28 kwietnia 2014

Piotr Pawłowski Poleca: 10 ważnych polskich płyt


Piotr Pawłowski, najbardziej chyba znany z MADE IN POLAND, oprócz tego udzielający się w Heart&Soul oraz tworzący jeden z najlepszych trójmiejskich zespołów - The Shipyard, który niedawno wydał bardzo dobrze przyjęta płytę, zatytułowaną WATER ON MARS. Będzie o kurach, świniach... a zresztą, przekonacie się sami [Agnieszka Hirt]

Zacznę od tego, że nie cierpię szufladkowania muzyki na gatunki. Myślę, że szkoda czasu na zastanawianie się czy coś jest stonerem, death metalem czy industrialem. Nigdy też nie kierowałem się żadnymi rankingami, wychodząc z założenia że muzyka to jednak coś innego niż sport. Tu nie ma zwycięzców ani pokonanych. Dlatego też w moim zestawieniu nie będzie numeracji.

Dżamble Wołanie o słońce nad światem, [1971]


Na jedynej płycie tego krakowskiego zespołu, czterech piekielnie zdolnych młodych chłopaków, wspierał ówczesny kwiat polskiego jazzu. To tutaj zadebiutował fonograficznie Andrzej Zaucha, jeden z najwspanialszych męskich głosów w historii polskiej muzyki. Za czarny, funkowy groove odpowiadał Marian Pawlik, grający na trzymanej w pionie gitarze basowej, który na przemian z pianistą Jerzym Horwathem skomponował wszystkie utwory. To właśnie tej płyty - spośród tych wydanych w PRL - najczęściej poszukują brytyjscy i amerykańscy poszukiwacze skarbów fonograficznych. Jak powiedział mi kiedyś jeden z nich "to takie wasze Blood Sweat & Tears ale z lepszym wokalistą i lepiej zagrane, w dodatku bez gitary". Nic dodać, nic ująć. Wstyd nie znać.

Skaldowie Od wschodu do zachodu słońca, [1970]


Czy jeden instrument może zmienić dotychczasową muzykę artysty? Na tej płycie Andrzej Zieliński - lider zespołu - udowodnił, że tak. Upolowane w czasie wyjazdu na drugą półkulę wymarzone organy Hammonda "grają tu same" - takie wrażenie można odnieść słuchając lekkości gry Zielińskiego. Z hammondowym tripem swojego szefa  zabrali się jego koledzy, którzy miejscami ocierają się nawet o hard-rock co wcześniej wydawało się w przypadku Skaldów nie do pomyślenia. Na tej płycie nie ma żadnego słabszego momentu, a realizacja płyty nawet po 44 latach robi wielkie wrażenie. Moja ulubiona piosenka z niej to "Katastrofa" do tekstu Wojciecha Młynarskiego. Nie znacie? To wygooglujcie. A potem poszukajcie winyla.

Laboratorium Modern Pentathlon, [1976]


Jedna z najbardziej innowacyjnych płyt kiedykolwiek nagranych w kraju nad Wisłą. Tytułowa kilkunastominutowa suita to podróż przez muzykę ilustracyjną - ówczesne nowe brzmienia (syntezator ARP Odyssey, pięknie brzmiące Rhodes Piano), jazz rock, gdzieś tam słyszalne dalekie skojarzenia z góralszczyzną (ale w dobrym wydaniu). 6 minuta 37 sekunda - to właśnie wtedy zaczyna się fragment, który na pewno zabrałbym na bezludną wyspę. To także na tej płycie zadebiutował basista Krzysztof Ścierański, którego uwielbiałem podpatrywać na koncertach. Kilka jego patentów stosuję do tej pory.

SBB Memento z banalnym tryptykiem, [1980]


Długo zastanawiałem się nad tym, która płyta SBB powinna znaleźć się w tym zestawieniu. Postawiłem na najlepiej wyprodukowaną (Edward Spyrka, Polskie Radio Opole), na której do oryginalnego składu tria Skrzek/Apostolis/Piotrowski, dołączył późniejszy klawiszowiec... Kasi Kowalskiej, ale przede wszystkim znakomity gitarzysta Sławomir Piwowar. Prawdziwa muzyczna uczta dla uszu, przy której współczesne dokonania podobno wybitnych zespołów prog-rockowych wydają się niewiele warte. I takie też są.

Republika Nieustanne Tango, [1984]


Druga płyta wtedy jeszcze w 100 % toruńskiego zespołu jest w moim odczuciu bardziej doskonałą całością niż debiutanckie "Nowe Sytuacje". Muzycznie dzieje się tu o wiele więcej, jest bardziej nieoczywiście. Płyta - wzorzec: pod względem spójności muzyki i tekstu. Wyrafinowana, elegancka, przemyślana do najdrobniejszego szczegółu. Grzegorz Ciechowski był Wielkim Hipnotyzerem, trwam w stanie tej hipnozy do dziś. Kto nie widział nigdy Republiki na żywo, nie wie jaką niezwykłą magię ten zespół miał na scenie.

Klaus Mitffoch Klaus Mitffoch, [1984]


Pamiętam swoje rozczarowanie, kiedy po wspaniałym koncercie w krakowskim Barbakanie zespół po prostu się rozpadł - kilka miesięcy po nagraniu swojego jedynego albumu. "Kupiłem" nie tylko oryginalny język tekstów Lecha Janerki i jego nieoczywiste granie na basie, ale też przestrzenne i jednocześnie konkretne gitary. Prawdziwym bohaterem tej płyty jest jednak perkusista Marek Puchała, który nagrał ją po kilku (sic!) miesiącach gry. Moje ulubione utwory? Cała strona B. Do tej pory słucham oryginalnego winyla.

Morawski Waglewski Nowicki Hołdys Świnie, [1985]


Szkoda, że po tej supergrupie zostało tylko półtorej płyty (oprócz w/w jeszcze fragmenty "I Ching"). Najbardziej zaskakujące w jej muzyce było to, że nie była podobna do niczego znanego wcześniej. To były autentyczne i co najważniejsze, udane poszukiwania własnej tożsamości. To tutaj Zbigniew Hołdys zmusił Wojciecha Waglewskiego do śpiewania i pisania tekstów, a Wojciech Morawski okazał się ostatecznie  jednym z najbardziej kreatywnych perkusistów w historii polskiego rocka, tworząc swój własny język artystyczny. Jeśli kojarzycie Hołdysa wyłącznie jako obiekt pt. Guru i autora "Nie płacz Ewka", na pewno nie znacie najwybitniejszego albumu z jego udziałem. Pełny szacun.

Falarek Band Falarek, [1995]


Materiał na jedyny album Falarka powstawał ponad 2 lata. I nie był to wcale zespół Roberta Brylewskiego, jak można by sądzić - Robert był tutaj tylko wokalistą. Za muzykę odpowiadali jego koledzy : perkusista Piotr "Fala" Falkowski, basista Arek Antonowicz, gitarzysta Jarek "Smok" Smak (obecnie znany realizator dźwięku) i nietypowo grający klawiszowiec Piotr "Samohut" Subotkiewicz. Jak dla mnie najważniejsza polska płyta lat 90-tych. Psychodelia, kosmos, brzmienie i trans.

Myslovitz Z rozmyślań przy śniadaniu, [1997]

Trzeci, "filmowy" album Myslovitz nigdy nie zdobył masowej popularności. To płyta zbyt równa, ze zbyt dobrymi tekstami, chociaż zaśpiewana po polsku, tak bardzo "niepolska" - że w sumie znając nasze realia nie powinno to nikogo dziwić, że nie spotkała się ze zbytnim rozgłosem. To tutaj znalazł się mój ulubiony utwór Myslo czyli "Myszy i ludzie" z genialnym tekstem Wojciecha Powagi. Byli wtedy jeszcze pogardliwie nazywani "britpopem". Jednak znajdowali się zupełnie gdzie indziej - i najwyraźniej "pre-hejterskie" komentarze ich nie obchodziły. Nagrali piękny album, który po 17 latach nadal można odkrywać na nowo.

Kury Polovirus, [1999]


Piękne podsumowanie ludności zamieszkującej nasz kraj. Uwielbiam ironię i poczucie humoru Tymona w połączeniu ze smołą podrzucaną tutaj przez Piotra Pawlaka. Jeśli czegoś mi tu brakuje, to utworu zimnofalowego. Można "Polovirus" potraktować wyłącznie jako muzyczny kabaret - ale to tylko wtedy jeśli nie słyszy się np. jazzowej improwizacji Leszka Możdżera w disco-polowym "Śmierdzi mi z ust" albo piekielnej solówki Pawlaka w black-metalowym "Jestem dobry". Żaden krytyk nigdy nie uśnie przy tej płycie, tak jak ten wspomniany w utworze "Mój dżez".

Inne ważne dla mnie płyty, które także serdecznie polecam:

REPUBLIKA Masakra
SIEKIERA Nowa Aleksandria
CKOD Plan ewakuacji
BIELIZNA Taniec lekkich goryli
LECH JANERKA Fiu Fiu
LABORATORIUM Quasimodo
GRAMMATIK Światła miasta
NOON Bleak Output
KOBIETY We Are The Mutants
LENNY VALENTINO Uwaga! Jedzie tramwaj

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz