1 lutego 2014

Maciek Bąk Poleca: Kwas i brud. I seks

W poprzednim odcinku serii, swoje zestawienie stworzyła dla Was wokalistka grupy Stardust Memories, Magdalena Nowakowska. Dziś zostajemy w stardustowym klimacie, jednak tym razem pociągnęliśmy za język Macieja Bąka - gitarzystę zespołu. Maciej wybrał dość sporą liczbę albumów, także przed rozpoczęciem lektury zaleca się sporządzenie ulubionej kawy oraz wygłaskanie na zapas wszystkich zwierząt domowych. A wtedy to już z górki, zapraszam! [Agnieszka Hirt]

Ania Rusowicz Genesis, [2013]


Dla mnie polska płyta roku 2013 i płyta, której aktualnie słucham chyba najczęściej. Mój klimat w stu procentach. Wspaniałe połączenie starego retro-vintage rocka z przełomu lat 60-70tych (z dużym akcentem na polskie brzmienia z tamtego okresu!) z mnóstwem odniesień do współczesnych rzeczy (Black Keys, Jack White, Dead Weather, Tame Impala...). Gęste, przesterowane, nasycone, masywne brzmienie. Wielopoziomowe kompozycje, aż momentami zazdrość ściska, że można tak fajnie zagrać! Jest tu psychodelia, patos, dostojność, lekkość, smutek i zmysłowość - cały kalejdoskop brzmień i nastrojów. Ktoś powiedział, że to taki Breakout na amfetaminie.  Z pewnością. To też bardzo kwasowa, psychodeliczna płyta. Bardzo hippisowska muzycznie, kwiecista, fluorescencyjna. Ach...! Jednocześnie to po prostu świetne, wbijające się w ucho, liryczne piosenki. No i aranżacje - bogate, pełne detali... za każdym przesłuchaniem zauważa się coraz to nowe rzeczy. Piękna, świadoma, przemyślana, mądra płyta.

Robert Plant & Alison Krauss Raising Sand, [2007]; Robert Plant The Band Of Joy, [2010]


Nieprzypadkowo wspominam o tych płytach razem. Wycieczki Roberta w stronę amerykańskich korzennych brzmień są dla mnie swego rodzaju kopalnią inspiracji dla Stardust Memories. Pod kątem melodyki, brzmień, produkcji, wszystkiego. To stąd wzięły się nasze określenia "dark country" i "space folk". Tego typu muzykę określa się często terminem "americana". To mieszanka tradycyjnych gatunków z USA, jak folk, country, bluegrass, blues. I rzeczywiście - mamy tutaj z pozoru rzewne ballady, korzenne gospelowe pieśni, bujające pre-rocknrollowe utwory. Brzmienia akustyczne i elektryczne. Podstawą jest granie na żywo przez grupę muzyków w studiu, budowanie klimatu. Wszystko jest z jednej strony subtelne i dostojne, z drugiej strony przywodzi na myśl zagęszczone powietrze i totalną ciszę przed burzą. Te płyty pełne są mrocznych napięć, malowanych w dostojny, mądry sposób przez grupę wybornych, doświadczonych życiowo muzyków. Są majestatyczne i zwiewne, hipnotyczne. Ultra-amerykańskie. No i są te wszystkie amerykańskie rytmy, groove'y - ogromny ładunek erotyzmu i zmysłowości. Tak jak wokal Planta. Niezmiennie, mimo upływu lat - mistrz interpretacji i ekspresji.

The Kills Blood Pressures, [2011]


The Kills uwielbiam totalnie, a Blood Pressures to moim zdaniem ich najlepszy krążek. Nie tak nieokrzesany i dziki jak dwie pierwsze płyty, ale dojrzalszy. Połączenie ich najlepszych cech - elektronicznych i popowych wycieczek z Midnight Boom z chropowatością debiutu. Tu jest trans, zadzior, seks i brud. Ale słucham tej płyty dla melodii. I oczywiście dla Alison, która roztapia mnie na ciepłe masło za każdym razem, kiedy śpiewa.

Jack White Blunderbuss, [2012]


Mój ukochany sowizdrzał rocknrolla XXI wieku. Jack White - facet, który wszystkiemu co robi, nadaje specyficzny chłopięcy, zadziorny charakter. Jakby zawsze miał 19 lat i chciał wszystkim dać po nosie. Komiksowa postać z szelmowskim uśmiechem i rozkręconym wzmacniaczem za plecami. Nawet jeśli nagrywa płytę taką jak Blunderbuss - w połowie przecież akustyczną, wręcz country momentami. Są tu i hip-hopowe rapowanki, i sfuzzowane gitary, żeńskie gospelowe chórki, smyczki i ciężka perkusja. Ale nie ma typowego hard-rocka czy garażowego grania. Ta płyta jest trochę jak wspomniane albumy Roberta Planta, gdyby ten miał o 30 lat mniej. Taka "americana" na miarę XXI wieku. Na brudno. Słucham tej płyty baaardzo często, i też jest to ogromna inspiracja do aktualnych działań Stardust Memories.

Tame Impala Lonerism, [2012]


Bardzo pozytywne zaskoczenie AD 2013. Płyta-kalejdoskop, bardzo kwaśna i bogata. Niesamowicie charakterystyczne melodie. Album stricte rockowy, jednak pełen nierockowych patentów produkcyjnych. Beatlesi z psychodelicznego okresu 1966-68r. na miarę naszych czasów. Ciekaw jestem niezmiernie kolejnego wydawnictwa.

Lykke Li Wounded Rhymes, [2011]


Bardzo seksowna płyta. Cudowne połączenie elektroniki, ciepłej, zmysłowej, kobiecej poetyki i kapitalnych melodii. I do tego ten niesamowity, "leśny", elficki, przestrzenny klimat. A na koniec - gitary żywcem wzięte z "pre-rockowych" ballad z lat 50-tych. Kari Amirian, BOKKA i inni artyści kradną na potęgę od Lykke Li - i słusznie, dobry wzorzec!

Kim Nowak Kim Nowak, [2010]


Przełom w polskim rocku - dla mnie. Przed tą płytą mieliśmy "rocko-polo" ( z nielicznymi wyjątkami). A teraz każdy gra vintage. Kim Nowak to dla mnie taki album-deklaracja. Mocny "statement" - przesterowujemy wszystko, gramy mocno, szybko, brutalnie, na żywo. Wiemy, o co nam chodzi. Nie gramy jak Metallica, Limp Bizkit czy Rage Against The Machine, którymi do niedawna jeszcze lwia część rockowej Polski żyła (a może i wciąż żyje). Bardziej jak Black Keys, QOTSA i Kyuss. Analogowo. Bez cyzelowania. Światowo. Płyta spójna, mocna i diabelsko przemyślana jeśli chodzi o pomysł na brzmienie. Zazdrość!

Lenny Kravitz Circus, [1995]


Cenię tego faceta za konsekwentne realizowanie swojej wizji na muzykę i wizerunek. Bez kompromisów. Mimo, że popełnił kilka średnio udanych płyt. Lenny jako pierwszy na poważnie pokazał, czym jest retro-rock, a było to 20 lat temu. Spójna produkcja, techniki nagraniowe i sprzęt rodem z 1969. Duch Led Zeppelin w powietrzu. Hippisowsko-glamowy wizerunek. A jednak niezaprzeczalnie indywidualny styl melodyczny i aranżacyjny. Lenny jest wielki, a Circus to esencja jego wczesnego dorobku. Tunnel Vision moim ulubionym utworem.

Paristetris Paristetris, [2009]


Kiedy ich usłyszałem po raz pierwszy w listopadzie 2009 roku w warszawskiej Cafe Kulturalna... rety, nie mogłem się podnieść. Coś takiego zdarza się raz na epokę muzyczną. Totalnie odjechane, awangardowe granie z rockową duszą. Dziwaczne, zappowskie. Pełne absurdalnego, nonsensownego poczucia humoru. Niełatwe w odbiorze, a jednak przez swoją dziwaczność fascynujące. Po prostu esencja muzyki spod skrzydeł wytwórni Lado ABC. Marcin Masecki, Macio Moretti. I Candelaria Saenz Valiente - dla mnie kobieta nr 1 w polskiej muzyce po 2000r. Osobowość sceniczna pokroju Kory z lat 80-tych - ekspresyjna, tryskająca niespożytą energią sceniczną. Ekscentryczna, piękna, szalona. I TEN głos.

Deep Purple Made In Japan, [1972]


Z przekory. No bo przecież "dinozaury", przecież nie wypada się przyznawać (?!). Bo alternatywna śmietanka w Polsce gardzi. A to przecież czysta esencja rockowego grania na żywo. Płyta wydana bez żadnej edycji, poprawek. Wulkan energii. Wirtuozeria bez wpadania w przesadę charakterystyczną dla późniejszych "klasyków" klasyki hard & heavy. Płyta brudna i spocona, razi z siłą myśliwca F-16. Kiedyś nie mogłem uwierzyć że można tak grać. Że to wykonalne w ogóle. Najlepsza koncertowa płyta wszech czasów. Magia. I ten sound! Dzięki tej płycie wziąłem do ręki gitarę. A Ritchie Blackmore zawsze pozostanie największym, chimerycznym bogiem gitary. Proste.

I jeszcze na koniec: The Dead Weather! Kocham ten zespół za wszystko - za kompozycje, brzmienie, mrok, wizerunek, zadziorność, teledyski, teksty, kołyszące rytmy. Zespół, który się nie opieprza, nie bierze jeńców, lecą po bandzie. Znów napiszę o erotyzmie i napięciach - a z ich płyt można to jeść łyżkami, z gęsią skórką na całym ciele. Co ja piszę - to jest po prostu czysty muzyczny sex. Do tego, co ciekawe, niemalże hip-hopowe groovy na bębnach i często rapowany-krzyczany wokal, niczym jakiś pierwotny, murzyński, bagienny, szamański trans. Dead Weather są dla mnie esencją współczesnego rocknrolla i bardzo, bardzo niecierpliwie czekam na ich kolejną płytę.

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz