28 lutego 2014


PRODAVAČ Malý ráje, [2014] Starcastic / Deadred Records || Trzy lata. Tyle minęło w tym miesiącu od mojego przyjazdu do Pragi. Może się Wam wydawać, że wiem już niemal wszystko o tutejszej muzyce. Niestety, znam fakty, zbieram wiedzę, rejestruję emocje, ale nadal nie rozumiem, dlaczego właśnie tutaj i w taki właśnie sposób dzieją się takie a nie inne rzeczy. Trzy lata, tyle czasu minęło też od ukazania się małej, niepozornej i darmowej epki "Duchové" pod którą podpisał się teoretycznie nieznany wtedy nikomu Prodavač. Czystym przypadkiem były to zatem moje początki intensywnego rozpoznawania tutejszej sceny, jednocześnie zaś dość istotny moment w jej historii związany z debiutem Prince of Tennis.

Był to pierwszy przypadek, kiedy osoby o uznanej, niemal kultowej przeszłości rodem z lat 90-tych, nagrały nową muzykę, jednocześnie współczesną i odwołującą się do czeskiej sceny sprzed lat, i w bezpretensjonalny sposób upubliczniły ją za darmo pod nowym szyldem. Od paru lat najciekawsze i najbardziej wartościowe rzeczy dzieją się tutaj zgodnie z tym modelem. Artyści kojarzeni teoretycznie ze sceną alternatywną wydają epki i całe albumy, bardzo często udostępniają je za darmo lub za symboliczną koronę i zamiast spadać do kategorii "kolejnego zespołu z Bandcampu" przykuwają z miejsca uwagę lokalnych mediów. W ten sam sposób działają zupełni debiutanci (post-hudba, Wild Tides), ale też osoby o uznanym już dorobku (przypadek Prince of Tennis czy całej rodziny wykonawców wywodzących się z niegdysiejszego Sporto).

Trzy najważniejsze nagrody muzyczne, Apollo, Vinyla i Anďel, zdominowane zostały przez szeroko rozumianą "alternatywę", na tyle szeroko, że niemal zaczyna zastępować pojęcie popu. Ewidentnie zjawisko przykuło uwagę również wielkich wytwórni płytowych, które zaczynają pod własną marką wydawać płyty alternatywnych wykonawców. Płyty oczywiście kompaktowe, niezależne labele bowiem niemal całkowicie przestawiają się na model zasadniczo jeszcze niewyobrażalny w Polsce, mianowicie ograniczanie wydawnictw na fizycznych nośnikach wyłącznie do winyli. Co jest też przypadkiem albumu "Malý ráje".

Jeszcze jednak uwaga na temat lokalnej specyfiki, parokrotnie już przeze mnie wspominana w recenzjach czy moich czesko-słowackich artykułach. Ważna, bo uwypukla niezwykle istotną różnicę między polską a czeską sceną, również mainstreamową. Pokażcie mi proszę w Polsce powszechnie uznawanego wykonawcę "muzyki elektronicznej", którego kariera nie tylko sięgałaby lat 90-tych, ale właśnie z tą dekadą byłaby najbardziej związana. O ile w Polsce "tylko-rockowy" pogląd na muzykę był przez dziesięciolecia jedynym słusznym a próby wprowadzenia elektroniki na nasz rynek to ledwie parę ostatnich lat i to głównie w postaci kopiowania (często spóźnionego) zachodnich trendów, o tyle w Czechach taka sytuacja nigdy nie miała miejsca. Praska scena klubowa z połowy lat 90-tych wpłynęła na tutejsze pojmowanie muzyki i efekt ten po latach tylko nabiera siły.


Prodavač to również "debiutant-niedebiutant". Jednym z najważniejszych czeskich albumów ostatnich lat było "More" grupy Sporto, jednocześnie ich ostatnie wydawnictwo. Dawni członkowie grupy do dziś utrzymują wyraźny wpływ na tutejszą scenę. Przoduje w tym hiperaktywny Martin Hůla vel Martin Tvrdý vel Bourek vel dziesiątki rozmaitych projektów z alternatywno-hiphopowym Bonusem na czele. Za Prodavačem stał drugi głos Sporta, czyli Pavel Kabelík (vel Šampon). EP "Duchové" przyniosło miks elektroniki z akustycznymi brzmieniami, "Zbejvá mi ještě chvíle" jeszcze kojarzyć mogło się z "emotroniką" w stylu Hood czy The Notwist, ale już "Jaká je barva tvojí noci" było po prostu bezczelnie popową piosenką. Ale co to za pop, który to beznadziejnie krąży wśród hernpaneláků i pustych ulic?

Siłą Prodavača były teksty w niezwykle inteligentny sposób definiujące statystycznego trzydziestoparolatka, dorastającego w latach 90-tych, którego życie w najlepszym przypadku zatrzymało się na blokowiskach na przedmieściach Pragi, w niewiele gorszym - w rodzinnym małym miasteczku. Być może ta emocjonalna eksklamacja była na tyle wyczerpująca, że na kontynuację musieliśmy czekać aż trzy lata. Otrzymaliśmy jednak nie tylko dalszy ciąg pytań, ale i, co zaskakujące, odpowiedź. Czasem bowiem jedyne co potrzebujemy to małe raje wokół nas.

Lekko industrialny początek niemal dosłownie cytuje Kittchena, innego bohatera czeskiej alternatywy. Ale po paru sekundach piosenki "Tichá pošta" pojawia się przepiękna syntezatorowa ściana, a po tym jak w swych lirykach Šampon przesuwa się z paru metrów kwadratowych w bloku do rodzinnego domu, dzięki pojawieniu się żywej perkusji i lekko schowanej gitary całość nabiera zespołowego charakteru. I natychmiast kojarzy z Radiohead u szczytu formy, czyli sprzed odkrycia przez Thoma Yorke'a istnienia automatów perkusyjnych.

Również początek "Šetřim slova" sugeruje mocno elektroniczny charakter utworu, ale nie, ten szybko przeradza się w niesamowicie mądrą popową/rockową piosenkę. Owszem, muzycznie unosi się tu lekki duch lat 80-tych, ale w sporej części, jak w antytelewizyjnym "Lepší než sny", odpowiada za to gitara a nie syntezatory. Te służą głównie perfekcyjnemu oplataniu zespołowych i świetnie wyprodukowanych  kompozycji (vide "Zdrojový kód").

Šampon nie jest wyjątkowym wokalista, brzmi jak chłopak z sąsiedztwa przypadkowo obdarzony przyjemnym głosem. Jednak jego teksty, praski dialekt i talent do tworzenia bezbłędnych melodii sprawiają, że nie sposób się zdecydować, czy śpiewać razem z nim, czy słuchać jego słów. A przecież w "Šetřim slova" śpiewa właśnie o tym, że oszczędza swoje słowa na lepsze czasy. Które wcale nie muszą nadejść, prodavačowe tu i teraz jest bowiem więcej niż znośne. "Malý ráje" to nie bez powodu utwór tytułowy. Może być źle, może być przeciętnie, możesz nadal nie wiedzieć czego chcesz od życia, ale sztuką jest potrafić znaleźć małe raje wokół siebie. Oh, jakie to czeskie. Všechno co potřebuju jsou malý ráje / Všechno co potřebuju jsi ty. Nie znajduję lepszych słów na opisanie mojego życia w Pradze. 10/10 [Wojciech Nowacki]

26 lutego 2014


ANNA CALVI One Breath, [2013] Domino || Anna pojawiła się ze swoimi ustami i gitarą w 2011 roku i większość słuchaczy zetknęła się najpierw z jej wizerunkiem, potem dopiero z muzyką. Wtedy 31-latka nosiła swoje czerwone usta, często wykrzywione w twórczym grymasie, niczym tarczę ochronną i znak firmowy zarazem. Eksponowane na okładkach, zdjęciach, w teledyskach, były w takim samym stopniu elementem kreacji artystycznej, jak "sztuczne-czy-nie-sztuczne" wargi Lany del Rey.

Choć określana mianem następczyni PJ Harvey to właśnie z retro-popem Lany del Ray miała Anna Calvi zaskakująco więcej wspólnego. Polly Jean zaszyła się w okopach I wojny światowej a zapach gazu musztardowego i zwłok brytyjskich żołnierzy jest jednak niespecjalnie seksowny. Anna zatem, ze swym lekko wampirycznym retro wizerunkiem, wypełniła lukę po dusznych piosenkach o diable i miłości. Później dopiero, po kolejnych wywiadach i występach, okazać się miało, jak cichą i delikatną jest w istocie osobą.


Piosenki rodem z barów ze striptizem gdzieś na południu Stanów Zjednoczonych, tarantinowska atmosfera, surowość, ale nie prostota, czający się wszędzie diabeł i czerwień żarząca się każdego dźwięku gitary Calvi. Klimat jej debiutanckiej płyty jest unikalny, ale melodie dopiero dziś brzmią absolutnie klasycznie. Typowy grower, do tego niepowstrzymany, jestem powien, że status tego albumu będzie dalej rosnąć i rosnąć. W przypadku drugiej płyty poszła Anna Calvi znaną i utartą ścieżką "wzbogacenia brzmiania", tracąc jednak nieco na swojej wyjątkowości.

W otwierającym całość "Suddenly", można się jeszcze zastanawiać, co, poza większym rockowo-zespołowym charakterem, jest tu takiego nowego. Jest też odrobinę pozytywniej, ale nadal majestatycznie. Bogatsze aranżancje na "One Breath" to przede wszystkim smyczki, jakby płyta wywodziła się bezpośrednio z finałowego na "Anna Calvi" niesamowitego "Love Won't Be Leaving". Tytułowy utwór nie wznosi się jednak na porównywalny poziom emocjonalny. Ciekawie wypada "Carry Me Over" prowadzony ślicznym wibrafonem, ale z instrumentami smyczkowymi potraktowanymi tu w surowy, dramatyczny sposób rodem z debiutu. Jeszcze bardziej zaskakuje "Sing to Me" rodem z "Felt Mountain" czy "Tales of Us" Goldfrapp!


Na równi z orkiestracjami drugim charakterystycznym elementem nowej Anny Calvi jest wyraźniejsza rola perkusji, słyszalna już w singlu "Eliza" i eskalująca w "Suddenly" czy "Cry". Agresywnie robi się w "Love of my Life", znów surowym, ale w brudny, punkowy sposób, na razie niezbyt przekonywujący w wykonaniu Calvi. Jeszcze mniej natomiast przekonuje "Piece by Piece", dziwny, połamany, współczesny pop z elektroniką w tle, niczym z albumu Architecture in Helsinki. Ale poza "Elizą", drugim najmocniejszym punktem "One Breath" jest "Tristan", zgodnie z tytułem faktycznie brzmiący jak chwytliwy, średniowieczny, wojowniczy pop.

"Anna Calvi" to zasadniczo tylko wokal i gitara, pomiędzy nimi zaś mnóstwo przestrzeni na pełzający dym z papierosa. "One Breath" natomiast wypełnione zostało dźwiękami, niepozostawiając żadnych niedomówień. Jednocześnie Anna znacznie odważniej i jeszcze bardziej ekspresyjnie poczynia ze swoim głosem, co nie zmienia faktu, że "One Breath" jest w istocie płytą popową. Co bynajmniej nie jest żadnym zarzutem, szkoda jednak, że próba poszerzenia brzmienia poszerzyła również katalog możliwych porównań i odniesień (poza wspomnianymi wyżej dodajmy jeszcze pustynne "Bleed into Me" a'la Bat for Lashes i "The Bridge" w stylu chóralnych eksperymentów Björk). Niepotrzebnie. Calvi już na debiucie udowodniła, że jest silną osobowością i w pełni ukształtowaną artystką. 7/10 [Wojciech Nowacki]

25 lutego 2014


GOLD PANDA Half of Where You Live, [2013] Notown || "You", praktycznie najpopularniejszy utwór Gold Pandy, który spinał klamrą jego debiutancki album, definiował jego styl i do dziś entuzjastycznie przyjmowany na żywo, jest tak naprawdę nieznośnie irytujący. Może nie w jakiś wyjątkowo nieprzyjęty sposób, ale "tytułowy" sampel wokalny brzmi po prostu infantylnie. Jednak "Lucky Shiner", choć albumowy debiut, był wyjątkowo dojrzałą i stosunkowo nietypową wypowiedzą na polu elektroniki. Zarejestrowany w domu wujków, poświęcony pamięci rodziny, zatytułowany na cześć swojej babki a zarazem celebrujący orientalne korzenie i doświadczenia, ukazał oblicze elektroniki ludzkiej, intymnej i osobistej.


Kto jednak potrzebował tanecznych bitów, znalazł tam wyśmienite "Vanilla Minus", ale też niemal równie chwytliwe "Marriage" i "India Lately". Późniejszy singiel "Mountain / Financial District" kontynuował brzmienie albumu, dopiero na EP "Trust" Gold Panda lekko zaskoczył poważniejszą atmosferą i niemal jazzowymi odniesieniami. Najważniejsze jednak, że po tym "kryzysie zaufania" i wcześniejszej celebracji rodziny, Panda znów wyruszył w drogę.

Słuchanie "Half of Where You Live" faktycznie odpowiada doświadczeniu podróży i kolejnych krajobrazów, zasadniczo miejskich, za oknem. Wyznacznikiem tego był już zapowiadający album "Brazil", który spokojnie mógłby być singlem Bonobo (ale z gatunku tych udanych, vide "Cirrus"). Ciekawie wypada naturalne i bardzo organiczne stosowanie egzotycznych instrumentów. O ile na "Lucky Shiner" może też nie dominowały, ale stały się najbardziej charakterystycznym patentem Gold Pandy jako producenta i aranżera, o tyle na "Half of Where You Live", choć nadal obecne i nadal bogate, to są już tylko jednym z integralnych elementów jego kompozycji. "Half of Where You Live" w znacznie bowiem większym stopniu niż debiut bazuje na tanecznym bicie.


Szczególnie pierwsza połowa płyty. Otwierający "Junk City II", bazuje na zaskakująco mechanicznym, później wręcz house'owym bicie. "An English House" brzmi lekko-chillwave'owo, ale Gold Panda nie z tych co podpinają się pod cudze nurty, więc utwór ten oparł na szybkim bicie i bogato przyozdobił. Album traci na tempie w drugiej połowie, zbliżając się do intymności debiutu. A o tym, że miejska turystyka w wykonaniu Gold Pandy to nie klubowanie do nieprzytomności w egzotycznych miejscach, ale ciągłe poszukiwanie swojego miejsca z obrazem domu i rodziny z tyłu głowy. Are you getting depressed? słyszymy zatem w "The Most Liveable City". Nie, zdecydowanie nie, odpowiadamy. 7/10 [Wojciech Nowacki]

23 lutego 2014


Czołem! To jest kolejny, piąty już, odcinek "Pocztówek z Obozu". Do tej pory starałam się dobierać albumy otagowane podobnymi nazwami gatunków muzycznych, ale ten odcinek będzie wolny od szufladkowania.

Rozpocznie wiśniowy punko-indie-rock z Miasta Aniołów, czyli Cherry Glazerr, w skład którego wchodzą: Clementine Creevy (frontwoman - tworzy teksty i gra na gitarze), Sean Redman (basista) oraz Hannah Uribe (odpowiedzialna za perkusję). Początki grupy sięgają 2012 roku kiedy to Clementine w domowym zaciszu zaczęła komponować pierwsze utwory. Długogrający album "Haxel Princess" ukazał się 14 stycznia tego roku i zawiera dziesięć numerów, których warstwy liryczne nierzadko ociekają absurdem. Moim faworytem w tej kategorii jest utwór zatytułowany "Grilled Cheese" znajdujący się na pozycji trzeciej. Grilled cheese in my mouth / Get on your knees if you wanna bite wyśpiewane delikatnym, eterycznym kobiecym wokalem nadaje utworowi groteskowego charakteru. Brzmienie tego tria przypomina nieco dokonania Pixies, za to sposób śpiewania Clementine przywodzi mi na myśl wcześniejsze produkcje Cat Power.

Wśród najlepiej sprzedających się krążków na Bandcampie znalazłam jeden należący do znanego francuskiego DJ'a i producenta. Minimatic, założyciel wytwórni Tour Eiffel, ma na swoim koncie wiele dobrze przyjętych przez publiczność remixów i coverów (m.in remixy utworów Janko Nilovica) a jego muzykę charakteryzuje ciepłe, organiczne brzmienie. "Get Swingy EP" rozpoczyna aranżacja znanego wszystkim (za to nie przez wszystkich lubianego) hitu duetu Daft Punk "Get Lucky". Następny w kolejce czeka niezwykle energetyczny kawałek "Gonna Swing You", który rozbudzi największych śpiochów i postawi na nogi maksymalnie skacowanych imprezowiczów. Trochę przywodzi mi on na myśl dokonania Parow Stelara. Jako trzeci i zarazem ostatni żegna nas utwór "Betty Was Here", zdecydowanie najbardziej oryginalny i klimatyczny z całego wydawnictwa. Jest to idealny album na przywitanie przedwiośnia, które powoli wkrada się na nasze podwórka.

Na koniec coś polskiego. Mam przyjemność zaprezentować Wam minialbum poznańskiego duetu Folga, za którego brzmienie odpowiada Michał Wierzbicki z grupy Admiration Is For Poets (była już o nich mowa tutaj). Artur i Iga pracują aktualnie nad kolejnym krążkiem, który ma się ukazać jeszcze w tym roku. Jeśli macie ochotę na odrobinę przyjemnego dla zmysłów synth-popu to... klik! Album zatytułowany jest po prostu "Folga", czekają tam na Was cztery utwory o łącznej długości około szesnastu minut, w sam raz na przerwę w pracy. Życzę miłego odsłuchu! [Agnieszka Hirt]

14 lutego 2014


MOGWAI Rave Tapes, [2014] Rock Action || Nie wiem jakim cudem dopiero teraz po raz pierwszy recenzuję regularny, studyjny album Mogwai, jednego z kilku esencjonalnych dla mnie przecież zespołów. Nie żeby nie można było na nich liczyć, płyty wydają regularnie, równie regularnie przeplatając je epkami, zbiorami remiksów czy soundtrackami. A może szkoda, może dłuższa przerwa by im nie zaszkodziła, w końcu "Rave Tapes" to jeden ze słabszych ich albumów. Nie, nie musicie się zatem obawiać. Owszem, mógłbym zrobić sobie Mogwai-tematyczny tatuaż, na ich koncercie pewnie płakałbym jak mała dziewczynka, "Rave Tapes" kupiłem na płycie, tylko po to by dwa dni później kupić również winyl a zdjęcie TEGO podnieca mnie bardziej niż niejeden hipsterski porno-blog na Tumblru. Miłość miłością, ale może właśnie dlatego zasłużonej chłosty nie odmówię.

Bo Mogwai to już trochę takie Iron Maiden post-rocka. Będąc ledwie jednym z odgałęzień arcyciekawego i metagatunkowego nurtu w muzyce wygenerowali masę epigonów, która nie tylko zjadła sens pierwotnego pojęcia, ale złapała same Mogwai w pętlę kopiowania kopistów. Wierzcie lub nie, ale post-rock to nie ugrzeczniony instrumentalny metal z długimi i smutnymi tytułami kompozycji oraz zdjęciami zachmurzeń w różnych stadiach na okładkach. Czyli plus minus to, co serwują fanpejdże w stylu Post-rock PL itp. Pierwotnie post-rock to i to, i to, i to, ale i faktycznie nurt a'la GY!BE czy Mogwai właśnie. Niestety, plejada mniej lub bardziej udanych kopii w stylu God Is An Astronaut czy Russian Circles mocno zawęziła percepcję pojęcia post-rocka, tak, że dzisiejszy miłośnik "gatunku" może poczuć się zaniepokojony widząc różową okładkę i słowo "rave" w tytule płyty.

Mój pogląd na albumy Mogwai? Debiut tak istotny i kultowy, że niemal nie mam potrzeby go słuchać (chyba, że "Like Herod" w kolejnych koncertowych wersjach, im dłuższa, głośniejsza i rzężąca, tym lepiej). Album nr 2 po prostu lepszy, spójniejszy i obezwładniający atmosferą. Tendencja zwyżkowa kulminowała moim zdaniem na "Rock Action", płycie na której Szkoci pokazali, że zdolni są zmian, wzbogacania brzemienia i poszukiwań, przy jednoczesnym zachowaniu swej tożsamości, a wszystko to na albumie niewiele dłuższym od niektórych ich wcześniejszych utworów. Płyta "Happy Songs For Happy People" tylko to potwierdziła, przy okazji uwypuklając zmysł Mogwai do pisania znakomitych melodii. A potem zaczęły się schody.


"Mr. Beast" to najsłabsza płyta z najfajniejszą okładką. Kilka bardzo dobrych pomysłów, skumulowanych głównie na początku, parę świetnych melodii, ale poza tym mnóstwo dziwnie "zwyczajnej" gitarowej nudy i zejścia do poziomu własnych epigonów. Trochę zapomniany "The Hawk Is Howling" na szczęście udanie powrócił do brzmienia rodem z pierwszych albumów i zjawiskowego zbioru "EP+6", a "Hardcore Will Never Die, But You Will" przyniosło znów odrobinę świeżości i zasłużonego sukcesu. I tak oto dotarliśmy do "Rave Tapes".

Kompaktowy tytuł może rodzić skojarzenia z "Rock Action", ironia w nim zawarta z "Happy Songs Happy People", niestety, równie fajna okładka odsyła zdecydowanie w stronę "Mr. Beast". Różnica między tymi albumami polega głównie na tym, że na "Mr. Beast" było klika świetnych pomysłów i kilka bardzo słabych. "Rave Tapes" jest znacznie bardziej spójna jako całość, nie ma tu złych utworów, ale nie ma też bardzo dobrych. A przede wszystkim zapamiętywalnych, nawet te trzy najlepsze (znów skumulowane na samym początku), "zaskakują" dopiero na zasadzie wielokrotnych przesłuchań albumu.


Czemu akurat vocoderowo-piosenkowe "The Lord Is Out of Control" opatrzone zostało teledyskiem naprawdę nie rozumiem. Ot, zwyczajna, odrobinę bezpłciowa kompozycja, podobnie jak tradycyjnie melancholijna "Blues Hour", rodem z dawnych czasów Mogwai, ale nie dorastająca do ówczesnego poziomu. Ale jeszcze gorzej jest w krótkich, gitarowych  i instrumentalnych utworach, jak zmęczone "Deesh", absolutnie nijakie "Hexon Bogon" i naprawdę okropnie się zaczynające "Master Card". Zamiast ponadgatunkowych wizjonerów, mamy tutaj nastawienie We play rock music, dude! w wykonaniu panów w wieku andropauzalnym. Co z kolei myśleć o "Repelish", dialogu poświęconemu słynnej niegdyś sprawie "Stairway To Heaven" Led Zeppelin, również nie wiem. Wiadomo, żart, ale czy czasem aby trochę nieświeży?

Otwierająca album triada jest jednak znacznie zapowiedzią czegoś znacznie ciekawszego. Przy lepszym dopracowaniu mogła by to być podstawa do naprawdę udanej epki. Szczególnie "Remurdered", pierwszy znany utwór z "Rave Tapes", choć trochę poszatkowany i chaotyczny, wydaje się być punktem wyjściowym do znacznie dłuższej i złożonej kompozycji. Kończy się jednak plus minus w tym momencie, kiedy zaczyna naprawdę wciągać. Problemu z natychmiastowym zainteresowaniem nie ma natomiast "Simon Ferociuous", w którym Mogwai brzmią jak... The Chemical Brothers rodem z "Further"! I wreszcie medytacyjne "Heard About You Last Night", oparte na obezwładniającym pulsie, pokazuje, że Mogwai zdecydowanie zasłużyli sobie na dłuższą przerwę w poszukiwaniu nowych pomysłów. 5/10 [Wojciech Nowacki]

10 lutego 2014


Polsko-ukraińskie trio Dagadana wzmocnione o amerykańskiego perkusistę Franka Parkera powraca z nowym projektem „List do Ciebie”. Tym razem to nie twórczość ludowa, a listy i wiersze najstarszego z braci Różewiczów, Janusza, stanowią inspirację albumu. Krążek trafi do sprzedaży 15 lutego, a od 12 lutego będzie można zobaczyć zespół na żywo w wielu polskich miastach.

Wszystko zaczęło się przypadkiem kiedy to Filharmonia Łódzka poprosiła zespół o melorecytację jednego z wierszy Janusza Różewicza, zapomnianego poety z czasów wojny, na koncercie w Radomsku rodzinnym mieście Różewiczów. Zamiast jednego wiersza formacja napisała trzy piosenki. Bardzo pozytywny odbiór tego materiału zmotywował zespół do głębszego zbadania twórczości poety i napisania kolejnych siedmiu utworów i tak powoli powstał zarys nowego albumu. Integralną częścią tego projektu stał się również amerykański perkusista z Chicago Frank Parker (współpracował m.in. z Kurtem Ellingiem, Randym Breckerem i Johnem Patituccim), który wzmocnił skład zespołu.

Na wydawnictwie oprócz dobrze znanych folkowych brzmień Dagadany możemy usłyszeć bardziej niecodzienne dla zespołu nurty muzyczne takie jak reggae w utworze „Kino”, mocne elektroniczne beat-y współgrające z żywą perkusją w „Kartce Dla Nieznajomej”, jazzujący „Karnawał” czy cudownie łączący wiele gatunków tytułowy „List do Ciebie”. Oprócz dość oczywistych muzycznych doznań których płyta dostarcza słuchaczowi szczególną uwagę należy poświęcić sposobowi wydania albumu. W erze „digital downloads” miłą odmianą jest kartonowe pudełko long play’a zawierające oprócz samej płyty, list od zespołu dla słuchaczy, kolaże które łączą ze sobą zdjęcia z przeszłości członków zespołu i Janusza Różewicza jak i również same wiersze i ich tłumaczenia na język ukraiński i angielski dopełniające całość.

Płyta dostępna jest w przedsprzedaży na stronie wydawnictwa Karrot Kommando, a już od 10 lutego można posłuchać całości w serwisie Deezer. Formację w pełnym składzie można będzie zobaczyć w trakcie trasy koncertowej po Polsce, która rozpoczyna się już 12 lutego 2014 koncertem we wrocławskim Firleju. Więcej informacji odnośnie terminów można znaleźć na stronie zespołu. A poniżej pierwsza odsłona trasy:

12.02 Wrocław - Firlej


13.02 Kalisz - Pod Muzami

 
15.02 Pszczyna - Bugsy Jazz Club

5.03 Szczecin - Rocker Club
6.03 Gdynia - Ucho
7.03 Bydgoszcz - Węgliszek
8.03 Białystok - Fama
9.03 Toruń - Lizard King
15.03 Strumień - Gimnazjum
29.03 Poznań - Teatr Nowy

Dla wszystkich wybierających się na koncert zespół przygotował niespodziankę. Dzięki wsparciu Poczty Polskiej każdy z słuchaczy będzie mógł napisać list do swojego przyjaciela i wysłać go bezpośrednio po wydarzeniu. [Grzegorz Skorupiński]

5 lutego 2014


Stosunkowo często niestety powraca w moich praskich opowieściach motyw Czeskiego Słowika. Pod koniec roku przy okazji tej jednej z najbardziej lamerskich nagród muzycznych wybuchł skandal i ogólnokrajowa debata na tematy kulturalne. Wszystko za sprawą stosunkowo niewinnej kategorii "Gwiazda Internetu", jedynej poddanej powszechnemu głosowaniu. Dwa dni po wręczeniu nagród, Mattoni, producent wody mineralnej i główny sponsor Słowika, wydał oświadczenie o uprzedniej dyskwalifikacji rapera występującego pod pseudonimem Řezník. Powodem miało być "posługiwanie się przez artystę wulgarnym językiem, obraźliwym dla niektórych grup obywateli, dosłownie opisującym gwałt i stosowanie substancji uzależniających."

Oświadczenie wydane zostało w odpowiedzi na słowa Řezníka, jakoby nagroda należała się jemu i została mu odebrana, głównie z obaw, że zwycięstwo rapera wiązało by się z jego występem na żywo podczas rozdania Słowików. I faktycznie na 10 dni przed oficjalnym zakończeniem głosowania, Řezník widniał na stronie internetowej jako zwycięzca tej konkurencji, co nie jest żadnym zaskoczeniem, ponieważ dysponuje ogromną bazą niezwykle oddanych fanów.

I rozpętała się burza. Najpierw w geście protestu otrzymanego w 2006 roku Słowika oddał Matěj Ruppert, lider i wokalista popularnej funkowej grupy Monkey Business. Piorunujące medialne wrażenie jednak uczyniła dopiero rezygnacja Tomáša Klusa z udziału w kolejnych edycjach Czeskiego Słowika. Ten młody debiutant należy do najpopularniejszych obecnie muzyków w Czechach a w zeszłym roku po raz pierwszy od lat zrzucił ze słowiczego tronu samego Karela Gotta. Głosy takie jak Richarda Krajčo, lidera starczo-rockowej grupy Křyštof, który powiedział, że "nie chciałby, żeby jego dzieci słuchały Řezníka", należały do zdecydowanej mniejszości.

Podobnie kontrowersyjnie potoczyła się sprawa występu zespołu Vanessa w czeskiej telewizji. Co prawda w późnych godzinach i na niszowym kanale tematycznym (a'la nasza TVP Kultura), ale wokalista grupy Samir Hauser (której członkiem jest Moimir Papalescu, jedna z ważniejszych postaci czeskiej elektroniki) w czasie przeprowadzanego na żywo wywiadu, nie tylko pił, palił i przeklinał, ale i symulował zwracanie oraz wciągał kokainę z Biblii. Tym razem jednak chodziło o przygotowaną z premedytacją prowokację artystyczną, która zaowocowała zwiększoną o 100 % sprzedażą najnowszej płyty Vanessy oraz kolejną ogólnomedialną dyskusją o swobodzie artystycznej, cenzurze, kształtowaniu gustu społeczeństwa czy próbie ograniczania wolności internetu. I to właśnie fascynujące jest w Republice Czeskiej, że tego typu problemy bardziej rozpalają zmysły niż polityka. No chyba, że prezydent Zeman znów się upije.

Za miesiąc więcej o bieżących nowościach, czeskich podsumowaniach roku i nagrodach bardziej wartościowych od Słowika. [Wojciech Nowacki]

3 lutego 2014


COLDAIR [1.02.2014], Café V Lese, Praha || Całe szczęście, że muzyka Tobiasza Bilińskiego wciąga praktycznie od pierwszych dźwięków, inaczej naprawdę ciężko byłoby się mi skupić, słysząc wciąż szeptane do lewego ucha obserwacje Look! Look at the girls! They all wanna sleep with him right now! Rzut okiem na ukrywające się pod ścianami dziewczęta potwierdził spostrzeżenie, bardziej jednak wolałem się skupić na dźwiękach, które Tobiasz grał, niż na feromonach, które ewidentnie wydzielał.

Co ciekawe, było to moje pierwsze koncertowe zetknięcie się z Coldair. Parokrotnie widziałem Kyst, w tym w dwuperkusyjnej odsłonie, każdy kolejny raz był niezaprzeczalnie lepszy i ciekawszy od poprzedniego. Ale w przypadku Coldair przyznaję, że musiałem ulec powszechnemu niemal złudzeniu, że jak zespół, to na bogato, a jak solo, to smutny chłopiec z gitarą. Na szczęście już drugi album Coldair, "Far South", pokazał, że to nie gitarowy szkicownik z szuflady, ale przy utrzymaniu stałego tempa zmian/rozwoju, pełnoprawny projekt, którego kolejne kroki mogą być potencjalnie ciekawsze niż Kyst. I płyta "Whose Blood" tylko te przypuszczenia potwierdziła.

Na chłopca z gitarą dali się nabrać i Czesi. Wydawało się, że w odpowiedzi na pierwsze dźwięki Coldair, niemal słyszeć było można odgłos zdziwienia dobiegający ze skromnego publikum. Odbiór ten tylko umacniał się w trakcie stosunkowo krótkiego koncertu. Ogromny talent, w pełni ukształtowania muzyczno-sceniczna osobowość, bezbłędny miks i przede wszystkim niebywale bogata, wręcz zaskakująco różnorodna przy pierwszym kontakcie muzyka.

Najlepsze momenty? Single z "Whose Blood", świetny i profesjonalny cover "Strawberry Bubblegum" Justina Timberlake'a, czy moje ulubione "What Is There To Know" na bis. Ale przede wszystkim nowy, po raz pierwszy zagrany utwór, z płyty nad którą Tobiasz właśnie pracuje. Nie, nie napiszę jak brzmi, poczekajcie na plus minus 2015 rok, bo zaskoczeń ze strony Coldair może być naprawdę sporo. Porzućcie też już wszelkie etykiety i porównania, Tobiasz Biliński gra po prostu jak Tobiasz Biliński a pomysłów na siebie ma co raz więcej.

Szkoda, wielka szkoda, że całkowicie zawiedli organizatorzy. Byłem niemal pewien, że jeśli udało sie zorganizować koncert w Café V Lese, jednym z najważniejszych miejsc na muzyczno-alternatywnej mapie Pragi, to nie należy się przejmować resztą. Zerowa promocja, event na Fejsie utworzony na trzy dni przed, brak choćby symbolicznej kartki w samym klubie, że tego dnia odbywa się w nim potencjalnie intrygujący koncert. Poczułem, że jeśli polscy wykonawcy chcą przyjeżdżać do Pragi (bo warto!) to skoro jestem na miejscu to naprawdę powinienem wziąć sprawy w swoje ręce.

Wreszcie uwaga dla fanów, miłośników, czy osób które zetknęły się muzyką Coldair dopiero na żywo. Dziewczęta, nie przygryzajcie nerwowo warg! Chłopcy, nie uciekajcie spłoszeni zaraz po koncercie! Nie musicie bać się Tobiasza, przynajmniej na razie, dopóki nie zostanie obrzydliwie bogatą gwiazdą światowego formatu. Za parę lat, czeska widownia i praskie kluby naprawdę mogą mieć powody by żałować, że nie poświęciły Coldair takiej uwagi na jaką zasługuje. [Wojciech Nowacki]

2 lutego 2014


NILS FRAHM [31.01.2014], Palác Akropolis, Praha || Pisząc o muzyce Nielsa Frahma ma się zasadniczo do wyboru dwie strategie. Emocjonalną, która niemal gwarantuje popadnięcie w bezlitosny banał, lub intelektualną, równie silnie grożącą bezdusznym i wydumanym żargonem. Sytuacji nie ułatwia pozycja Frahma na scenie muzycznej, kolejny to bowiem artysta, którego nie sposób jednoznacznie zakwalifikować. W zależności od własnego przygotowania i osłuchania, każdy może znaleźć swój punkt dostępu do jego po-prostu-muzyki.

Nie należę do słuchaczy, którzy na koncertach poświęcają się głównie barowi, piwu i wesołym konwersacjom ze znajomymi. Dawno już jednak nie zdarzyło się, żebym słuchał koncertu w aż takim skupieniu i w poczuciu totalnego bezczasu. Często jestem w stanie przewidzieć następne dźwięki czy ruchy artysty, nawet w przypadku nieznanych mi kompozycji. Frahm nie poddaje się temu, skupienia i uwagi wymaga zatem śledzenie jego pracy nad dźwiękiem i napięciem wykonania. Zwłaszcza, że większość koncertu zagrana została bez przerw, pod palcami pianisty kompozycje przekształcały się płynnie jedna w drugą, czasem diametralnie różne, ale połączone z niebywałym talentem.

Frahm wykonuje nad swym pianinem autentyczną pracę. Łatwo ulec złudzeniu, że słuchamy jednej ciągłej improwizacji, ale nawet jeśli fragmenty oparte są na luźniejszych strukturach, to bez przerwy i bezbłędnie kontrolowane są przez artystę. Nils Frahm, sympatyczny i bezpretensjonalny chłopak, podczas koncertu z każdym uderzeniem w klawisze nabiera dojrzałości i męskości. Jego gra momentami jest niesamowicie wysiłkowa, ramiona Frahma nieraz wydawały się być na granicy bólu, kapiący z jego czoła pot nie był pod koniec występu zatem żadną niespodzianką.

Zaskoczeniem było natomiast to, jak… seksowną jest jego muzyka. Pierwszy utwór, na rozgrzewkę mocno oparty na loopach i elektronice (oparty na nagranym wspólnie z Ólafurem Arnaldsem „Stare”), niewiarygodnie gradując w stronę ekstatycznego finału rodził całkiem oczywiste skojarzenie. Poczucie wielkiej sensualności kompozycji Frahma trwało do końca występu, był to też jeden z powodów, dla których jego klasyczna przecież muzyka nigdy nie zbliżała się choćby do granic banału. Z dwójki Frahm – Arnalds po piątkowym koncercie zdecydowanie wybieram Frahma, jego twórczość jest może bardziej wymagająca, ale też znacznie bardziej wciągająca, a jego technika i doskonały warsztat dają mu lekką przewagę nad niemniej przecież utalentowanym przyjacielem.

Niels Frahm jest wreszcie przeuroczą osobą. Chętnie konwersuje i wciąga publiczność do prawdziwego współuczestnictwa w koncercie. Dosłownie zresztą, bo napięcie w maksymalnie wypełnionej sali Palácu Akropolis rozładował zapraszając kilkanaście osób na scenę. Przed koncertem sprzedawał swoje wydawnictwa swobodnie, chętnie i naturalnie rozmawiając ze swoimi fanami, a przynajmniej z tymi, którzy rozpoznali w nim gwiazdę wieczoru. Sam też zaproponował „nielegalny”, bo już po godzinie 22, bis, grając delikatny utwór i prosząc o nie klaskanie. Ku memu zaskoczeniu publiczność posłuchała a wieczór oficjalnie zakończył się sympatycznym machaniem do siebie widowni i artysty. Burzę oklasków otrzymał już zresztą zasłużenie wcześniej. [Wojciech Nowacki]

1 lutego 2014

W poprzednim odcinku serii, swoje zestawienie stworzyła dla Was wokalistka grupy Stardust Memories, Magdalena Nowakowska. Dziś zostajemy w stardustowym klimacie, jednak tym razem pociągnęliśmy za język Macieja Bąka - gitarzystę zespołu. Maciej wybrał dość sporą liczbę albumów, także przed rozpoczęciem lektury zaleca się sporządzenie ulubionej kawy oraz wygłaskanie na zapas wszystkich zwierząt domowych. A wtedy to już z górki, zapraszam! [Agnieszka Hirt]

Ania Rusowicz Genesis, [2013]


Dla mnie polska płyta roku 2013 i płyta, której aktualnie słucham chyba najczęściej. Mój klimat w stu procentach. Wspaniałe połączenie starego retro-vintage rocka z przełomu lat 60-70tych (z dużym akcentem na polskie brzmienia z tamtego okresu!) z mnóstwem odniesień do współczesnych rzeczy (Black Keys, Jack White, Dead Weather, Tame Impala...). Gęste, przesterowane, nasycone, masywne brzmienie. Wielopoziomowe kompozycje, aż momentami zazdrość ściska, że można tak fajnie zagrać! Jest tu psychodelia, patos, dostojność, lekkość, smutek i zmysłowość - cały kalejdoskop brzmień i nastrojów. Ktoś powiedział, że to taki Breakout na amfetaminie.  Z pewnością. To też bardzo kwasowa, psychodeliczna płyta. Bardzo hippisowska muzycznie, kwiecista, fluorescencyjna. Ach...! Jednocześnie to po prostu świetne, wbijające się w ucho, liryczne piosenki. No i aranżacje - bogate, pełne detali... za każdym przesłuchaniem zauważa się coraz to nowe rzeczy. Piękna, świadoma, przemyślana, mądra płyta.

Robert Plant & Alison Krauss Raising Sand, [2007]; Robert Plant The Band Of Joy, [2010]


Nieprzypadkowo wspominam o tych płytach razem. Wycieczki Roberta w stronę amerykańskich korzennych brzmień są dla mnie swego rodzaju kopalnią inspiracji dla Stardust Memories. Pod kątem melodyki, brzmień, produkcji, wszystkiego. To stąd wzięły się nasze określenia "dark country" i "space folk". Tego typu muzykę określa się często terminem "americana". To mieszanka tradycyjnych gatunków z USA, jak folk, country, bluegrass, blues. I rzeczywiście - mamy tutaj z pozoru rzewne ballady, korzenne gospelowe pieśni, bujające pre-rocknrollowe utwory. Brzmienia akustyczne i elektryczne. Podstawą jest granie na żywo przez grupę muzyków w studiu, budowanie klimatu. Wszystko jest z jednej strony subtelne i dostojne, z drugiej strony przywodzi na myśl zagęszczone powietrze i totalną ciszę przed burzą. Te płyty pełne są mrocznych napięć, malowanych w dostojny, mądry sposób przez grupę wybornych, doświadczonych życiowo muzyków. Są majestatyczne i zwiewne, hipnotyczne. Ultra-amerykańskie. No i są te wszystkie amerykańskie rytmy, groove'y - ogromny ładunek erotyzmu i zmysłowości. Tak jak wokal Planta. Niezmiennie, mimo upływu lat - mistrz interpretacji i ekspresji.

The Kills Blood Pressures, [2011]


The Kills uwielbiam totalnie, a Blood Pressures to moim zdaniem ich najlepszy krążek. Nie tak nieokrzesany i dziki jak dwie pierwsze płyty, ale dojrzalszy. Połączenie ich najlepszych cech - elektronicznych i popowych wycieczek z Midnight Boom z chropowatością debiutu. Tu jest trans, zadzior, seks i brud. Ale słucham tej płyty dla melodii. I oczywiście dla Alison, która roztapia mnie na ciepłe masło za każdym razem, kiedy śpiewa.

Jack White Blunderbuss, [2012]


Mój ukochany sowizdrzał rocknrolla XXI wieku. Jack White - facet, który wszystkiemu co robi, nadaje specyficzny chłopięcy, zadziorny charakter. Jakby zawsze miał 19 lat i chciał wszystkim dać po nosie. Komiksowa postać z szelmowskim uśmiechem i rozkręconym wzmacniaczem za plecami. Nawet jeśli nagrywa płytę taką jak Blunderbuss - w połowie przecież akustyczną, wręcz country momentami. Są tu i hip-hopowe rapowanki, i sfuzzowane gitary, żeńskie gospelowe chórki, smyczki i ciężka perkusja. Ale nie ma typowego hard-rocka czy garażowego grania. Ta płyta jest trochę jak wspomniane albumy Roberta Planta, gdyby ten miał o 30 lat mniej. Taka "americana" na miarę XXI wieku. Na brudno. Słucham tej płyty baaardzo często, i też jest to ogromna inspiracja do aktualnych działań Stardust Memories.

Tame Impala Lonerism, [2012]


Bardzo pozytywne zaskoczenie AD 2013. Płyta-kalejdoskop, bardzo kwaśna i bogata. Niesamowicie charakterystyczne melodie. Album stricte rockowy, jednak pełen nierockowych patentów produkcyjnych. Beatlesi z psychodelicznego okresu 1966-68r. na miarę naszych czasów. Ciekaw jestem niezmiernie kolejnego wydawnictwa.

Lykke Li Wounded Rhymes, [2011]


Bardzo seksowna płyta. Cudowne połączenie elektroniki, ciepłej, zmysłowej, kobiecej poetyki i kapitalnych melodii. I do tego ten niesamowity, "leśny", elficki, przestrzenny klimat. A na koniec - gitary żywcem wzięte z "pre-rockowych" ballad z lat 50-tych. Kari Amirian, BOKKA i inni artyści kradną na potęgę od Lykke Li - i słusznie, dobry wzorzec!

Kim Nowak Kim Nowak, [2010]


Przełom w polskim rocku - dla mnie. Przed tą płytą mieliśmy "rocko-polo" ( z nielicznymi wyjątkami). A teraz każdy gra vintage. Kim Nowak to dla mnie taki album-deklaracja. Mocny "statement" - przesterowujemy wszystko, gramy mocno, szybko, brutalnie, na żywo. Wiemy, o co nam chodzi. Nie gramy jak Metallica, Limp Bizkit czy Rage Against The Machine, którymi do niedawna jeszcze lwia część rockowej Polski żyła (a może i wciąż żyje). Bardziej jak Black Keys, QOTSA i Kyuss. Analogowo. Bez cyzelowania. Światowo. Płyta spójna, mocna i diabelsko przemyślana jeśli chodzi o pomysł na brzmienie. Zazdrość!

Lenny Kravitz Circus, [1995]


Cenię tego faceta za konsekwentne realizowanie swojej wizji na muzykę i wizerunek. Bez kompromisów. Mimo, że popełnił kilka średnio udanych płyt. Lenny jako pierwszy na poważnie pokazał, czym jest retro-rock, a było to 20 lat temu. Spójna produkcja, techniki nagraniowe i sprzęt rodem z 1969. Duch Led Zeppelin w powietrzu. Hippisowsko-glamowy wizerunek. A jednak niezaprzeczalnie indywidualny styl melodyczny i aranżacyjny. Lenny jest wielki, a Circus to esencja jego wczesnego dorobku. Tunnel Vision moim ulubionym utworem.

Paristetris Paristetris, [2009]


Kiedy ich usłyszałem po raz pierwszy w listopadzie 2009 roku w warszawskiej Cafe Kulturalna... rety, nie mogłem się podnieść. Coś takiego zdarza się raz na epokę muzyczną. Totalnie odjechane, awangardowe granie z rockową duszą. Dziwaczne, zappowskie. Pełne absurdalnego, nonsensownego poczucia humoru. Niełatwe w odbiorze, a jednak przez swoją dziwaczność fascynujące. Po prostu esencja muzyki spod skrzydeł wytwórni Lado ABC. Marcin Masecki, Macio Moretti. I Candelaria Saenz Valiente - dla mnie kobieta nr 1 w polskiej muzyce po 2000r. Osobowość sceniczna pokroju Kory z lat 80-tych - ekspresyjna, tryskająca niespożytą energią sceniczną. Ekscentryczna, piękna, szalona. I TEN głos.

Deep Purple Made In Japan, [1972]


Z przekory. No bo przecież "dinozaury", przecież nie wypada się przyznawać (?!). Bo alternatywna śmietanka w Polsce gardzi. A to przecież czysta esencja rockowego grania na żywo. Płyta wydana bez żadnej edycji, poprawek. Wulkan energii. Wirtuozeria bez wpadania w przesadę charakterystyczną dla późniejszych "klasyków" klasyki hard & heavy. Płyta brudna i spocona, razi z siłą myśliwca F-16. Kiedyś nie mogłem uwierzyć że można tak grać. Że to wykonalne w ogóle. Najlepsza koncertowa płyta wszech czasów. Magia. I ten sound! Dzięki tej płycie wziąłem do ręki gitarę. A Ritchie Blackmore zawsze pozostanie największym, chimerycznym bogiem gitary. Proste.

I jeszcze na koniec: The Dead Weather! Kocham ten zespół za wszystko - za kompozycje, brzmienie, mrok, wizerunek, zadziorność, teledyski, teksty, kołyszące rytmy. Zespół, który się nie opieprza, nie bierze jeńców, lecą po bandzie. Znów napiszę o erotyzmie i napięciach - a z ich płyt można to jeść łyżkami, z gęsią skórką na całym ciele. Co ja piszę - to jest po prostu czysty muzyczny sex. Do tego, co ciekawe, niemalże hip-hopowe groovy na bębnach i często rapowany-krzyczany wokal, niczym jakiś pierwotny, murzyński, bagienny, szamański trans. Dead Weather są dla mnie esencją współczesnego rocknrolla i bardzo, bardzo niecierpliwie czekam na ich kolejną płytę.