31 lipca 2013


Wbrew pozorom, nie będzie to post o komediodramacie Woodiego Allena z 1980 roku. Będzie o polskim zespole, choć brzmiącym zachodnio. Swego rodzaju cover - band choć wymykający się wszelkim skojarzeniom z tym określeniem bo tworzy aranżacje tak cudowne że osoba niezorientowana w temacie muzyki mogłaby pomyśleć że są to wersje oryginalne.

Stardust Memories to zespół założony przez muzyków grup Marii Peszek, Voice Band, Letters From Silence i Magnificent Muttley. W 2012 roku ukazała się debiutancta EPka "Stardust Memories EP" z utworami takimi jak "Song 2" czy "Little Bit" Lykke Li. W tym miejscu chciałabym szczególnie pochwalić cover duetu Röyksopp. A oto link do bandcampa grupy.

W niedalekiej przyszłości możemy spodziewać się nie tylko nowych aranżacji znanych utworów, ale także materiału autorskiego, który usłyszeć można będzie m.in 22-go sierpnia w warszawskim klubie Niedorzeczni przy ulicy Wioślarskiej 12.

Na tę chwilę zespół opublikował jeden autorski numer zatytułowany "Whilist". Gorąco polecam ten kawałek do odsłuchu, nucąc przy tym "you want me to leave you, i don`t want to". [Agnieszka Hirt]

JAGA JAZZIST Live With Britten Sinfonia, [2013] Ninja Tune || Jednym z najlepiej przeze mnie wspominanych koncertów jest poznański występ Jaga Jazzist w ramach trasy promującej ich ostatni jak do tej pory album “One-Armed Bandit”. Wciągające kompozycje, instrumentalne eksplozje, kontrolowane emocje oraz widoczna radość muzyków ze wspólnego grania i świetny kontakt ze słuchaczami zapewniły pamiętny wieczór w dusznej atmosferze Eskulapa.

Jaga Jazzist to jedno z najciekawszych i najwartościowszych zjawisk nu-jazzu. Dziewięcioosobowa grupa znakomitych instrumentalistów, pod wodzą Larsa Horntvetha, daleka jest bowiem od relaksującej muzyki do windy, popołudniowej sjesty i wieczorów przy winie. Nu-jazz w ich wykonaniu to wyrafinowany konstrukt, w którym John Coltrane spotyka się z Tortoise a jazzowe instrumentarium przecina się z elektroniką i post-rockowymi figurami. Szczególnie dwie płyty, melodyjna „A Livingroom Hush” i najbardziej eksplorująca połamane terytorium post-rocka „What We Must”, należą już do obowiązkowych klasyków. Ale nie ustępuje im wspomniany „One-Armed Bandit” włączający z kolei w ich struktury elementy rocka progresywnego.


„Live With Britten Sinfonia” to pierwszy album koncertowy Jaga Jazzist, ale jak można się domyśleć prezentujący formację w wyjątkowej odsłonie, bowiem w towarzystwie orkiestry symfonicznej. Tego typu albumów było oczywiście w historii muzyki już wiele, czy warto zatem sięgnąć po symfoniczną płytę Norwegów? Oczywiście. „Live With Britten Sinfonia” można ewentualnie potraktować jako swoisty the best of, skupiający się jednak tylko na bardziej wyrafinowanej stronie Jaga Jazzist, z naciskiem na kompozycje z „One-Armed Bandit”. Jednak przede wszystkim prezentuje znane już utwory wreszcie w ubogaconych wersjach.

Specyfiką muzyki Jaga Jazzist jest jej złożoność i niemal matematyczna precyzja wykonania. Choć budzi autentyczne emocje to jest jednak perfekcyjnie zaprojektowana. Wbrew pozorom nie ma tutaj zatem możliwości i miejsca na jazzowe improwizacje. Horntveth ściśle kontroluje swoje kompozycje, pozwalając zespołowi ewentualnie na elementy wyciszenia i przedłużania motywów, nigdy jednak na szaleńcze free-eskapady.

Dodatek w postaci orkiestry jest zatem jedną z niewielu możliwości wzbogacenia tej muzyki o nowe elementy. Rzecz jasna najczęściej pełni ona funkcję dodatkowego instrumentu, ale o tym jak doskonale poradziła sobie z samodzielnym imitowaniem brzmienia Jaga Jazzist, można się przekonać na początku pełnej piętnastominutowej wersji „One-Armed Bandit”. Jak większość albumów koncertowych, ten pozostaje zasadniczo pamiątką dla fanów. Szkoda tylko, że nie ukazał się jako DVD, z pewnością bowiem robiłby większe wrażenie, takie, na jakie Jaga Jazzist w pełni zasługuje. 7/10 [Wojciech Nowacki]

EDITORS The Weight of Your Love¸ [2013] Play It Again Sam || Gdy na początku lat zerowych szalała nowa rockowa rewolucja, raczej ją ignorowałem zajmując się klasyką rocka. Bo po co słuchać odniesień do bluesa, hardrocka, punku, nowej fali, skoro można sięgnąć po oryginały. Dopiero pod koniec tej fali spadły na mnie jak grom z jasnego nieba dwie piosenki, ledwie zapowiadające taneczny miks gatunkowy lat następnych: „Take Me Out” Franz Ferdinand oraz „Munich” Editors.

„The Back Room” jest dziś płytą niedocenianą a bez wątpienia klasyczną. Stylowa, zadziorna, surowa i nieprzyzwoicie przebojowa, w której każdy element i każda piosenka były na swoim miejscu. Między bajki włożyć można było porównania do Joy Division (via Interpol), pokażcie mi kogoś, kto potrafiłby tańczyć i wyśpiewywać swe gardło do muzyki Iana Curtisa. Joy Division ostrzyli w naszych rękach tępe żyletki, Editors wstrzykiwali adrenalinę prosto w serce.

Szkoda, że padli ofiarą znanego syndromu chęci bycia „bardziej”. Na „An End Has a Start” mamy teoretycznie te same składniki. Melodie, gitary, teatralne wokale, ale wszystko zagęszczone przeprodukowaniem i przearanżowaniem. Jest tam kilka świetnych kompozycji, ale jako całość album ten zmienił się w dźwiękową magmę. Syntezatorowy eksperyment na „In This Light And On This Evenig”, jakiekolwiek były jego przyczyny, mnie przekonywał. Utwór tytułowy, tylko początkowo irytujący „Papillon” i rewelacyjne „Eat Raw Meat = Blood Drool” należą do najlepszych utworów Editors, reszta kompozycji jest jednak dość miałka, w efekcie ten potencjalnie bardzo dobry album zapada się pod ciężarem własnej nierówności.


Stąd moje zaskakująco pozytywne odczucia po pierwszym pobieżnym przesłuchaniu „The Weight Of Your Love”. Dla odmiany płyta brzmi spójnie i równo, co przy powrocie do gitarowego grania najbardziej przypomina „An End Has a Start”, ale w znacznie lżejszej wersji. Kłopoty ujawniają się dopiero przy uważniejszym odsłuchu. Niemniej pierwsze single należą do zdecydowanie udanych, będąc zarówno przebojowymi, jaki i ukazując nowe oblicze zespołu. „A Ton Of Love” żartobliwie nazywam najlepszym singel U2 od lat, jest tu żar, pojawia się i New York, i desire. „The Weight” to już Editors ani nie ostre, ani zadziorne, lecz przestrzenne, kroczące, a za mocną, momentami południową gitarą pojawiają się i smyczki.

Podobnie brzmi „Sugar” w stylu rocka lat dziewięćdziesiątych, z popowym refrenem i konsekwentnie kojarzący się z U2. Jeszcze mocniej słychać to w „Formaldehyde”, wbrew tytułowi sugerującemu większy ciężar gatunkowy. Wspomniane smyczki szczególnie silnie wyeksponowane są w „Honesty”, w których pobrzmiewa też sekcja dęta oraz bardzo mocno zredukowane w stosunku do poprzedniej płyty syntezatory. Ballady na „The Weight Of Your Love” prezentują zaś różne oblicza, epicko się rozkręcające (znów lata dziewięćdziesiąte) w „What Is This Thing Called Love” czy bardziej poetyckie w „Nothing”.


Wadą albumu nie okazują się jednoznacznie wcześniej zapowiadane inspiracje amerykańskim rockiem sprzed dwóch dekad, prowadzące to silnych skojarzeń z „amerykańskim” etapem w historii U2. Tym razem płyta jest tak równa, że mało co ponadprzeciętnie się wybija, brakuje ognistych refrenów, chwytliwych melodii, w drugiej połowie robi się już miejscami nudno i nie pomaga sięgnięcie po folkową stylistykę w „The Phone Book”.

Jest to Editors dojrzalsze, ale pozbawione większości dawnego napięcia. Silnie ujawnia się tu też ich słabość do zbytniego przeciągania kompozycji, większość utworów przekracza cztery minuty, skrócenie ich z pewnością dodałoby albumowi blasku. Jak zwykle, na szczęście, dodatkowego blasku nie potrzebuje głos Toma Smitha, który znacznie poszerzył tu swoje zdolności wokalne i interpretatorskie. Płyta niepozbawiona wad, ale i zalet, nie wzbudza ani większych emocji, ani też kontrowersji. Tym bardziej po obecnym wyciszeniu ciekawi mnie ich kolejna wolta stylistyczna, jakakolwiek by ona nie była,  Editors brzmią zawsze unikalnie. 6/10 [Wojciech Nowacki]

26 lipca 2013


WILD TIDES Hung Loose¸ [2013] self-released || Letná to parkowe wzgórze nad brzegiem Wełtawy, znane wszystkim mieszkańcom Pragi i cudzoziemcom będącym tam dłużej niż na krótkiej standartowej wycieczce. Niegdyś stał tam monumentalny pomnik Towarzysza Stalina w otoczeniu żołnierzy i klasy robotniczej. Postać bodajże pionierki znajdującego się za nią czerwonoarmistę niefortunnie trzymała za krocze, co stało się niejako śpiewem przyszłości życia na Letnej.

Tam zawsze jest lato, niezależnie od pory dnia i roku mieszkańcy udają się do jednego letneńskich piwnych ogródków, przychodzą uprawiać sporty, biegać, bawić się z psami, lub po prostu zasiąść z piwem na trawie (co jest legalne) lub zapalić (substancje legalne z przymrużeniem oka), turyści zaś wdrapują się po betonowych schodach, by podziwiać klasyczny widok na miasto. Letná to także nazwa dzielnicy rozciągającej się parkowym wzgórzem i nic dziwnego zatem, że to właśnie stamtąd pochodzi bodaj jedyna grupa… surf-rockowa.

Bo dlaczego nie, nawet Stalinowi musiało być przyjemnie w słońcu na powietrzu, Wełtawa, choć kapryśna, nie sprzyja może surfingowi, ale miejsce to stało się synonimem przyjemności, zabawy i beztroski. Podobnie jak muzyka Wild Tides. Epka „Hearts On Fire” wskazana zostało jako jedno z najciekawszych wydawnictw zeszłego roku, chłopcy z Letnej nabrali zatem wiatru w żagle i w tym roku wydali pełnowymiarowy (choć dwudziestominutowy) album „Hung Loose”.


Wesoło jest od pierwszych taktów „Something Else About Her”, choć zespół ledwie się tu rozkręca, to wybija się tu chwilę firmowa gitara. Półtoraminutowy „Gimme’ The Blues” to już odrobinę większy kaliber cięższego i klasycznego rocka przefiltrowanego przez post-punkowe motywy. Singlowy „Watching Grlz Talk” to popisowy rock’n’roll z automatem perkusyjnym w podkładzie, po którym następuje „Little Darlin’” dansingowy przytulaniec rodem z weselnej sali.

Odrobinę poważniej robi się w po tarantinowsku południowym i koronkowo gitarowym „Marry Me”. Krótka to chwila, bo do rock’n’rollowego pędu wraca „My Daniela (Reprise)”. Najdłuższy na płycie „California Wet Dreamin’” to już całkiem udana synteza surfowego pastiszu z jak najbardziej współczesnym gitarowym indie. Odrobina folku pojawia się w „Instead Of Two Beating Hearts”, finałowe „Shrines” żegna nas zaś gęstym post-punkiem. Dwadzieścia jeden minut muzyki i chcemy tylko więcej.

Lekkość, zabawa, odrobina brudu, to wszystko znajdziemy na „Hung Loose”. Płyta, co typowe dla alternatywnych Czech, wydana została w postaci darmowego download’u oraz na pięknym winylu nakładem zasłużonego Election Records. Zachęcam zatem do pobierania i zażycia odrobiny beztroski. Słońce, piwo, pudełko pizzy, Letná. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

FUKA LATA Electric Princess EP¸ [2013] Kondico Dreams || Chętnie wracam ostatnio do debiutu Fuki Lata. „Other Sides” to niby hipnotyczny gitarowy shoegaze, ale bliski choćby eksperymentom Sun Araw. „Saturn Melancholia” ukazała już elektroniczne oblicze duetu, a w połączeniu z jeszcze lepszym wcieleniem koncertowym, stała się niemałą obietnicą przebojowego potencjału. Jedno z ciekawszych zjawisk na polskiej scenie elektronicznej powraca z nowym wydawnictwem – epką „Electric Princess”.


Singlowy utwór „Velvet Daze” nie stanowi wielkiej odmiany brzmienia Fuki w stosunku do „Saturn Melancholii”. To nadal przestrzeń wypełniona leniwie odrealnionym wokalem, śmielej już jednak taneczną podstawę zaznacza syntezatorowy puls. Rozbłyskujące w mroku światło nie pochodzi bynajmniej z refleksów dyskotekowej kuli, lecz z tajemniczych kwazarów, równie odległych co śpiew Lee.

Kosmiczne odniesienia mogą trącić lekką pretensją, ale w przypadku Fuki Lata są jak najbardziej poważne i uzasadnione. Już wcześniej określiłem ich muzykę mianem „space-rocka bez rocka”, nawet tak taneczne kompozycje jak „Till the End” sprawiają wrażenie wypełniającego kosmiczną próżnię promieniowania przepisanego na język muzyki. Z dodatkiem italo-disco celem uczłowieczenia.



Bardzo podobnie jest w gęstym utworze tytułowym, któremu chwilami towarzyszą dźwięki rodem z pinkfloydowskich „Echoes”. Szczególnie jednak wyobraźnię porusza finałowy „Simple Case”. Mocniejszy i rozdygotany bit plus popowe ozdobniki natychmiast każą się zastanawiać, jak doskonale prezentować się musi w koncertowym wydaniu. Nic dziwnego zatem, że występ Fuki Lata na Primaverze powoli zaczyna obrastać już w legendę. Znajomy, czystej krwi kataloński hipster z Barcelony, odmierzający swoje życie kolejnymi edycjami festiwalu, uznał koncert polskiego duetu za najlepszy moment tegorocznej edycji.

Koniecznie zatem należy trzymać kciuki za Fukę Lata. Ewolucyjne zmiany prowadzą Mito i Lee w bardzo ciekawą stronę, taneczny pop wydaje się jednak raczej tylko dodatkiem do ich transowych brzmień, niż punktem docelowym. Pozostaje tylko czekać na kolejne elementy, cztery zaprezentowane tutaj utwory bowiem niezauważalnie stapiają się w dość jednorodną całość. Ale taki już urok tego ledwie dwudziestominutowego i intrygującego wydawnictwa. 7/10 [Wojciech Nowacki]

25 lipca 2013


EMPIRE OF THE SUN Ice On The Dune, [2013] EMI Australia || Minęło już pięć lat od debiutu Empire of the Sun. Wtedy, w 2008 roku, Australijczycy zgodnie uznani zostali za, delikatnie mówiąc, odpowiedź na święcące tryumfy MGMT. Osuwających się w narkotyczną psychodelię Amerykanów przytłoczyły artystyczne ambicje. Empire of the Sun od początku miało być produktem czysto użytkowym, dostarczającym nieskrępowanej zabawy.

Szczególnie koncerty, w przeciwieństwie do wycofanych MGMT, są prawdziwym popisem wyobraźni, barw, efektów, choreografii, eksplodującego kiczu, ale też wystudiowania. Nawet jeśli wyreżyserowany co do sekundy koncert na Open’erze w 2010 roku był w istocie (pół)playbackiem, to stanowił spektakularne widowisko. Stąd chętnie wracam do „Walking On A Dream”.

Nie miałem wątpliwości co do tego, że jeśli ukaże się drugi album Empire of the Sun, to nie przyniesie żadnych zmian w muzyce duetu, dalej eksploatując neonowy kicz lat osiemdziesiątych i science-fiction klasy B, ewentualnie oferując nowy „mit założycielski” w postaci nowych strojów, efektów i opowieści stojącej za płytą. „Walking On A Dream” i „Ice On The Dune” nie są może concept-albumami, ale kreacja artystyczna stojąca za Empire of the Sun, czerpiąca garściami z muzycznych i filmowych inspiracji Steele’a i Littlemore’a, jest równie ważna co muzyczna strona przedsięwzięcia. Może i nawet ważniejsza.


Na „Ice On The Dune” jest oczywiście przebojowo i nieinwazyjnie, albumu słucha się przyjemnie w tle, świetnie zapewne sprawadza się na imprezach. Od razu słychać, że mamy do czynienia z Empire of the Sun, nic nas w tym względzie nie zaskoczy, choć bez wątpienia jest to płyta słabsza do debiutu. „Walking On A Dream” miało przewagę w różnorodności, obok singlowych hitów znalazły się całkiem intrygujące kompozycje jak „Delta Bay” czy „Swordfish Hotkiss Night”. Nowa płyta jest natomiast rozczarowująco jednorodna, patent na niemal każdy utwór to charakterystyczne wokale plus prosty i mocno taneczny bit.

Album zwalnia odrobinę w drugiej połowie, ducha debiutu przywołuje „Surround Sound” czy niemal całkowicie instrumentalny „Old Flavours”. Singlowa kariera czeka zapewne na odrobinę daftpunkowy „Celebrate”. „Alive” w tej roli sprawdziło się średnio, choć zasadniczo jest kwintesencją stylu Empire of the Sun, słuchając jednocześnie zgrzyta się zębami i tupie nóżką.

Wrażenie robi „Awakening”, jak bowiem można zrobić w XXI wieku utwór brzmiący dokładnie jak… Modern Talking i jednocześnie odczuwać przyjemność z jego słuchania? Najmocniejszą zaś piosenką na płycie jest, nie licząc krótkiego intro, pierwsza, jakby idealnie napisana z okazji zbliżających się urodzin naszego bloga. Podśpiewując zatem be my, be my DNA tupię nóżką dalej. 5.5/10 [Wojciech Nowacki]

24 lipca 2013


Medialną gwiazdą tygodnia stał się George Alexander Louis, który mimo zupełnego braku osobistej historii (no pomijając rozdmuchanie jego wyjścia z księżny Kate), otrzymał wsparcie milionów ludzi. Do wsparcia (całe szczęście że nie do parcia - to by dopiero była parodia) przyłączyli się nawet muzycy, którzy poprzez swoje konta na twitterze graturowali narodzin młodego księcia szczęśliwej parze oraz wyrażali swoje zaciekawienie imieniem nowego członka rodziny królewskiej.

Wpisując w pole wyszukiwania kanału youtube frazy "blured lines parody", oczom internauty ukazuje się bogata lista filmów naśladujących hit Robina Thicke. Jednak mistrzostwo w tej klasie osiągnęła grupa Mod Corousel, która stworzyła - niezaprzeczalnie najlepszą - parodię tego klipu ever!

Pozostając w klimatach żartu i żenady, to co czasem można przeczytać w amerykańskiej prasie muzycznej sprawia że człowiek na chwilę zapomina o absurdach polskiej telewizji. Otóż ostatnio NME postanowiło poinformować swoich czytelników iż Beyoncé, podczas jednego z koncertów, zaplątała swoje włosy w jakiegoś fana. Po chwili włosy wróciły na swoje miejsce a dzielna gwiazda dokończyła wykonywać utwór "Halo". Pozostawię tutaj miejsce na wasz osobisty komentarz.

A! Z kolei jej mąż, Jay - Z, postanowił nie nazywać się już Jay - Z, lecz Jay Z. Mention it...

Z istotnych informacji, warto wspomnieć o planach grupy Metalica na 2014 rok. Po pierwsze: mówią, że będzie płyta. Ostatnia wydana w 2008 roku, nosiła tytuł "Death Magnetic" a przyszłoroczna ma być jej kontynuacją. Poza tym dopiero co wyszedł oficjalny trailer do filmu 3D zatytułowanego "Metalica - Through The Never", który podziwiać będzie można już niebawem.

Florence Welch wykonała niedawno w jednym z londyńskich barów cover - wymolestowanego już przez wielu - singlowego "Get Lucky" duetu Daft Punk. Wideo z tego występu zobaczycie po kliknięciu. O tutaj.

W kraju, trwa oczekiwanie na dwa ostatnie alternatywne festiwale. Czy OFF wygra bitwę o słuchaczy z o wiele starszym kolegą Woodstockiem? Tego nie wie nikt. Na wyniki przyjdzie nam poczekać jeszcze ponad tydzień.

Ósmego lipca ukazała się debiutancka EPka Michała Wendekera "UNDERDOG" - utalentowanego chłopaka z Lublina, którego twórczość zaczyna się na łagodnych, płaczliwych balladach a dochodzi aż do mocno brzmiących gitar i bluesowej chrypy.

A na koniec coś co podesłał nam na maila redakcyjnego pewien artysta. Być może komuś się spodoba. Panie i Panowie: Sauer Adler[Agnieszka Hirt]

22 lipca 2013


Jedenastego lipca miała miejsce premiera dwóch nowych utworów Jakuba Sikory, na scenie muzycznej znanego pod pseudonimem ZaStary (jak również z zespołu Crab Invasion). Wcześniej z tego solowego projektu urodziło się już jedno dziecko w postaci EPki "Stary Dance" wydanej w zeszłym roku (do posłuchania tutaj).

Materiał, który trafił ostatnio do eteru, to dwa nietuzinkowe kawałki. "Przypaszcz" to piosenka, przypominająca mi nieco stylistyką amerykański zespół Maps & Atlases. Całość zaśpiewana w języku polskim a przy tym nie traci na lekkości, o którą zwykle ciężko artystom wykonującym utwory po polsku. Natomiast "Szwecja" to coś dla wielbicieli instrumentalnych, elektronicznych smaczków. Co prawda krótka, ale piękna muzyczna podróż. Zapraszam do zapoznania się! [Agnieszka Hirt]

Znamy już szczegóły trzeciego albumu Coldair. "Whose Blood" ukaże się 13 września nakładem nowego labelu Tobiasza Bilińskiego - Twelves Records. Płyta wydana zostanie nie tylko na płycie kompaktowej, ale i na winylu, dostępna będzie do zakupienia poprzez stronę labelu, na której to wkrótce należy się spodziewać opcji pre-orderu. "Whose Blood" trafi także do dystrybucji klubowej.

Niedawno mogliśmy usłyszeć urokliwą kompozycję "In The Nether", wcześniej zaś świetny singiel "Sign". Na albumie ma się znaleźć łącznie 11 utworów, jest zatem na co czekać, tym bardziej, że Coldair zapowiada na październik trasę koncertową po Polsce, na styczeń przyszłego roku po Europie a na marzec po Stanach Zjednoczonych. Przesada? Skądże znowu! Przypomnijmy choćby fakt udziału Tobiasza w legendarnym festiwalu SXSW czy bycia zauważonym przez magazyn Under the Radar. [Wojciech Nowacki]

21 lipca 2013


Ostatnimi czasy zacząłem uważać, że koncertowa sytuacja Poznania nie jest już tak zła jak kiedyś. Odwołanie koncertu Atoms For Peace zapewniło jednak kilkanaście kroków wstecz w budowaniu wizerunku miasta, w którym mogą odbywać się wielkie i interesujące koncerty, przy okazji stając się największym muzycznym rozczarowaniem tego roku.

Wczorajszego wieczora na placu Wolności, tuż przed „występem” Cat Power, na scenie pojawił się Pan od Festiwalu Malta, którego niestety nazwiska nie dosłyszałem, nie wiem nawet czy się przedstawił, zapowiedziany też chyba nie został. Nie, nie jestem ignorantem, ale każdy ma swoje obszary zainteresowań i Festiwal Malta jako wydarzenie teatralne w zakres moich nie wchodzi. Interesują mnie tylko podczepione pod ten szyld koncerty.

Informacja o odwołaniu Atoms For Peace pojawiła się w dniu koncertu przed południem, wspomniała jedynie o kwestiach bezpieczeństwa, nie wspomniała natomiast o Cat Power, po czym przez kilka godzin nie pojawiły się żadne dalsze oficjalne wieści.

Wracając do słów organizatorów. Podczas budowy sceny na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich miały objawić się problemy techniczne, mogące rzutować na kwestie bezpieczeństwa (a wg niepotwierdzonych plotek dotyczące zabezpieczenia dachu sceny). Organizatorzy zasięgnęli po opinie kliku rzeczoznawców, otrzymane ekspertyzy okazały się sprzeczne. Będąc w stałym kontakcie z managementem Atoms Fot Peace, zdecydowano, że jeśli jest choć ułamek prawdopodobieństwa zagrożenia to koncert musi zostać odwołany. Przy okazji powołano się na zeszłoroczne wydarzenie w Toronto, kiedy to w wyniku zawalenia się sceny zginął na miejscu jeden z technicznych Radiohead. Zrozumiałe jest zatem, że Thom Yorke może czuć się osobiście przeczulony w sprawach bezpieczeństwa.

Brak szczegółowych informacji wytłumaczony został szacunkiem wobec publiczności, której chciano zaoszczędzić niepotwierdzanych danych i uraczyć dopiero oficjalnym stanowiskiem. Informacji zaoszczędzono widać również Chan Marshall, która zdążyła dotrzeć z zespołem do Poznania i rzekomo po ujrzeniu małej sceny przeznaczonej na darmowe koncerty na placu Wolności postanowiła, że musi na niej wystąpić.

Nie rozumiem dlaczego nie zdecydowano się przynajmniej na szczątkową formę koncertu Cat Power, będąc w dobrej formie multiinstrumentalista Chan spokojnie mogła przedstawić set choćby akustyczny. Wspomniany set DJ’ski wyglądał w ten sposób, że Gregg Foreman, jeden z członków jej zespołu puszczał wesołe piosenki, później zaś sama Cat Power na scenie po prostu się… pojawiła. Trochę potańczyła, zaprosiła parę osób z publiczności na scenę i tyle dobrego, że przynajmniej za darmo można było zobaczyć jej nieogarniętą blond czuprynę a’la Pani Hooch z Harry’ego Pottera.

***

Poznań uważam w dużym uproszczeniu za kulturalną pustynię i miasto, którego władze skupione są wyłącznie na sporcie i biznesie. Miasto położone idealnie pomiędzy Berlinem i Warszawą, Pragą i wybrzeżem, przez całe niemal lata dziewięćdziesiąte pomijane było przez zagranicznych wykonawców podczas ich tras koncertowych. Sporadycznie odbywały się koncerty w Arenie, która nigdy nie osiągnęła statusu katowickiego Spodka, miejski stadion zaś gościł raz na kilka lat bezpiecznych wykonawców w rodzaju Petera Gabriela czy Stinga.

Oczywiście lepiej wygląda sytuacja koncertów klubowych. Średniej wielkości Eskulap znany jest głównie jako największa miejska łaźnia, jego niejasna sytuacja prawna i rodzące problemy komunikacyjne położenie, sprawiły, że najciekawsze koncerty w Poznaniu odbywają się w małych klubach w rodzaju Meskaliny czy Pod Minogą. Niekoniecznie zatem w komfortowych warunkach, ale chwała im za chęci.

Przełomem w obecności wielkich koncertów w przestrzeni Poznania był rzecz jasna występ Radiohead w 2009 roku. Przy okazji na powierzchnię wypłynął problem braku stosownego miejsca na tak wielkie wydarzenie, bynajmniej nie z powodu proekologicznych wymogów Thoma Yorke’a. Sama Cytadela sprawdziła się moim zdaniem bardzo dobrze, zarówno pod względem przestrzeni, jak i komunikacji z centrum miasta, ale w kwestii organizacji przypomnę legendarny już powrót tysięcy ludzi wypuszczanych przez jedną bramkę w ciemności Cytadeli i barwną możliwość potknięcia się na korzeniach, stoczenia się po nieoświetlonych stokach, tudzież rozbicia głowy o groby czerwonoarmistów.

Niewiadomo było natomiast czy sam koncert jest niezależnym eventem, jednym z cyklu „Poznań dla Ziemi”, czy częścią zakończonego miesiąc wcześniej Festiwalu Malta. Przekaz medialny i spójność marki zawsze była bolączką teoretycznie „maltańskich” koncertów. A ich historia rozpoczęła się tak naprawdę od legendarnego już wydarzenia, jakim w 2006 roku był występ CocoRosie, Antony’ego & The Johnsons, Devendry Banharta i Animal Collective. W ostatnich latach praktycznie co roku odbywał się w Poznaniu koncert wielkiej i niebanalnej gwiazdy, żeby wspomnieć Portishead i Fleet Foxes w 2011 roku czy Faith No More w zeszłym. Uparcie organizowane nad jeziorem Malta, kolejnym fatalnym miejscem pod względem warunków i komunikacji (fun p.t.: "ile setek ludzi wmieści się do pojedyńczego autobusu" lub "w ile godzin uda mi się dotrzeć pieszo do centrum").

W tym roku miało być już niemal idealnie (pomijając niezwykle wysoką cenę biletów). Odnowiony teren MTP staje się powoli naczelnym i potencjalnie najlepszym miejscem koncertowym w Poznaniu. A jako że uważam, że w Poznaniu nie ma warunków ani społeczno-kulturalnego klimatu na organizację wielkiego festiwalu muzycznego, pogodziłem się z formułą poszerzenia teatralnej Malty o coroczne, pojedyncze i niebanalne koncerty, pod warunkiem spójnego przekazu wizerunkowego. Również z tym nie było w tym roku już problemu, zarówno w przypadku Kraftwerk, jak i Atoms For Peace. Niestety, wczorajsza wpadka mocno odbyła się na wizerunku festiwalu i całego miasta. Mimo starań wielu ludzi, przekaz jest dość czytelny – Poznań nadal nie jest miastem gotowym na wielkie eventy muzyczne, zarówno mentalnie, jak i organizacyjnie. Jedyna korzyść z zaistniałej sytuacji jest taka, że nie wyobrażam sobie by pozwolono sobie na powtórkę z niej przyszłości. [Wojciech Nowacki]

19 lipca 2013


G.WOLF Magnetic Dog, [2013] Experience Based Music || Czasem każdy potrzebuje odpocząć od współczesnego świata ciągłych nowości, post-gatunków i presji bycia na bieżąco. Tradycja, mniej lub bardziej jawnie, skrywa się jednak wszędzie, ale jawne deklaracje o graniu „tradycyjnego” rocka w polskich warunkach najczęściej rodzą nienajlepsze skojarzenia z juwenaliowo-komercyjną przaśnością. Jak zwykle najlepszym ruchem okazuje się w tej sytuacji sięgnięcie pod powierzchnię, skąd jako ratunek dla poszukujących klasycznych gitar wyłania się płyta Wojciecha Garwolińskiego.

W latach dziewięćdziesiątych nastąpił pamiętny wysyp polskich zespołów rockowych. Głogowskie Pivo zdobyło w 1995 roku nagrodę we współorganizowanym przez „Tylko Rock” konkursie Marlboro Rock-In, dwa lata później udało im się wydać debiutancką płytę „Dziki dziki”. Co bardziej wiekowi z Was pamiętać mogą redhotową piosenkę „Dziki dziki zwierz” czy grunge’ową balladę „Słońce, które znasz”. Po zderzeniu z ówczesnymi realiami, silną konkurencją i niepodzielną władzą wielkich wytwórni, Pivo zakończyło działalność koncertową i choć zarejestrowało drugą płytę „12 małp”, to materiał ten nigdy się nie ukazał.

Twarzą grupy był wokalista i gitarzysta Wojciech Garwoliński. W nowej dekadzie i na nowych warunkach powrócił z zespołem Kości. Rockers Publishing w latach „zerowych” wydało szereg niezwykle ciekawych albumów, Mordy wydały tam zjawiskowe „Of’Fruits”, publikowali tam Ludzie (dziś Peepol) oraz właśnie Kości, których debiut „K”, wyprodukowany przez będącego ówcześnie na fali Maćka Cieślaka ze Ścianki, prezentował surowe gitarowe brzmienia entuzjastycznie przyjęte przez wtajemniczoną krytykę i koncertową publiczność.

Końcem Kości było odejście Garwolińskiego, z wolna spełniającego się w solowym kompozytorstwie, którego końcowym efektem jest materiał zarejestrowany w zeszłym roku pod szyldem G.Wolf. Nie dajcie się zwieść etykietce „hendrixowskiego” rocka, „Magnetic Dog” daleki jest od bałwochwalczego imitowania legend, jego horyzonty i odniesienia są znacznie szersze, sięgając od klasyki rocka po gitary jak najbardziej współczesne. Już wciągający i motoryczny „Anymore”, podparty mocnym basem Olafa Deriglasoffa, kojarzyć się może z pustynną psychodelią Queens of the Stone Age. Od pierwszych dźwięków „Street Thing” można zaś spokojnie pomyśleć, że mamy do czynienia z nagraniem choćby The Black Keys.

Dalej w czasie cofa nas hardrockowa ballada „Drifting”, przywołująca epokę grunge’u spod znaku Alice in Chains. Do klasyki sprzed dekad nawiązuje nie tylko oczywista kompozycja „Freedom” Jimi’ego Hendrixa, ale i tytułowy „Magnetic Dog”, jakby rodem z pamiętnej „trójki” Led Zeppelin. Warto jeszcze zwrócić uwagę na po prostu dobrą piosenkę „Goodbye Song” oraz na niby-klubowy i rozimprowizowany jam „Black Moon”.

Reaktywowane po latach Pivo (i przymierzające się do wydania nowego materiału) wykonuje na koncertach również utwory G.Wolfa. W wydaniu studyjnym jest to jednak power-trio (oprócz Garwolińskiego i Deriglasoffa również perkusista Mario Bielski) w stylu Cream, z którym to zespołem łączy ich również osoba tekściarza Pete’a Browna, odpowiedzialnego za większość słów zawartych na „Magnetic Dog”. Taki już urok tria, że gdy milknie gitara zostajemy głównie z podbitym perkusją klangującym basem i aż prosi się o wypełnienie tej przestrzeni bogatszą produkcją. Niemniej swobodna i w duchu rozimprowizowana płyta zapewnia świetny wypoczynek od przeładowanej współczesności. 6/10 [Wojciech Nowacki]

18 lipca 2013


SIGUR RÓS Kveikur, [2013] XL Recordings || Pamiętam jeszcze recenzję „Ágætis Byrjun” z „Tylko Rocka” autorstwa Borysa Dejnarowicza. Był to zaprawdę dobry początek dla tajemniczej, ówcześnie niemal podziemnej grupy, łączącej post-rockową moc z eterycznością rodem ze starego 4AD. Celowo pomijam tutaj „Von”, pokażcie mi bowiem kogoś, kto powracałby często do tej płyty, której największą zaletą jest fioletowe pudełko i dawna snobistyczna niedostępność. „Ágætis Byrjun” jest absolutnym klasykiem, potężnie brzmiącym, z kompozycjami o unikatowej strukturze, w gruncie rzeczy niepokojącymi i dalekimi jeszcze od wystudiowanej pretensjonalności. Jedynie od „Starálfur” zgrzytają zęby, ale „Flugufrelsarinn” czy „Ný Batterí” nadal za każdym razem maglują emocjonalnie.

O „(…)” często mówię jako o swoim ulubionym albumie Sigur Rós, niekoniecznie łatwym, ale z pewnością innym od poprzednika i przemyślanym, a za brutalny geniusz finałowego utworu dałbym się rozstrzelać. Potem było jednak gorzej. Chęć stworzenia, poprzez złączenie wszystkich charakterystycznych dla Sigur Rós elementów, świadomie „bajecznego” albumu „Takk…” zasadniczo zawiodła. Próba odmiany brzmienia na „Með Suð Í Eyrum Við Spilum Endalaust” udała się zaś tylko połowicznie.

Przerwa w działalności nie była specjalnie dramatyczna, otrzymaliśmy w tym czasie dwa albumy Jónsiego, solowy, na którym poeksplorował swe piosenkowe ciągoty, oraz nagrany wspólnie z partnerem, mocno ambientowy i kontemplacyjny. Można było zatem przypuszczać, że powrót Sigur Rós będzie epickim, zespołowym dziełem na miarę pierwszych płyt, co tylko wzmacniały zapowiedzi o „elektronicznym brzmieniu”, „trudności materiału” i rzekomym podobieństwu do „(…)”. Nad biednym „Valtari” nie mam już sił po raz kolejny się pastwić, ale cieszę się, że nie zawiodły mnie przeczucia związane z pojawieniem się „Brennisteinn”.


W recenzji epki nazwałem ten utwór najlepszą kompozycją Sigur Rós od lat i przez analogię do słabego „Valtari” zapowiedzianego słabym singlem odważyłem się mieć spore nadzieje co do nowej płyty. I bingo, „Kveikur” nie jest albumem genialnym, ale zdecydowanie najlepszym w dyskografii Sigur Rós od ponad dekady. Potężny „Brennisteinn” na otwarcie znajduje swoją kontynuację w „Hrafntinna”, utworze melancholijnym, ale nie pretensjonalnym, głównie dzięki wyeksponowaniu instrumentów dętych kosztem typowych dla Sigur Rós smyczków. Szkoda jedynie, że całkowicie niezapamiętywana okazuje się melodia, ten brak jednak całkowicie rekompensuje radosny i przebojowy „Ísjaki”.

Tytułowy „Kveikur”, choć krótszy od „Brennisteinn”, jest drugim emocjonalnym filarem albumu. Chóralny wstęp, nietraktowana smyczkiem brudna gitara, mocna perkusja i post-rockowy szum w finale przywracają wiarę w Sigur Rós jako zespół rockowy. Stąd też kolejna w zestawie gitarowa piosenka „Rafstraumur”, jak na sigurowe standardy - po prostu rockowa. Szkoda jednak, że reszta utworów, poza minorowym outro, to zasadniczo rozpędzone i średnio rozpoznawalne piosenki jakich w repertuarze grupy wiele.


Przesadzone są głosy o gniewnym i agresywnym charakterze „Kveikur”, te elementy ograniczają się bowiem do raptem dwóch najlepszych utworów. Album jako całość wydaje się zaskakująco radosny, nawet jeśli jest to radość neurotyczna i rozedrgana. Tym samym „Kveikur” okazał się tym, czym miało być „Með Suð Í Eyrum Við Spilum Endalaust”, czyli zbiorem witalnych piosenek podanych na sigurowy sposób. W przeciwieństwie do tamtej płyty, „Kveikur” jest jednak dziełem spójnym, poszczególne utwory dość płynnie w siebie przepływają, łączą je też między sobą wzajemne muzyczne i liryczne powiązania. Jest to też, jak na Sigur Rós, płyta krótka, zamiast przesytu pozostawia nas zatem w przyjemnym rozczarowaniu. Dodajmy do tego fajne zabiegi produkcyjno-aranżacyjne, wyeksponowanie dęciaków i otrzymujemy naprawdę udany album. Naprawdę się cieszę, że Sigur Rós nadal są do nagrania takiego zdolni. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

14 lipca 2013


Dawno mnie nie było... Nie będę nawet przez chwilę starała się tłumaczyć bo i tak mi nie uwierzycie. Po wstępnej analizie przypadku, ustaliłam wersję następującą: czarujący kosmici w przebraniu francuskiego duetu Daft Punk porwali mnie na miesięczne wakacje i tam molestowali coverami "Get Lucky". A jeśli o te chodzi, to powstało ich już tyle że nie zdziwiłabym się gdyby po jakimś czasie wyszedł krążek zatytułowany "Random Get Lucky Covers". Do moich ulubionych należą ten stworzony przez George`a Barnetta oraz parodia z wykorzystaniem wizerunku Baracka Obamy. Czy prezerwatywy "Get Lucky" wyszły z durex`a czy nie, pozostaje wciąż owiane tajemnicą. Tak czy inaczej seks do reklamy wszedł już dawno i bardzo mu tam dobrze, więc nikogo nie powinno dziwić że i muzyka promuje się poprzez skojarzenia z hedonizmem.

Ostatnio sporo uwagi przykuł do siebie Nick Cave, który to na najbardziej oczekiwanym gdyńskim festiwalu opluł jakąś młodą damę, której zapewne wydawało się że śpiewa dla niej miłosną pieśń. Opener już minął ale zaczął się Slot Art Festival. Jak on się skończy to na następny poczekamy sobie do 19-go lipca, chociaż w akcie desperacji zawsze można wybrać się na poczciwą Maltę która w Poznaniu trwa od końca czerwca i potrwa jeszcze do trzeciego tygodnia lipca. I tu zapewne pojawi się pierwszy dylemat festiwalowiczów, gdyż Jarocin Festiwal pokrywa się z ostatnimi dniami Malta Festival Poznań podczas których zagra m.in Atoms For Peace. Woodstock i Off Festival też się posprzeczają ale to dopiero na początku sierpnia więc już sobie odpuśćmy te ploteczki i zajmijmy się poważnymi dylematami Justina Biebera.

Justin pokłócił się z Bilem Clintonem... a właściwie to publicznie wyraził swoją opinię na jego temat... a potem szybciutko wycofał się ze swojej wypowiedzi i grzecznie byłego prezydenta przeprosił.

Po trzech akapitach zwykle staje się poważna. Przyszedł zatem czas na podanie kilku informacji, które mogą zaciekawić jedną z dwóch osób które w ogóle jeszcze czytają CTPWM. Pierwsza z nich jest taka, że Michael Diamond z Beastie Boys ma dla was nową muzykę. Długą i o dość specyficznej nazwie. Mix ma się rozumieć.


Dawid Podsiadło wydał ładną płytę, chociaż zdania na temat jego talentu są podzielone. Ja uważam że go posiada a najbardziej lubię to sobie udowadniać słuchając utworu Elephant. Pozostając w kraju, pragnę polecić jeszcze nowy kawałek od Mateusza Niedodźwięki. Co prawda troszkę już czasu minęło, ale lepiej późno niż w ogóle a poza tym tłumaczy się ten kto winny więc kończę swój marny wywód i odsyłam was do muzyki.

Dwa dni temu w eter poleciał nowy kawałek od Justina Timberlake`a zatytułowany "Take Back The Night". Jak donosi amerykańska prasa muzyczna, pod koniec września ukaże się krążek zatytułowany "The 20/20 Experience - Part 2" będący - jak łatwo się domyślić - kontynuacją wydanego w maju " The 20/20 Experience".

Na tę samą datę, zapowiedziana została premiera jedenastego albumu grupy Korn. "The Paradigm Shift" światło dzienne ujrzy 30-go września, przy czym do zespołu powrócił Brian `Head` Welch (mała dygresja: Welch adoptował aż 212 indyjskich dzieci...), którego gitary po raz ostatni usłyszeliśmy przy okazji krążka "Take A Look In The Mirror". Przypomnijmy sobie co nieco z tej szóstej płyty. Tadam!

Ostatnia informacja pochodzi z obozu Arcade Fire, którzy w odpowiedzi na twitnięcie  fana frazy "you`re my favourite", powiadomili jego, a zarazem świat że kolejny materiał ich autorstwa ukaże się 29 października. To się jeszcze okaże, a tymczasem posłuchajmy sobie jednego z piękniejszych utworów z "The Suburbs"! [Agnieszka Hirt]

7 lipca 2013


KCIUK & THE FINGERS Inekz Eikzjetnadt, [2012] self-released || W każdym szaleństwie jest metoda. Nawet w niezbyt fortunnej nazwie zespołu. Palce rzecz ważna, w tym wypadku najpewniej można je połamać, wcześniej jednak użyć do stworzenia patchworkowej wyklejanki. Tak bowiem brzmi „Inekz Eikzjetnadt”.

Szaleństwo i pomysł na siebie to cechy charakterystyczne grupy, która żongluje taką ilością stylistyk, że przyprawić może o zawrót głowy. Na szczęście nie ma czasu na omdlenia, liczący 38-minut album zostawia nas raczej ze zdumieniem na twarzy, krótkie zaś kompozycje dynamicznie przekształcają się jedna w drugą. Kompozycje? Dziwne to określenie w przypadku muzyki bazującej nie na intelektualnym zamyśle lecz na porwaniu na strzępy kolejnych stylistyk i wystrzeleniu ich w powietrze niczym ostre jak żyletki konfetti.

Płyta już na wstępie atakuje nas dość prostym hałasem, jednak w pierwszym właściwym utworze „Monomental” słyszymy dęciaki, triphopowy bit, rap i nu-metalową gitarę. W następnych utworach na plan pierwszy wybijają się kluczowe dla Kciuk & The Fingers elementy, czyli niezwykle interesujące wykorzystanie sekcji dętej oraz ostry rave’owy podkład. Tym większe zaskoczenie, gdy po sonicznej nawalance „Gigaherz Inspector”, wraz z utworem „Pa Ti Pa” robi się… pięknie. Pozytywkowy motyw przeradza się tu w przestrzenną ilustrację do wieczornego spektaklu, oplecioną czystymi jazzowymi frazami.


W najdłuższym w zestawie „Morator Fingeria” powraca transowy trip-hop, obok firmowych instrumentów dętych pojawiają się skrecze a całości ciekawie dopełnia żeńska wokaliza. Zdecydowanie słabiej prezentują się dubowe utwory kojarzące się z przyciężkawą Masala Soundsystem. W skali całej płyty nienajlepiej też wypadają wokale, naprawdę ciekawie prezentujące się jedynie w postaci sampli. Te niedostatki wynagradza jednak kolejna kluczowa kompozycja „Tekktonika”, rave, oszalała trąbka, klarnet, niemal shoegaze’owe efekty, wszystko to tworzy noise’ową i wciągającą całość.

Pomijając małpi żart płytę kończy, wyróżniona jako bonusowa, break beatowa piosenka „Broubaka” o przebojowym potencjale klasyków drum’n’bassu drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Płyta, mimo pewnych niedostatków, zdecydowanie intryguje. „Pa Ti Pa”, „Morator Fingeria” i „Tekktonika” wyraźnie pokazują, że jeśli zespół poskromi swój epileptyczny zapał w mieszaniu każdej możliwej estetyki na rzecz bardziej spójnego i głębszego namysłu, to ma szansę stać się jednym z ciekawszych zjawisk polskiej sceny. 5/10 [Wojciech Nowacki]