30 grudnia 2014

Recenzja Erlend Øye "Legao"


ERLEND ØYE Legao, [2014] Bubbles || Erlend Øye najeży do najsympatyczniejszych postaci świata muzyki. Może nie najbardziej rozpoznawalnych, ale fani wiedzą swoje a pozostali znają przynajmniej najstarsze single Röyksopp z jego wokalnym udziałem. Sympatyczny jest nie tylko sam Erlend, o czym można przekonać się na żywo (boski koncert Kings of Convenience na Open’erze w 2010 roku czy fatalnie zorganizowane występy The Whitest Boy Alive jesienią tego samego roku), ale i każda piosenka powstała z jego udziałem. Kings of Convenience, czyli Simon & Garfunkel XXI wieku, można uznać za jego macierzystą formację, ale to norwesko-niemiecko-polskie(!) The Whitest Boy Alive było najwyżej przeze mnie cenioną.

Ogłoszenie zakończenia działalności The Whitest Boy Alive jest zatem moim prywatnym rozczarowaniem roku. Od czasu do czasu pojawiały się wszak wieści o powstawaniu trzeciego albumu, ale najwyraźniej pozostać musimy przy „Dreams” i „Rules”, spierać się na temat wyższości jednego nad drugim i wspominać ich organiczne kompozycje, skromne, ale bogate emocjonalnie, melancholijne, ale podbite tanecznym rytmem. Być może utrzymanie czteroosobowego składu to dla Erlenda trudniejsze zobowiązanie niż okazjonalne zejście się z Eirikem Bøe w Kings of Convenience.

Nie można nazwać go niespokojną duszą, ale z pewnością nie potrafi dłużej usiedzieć w jednym miejscu. Norwegia, Berlin, Meksyk, ostatnio Włochy i Islandia, wszystkie te miejsca kształtowały postać i muzyczną osobowość Erlenda Øye. Okres berliński przyniósł nie tylko uformowanie się The Whitest Boy Alive, ale i jego pierwszy, dziś jakby nieco zapomniany album solowy „Unrest”. Kontynuacji elektroniczno-house’owego wcielenia raczej nie należało oczekiwać, jednorazowy włoskojęzyczny singiel „Le Prima Estate” wskazywał raczej na fascynacje klasycznym europejskim popem. Tym bardziej w zetknięciu z „Legao” przeżyć można niemały kulturowy szok. Erlend Øye z towarzyszeniem islandzkiego zespołu nagrał album oparty o brzmienia reggae.


Przyznaję, zaliczam reggae do najbardziej drażniących stylistyk na świecie, nie twierdzę, że złych, ale właśnie drażniących, czyli niestrawnych w większych ilościach. Tymczasem, już pierwsza na „Legao” piosenka, „Fence Me In”, rozpoczyna się od charakterystycznego dla reggae zawiązania rytmu a pierwsze przesłuchanie albumu nie tylko mnie rozczarowało, ale wręcz zniechęciło.

W kwestii zniechęcenia, wspomniana rytmika reggae jest tylko bazą do zaledwie części piosenek. Bazą charakterystyczną i natychmiast rozpoznawalną, ale bynajmniej nie dominującą. Jedna rzecz dla Erlenda absolutnie niezmienna, wszystkie jego piosenki są bez wyjątku urocze. I te z „Legao” chce się podśpiewywać z uśmiechem na twarzy i zostają w pamięci, ale raczej w postaci luźnego wrażenia niż konkretnych motywów.

Na szczęście z wyjątkami. „Bad Guy Now” to chwytliwa, rozśpiewana piosenka przypominająca radiowy pop z końca lat siedemdziesiątych. Cieszy rozpędzony, radosny „Rainman”, singlowa „Garota” nabiera soulowo-funkowego charakteru dzięki brzmieniu saksofonu i trąbki. „Who Do You Report To” wyróżnia się niemal pastoralną atmosferą, blade echa The Whitest Boy Alive słychać w „Lies Become Part Of Who You Are”.

Ale w kwestii rozczarowania, wrażenie, że kompozycje na “Legao” są słabsze niż te z dotychczasowej twórczości Erlanda nie opuszcza nawet po kolejnych, całkiem przecież przyjemnych przesłuchaniach. Kolorowa i, przyznajmy, kiczowata okładka odwołuje się do szeregu miejsc, które Øye odwiedził, ale trudno szukać na „Legao” ferii inspiracji. Jego drugi solowy album może nam urokliwie wypełnić powszedni dzień, ale wydaje się być tym tytułem w jego dyskografii o którym najszybciej zapomnimy. 6/10 [Wojciech Nowacki]