10 marca 2014

Kordian Trudny Poleca: Bez sucharzenia


Kordian a właściwie Maciej, bo pod pseudonimem Kordian Trudny jedynie tworzy, opowie wam o sympatii do Negativland, zdradzi po której szklance złocistego napoju bogów wrzuca do odtwarzacza Beatlesów oraz czego słucha przed nimi. Zapraszam i raz jeszcze odsyłam do bandcampa Macieja. [Agnieszka Hirt]

Najpierw miało być o tzw. płytach życia, ale... pisać w 2014 roku o Beatlesach i Velvet Underground bez sucharzenia? Niewykonalne, nie mam tak lekkiego pióra. Wypocę więc coś o kilku innych płytach, które też zrobiły mi krzywdę w głowę dawno lub niedawno temu. Odpuszczam wszelkie szumy, trzaski, buczenia i inne poważane przeze mnie dewiacje, albowiem porządni ludzie nie powinni słuchać takich rzeczy. Odpuszczam techno, bo kompletnie nie potrafię o nim pisać, choć bardzo je lubię. Będzie o muzyce, którą puszczam do piwka, to znaczy mniej więcej do czwartego włącznie. Bo przy piątym lecą już Beatlesi.

Sparks Halfnelson, [1971]


Tu jest połączenie, które bardzo lubię: kompozytorski talent i inteligencja plus całkowity brak poczucia obciachu. Za głupkowatą manierą, z powodu której ten zespół nigdy nie był brany na poważnie, kryją się piekielnie mądre kawałki, w których każdy kolejny akord to ten najmniej spodziewany. Produkcja wyprzedza tu swoje czasy o 10, 30, a może i 60 lat. Odpowiedzialny jest za nią Todd Rundgren, który również, drogie czytelniczki, kozie spod ogona nie wypadł.

Negativland Escape From Noise, [1987]


Weź rzeczywistość, potnij na kawałki i sklej jej esencję. Umiesz? Nie. A oni tak. Sampler może służyć do podkradania czarnym perkusistom fajnych figur, ale lepiej, kiedy służy do opowiadania o świecie – w tej dyscyplinie nikt nie jest lepszy od Negativland. Ta płyta, jak większość ich płyt, jest do bólu celna, mądra i zabójczo śmieszna. Aha, niejaki Bono nie ich lubi, co też nie jest bez znaczenia.

Baader Meinhof Baader Meinhof, [1996]


Luke Haines jest brzydki i na ogół nudny, ale jak już mu coś czasem wyjdzie, to chce się go na rękach nosić, do serca tulić, w ramkę oprawiać i nad łóżkiem wieszać. Najlepiej zaś wyszedł mu ten concept album poświęcony romantyce terroryzmu. Niby nic wielkiego, taki tam pastisz glam rocka, ale jak się uważniej wsłuchać, to nic tu nie brzmi tak, jak powinno, wszystko jest wywrócone na lewą stronę, wszystko mierzi, uwiera, irytuje, zbija z tropu. I o to właśnie chodzi. O wysoką wartość współczynnika WTF.

Ariel Pink’s Haunted Graffiti House Arrest, [2002]


Nie jestem wielkim fanem Pinka. Do większości jego płyt prawie w ogóle nie wracam, a kiedy grał na Offie, po dwóch kawałkach zwiałem, bo padał deszcz. Jednocześnie gość jest moim wielkim bohaterem, bo pokazał, że można zrobić to samodzielnie, że można zrobić to bez pieniędzy, że można zrobić to bez pokory wobec tzw. profesjonalnych standardów, które cuchnąca banda capów z branży muzycznej wymyśliła i utrwaliła po to, żeby trudniej było się do niej dostać. „House Arrest” to płyta skrojona pode mnie – zwichrowana, psychodeliczna i do bólu kalifornijska.

Django Django Django Django, [2012]


Goście są niepozorni, ale skuteczni. To pewne, bo jestem złym człowiekiem i mojej sympatii byle kiep nie kupi. Ta płyta brzmi trochę tak, jakby Simon & Garfunkel urządzili wspólną sesję z Silver Apples, a Zappa robił im głupie miny za szybą. Nie ma tu grania tanimi emocjami, nie ma wytrenowanej charyzmy, jest skupienie i precyzja podszyta szaleństwem. A przede wszystkim są świetnie napisane kawałki. I genialne chórki. Dobre chórki to jest, drogie czytelniczki, ważna sprawa.

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz