the Trees oraz dwie premierowe kompozycje, unikatowe o tyle, iż śpiewane po czesku.


Na pierwszy dzień lutego natomiast zapowiedziano wydanie ściśle limitowanej płyty „A Live Affair“ bedącej rejestracją koncertowego chrztu ostatniego albumu.

W styczniu wreszcie powoli zaczęły ukazywać się pierwsze podsumowania roku 2012. Serwis musicserver.cz zdążył zreasumować rok w muzyce popowej. Wśród najważniejszych debiutów znaleźli się m.in. Gotye, Lana del Rey i... One Direction. Ciekawe prezentuje się podsumowanie popowych teledysków, za najbardziej szalony redaktorzy uznali „Gangam Style“, za najbardziej stylowy „Bad Girls“ M.I.A., za najbardziej „stripowany“ zaś „Genesis“ Grimes. Płyta „Visions“ tej ostatniej artystki, obok m.in. „Vows“ Kimbry, znalazła się na liście płyt niesłusznie zapomnianych. Wśród piosenek, które powinny być przebojami, ale stało się inaczej, wymieniono choćby „Power & Control“ Mariny & The Diamonds czy „Your Body“ Christiny Aguilery. Popową płytą roku 2012 została „Born to Die“ Lany del Rey przed „Halcyon“ Ellie Goulding i „The Silicon Veil“ norweskiej artystki Susanne Sundfør. Musicie przyznać, że jak na listę popową wygląda to całkiem nieźle.


Portal Muzikus zaś dla odmiany swe podsumowanie zaczął od kategorii związanej z rubryką Punk&Core. Tutaj zwyciężył album „A Flash Flood of Colour“ Enter Shikari oraz teledysk „State of Grace“ Hot Water Music. Wśród refleksji na temat zeszłorocznych odkryć i debiutów niespodzianka w postaci polskiego akcentu – debiutu „UL/KR“.


Tradycyjnie na koniec styczniowa muzyka do darmowego pobrania. Pierwszym tytułem w nowym roku netlabelu Exitab jest elektroniczo-postrockowy „Made of Numbers“ Subject Lost, polski Mad-Hop proponuje zaś „Netvor“, najnowszą epkę Karaoke Tundry, słowackiego DJ-a o ukraińskich korzeniach. [Wojciech Nowacki]

26 lutego 2013


Hiszpańska hacienda, wino i śpiew - tak wyobrażam sobie nagrywanie nadchodzącej płyty Yeah Yeah Yeahs. Będąca kontynuacją do „It’s Blitz“ z 2009 roku, ukaże się 15 kwietnia pod kąsającym tytułem „Mosquito“.

Już teraz możecie posłuchać singla promującego nowe dziecko nowojorczyków. Materiał został zarejestrowany w ogromnym studio nagraniowym Sonic Ranch w Texasie (polecam pooglądać fotografie kompleksu). Nowy utwór - „Sacrilege“ jest... pociągający i ma to coś co w tej grupie jest chyba niezmienne: zaraźliwy entuzjazm.

Karen o nadchodzącym krążku mówi, że będzie inny niż poprzedni... no ale każdy tak mówi więc poczekajmy do połowy kwietnia i przekonajmy się na własnych uszach! [Agnieszka Hirt]

25 lutego 2013


FOALS Holy Fire, [2013] Transgressive || Jak to się stało? Kiedy Foals z jednego z wielu średnio rozpoznawalnych indie-rockowych zespołów z fajnym debiutem stali się grupą z najbardziej wyczekiwaną płytą ostatnich miesięcy? Jasne, po drodze było „Total Life Forever”, które niemal otarło się o Mercury Prize, była mroźna „Spanish Sahara”, niezbyt zresztą reprezentatywna dla Foals kompozycja.

Zamiast ulec zapomnieniu w rockowo-alternatywnej masie podgrzali atmosferę wokół siebie wydając dwa rewelacyjne single i czyniąc z „Holy Fire” jedną z kluczowych premier początku roku 2013. Gitary umarły, rock jest archaiczny i wszystko już było? Określanie części muzyki rockowej mianem „indie” nabrało w ostatnich latach pejoratywnego znaczenia. Z jednej strony hipsterska młodzież porzuciła gitary na rzecz elektroniki, z drugiej zaś twardogłowi rockiści całą współczesną muzykę uznają za wtórną zabawę w imitowanie, sami zaś z wypiekami na twarzy czekają na siedemnastą reedycję „The Wall”.

Tymczasem każdy z zespołów takich jak Foals, Everything Everything czy Wild Beasts, posiada własny, ukształtowany i charakterystyczny styl, a ponadto wnosi naprawdę nową jakość do muzyki rockowej. Everything Everything może być jednak dla wielu za trudne, Wild Beasts zbyt eteryczne, obie zaś te grupy mają kontrowersyjnych wokalistów. Foals tymczasem dysponują charyzmatycznym wokalistą o krzykliwym, ale jednak bardziej konwencjonalnym głosie oraz przede wszystkim – niesamowitym talentem do tworzenia przebojów.

A wbrew pozorom muzyczne postawy kompozycji Foals nie należą do banalnych. To, co wydaje się rozrywkowym dance-punkiem, bazuje w istocie na math-rockowych wręcz strukturach. Pewnie, nowemu albumowi daleko do punkowej wręcz zadziorności debiutanckich „Antidotes”, stanowi bowiem naturalne rozwinięcie drogi obranej na „Total Life Forever”. Ale kiedy ostatnio słyszeliście tak agresywny i przebojowy singiel jak „Inhaler”?


Mocy, pulsujący i pełen napięcia utwór, który jak żaden inny sprawia, że chce się jednocześnie krzyczeć i… tańczyć. „My Number” zaś to już niesamowicie żywotna i bezpretensjonalna taneczna piosenka. Każdy chyba marzy o posiadaniu numeru telefonu Yannisa Philippakisa, pewnego rodzaju, ekhm, napięcie telefoniczne dodatkowo uwypukla alternatywna wersja teledysku.

Płytę otwiera intro w którym usłyszeć można słowa Once is to much for me, a thousand never enough, idealnie podsumowujące całą płytę. Zaraz potem jednak następują oba wspomniane wyżej genialne single, co jest zabiegiem oczywiście niebezpiecznym, póki co bowiem, skutecznie przyćmiewają resztę „Holy Fire”. Każdy jednak utwór jest niewątpliwym przebojem. Lirycznie rozdzierający „Late Night” stopniowo nabiera rumieńców by w końcówce zaskoczyć solówką. Festiwal koronkowych gitar mamy w „Milk & Black Spiders”. „Providence” zaś, mimo tego, że składa się zaledwie z kilku wersów tekstu, nie jest bynajmniej przerywnikiem, lecz szarpanym gitarowym szaleństwem, za sprawą słów I’m an animal, just like you kojarzy się z równie energetycznym „Animal” Pearl Jamu. Finałowy, medytacyjny „Moon”, szczególnie dzięki przestrzennej noise’owej solówce brzmi jak Sigur Rós po wymianie Jónsi’ego na Yannisa.

Philippakis dobrze wie o co chodzi, gdy wyśpiewuje I’m a bad habit. Foals w niewytłumaczalny do końca sposób porywają i uzależniają. Może po prostu dawno nie słyszeliśmy tak dobrych i przebojowych piosenek, niebędących rzewnym rockowym resentymentem, ale śmiałym i świadomym tworzeniem własnego języka. Mamy zaledwie luty, ale „Holy Fire” już można ogłosić płytą roku. Być może, gdyby skrócić ją o parę minut, uczucie niedosytu sprawiłoby, że mielibyśmy do czynienia z albumem totalnym. 8/10 [Wojciech Nowacki]

23 lutego 2013


JELLY BELLY How Old Were You In The 90’s? EP, [2013] Starcastic || Pamiętacie lata 90-te? Z pewną trwogą odkrywam, że w czasach gdy czytałem komiksy TM-Semic, kupowałem kasety na straganach za 30.000 zł, tudzież w białej albie przyjmowałem święte sakramenta, spora część z Was była jeszcze płaczliwymi infantami. Trudno pogodzić się z myślą, że dorosłymi dziś ludźmi są osoby rodzące się w czasach, gdy ja, wraz z pojawieniem się ułamków zdałem sobie sprawę z tego, że nie, w życiu nie ogarnę matematyki.

Rzecz w tym, że każde pokolenie ma swoją dekadę sentymentu. Dla plus minus trzydziestolatków są to właśnie lata 90-te. Jelly Belly określają się często mianem zespołu, który nie dostrzegł ich końca. Wyraz swej nostalgii dali tytułem najnowszej epki, ale spokojnie, nie znajdziemy tu nawiązań do eurodance’u, new metalu i boysbandów. „How Old Were You In The 90’s?” jest bowiem zbiorem remiksów utworów z poprzedniego wydawnictwa grupy – świetnej epki „Über Alles”.

W wywiadzie dla internetowego wydania czeskiego czasopisma muzycznego Fullmoon, basista Mišo Hudák wyjaśnił, że format epki daje zespołowi większe możliwości zabawy z procesem nagrywania i przeróżnymi konceptami niewymagającymi sztucznego dopompowania do formatu albumowego. I szczerze mówiąc, po wspomnianym „Über Alles” i genialnym „Deaf Till 30” nawet specjalnie nie oczekuję po słowackich shoegazerach nagrania pełnowymiarowego albumu.

O dźwiękach kreowanych przez Jelly Belly miałem już parokrotnie okazję pisać. W tym miejscu przypomnę tylko, że to koszyckie trio tworzy najlepszą gitarową muzykę jaką słyszałem w ostatnich latach. „How Old Were You In The 90’s?” zaś dodatkowo uwypukla rolę elektroniki w noise’owych pejzażach Jelly Belly. I wspomnianą nostalgię za latami 90-tymi. Już bowiem „Trainspotting”, czyli przepracowany „Dublin” z „Über Alles”, nie tylko tytułem odsyła do kultowego filmu tamtej dekady, ale mocno klubowym, rave’owym wręcz i niepokojąco-narkotycznym klimatem. Po niemal 9 minutach transowego zapomnienia, krótki „Walk With Me”, nie tak bardzo znowu odbiegający od oryginalnego „Tobruk”, przywodzi na myśl raczej triphop spod znaku Massive Attack i Tricky’ego.

W tej wspomnieniowej żonglerce stylistyk, „π” (zremisowane „Vegas”) odsyła bardziej do wczesnego Amona Tobina, a „Guanine, Adenine, Thymine, Cytosine” (zremiksowany „Berlin”) zaś do IDM—owej elektroniki spod znaku wytwórni Warp. To już z pewnością moja nadinterpretacja, ale w ciągu tych kilkunastu minut muzyki, fascynacje elektroniką lat 90-tych wydają się być ułożone chronologicznie! Tak czy inaczej, warto dać się porwać i traktować „How Old Were You In The 90’s?” jako autonomiczne wydawnictwo, które na dzień dzisiejszy sprawia mi nawet minimalnie większą przyjemność niż oryginalne „Über Alles”. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

P.S.: Marzeniem chłopaków z Jelly Belly jest posiadanie tłumów wiernych fanek, krzyczących, rwiących sobie włosy i mdlejących na ich widok. Szczególnie zatem polskie dziewczęta proszone są o pobieranie dzieł Jelly Belly.

20 lutego 2013


Dave Grohl wciąż jest jednym z najchętniej cytowanych artystów wśród brytyjskich mediów, Snoop Lion nadal zbija miliony dolarów na swoim nowym image’u, „Jedyne pismo rockowe w Polsce“ nieustannie pisze o tych samych zespołach a ja - też nieustannie - pałam nieodwzajemnioną miłością do muzyki.

Mimo, że moje upodobania skręciły ostatnio na ścieżki dźwięków tanecznych, to od czasu do czasu, chętnie sięgam po starutkie „Dirt“ grupy Alice In Chains. Tymczasem zespół zapowiedział premierę najnowszej płyty na maj a więc już za niecałe dwa miesiące! Na „The Devil Put Dinosaurs Here“ znajdziecie kawałek „Hollow“, którym A.I.C uraczyli nas w grudniu ubiegłego roku. Uszy recenzentów zapewne wyczulą się szczególnie na wokal i będą doszukiwać się w nim „syndromu drugiej płyty“, jako że jest to drugie zmaganie Du Vall’a pod skrzydłami A.I.C.

Gwiazdy rodzą się... niespodziewanie. Psy pokazał światu „Gangnam Style” w lipcu ubiegłego roku. Wystarczyło sześć miesięcy żeby utwór stał się jednym z lepiej nagradzanych w przeróżnych plebiscytach. Ostatnio koreański artysta uzyskał następujące nagrody, podczas rozdania nagród radia NRJ w Cannes: „międzynarodowa piosenka roku“ , „teledysk roku“, oraz „nagroda uznania NRJ“ dla samego artysty. A tydzień temu koreańskie nastolatki rozchwytywały znaczki pocztowe z wizerunkiem Psy. That’s life nigga!

Co jest waszym ulubionym środkiem uspokajającym? Moim nowym nabytkiem w tej kategorii jest nowe dzieło młodego anglika Jamesa Blake’a. Świetnie współgra z nieco starszym utworem Lany Del Rey, do którego kilka dni temu wyszedł wideoklip.

Dawid Bowie, skończy niedługo dwudziesty czwarty... nie rok życia, ale album. Jego przedsmak przedstawiono słuchaczom na początku stycznia. LP Zatytułowany „The Next Day“, ukaże się w marcu a już za tydzień (26-go) artysta podzieli się z nami kolejnym fragmentem swojej pracy („The Stars (Are Out Tonight)“). Stay tuned!

Od roku wiadomo, że frontman formacji Deftones majstruje z grupą ISIS nowy muzyczny projekt o nazwie PALMS. Kilka dni temu Moreno uploadował demo jednego z utworów, który znajdzie się na krążku zatytułowanym tak samo jak nazwa projektu. Debiutancki album grupy ma się ukazać pod koniec czerwca (25) nakładem wytwórni Ipecac Recordings. A teraz posłuchajcie próbki.

Kawałek, który umieścił kilkanaście dni temu nowojorski zespół The Strokes, był  ogromnym zaskoczeniem (kto zna dyskografię, wie o czym mówię). Z oficjalnej strony The Strokes można było pobrać darmowe mp3, natomiast całość materiału pod tytułem "Comedown Machine" trafi na sklepowe półki 26 marca. Osobiście, mocno utożsamiam się z refrenem „One Way Trigger”, no i polecam zaśpiewać go sobie przed lustrem. Efekt „wow” murowany!

Ale to wszystko nic przy premierze pierwszego singla The Knife, zapowiadającego długogrający album, który – przypominam – już w kwietniu! „Shaking The Habitual” na pewno trafi do mojej kolekcji. A jeśli chodzi o sam utwór, to cóż… jego nazwa – „Full Of Fire” - w najmniejszym stopniu nie opisuje tego jak bardzo elektryzuje i w jaki trans wprowadza słuchającego. Karin i Dreijer nie kłamali mówiąc, że nas zaskoczą. Zapomnieli tylko dodać, że efekt będzie piorunujący a odbiorca najprawdopodobniej nie wyjdzie z osłupienia przez kolejnych kilka dni od odsłuchu.

Podobno z Radiem Zet zawsze jesteś w sosie. Mi wystarczy telefon z dostępem do internetu. Jakiś czas temu tuż po przebudzeniu odpaliłam wujaszka Google i wpisałam trzy magiczne litery: „juj“. A oto wynik porannego zaklęcia. I żegnam się, do następnego! [Agnieszka Hirt]

17 lutego 2013


NOSAJ THING Home, [2013] Innovative Leisure || Album “Home” rozpoczyna utwór tytułowy i faktycznie, można poczuć się jak w domu. Jest swojsko, bezpiecznie, bez porywu i bez niespodzianek. Wydaje się, że nie jest to tylko figura retoryczna, ale rzeczywisty zamysł stojący za drugą płytą Jasona Chunga.

„Drift”, obok „There Is Love In You” Four Tet i „Black Noise” Panthy du Prince, była płytą kluczową dla elektroniki końca pierwszej dekady XXI wieku. Niedługi, podszyty hiphopową rytmiką i skrzący się pomysłami album nie sprawił jednak, żeby Chung stał się szczególnie popularną i rozpoznawalną postacią. Stworzył kilka świetnych remiksów (dla Flying Lotusa, The xx czy Radiohead), jego własna twórczość zasługiwała na zdecydowanie większą uwagę.

Stąd, nie ukrywam, spore oczekiwania i nadzieje związane z następcą „Drift”. Pierwszym singlem było „Eclipse/Blue” z wokalnym udziałem Kazu Makino z Blonde Redhead. Główną niespodzianką był sam wokal, zastosowany po raz pierwszy w czysto instrumentalnej do tej pory twórczości Nosaj Thing. Sam utwór, piosenka właściwie, brzmi bardzo w stylu Blonde Redhead, Kazu Makino najwyraźniej znajduje się pod mocnym elektronicznym wpływem „Penny Sparkle”, ostatniej płyty swej macierzystej formacji. Jeśli chodzi o Nosaj Thing, zaistniało niebezpieczeństwo, że jedyny postęp ograniczać się będzie do zaproszenia wokalistów, co jest częstym przypadkiem elektronicznych instrumentalistów odkrywających nagle jak rewolucyjny jest śpiew (vide Silver Rocket na polskim poletku).


Na (nie)szczęście na „Home” znajduje się jeszcze tylko „Try” z udziałem… Toro y Moi. I ten całkiem ciekawy utwór brzmi już faktycznie jak Nosaj Thing z wokalem Chaza Bundicka, a nie kolejna piosenka Toro y Moi. Reszta albumu to już instrumentalny standard Nosaj Thing. Okazuje się jednak, że być może jednak pójście na całego w stronę wokali nie byłoby najgorszym pomysłem. O ile bowiem kompozycje z „Drift” były zaskakujące, pomysłowe i inteligentne, o tyle „Home” brzmi jako całość nijako. Żaden fragment nie zapada w pamięć, „Glue” posiada trochę bardziej taneczny charakter, w „Safe” słychać dalekie echa dubstepu, wspomniany już „Try” przypomina retro-elektronikę w wykonaniu Com Truise.

Muzyce Com Truise też można czasem zarzucić lekką nudę, ale ten przynajmniej posiada własny rozpoznawalny styl. Tego zdecydowanie brakuje na „Home”, album przepływa, lecz jest zbyt krótki nawet na muzykę tła. Brakuje tu inwencji, charakterystycznego dla „Drift” hiphopowego podbicia. Nosaj Thing ze zdolnego dzieciaka zaostrzającego apetyty swoim debiutem zmienił się w zdolnego dzieciaka bawiącego się w elektronikę godną darowego downloadu z Bandcampa. Szkoda.

Już po wydaniu „Home” pojawiły się informacje, że to części utworów dogrywa wokale Elin Kastlander ze szwedzkiego duetu jj. Dziwny to i spóźniony zabieg, niemniej „Home” choć rozczarowało, to nie jest bynajmniej płytą złą. Ale Nosaj Thing nadal pozostaje „tylko” wielką nadzieją. 5.5/10 [Wojciech Nowacki]

12 lutego 2013


Wyobraźcie sobie zjazd miejskim rowerem ze stromej górki. A potem lot paralotnią z zawiązanymi oczami. Czyste szaleństwo i wolność – taka jest ich muzyka. A kim są jej twórcy? Przekonajcie się śledząc rozmowę z wokalistą oraz bębniarzem krakowskiego zespołu Cinemon.

Na prawdę nie lubicie 21 wieku, czy to tylko wizerunkowa prowokacja?

MW: To trochę love - hate relationship. Robimy rzeczy które jeszcze parę lat temu - w XX wieku - nie byłyby możliwe. Choćby nawet nagrywamy samodzielnie płyty: w zaciszu domowym, na salce albo w salonie u znajomej (tak jak teraz). Albo siedzimy na fejsie i udzielamy wywiadu. Mamy tu "fanów" i docieramy nawet na drugi koniec świata (ha! puszczano nas nawet w audycjach w USA). Parę lat temu brakło by technologii, możliwości, to jest w XXI wieku fajne. Jednocześnie czuję się osobiście totalnie zagubiony i przytłoczony nadmiarem tej technologii, możliwości i przede wszystkim informacji. Dawniej - tak sobie to przynajmniej wyobrażam - było prościej, bardziej...hm… bezpośrednio. Teraz jest dużo i po łebkach. Myślę że Kuba Tracz, nasz basista, tego zupełnie nie czuje - jest młody, nie zna innego świata.

KP: Ja nie lubię. W XX wieku byłem dzieckiem i miałem beztroskie życie (hahah). A tak na serio, cały rozwój technologiczny doprowadza mnie do szału. W muzyce też wiele się zmieniło. Dlatego staramy się być naturalni w tym co robimy. Bez dodatków, kupionych "lajków" na FB, odsłon na YT czy kreowania wizerunku w telewizyjnych "modnych" programach. Męczące to wszystko.

MW: Jest w tym haśle sporo tęsknoty za dzieciństwem. To co mówi Kuba. Oczywiście, wiadomo że idealizuje się te czasy i pewnie wcale tak łatwo nie było, ale...jednak obserwując rzeczywistość, trudno nie odnieść wrażenia, że pewne rzeczy dawniej były dużo bardziej naturalne. Uwielbiam przykład kapeli Talk Talk i ich koncertu na festiwalu w Motreux. To totalnie popowa kapela, taka prosto z telewizji, teoretycznie plastik, tandeta, lata 80te. Po obejrzeniu rzeczonego koncertu dochodzę do wniosku, że jeśli tak wyglądała tandeta i plastik w latach 80tych to jak nazwać to co dzieje się dzisiaj? Przecież Talk Talk to czysty rokendrol. Czad i wykop na scenie. W tych czasach takie rzeczy się nie zdarzają. Dzisiaj występy są upozorowane, zagrane, ale nie muzycznie tylko aktorsko. Wtedy to było szczere....

Apropo USA i innych wycieczek. Macie na swoim koncie kilka europejskich koncertów. Znane mi są dwie lokalizacje: Bochnia i Bratysława, a co z resztą? No i pochwalcie się jak udało wam się przemycić coś do radia za oceanem.

MW: Bratysława, Wiedeń, Povazska, Bystrica, Oslo, Lillestrom, Drammen. To póki co, wszystkie zagraniczne lokacje gdzie udało się nam pojawić osobiście i zagrać koncert. Miał być Sztokholm, miały być nawet Chiny i USA ale chwilowo nic z tego nie wyszło. Przed nami - w marcu – Poprad. Potem znowu może Povazska...To też fajne w XXI wieku - że można sobie koncertować za granicą, będąc w gruncie rzeczy malutką, lokalną kapelą z Krakowa. Radio za oceanem samo napisało - kolejne dobrodziejstwa internetu i naszego wieku!

A tak z czystej ciekawości, pamiętacie co to było za radio?

MW: Jakieś malutkie, lokalne. Nic grubego ale brzmi nieźle nie? "Radio za oceanem".

KP: Granie w Bochni nie różni się wiele od grania w Bratysławie. Mówię o miejscu. Jest tylko większa odległość. Mimo wszystko chcemy podbijać Europę. Ale tak czy owak ludzie w Bochni byli rewelacyjni.

Czy wyobrażacie sobie, że jakiś DJ bierze na ruszt wasze kawałki i tworzy z nich remixy? Albo np. taka współpraca podobna do tego co stworzył Korn ze Skrillexem, dalibyście się namówić?

MW: Umiem wyobrazić sobie, że ktoś robi remix Cine. Choć zupełnie nie umiem sobie wyobrazić jakby miało to brzmieć i przede wszystkim - kto i po co miałby to robić. Pomijając wszystko inne - taka muzyka chyba jednak nie cieszy się popularnością jeśli chodzi o remixy.

Michale, czy zdarzyło Ci się kiedykolwiek, np. podczas kontaktu z mediami z ramienia KSM zostać pomylonym z Michałem Wójcikiem z Ani MRU MRU?

MW: Nie, akurat media nie mylą, nie przesadzajmy. Ale kilka razy zdarzyło się że ktoś spytał "a przepraszam, pan to przypadkiem nie z tego kabaretu"? Niemniej jednak, chyba bardziej chodzi o tego no, Kałamagę, a nie Wójcika? Wystarczą długie włosy i broda i ludziom się myli.


Wygraliście antyfest 2012. Dzięki temu mieliście zaszczyt supportować Metallicę, Machine Head i Black Label Society. Ale tak zupełnie szczerze, to przed jakimi zespołami (albo z jakimi), marzy wam się zagrać?

MW: Kuba? Czy po Metallice jeszcze chcesz przed kimś zagrać?

KP: No nie wiem. To było moje marzenie jak miałem 18 lat. Już się spełniło w sumie.

No to co, Metallica i to wszystko? Nie chcielibyście np. zagrać na jednej scenie z Jackiem White`em?

KP: Chętnie zagrałbym przed Justinem Bieberem w marcu.

MW: Bardziej chciałbym wspólnie pograć z "mniejszymi" kapelami. Kiedyś graliśmy z L.Stadt i bardzo miło to wspominam. Na pewno jest kilka znajomych bandów, z którymi chcielibyśmy zagrać, a jeszcze nigdy się nie udało. Bardzo chciałbym przed norweskim Big Bang, bo to dla mnie najlepsza kapela na świecie. Ale tak bardzo się boję, że nawet gdyby ktoś spytał, to nie wiem czy bym powiedział tak. Świetnie było by zagrać przed Foo Fighters albo Soundgardenem, ale...proszę, bądźmy poważni.

KP: Z Bieberem żartowałem. Ale w sumie gramy teraz pop. A tak serio, to duże zagraniczne festiwale spełniłyby moje marzenia.

Na jakim chcielibyście wystąpić najbardziej?

MW: Pinkpop 92.

KP: Oj tak, ale na te czasy zdecydowanie Glastonbury.

Nagrywa się druga długogrająca płyta Cinemon. Rozumiem, że nagrywacie ją samodzielnie tak jak poprzednie? No i na kiedy planujecie premierę?

MW: W kwietniu lub maju chcielibyśmy trochę pokoncertować zanim zaczną się sezony juwenaliowe i wakacje, więc siłą rzeczy premiera musi być wtedy. Zobaczymy czy zdążymy bo idzie...powoli. Nagrywamy samodzielnie z kilku powodów. Nie jesteśmy profesjonalnymi muzykami, którzy potrafią odegrać materiał ot tak i w ciągu kilku dni mieć to za sobą, a nie stać nas na siedzenie tygodniami w drogich studiach. Na szczęście stać nas (jeszcze) na siedzenie kilka tyg. na wsi (pozdrawiamy wieś). Pożyczyliśmy sprzęt ze wszystkich możliwych źródeł (pozdrawiamy źródła) i kombinujemy...Kolejnym powodem było to, że mamy dość mocną wizję tego, jak ma to brzmieć. Dotychczasowe doświadczenia pokazują, że przy pracy z "zewnętrznym realizatorem" potrzebny jest kompromis. A to się nam nie podoba. Więc męczymy się sami.

KP: Tak. Wiosna. Musi się udać. Będzie Vinyl. 

“Nobody`s Gonna Put Out The Fire”, to singiel promujący?

MW: To wszystko jakoś naturalnie się układa. Nie myślimy co ma być singlem, ale faktycznie ten numer jakoś "łatwo wchodzi", więc...czemu nie.

KP: W sieci pojawiło się nagranie live tego kawałka. Można powiedzieć, że jest to przedsmak nowej płyty. Ale będą jeszcze inne hity. Mamy jeszcze czas...

Jaki tytuł będzie nosiła nowa płyta?

MW: To jedna z problematycznych kwestii. Ekipa towarzysząca przy nagraniach na razie wymyśliła "it's not amazing, it's just a little less shit", co ma ponoć odzwierciedlać klimat tu panujący. Ale nie jestem pewien czy to ten najlepszy tytuł.

Na tą chwilę, z tego co już macie, jesteście zadowoleni? Gdyby porównać nowy materiał do ostatniej EPki to jak daleko waszym zdaniem się rozwinęliście?

MW: Subiektywnie - bardzo daleko. Tym razem słuchamy tego, co nagrywamy i jak się nie podoba to wylatuje (i nagrywamy jeszcze raz). EPka była tym, co sugeruje tytuł "3 dni" - tyle trwało jej nagrywanie. Ma to swoje dobre strony, ale też złe. Oba te aspekty słychać na EPce. Teraz chcemy dopracować te nagrania. Nie przepracować, ale dopracować. Tak żeby nie było się do czego przyczepić. Żebyśmy się sami nie czepiali i żeby nam się podobało. EPka ma swoje momenty, ale jednak nie przeskoczyła pierwszej płyty.

KP: Wczorajsze "grzebanie" w rytmie jednego z numerów, udowodniło mi, że mam jeszcze dużo do zrobienia. Zagraliśmy trochę koncertów i bardziej czujemy to co nagrywamy. Staramy się dopracowywać szczegóły utworów i zagrać je jak najbardziej naturalnie i wielkim czuciem. Dla mnie zdecydowanie w przód.
W jaki sposób będzie wyglądała dystrybucja? Czy krążek będzie można dorwać poprzez jakiś inny kanał niż zamówienie internetowe?

MW: Mamy plan uderzyć do kilku firm odpowiedzialnych za dystrybucję. Chyba warto byłoby to w końcu zrobić.


Wracając do przeszłości... Zagraliście trasę po... Krakowie, nie sposób zatem nie zapytać, w jakim klubie grało wam sie najlepiej?

KP: Zaścianek. Graliśmy na środku sali. Publiczność z przodu i za plecami. Taka trochę studencka domówka. Bliski kontakt z publicznością. Daliśmy z siebie wszystko. Publiczność też. Na drugim miejscu - Klub Pod Jaszczurami. To był koncert z dr Zoydbergh. Uwielbiam tych ludzi.

MW: Mi osobiście w Krakowie najlepiej gra się w Rozrywkach 3. Mam jakiś niejasny i niewytłumaczalny pociąg do tego miejsca (może w głębi duszy jestem jednak studentem ASP). Na krakowskiej trasie był to jeden z marniejszych koncertów jeśli chodzi o frekwencję, więc nastroje mieliśmy różne, ale i tak go wspominam miło (poznałem tam Polka Dots, którzy zajebiście grają). W zeszłym roku też tam zagraliśmy i było super (tym razem ludzie dopisali). Kuba chyba nie lubi tam grać bo małe to i ciasne...on jest stadionowcem. Ja natomiast nie za bardzo lubię grać w dużych miejscach. Pod względem dźwięku i komfortu scenicznego jest lepiej, ale jakoś daleko do ludzi...Może dlatego że to jeszcze nie tysiące.

Czy zdarzyło wam się zagrać w czyimś domu na zamówienie? Np. za skrzynkę piwa?

MW: Trzydzieste urodziny naszej przyjaciółki, a wtedy współlokatorki, Kamili. Niezapomniana impreza (nawet jeśli niewiele z niej pamiętamy). Ale to chyba jedyny raz. Mój brat próbował nas ściągnąć na domówkę, ale jakoś nie wyszło. Teść się odgraża, że zrobi kiedyś nam ogródkowy plener u siebie, ale też jeszcze nie wykonał żadnych konkretnych ruchów. Tak to jest. Wszyscy tylko mówią, ale tak naprawdę nikt więcej nas nie chce.

KP: Ale graliśmy kiedyś do kotleta.

Taki kult kotleta? kotlet na środku sceny i śpiewaliście mu miłosne piosenki?

MW: Niezupełnie. To był jakiś zjazd uczonych z UJ - średnia wieku ~50. I właściciel wykombinował, że fajnie będzie jak zagramy. My. Serio. Nie wiem skąd ten pomysł mu się wziął. Ludzie generalnie byli dość zdziwieni (zniesmaczeni?). Z nielicznymi wyjątkami - niektóre panie kręciły koncert na komórki i potem się rozpływały w pochwałach: "za młodu słuchałam flojdów..."

KP: To był zjazd stomatologów. Ale fajnie było

MW: Stomatologów? Z UJ?

KP: A jakże! Mają oddział koło więzienia w Krakowie.

Pewnego razu musieliście przenosić koncert do innego klubu, bo zabrakło prądu. Często się tak działo?

KP: Z prądem to było dawno temu. Jednorazowa akcja. I to miało być na jednej z barek. Wiadomo jak to z łodziami bywa.

MW: Ale w Łodzi nie było tak źle...?

Michał, jesteś inicjatorem i twarzą Krakowskiej Sceny Muzycznej, do tego praca w składzie muzycznym i granie. Co pochłania Cię najmocniej? A przecież gdzieś się jeszcze musi podziać życie osobiste! Posiadłeś umiejętność klonowania?

MW: I tu mnie masz - nie mam życia osobistego. To jak Mulder i Scully. Nawet niedawno oglądałem dokument o piątym sezonie „X Files” i tam Chris Carter tłumaczył, że te postacie są tak wymyślone, że mają nie mieć życia osobistego. Tylko praca. Tylko FBI, little green men i wydarzenia paranormalne. I tak chyba jest ze mną...tylko Cine, KSM i Tourette (bo jest jeszcze ta kapela!). No i Skład. Ale w Składzie mniej więcej od października 2012 roku prawie w ogóle mnie nie ma...KSM stał się tym co robię "dla składu". Życie osobiste jest przereklamowane.

Ale to jest właśnie domena XXI wieku! jak mogłeś tak mu ulec?

MW: Myślę, że to domena ludzi którzy coś robią.


Jak większość zespołów ładujecie baterie podczas koncertów, ale wyobraźcie sobie że 21 grudnia na prawdę nastąpił koniec świata i z ziemi zniknęły wszelkie instrumenty muzyczne a wy nie pamiętacie co to znaczy grać. W ogóle nikt nic nie wie na temat muzyki. Myślicie że dalibyście radę?

MW: Pewnie, że dalibyśmy radę. Zrobilibyśmy nowe, nauczylibyśmy się wszystkiego od początku, albo znaleźlibyśmy jakąś alternatywę. 21 grudnia jednak nie było końca świata, za to zagraliśmy niezły koncert.

KP:  Myślę, że siedziałbym w książkach. W sumie nie jest to takie złe

MW: W książkach? w sensie drukowałbyś je, pisał czy kserował? Aha, czy czytał?

KP: Hm. W książkach naukowych. Wybrałbym naukę.

MW: Jak Scully!

Co sprawia wam więcej frajdy, granie z Cine czy Tourette?

KP: Cinemon to część mnie. Muzyka którą czuje od A do Z. Poza tym był pierwszy. Robienie perkusji w Cine to wielka frajda. Do tej muzyki można za bębnami tańczyć. A w kwestii tourette'a… Ognista muzyka, którą również wielbię. Nie mówiąc o tym, że personalnie to najlepszy zespół na świecie.

MW: Cine i Tourette to zupełnie dwie różne sprawy, różna tematyka, różna muzyka. Cinemon zawsze będzie "mój", najbardziej osobisty. W Tourette mimo wszystko bardziej jestem sidemanem. Mam to do siebie, że wpycham się wszędzie z butami i do Tourette też się tak wepchałem. Robię tam dużo i mam duży wpływ na to co się dzieje, jednak to przede wszystkim projekt Adama Kity. Jego piosenki, jego teksty, jego wizja kapeli. Przypadkiem tak się złożyło, że z tym co mówi Kita zgadzam się na całej linii, ale sam nie zajmuję się taką tematyką. Powiedzmy, że mam inne priorytety "artystyczne". Podsumowując -  Kita pisze najlepsze polskie teksty jakie znam i mam to szczęście, że mogę się podpisywać pod nimi swoim udziałem. Super. Nadal to Cine jest mi bliższy, bo tam mogę mówić sam, swoim głosem, o tym o czym chcę. Oczywiście jeśli Kuba to wcześniej zatwierdzi.

Właśnie, u was chyba nie ma frontmana co? To jest bardziej chyba system naczyń połączonych w którym żadne nie jest lepsze ani gorsze. Dobrze myślę czy jednak jest u was jakiś gracz alfa?

MW: Wydaje mi się, że w każdej kapeli i w każdym przedsięwzięciu na świecie, w każdym związku ludzi jest "gracz alfa".

To kto jest graczem alfa w Cine?

KP: No najwięcej robi Michał w tym zespole, więc raczej on jest większym frontmanem niż ja. A Kuba - basista - to taki kot, który chodzi swoimi drogami. Bywa, że jego ścieżka jest akurat na naszej trasie koncertowej czy próbie. No Michał przyznaj się kto jest graczem alfa!

MW: Liderem niekoniecznie musi być jedna i ta sama osoba cały czas - to może się zmieniać z czasem czy z nastrojem. Ale jak nie ma kogoś, kto powie "teraz idziemy na pizzę do TEJ knajpy" to pozostajemy z zagubioną grupą ludzi, którzy nie wiedzą co ze sobą zrobić. Na pewno znasz tę sytuację z życia codziennego, z wyjścia ze znajomymi na miasto. "Gdzie teraz"? Jak ktoś nie odpowie, to nikt nie wie co zrobić.

Wczoraj oglądałam Kingsajz. Gdybyście mogli wybierać w jakim świecie żyć, to wybralibyście kingsajz czy świat szuflandii?

KP: Nie pamiętam tego filmu. To było 25 lat temu jak to widziałem.

MW: W zasadzie nasze życie to jest trochę jak bycie krasnoludkami, w jakiejś nierealnej krainie. Każda próba, każdy koncert, każdy nowy kawałek to jak realizowanie nierealnych z założenia marzeń... Różnica jest taka, że żyjemy tym na co dzień i to jest prawdziwe. Chyba?

KP: Życie w szufladach może mieć pewne ograniczenia w wolności. Jeżeli ma się zawężone granice świadomości to czemu nie. W normalnym rozmiarze i normalnym świecie jest za dużo wyborów i czasami ciężko się zdecydować na konkretną rzecz.

Z czego w swoim życiu jesteście najbardziej dumni?

MW: Osobiście - z tego że wszystko idzie do przodu, rozwija się. Nie ma stania w miejscu. Dla niektórych to, co robimy znaczy może niewiele, ale dla nas jednak idzie do przodu. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z roku na rok. Jak patrzę na to kim byłem rok temu to tylko się uśmiecham bo dzisiaj jestem tak daleko od tego...i to bardzo miłe jest. Na dodatek otaczają nas wspaniali ludzie, którym zawdzięczamy bardzo wiele. I z tego chyba trzeba być dumnym.

KP: Przyjechałem do Krakowa z mojej wioski z południa. I to był strzał w 10! Poznałem zajebistych ludzi i m.in. przez nich dotarłem tu gdzie teraz jestem. Jest powód do dumy.

[Agnieszka Hirt]