6 stycznia 2014

Recenzja Morcheeba "Head Up High"


MORCHEEBA Head Up High, [2013] [PIAS] || Słodka Morcheeba dość mocno wykoleiła się w przeciągu ostatniej dekady. Bracia Godfrey pozują na wesołków w wywiadach, rzadko maja coś interesującego lub poważnego do powiedzenia. Ich ruchy w ostatnich latach uchyliły jednak rąbka zapewne prawdziwszego wizerunku Godfrey'ów jako koniunkturalnych skurczybyków. Odejście Skye (a dla 99,9 % fanów Skye = Morcheeba) początkowo próbowali wynagrodzić sobie nową, ale niemal identyczną wokalistką ("The Antidote") następnie modelem producenckiego projektu ("Dive Deep"). Wyniki sprzedaży, pozycje w rankingach, zainteresowanie mediów i słuchaczy gwałtownie spadało, więc nie było wielką niespodzianką przeproszenie się ze Skye Edwards i nagranie pierwszego od 8 lat albumu w klasycznym zestawie.

Recepta na sukces gwarantowana, tymczasem "Blood Like Lemonade"  jako reunion-album naprawdę zaskoczyło. Brak wyraźniejszych przebojów, choć to właśnie zaciążyło na wynikach płyty, ewentualnie można jeszcze zrozumieć, potrafię sobie wyobrazić, że po Skye i Godfrey'owie potrzebowali się znów kompozycyjnie dotrzeć. Bardziej jednak zadziwiała ponura, niemal funeralna atmosfera albumu, zarówno muzycznie, jak i przede wszystkim w tekstach. To naprawdę nie był dobry ruch, zamiast ekstatycznego powrotu otrzymaliśmy chyba wynik upuszczenia wszystkich dawnych napięć i emocji panujących w Morcheebie. Może słusznie, może potrzebnie, może właśnie dlatego "Head Up High" brzmi jak prawdziwy reunion-album tria.


Udział dodatkowych wokalistów na "Charango" podobno miał być oznaką nadchodzącego kryzysu i odejścia Skye. E tam. Nie każdy może nagrać rewelacyjny duet z Kurtem Wagnerem z Lambchop i album wypełniony tak przebojowymi kompozycjami. "Head Up High" najbliżej właśnie do "Charango". W przeciwieństwie do jednolitego "Blood Like Lemonade" znów jest różnorodnie, znów mieszają się tu różne stylistyki, znów pojawiają się goście, choć daleko tej płycie do rozmachu "Charango". Niepokojące disco "Face of Danger", wesołe "To Be", nośne "Do You Good" i mocny refren w "Release Me" to wreszcie dokładnie to, czego można po Morcheebie oczekiwać. W dubowym "Make Believer" Skye wciela się w rolę młodszej siostry Grace Jones a "Call It Love" brzmi niemal jak rockowa ballada z lat dziewięćdziesiątych w wykonaniu zespołu, który śpiewał niegdyś przecież Rock and roll music's a thing of the past.

Tytuł, okładka, piosenki, śpiew o miłości już w pierwszym utworze. "Head Up High" nie jest płytą ani wybitną, ani modną czy oryginalną. Niemniej tak właśnie powinien brzmieć powrót Morcheeby. Po prostu przyjemnie. 6.5/10 [Wojciech Nowacki] 

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz