27 marca 2014


COM TRUISE Wave 1 EP, [2014] Ghostly International || Seth Haley jest tak zamknięty w swym muzycznym retro-mikroświecie, że ciężko oczekiwać po kolejnych jego wydawnictwach większego progresu lub dramatycznych zmian. Naprawdę, nie potrafię sobie wyobrazić, w jaką inną stronę mógłby udać się Com Truise od początku odbijający się od kolejnych dźwiękowych pikseli. Zarazem jednak czuje się w swej niszy tak zręcznie i komfortowo, że każda kolejna porcja elektroniki w jego podaniu jest całkowicie satysfakcjonująca.

Jasne, "Cyanide Sisters EP" miało za sobą siłę debiutu, album "Galactic Melt" przyniósł rozszerzenie formuły wyłącznie o ramy czasowe, zbiór "In Decay" brzmiał pełnoprawnie świeżo, a i kolejna epka "Fairlight" udanie pobawiła. Niemal zatem dwa lata nie słyszeliśmy ze strony Haley'a żadnej nowej produkcji. Zdążyliśmy już trochę o Com Truise zapomnieć, ale jednocześnie podświadomie zapragnąć kolejnych neonowych rozbłysków.


Oto mamy, "Wave 1" może okazać się wkrótce częścią większej całości lub serii epek, z siedmioma kompozycjami mieści się idealnie między krótką a albumową formą. Długość "Wave 1" pozostawia perfekcyjnie skalibrowany niedosyt, ale nie jest to jedyny powód dla którego automatycznie wracamy do tego wydawnictwa raz za razem.

Dzięki kompozycyjnej homogeniczności, zabójczej produkcji oraz niemal identycznym 4-minutowym ramom wszystkich utworów, obcujemy z "Wave 1" jak z miniaturową tabliczką czekolady z bakaliami. Chcemy kolejną, żeby przekonać się, co tak naprawdę nam w niej smakuje. A smakuje wybornie. Seth Haley już choćby na "In Decay" ukazał, że jest mistrzem opener'ów. "Wasat" to świetne intro, niespełna dwuminutowe i może dlatego tak skutecznie rozgrzewa. "Mind" natomiast jest intrygującym przykładem na to, że instrumentalna elektronika naprawdę czasem zdaje się coś opowiadać.

Dosłowną opowieść dostajemy w "Declination", pierwszym utworem Com Truise z wokalem. Jasne, brzmi to jak ograna klisza instrumentalistów, wrzućmy wokal żeby było oj-tak-świeżo. Ha, problem w tym, że wokal jest tu tak nieinwazyjny, że wydaje się być naturalnym elementem portfolio Com Truise. Wreszcie, te parę minut to o niebo lepszy kawałek muzyki tanecznej niż ten cały okropny ostatni album Daft Punk.

Com Truise wraca jednak potem na swoje utarte new-age'owe szlaki, choć czasem mocniej niż do tej pory połamane. Kończące całość tytułowe "Wave 1" nie tylko zachęca do kolejnego repeatu, ale i stawia pytanie co dalej. Prawdopodobnie kolejna porcja może i przewidywalnej, ale mistrzowsko skonstruowanej muzyki. I tyle wystarczy. 7/10 [Wojciech Nowacki]

17 marca 2014


BATHS Obsidian, [2013] Anticon || Will Wiesenfeld to świetny materiał na kumpla. Sympatyczny, zabawny, bezpretensjonalny nerd, fan anime i gier komputerowych, czemu daje codziennie świadectwo na swoim Twitterze i Instagramie. Być może dręczony w szkole przez cheerleaderki i drużynę futbolową, zdaje się spełniać niemal wszystkie warunki do syndromu forever alone. Z tym, że Will już jako nastolatek zaczął tworzyć muzykę, najpierw pod szyldem Post-foetus, następnie Geotic (który to szyld okazjonalnie wskrzesza upubliczniając za darmo swoje ambientowo-gitarowe oblicze) i wreszcie Baths, którego albumowy debiut "Cerulean" wydał w wieku zaledwie 21 lat w legendarnym labelu Anticon.

Trochę nieudolnie podpinany przez niektórych pod ówczesną falę chill-wave'u album uznany został dość powszechnie za jedno z najciekawszych wydawnictw 2010 roku. Muzycznie znalazł miejsce gdzieś pomiędzy Four Tet, Nosaj Thing i Golda Pandą oraz faktycznie resztkami piosenkowego chill-wave'u. Choć na płycie najbardziej wyróżniały się świetne instrumentalne "Maximalist" i "Aminals", to w swych nieśmiałych wokalnych próbach Will uchylił rąbka swej nie-tak-oczywistej osobowości.

W następnych latach Baths koncertował, komponował, tweetował i nadal pozostawał tym samym kumplem z sąsiedztwa. Ale fasada beztroskiego nerda runęła wraz z zakażeniem E. coli, które na długie tygodnie uwięziło pozbawionego sił Willa we własnej sypialni. Śmiertelność, apatia i ułomność własnego ciała to pierwszy dominujący motyw albumu, który wyłonił się z tych bolesnych doświadczeń. W cielesności znalazł jednak również doraźne pocieszenie, wyraźnie zaznaczając to, co na debiucie ledwie pobrzmiewało w tle, skryte pod kolejnymi wokalnymi filtrami.


"Obsidian" jest bowiem płytą, mimo wyjątkowo depresyjnego klimatu, zdecydowanie piosenkową. Nie tylko niemal wszystkie kompozycje posiadają wokale wpisane w tradycyjne piosenkowe struktury, ale i sam Will zrezygnował ze sporej części efektów stając się w równym stopniu wokalistą-songwriterem, co utalentowanym producentem elektroniki. Rozdźwięk między dźwiękiem a słowem na "Obsidian" jest jednak dramatyczny. Przy przygodnym zetknięciu się z tym albumem słyszymy przyjemną elektronikę. dopiero wsłuchanie się w słowa (lub wczytanie, kolejnym krokiem Willa w przesuwaniu akcentów względem debiutu jest bowiem udostępnienie tekstów we wkładce płyty) gwarantuje nam naprawdę ciężką emocjonalną pralnię.

I might walk upright / But then again / I might still try to die słyszymy jako refren już w pierwszym utworze "Worsening". I zgodnie z tytułem potem jest tylko gorzej. "Phaedra" rozpędza się wokół zdania The thought of mortality dormant in me. W "Earth Death" słyszymy mocną żywą perkusję i słowa Come kill me / I seem so little. Słowa klucze dla opartego na szybkim perkusyjnym bicie i czystym wokalu "Ossuary" to sick i death, dla "No Past Lives" są to hell i agony, ale i dość zaskakująco I love you. Zaskakująco, bo słowa te wydają się być bardziej wołaniem po doraźnej bliskości niż głębszym wyznaniem.

Swojemu pierwszemu chłopakowi (Boże, nie znoszę tego określenia, taka uwaga na marginesie) poświęcił piosenkę "Incompatible" ze słowami Scared of how little I care about you. A skoro w życiowej potrzebie zawodzi związek, często upada się do granic samoupodlenia. But it's only a matter of / Come and fuck me śpiewa Will w synth-popowym "No Eyes", w swoją wartość ironicznie wątpi w "Ironworks" (I am sweet swine / And no man is ever mine). Will jest niezaprzeczalnie słodki i znów jest tym samym wesołym chłopakiem z sąsiedztwa. Choć nie do końca. Ma na koncie dwa bardzo udane albumy, które dzieli okres mroku, ale i ewolucji. Miejmy nadzieję, że przed kolejną płytą Baths mroku zabraknie a jego ewolucja nabierze jeszcze większego tempa. 7/10 [Wojciech Nowacki]

16 marca 2014


I BREAK HORSES Chiaroscuro, [2014] Bella Union || O fenomenie skandynawskiej muzyki nie trzeba nikogo przekonywać. Pomijając zamknięty islandzki mikroświat, Dania, Norwegia i Szwecja przynoszą każdego roku coraz więcej wartościowej muzyki, która z jednej strony zdaje się czerpać przecież więcej niż wyraźne inspiracje z anglosaskich wzorców, ale podawana jest w tak zajmujący sposób, że sama tworzy fale własnych naśladowców (nawet, jak zwykle z opóźnieniem, w Polsce, vide Bokka). Mamy zatem już uznane nazwy jak Röyksopp, The Knife czy Lykke Li, zjawiskowe duńskie formacje Efterklang i When Saints Go Machine, ale I Break Horses jeszcze szerszej publiczności nie jest jeszcze w wystarczającym stopniu znane.

Duet debiutował w 2011 roku i to od razu pod szyldem znakomitego Bella Union. Płyta „Hearts” znów przefiltrowała znane wcześniej motywy, sięgnęła jednak znacznie głębiej w poszukiwaniu inspiracji, niejako antycypując to, co w muzyce alternatywnej zaczęło dziać się w ostatnim czasie a czego oficjalnym ukoronowaniem był powrót My Bloody Valentine. Już w pierwszym utworze „Winter Beats” usłyszeliśmy pełen zestaw. Syntezatory, noise’owa gitara, popowy potencjał. O ile piosenki takie piosenki jak „Pulse” i „Cancer” nawiązywały do dream-popu spod znaku Beach House, o tyle tytułowe „Hearts” to czystej wody shoegaze na nowe stulecie. Dodajmy do tego jeszcze zaskakujące skojarzenie z klasycznym avant-popem Stereolab w „Wired” i bezczelną przebojowość „Load Your Eyes” a otrzymaliśmy wykonawcę godnego obserwowania.


Krok w bok w stronę synth-popu na „Chiarosuro” okazał się jednak dla I Break Horses lekkim krokiem w tył. Znów pierwsza kompozycja, „You Burn”, odkrywa przed nami większość kart. Zdecydowanie ciemniejsza niż na rozmarzonym „Hearts” atmosfera, większa jednolitość materiału, kosztem stylistycznej różnorodności i wyraźna inspiracja elektroniką lat 80-tych to znaki rozpoznawcze I Break Horses na świeżo wydanym albumie. Nawet wokal Marii Lindén nabrał większej głębi, ale ponury klimat odbił się na popowym potencjale materiału. Ten czai się w „Denial” oraz w dwóch utworach z końca płyty. „Disclosure” może nie posiada oczywistej melodii, ale wreszcie pojawia się tu kompozycyjny i emocjonalny progres. Podobnie „Weigh True Words”, koniecznie odważniejsze i bardziej dynamiczne.


Po kroczącym, minorowym „You Burn” słyszymy mechaniczne i rozpędzone „Faith”, pełne analogowych pseudo-fałszów. Prawdziwa ejtisowa pikseloza pojawia się zaś w „Ascention”, mocno przypominającym retro-elektronikę a’la Com Truise. W samym centrum album rozmywa się jednak w nieinwazyjnej nijakości i trochę rozczarowuje, bynajmniej nie pod względem jakości, ale lekko zmarnowanego potencjału.

Fajnie, że I Break Horses potrafili nagrać dwa różne albumy, nie pomaga to jednak w odpowiedzi na pytanie, jakie jest właściwie brzmienie duetu. Szkoda wreszcie cofnięcia się o kolejną dekadę, synth-pop z lat 80-tych usłyszeć dziś można niemal wszędzie, avant-pop i shoegaze z pierwszej połowy lat 90-tych był znacznie ciekawszym tropem do śledzenia. „Chiaroscuro” wcale nie jest płytą słabą, ale w przebiciu się I Break Horses ku większej uwadze zdecydowanie nie pomoże. 5/10 [Wojciech Nowacki]

12 marca 2014


Sezon wiosenny w pełni. Nie tylko dlatego, ze temperatury w Pradze sięgają 15°C, ale wybór koncertów jest znów szeroki, premier płytowych pełno, a po podsumowaniach muzycznych ubiegłego roku rozdano pierwsze nagrody.


Nagrodę Apollo uzyskała grupa Bratři Orffové za album "Šero", wydany aż po 8 latach od ich legendarnego już debiutu "Bingriwingri" z 2005 roku. Zespół ze śląskiego Krnova snuł na nim opowieści mocno osadzone w tamtejszej surowej rzeczywistości gór i małych miasteczek, stawiając ten koncept ponad typową działalnością zespołu muzycznego. "Šero" jest jeszcze bardziej melancholijną kontynuacją historii z debiutu, łączy melodyjnego rocka z folkiem i subtelną elektroniką w oryginalny, lokalny sposób, bez oglądania się na zachodnie wzorce. Świetnie wyprodukowana i pełna aranżacyjnych ozdobników płyta ma też być ostatnim albumem formacji. Historia została dopowiedziana.


Wyniki trzeciej edycji nagród Vinyla ogłoszono w Brnie, w formie lekkiej kontry do muzycznego pragocentryzmu. Płytą roku został album "Seat" grupy Vložte kočku, naprawdę ciężko definiowalnego, i zarazem wyjątkowego, projektu. Autorski miks elektro, noise'u i emo hip-hopu nie tylko brzmi intrygująco, ale i świetnie wypada na żywo. Zarówno "Seat", jak i debiutancki album "Táta" pobrać możecie za darmo.


Wreszcie coroczna lista najlepszych albumów portalu musicserver.cz, równie opiniotwórcza, co wyżej wymienione nagrody. Płytą roku 2013 została "Ve tvý skříni" grupy Ille, będąca przykładem tego, jak czeska alternatywa wnika w ostatnich latach do lokalnego mainstremu. Pomijam już fakt istnienia aż dwóch dedykowanych specjalnie muzyce alternatywnej nagród, których wyniki relacjonowane są przez największe czeskie media. Polsko, I'm looking at you.


O oficjalnej albumowej premierze Prodavača mogliście już przeczytać w recenzji tej nadzwyczaj udanej płyty. 28 lutego w praskim klubie Pilot odbył się koncertowy chrzest albumu. Choć sam Šampon nie jest wybitnym wokalistą, to na żywo prezentuje bardzo dobrze, szczególnie, że jego niemal popowe piosenki zyskują na wręcz noise'owej drapieżności. Tego samego wieczora na scenie wystąpił z zespołem również Autumnist, słowacki producent muzyki elektronicznej, który ujmował przede wszystkim oryginalnymi wizualizacjami do niepokojących kompozycji z płyty "Sound of Unrest" i mocnymi avant-jazzowymi aranżacjami. Choć silny "syndrom Bonobo" nie pozwalał jasno zidentyfikować jaka część muzyki jest żywa a jaka z laptopa Autumnista.


Drugą po Prodavaču lutową premierą labelu Starcastic był piąty już album Ohm Square, "A Curious Place Between Souls and Atoms". Ta kultowa już formacja, obecnie duet, to typowy przedstawiciel praskiej elektroniki lat 90-tych, zasłużony przede wszystkim udziałem w ścieżce dźwiękowej do popularnego i w Polsce filmu "Samotáři". Muzyka to zdecydowanie bardziej uniwersalna niż Prodavač, w wyjściu poza czeskie granice przeszkadzać może jednak jej zdecydowana staromodność. Nie ma jednak lepszego sposobu jeśli byście chcieli dowiedzieć się jak brzmiała klubowa Praga niemal dwie dekady temu.


Do najbardziej rozpoznawalnych w Polsce czeskich alternatywnych wykonawców, obok Please the Trees, należy szalone małżeństwo DVA. W tym miesiącu powrócili z trzecim regularnym albumem "Nipomo", nie liczymy bowiem ich aktywności teatralnej czy niezwykle popularnego soundtracku do gry "Botanicula". Tym razem, po folku nieistniejących narodów i popie nieistniejących stacji radiowych, proponują muzykę mającą pomóc w przeżyciu zimy. Ta jednak była w tym roku ledwie symboliczna i wkrótce oficjalnie się kończy. Czy "Nipomo" jest nam zatem potrzebne a duet jest w stanie zaprezentować coś nowego w swej szalonej stylistyce? Sprawdzimy.


Działalność artystów skupionych wokół Jaromíra 99 z pewnością zasługuje na szersze potraktowanie. Wspominaliśmy już tutaj o ścieżce dźwiękowej do filmu "Alois Nebel", będącego ekranizacją komiksu Jaromíra 99 vel Jaromíra Švejdíka, czy o albumowym powrocie jednego z jego zespołów, Umakart. Parę miesięcy temu ukazała się najnowsza komiksowa adaptacja "Zamku" Franza Kafki autorstwa Švejdíka, teraz przyszedł czas na towarzyszący mu album zarejestrowany przez efemeryczną grupę Kafka Band. Na tle typowo umakartowo-priessnitzowej gitarowej melancholii fragmenty "Zamku" recytuje w oryginale jeden z najpopularniejszych współczesnych czeskich powieściopisarzy Jaroslav Rudiš, autor wydanych również w Polsce książek "Grandhotel" czy "Koniec punku w Helsinkach" oraz scenariusza do "Aloisa Nebela". Eksperyment co najmniej intrygujący. [Wojciech Nowacki]

11 marca 2014


GEORGE DORN SCREAMS Ostatni dzień, [2014] self-released || Niedawno na rynku pojawiło się nowe wydawnictwo polskiej formacji sceny alternatywnej, George Dorn Screams. Najnowsza EPka „Ostatni Dzień” zawiera sześć premierowych utworów. Tym razem, formacja po raz pierwszy nagrała cały materiał po polsku.

Płytę otwiera utwór „Sam Pośród Miasta” rozpoczynający się długim intrem przywodzącym na myśl polskie zespoły rockowe z lat 90-tych. Melodia jest zapętlona i słuchając utworu aż oczekuje się jakiegoś rozwinięcia, mocnego akcentu, który uwypukliłby tę piosenkę. Niestety długi instrumental to jedyne co usłyszymy.

Na płycie znajdziemy rockowe w klimacie kompozycje jak „Koniec Nocy” czy „8 Dzień Tygodnia”, jak i bardziej melancholijne jak „Miejsce Na Ziemi” i „Ostatni Dzień Lata”. Ten ostatni to chyba najmocniejszy punkt tej EPki. Klasyczna kompozycja zwrotek, refrenów i przejścia daje nam wrażenie zamkniętej i w pełni skończonej kompozycji.



Mam wrażenie jakbym słuchał demówki, bardzo roboczego zarysu materiału mającego dać słuchaczowi impresję na temat końcowego dzieła nad którym formacja pracuje. Napisanie wszystkich tekstów w języku polskim dla zespołu, który zazwyczaj tworzy po angielsku jest bardzo odważnym krokiem, jednakże w tym przypadku niekoniecznie udanym. Przepoetyzowane, najeżone metaforami teksty nie skłaniają do refleksji, a wręcz przeciwnie lekko śmieszą i kojarzą mi się z licealnym kółkiem poetyckim.

Muzycznie płyta pozostawia również wiele do życzenia. Jest dość płaska. Mnóstwo zapętlonych riffów i utwory które się nie rozwijają. Nie rozumiem koncepcji nie do końca harmonicznego dwugłosu, który jest obecny w każdej kompozycji. Słuchając całości nie mogę pozbyć się z głowy ikony polskiej sceny rockowej z mojej młodości, zespołu Closterkeller.

Płyta zapewne będzie miała swoich wiernych fanów, do których cała koncepcja trafia, jednakże nie sądzę, że wydawnictwo to zmieni cokolwiek na polskiej scenie alternatywnej. Niestety, dla George Dorn Screams to duży krok do tyłu w porównaniu do dotychczasowej twórczości.

Album można nabyć w wersji elektronicznej za pomocą serwisu Bandcamp, a 18 marca można zespół usłyszeć w poznańskim klubie Blue Note. 3/10 [Grzegorz Skorupiński]

10 marca 2014


Kordian a właściwie Maciej, bo pod pseudonimem Kordian Trudny jedynie tworzy, opowie wam o sympatii do Negativland, zdradzi po której szklance złocistego napoju bogów wrzuca do odtwarzacza Beatlesów oraz czego słucha przed nimi. Zapraszam i raz jeszcze odsyłam do bandcampa Macieja. [Agnieszka Hirt]

Najpierw miało być o tzw. płytach życia, ale... pisać w 2014 roku o Beatlesach i Velvet Underground bez sucharzenia? Niewykonalne, nie mam tak lekkiego pióra. Wypocę więc coś o kilku innych płytach, które też zrobiły mi krzywdę w głowę dawno lub niedawno temu. Odpuszczam wszelkie szumy, trzaski, buczenia i inne poważane przeze mnie dewiacje, albowiem porządni ludzie nie powinni słuchać takich rzeczy. Odpuszczam techno, bo kompletnie nie potrafię o nim pisać, choć bardzo je lubię. Będzie o muzyce, którą puszczam do piwka, to znaczy mniej więcej do czwartego włącznie. Bo przy piątym lecą już Beatlesi.

Sparks Halfnelson, [1971]


Tu jest połączenie, które bardzo lubię: kompozytorski talent i inteligencja plus całkowity brak poczucia obciachu. Za głupkowatą manierą, z powodu której ten zespół nigdy nie był brany na poważnie, kryją się piekielnie mądre kawałki, w których każdy kolejny akord to ten najmniej spodziewany. Produkcja wyprzedza tu swoje czasy o 10, 30, a może i 60 lat. Odpowiedzialny jest za nią Todd Rundgren, który również, drogie czytelniczki, kozie spod ogona nie wypadł.

Negativland Escape From Noise, [1987]


Weź rzeczywistość, potnij na kawałki i sklej jej esencję. Umiesz? Nie. A oni tak. Sampler może służyć do podkradania czarnym perkusistom fajnych figur, ale lepiej, kiedy służy do opowiadania o świecie – w tej dyscyplinie nikt nie jest lepszy od Negativland. Ta płyta, jak większość ich płyt, jest do bólu celna, mądra i zabójczo śmieszna. Aha, niejaki Bono nie ich lubi, co też nie jest bez znaczenia.

Baader Meinhof Baader Meinhof, [1996]


Luke Haines jest brzydki i na ogół nudny, ale jak już mu coś czasem wyjdzie, to chce się go na rękach nosić, do serca tulić, w ramkę oprawiać i nad łóżkiem wieszać. Najlepiej zaś wyszedł mu ten concept album poświęcony romantyce terroryzmu. Niby nic wielkiego, taki tam pastisz glam rocka, ale jak się uważniej wsłuchać, to nic tu nie brzmi tak, jak powinno, wszystko jest wywrócone na lewą stronę, wszystko mierzi, uwiera, irytuje, zbija z tropu. I o to właśnie chodzi. O wysoką wartość współczynnika WTF.

Ariel Pink’s Haunted Graffiti House Arrest, [2002]


Nie jestem wielkim fanem Pinka. Do większości jego płyt prawie w ogóle nie wracam, a kiedy grał na Offie, po dwóch kawałkach zwiałem, bo padał deszcz. Jednocześnie gość jest moim wielkim bohaterem, bo pokazał, że można zrobić to samodzielnie, że można zrobić to bez pieniędzy, że można zrobić to bez pokory wobec tzw. profesjonalnych standardów, które cuchnąca banda capów z branży muzycznej wymyśliła i utrwaliła po to, żeby trudniej było się do niej dostać. „House Arrest” to płyta skrojona pode mnie – zwichrowana, psychodeliczna i do bólu kalifornijska.

Django Django Django Django, [2012]


Goście są niepozorni, ale skuteczni. To pewne, bo jestem złym człowiekiem i mojej sympatii byle kiep nie kupi. Ta płyta brzmi trochę tak, jakby Simon & Garfunkel urządzili wspólną sesję z Silver Apples, a Zappa robił im głupie miny za szybą. Nie ma tu grania tanimi emocjami, nie ma wytrenowanej charyzmy, jest skupienie i precyzja podszyta szaleństwem. A przede wszystkim są świetnie napisane kawałki. I genialne chórki. Dobre chórki to jest, drogie czytelniczki, ważna sprawa.

7 marca 2014


No cóż, jeszcze jeden odcinek i będziemy zobowiązani wpisać ekipę Stardust Memories do zakładki "redakcja", bowiem już trzecia osoba z grupy ułożyła dla Was, drodzy czytelnicy, osobistą muzyczną listę. Tym razem Marcin Bocian, który gra w zespole na basie i kontrabasie. Chciałabym tylko dodać że podzielam sympatię do Kings Of Convenience, i oto jeden z moich ulubionych numerów stworzonych przez Norwegów. A teraz zapoznajcie się z zapiskami Marcina. [Agnieszka Hirt]

Thomas Dybdahl What's Left is Forever, [2013]


W pierwszych płytach tego artysty zasłuchiwałem się miesiącami po odkryciu ich istnienia. Niedawno wpadło mi w ręce najnowsze, nagrane w 2013 roku i prezentowane tutaj wydawnictwo. Płyta różni się brzmieniowo od dwóch poprzednich, moim zdaniem jest krokiem w dobrą stronę. Na uwagę zasługuje również norweski zespół The National Bank, w którym Thomas udziela się jako wokalista i gitarzysta.

Kings of Convenience Declaration Of Dependance, [2009]


Właściwie wszystkie płyty tego duetu powinienem tu wymienić. Podoba mi się pomysł na zespół, podoba mi się sposób aranżowania partii wokalnych. Niestety kolejnymi wydawnictwami nie zaskakują.

Meshell Ndegocello Weather, [2011]


Basistka i wokalistka. W jej albumie "Comfort Woman", którego słuchałem na okrągło dobrych parę lat temu, brakowało mi logicznej całości, klimatu. Z jednej strony pociągające dźwięki i brzmienie, z drugiej strony jakiś brak konsekwencji. Najnowsza płyta jest moim zdaniem pozbawiona tych wad, wszystko się zgadza.

Tennis Young and Old, [2012]


Najnowsze odkrycie, które zawdzięczam społeczności facebookowej i powszechnej ostatnio akcji dzielenia się muzyką. Jak dla mnie idealne połączenie pomiędzy stylistyką przedstawioną w pierwszej części mojej selekcji a tym co znajduje się poniżej. Często mam tak, że po odkryciu jakiegoś wykonawcy „katuję” jego płyty na okrągło przez 2 czy 3 tygodnie i potem odstawiam na półkę. Przyznaję - wracam do nielicznych ale czuję, że Tennis ze mną zostanie.

Marvin Gaye What's Goin' On, [1971]


Płyta uznawana za jedną z ważniejszych w karierze Gaye'a. Razem z "Let's Get it On" i "I Want You" najlepiej reprezentuje brzmienie, które charakteryzowało jego późniejszą twórczość. Według statystyk w moim komputerze single z tych płyt są najczęściej odtwarzanymi utworami.

Curtis Mayfield Curtis, [1970]


Pierwsza solowa płyta, zawierająca najwięcej przebojów. Esencja brzmienia wypracowanego przez Mayfielda. Bardzo lubię!

Barry White


Celowo nie podaję nazwy żadnego albumu. Nawet jeżeli jest to pościelowy soul to dla mnie ta muzyka wiąże się z wieloma wspomnieniami (niekoniecznie związanymi z pościelą), lubię do niej wracać. Żadna inna muzyka nie współgrałaby tak dobrze z ulicznym stanowiskiem grubego czarnoskórego malarza które, spotkane na Harlemie, od razu wywołało u mnie uśmiech.

ANNA CALVI + KITTCHEN [6.03.2014], Lucerna Music Bar, Praha || Po raz pierwszy od dawna zazdroszczę Polsce. Anna Calvi zagra w najbliższych dniach trzy koncerty, w Krakowie, Warszawie i Poznaniu, a po jej praskim występie, gdybym tylko mógł, chciałbym zobaczyć ją i usłyszeć nawet jeszcze więcej razy. Anna jest ikoną, wybitną gitarzystką, wyśmienitą wokalistką i przede wszystkim niesamowicie utalentowaną artystką. W praskiej Lucernie nie zabrzmiała ani jedna fałszywa nuta, ani jeden sztuczny dźwięk, obcowanie z żywą i "prawdziwą" muzyką jest nadzwyczaj świeżym doznaniem, zwłaszcza w podaniu takiej postaci jak Anna Calvi.

Nie uwierzycie jak kruchą i maleńką osobą jest Anna, mimo 4-calowych obcasów i firmowej czerwonej pomadki. Gdy tylko pojawi się na scenie od razu zapragniecie zabrać ją ze sobą do domu. Możecie być nieco rozczarowani brakiem równie charakterystycznej drapieżnej fryzury, ale niemal usłyszeć możecie jak rano po przebudzeniu powiedziała sobie "Oh fuck, nie ma mowy, nie będę dziś prostować włosów." Choć jakoś nie umiem sobie jej wyobrazić przeklinającej.

Wieńczące właściwy set "Love Won't Be Leaving" było tak silnym emocjonalnym przeżyciem, że aż nie chciałem, by Anna z zespołem wrócili na scenę bisować. Zjawiskowe granie ciszą i natężeniem dźwięku, hymniczny refren, ponadczasowe gitarowe solo byłoby perfekcyjnym zakończeniem koncertu, ale otrzymaliśmy jeszcze przebój "Desire" oraz "Jezebel" na sam koniec, jej pierwszy, niealbumowy singiel. Zaskakująco długi koncert (nie spodziewałem się, że będzie trwać aż półtorej godziny) wypełniony wszystkim, co najlepsze z obu albumów Anny Calvi (choć brakowało mi tylko "Tristan" z "One Breath"), jeszcze bardziej uwypuklił, dla niektórych być może subtelne, różnice między obiema płytami.


Na mnie większe, piorunujące wrażenie robią kompozycje z debiutu, kiedy do czynienia mamy praktycznie z głosem Anny i jej gitarą, artystka znajduje się w absolutnym centrum uwagi a towarzyszący jej zespół sprowadzany zostaje najwyżej do roli tła. Jej talent i charyzma całkowicie wystarczają, jak w rozpoczynającym koncert "Suzanne & I", przedostatnim "Blackout", rozerotyzowanym "First We Kiss", czy obezwładniającym instrumentalnym "Rider to the Sea". Nie wspominając o "I'll Be Your Man", podczas którego publikum obojga płci wilgotniało za każdym razem, gdy Anna cedziła tytułową frazę. Wreszcie ten namacalny niemal klimat obskurnego baru gdzieś w Alabamie, gdzie kawa zawsze jest za mocna a steki za surowe.

W przypadku piosenek z "One Breath" wykonania nabierała zdecydowanie zespołowego charakteru, Anna starała się nawet chwilami wchodzić w interakcje nie tylko z własną gitarą (a właściwie gitarami) ale i z towarzyszącymi jej muzykami. Rozkrzyczanego potencjału singlowej "Elizy" nie osiąga chyba żaden inny utwór z "One Breath" a niemal punkowe "Love of My Life" w repertuarze Anny prezentuje się zdecydowanie za ciężko i mało wiarygodnie. Ale otrzymaliśmy też niespodziankę, nowy utwór, wg zapowiedzi zagrany po raz pierwszy, bazujący na... elektronicznym bicie rodem z "Born Free" M.I.A. i finiszujący jako czystej krwi noise w stylu Sonic Youth. Wow.


Był to jeden z najlepszych i najbardziej autentycznych koncertów w jakich miałem przyjemno uczestniczyć. Jeśli macie mozliwość udać się na jeden z trzech polskich koncertów Anny - nie wahajcie się ani chwili. Choć żałować możecie, że w roli supportu nie wystąpi Kittchen. Tajemniczy artysta występujący w masce kucharza, będący jednym z najistotniejszych czeskich odkryć ostatnich paru lat, ze swoim "kuchennym industrialem" zaskakująco dobrze poradził sobie w roli Anny Calvi. Podstawą jego najczęściej niewiarygodnie smutnych piosenek (tak, piosenek) jest bowiem prosty gitarowy songwriting a żeby wpasować się w klimat wieczoru użył i czerwonej pomadki. Groteskowo i intrygująco. Niezapomniany wieczór. [Wojciech Nowacki]

4 marca 2014


Jedną z najmądrzejszych rzeczy jakie ostatnimi czasy słyszałem jest TED talk Amandy Palmer, poświęcony nowemu modelowi dystrybucji muzyki, wsparcia artystów i ich miejsca w społeczeństwie. W ciągu kilku minut Amanda "Fucking" Palmer zdołała zwerbalizować, w charakterystyczny dla siebie, uroczy, osobisty i zabawny sposób, plus minus mój pogląd na sprawę. Butterfly Trajectory nie grają na ukulele, raczej nie występują nago, na scenie zaś pocą się nawet jeszcze bardziej niż Amanda. Ale tak samo jak ona odważyli się poprosić o wsparcie fanów.

Poznańscy post-metalowcy w 2011 roku wydali s/t epkę, która spotkała się ze sporym odzewem nie tylko krajowej metalowej blogosfery. Świeżość, różnorodność, profesjonalne brzmienie, wokale od growlingu po niemal popowo melodyjne, wreszcie metalowe podejście do tematu współczesnego post-rocka kontynuowane były zeszłorocznej epce "Astray", nadal intrygującej, choć nie w takim stopniu jak debiut. Tym bardziej warto czekać na pełnowymiarowy album.

Muzyka nie powstaje jednak za darmo, a przynajmniej jej fizyczne utrwalenie jest kosztownym procesem. Jesli do 18 kwietnia wspomożecie zespół, na tyle, że zdoła zgromadzić 5 tys. zł, w podzięce będziecie mogli otrzymać przygotowywany LP, epkę "Astray", koszulkę a nawet lekcję growlingu czy prywatny koncert. Jeśli też wierzycie, że w muzyce tak naprawdę chodzi o tworzenie więzi, macie ku temu dobrą okazję. Szczegóły projektu i możliwości wsparcia na stronie portalu crowdsource'ingowego PolakPotrafi.pl, zachęcam. [Wojciech Nowacki]

3 marca 2014


EFTERKLANG with COPENHAGEN PHIL The Piramida Concert¸ [2013] 4AD || W tym samym czasie, kiedy zasłuchiwałem się w „Shields”, kolejne odtworzenia tego albumu Grizzly Bear przeplatałem „Piramidą” Efterklang. Obie te płyty sięgały szczytów jakości udowadniając, że w swobodnie pojmowanej muzyce rockowej współcześni wykonawcy mają nadal wiele emocji do przekazania. „Piramida” należała do tych tytułów, których opisanie było dla mnie na tyle ważne, że właściwy ku temu moment ciągle nie nadchodził a aktualny kontekst powoli się zacierał.

Pojawiła się jednak okazja, by poniekąd powrócić do tego zjawiskowego albumu. Duńczycy zakończyli ten, chyba najważniejszy, moment w swojej karierze, wydając limitowaną płytę koncertową, będąca rejestracją specjalnych występów, podczas których zagrali całą „Piramidę” z towarzyszeniem orkiestry. Nie odtworzyli, ale właśnie zagrali, bowiem orkiestrowe aranżacje utworów z czwartej płyty Efterklang powstawały jako autonomiczne tworami jeszcze na etapie komponowania i nagrywania „Piramidy”.

Pełne przeżycie tego albumu możliwe było tylko za pośrednictwem jego fizycznego wydania. Oczywiście, muzyka broni się sama, zwłaszcza tak znakomita, jak w tym wypadku. Ale dopiero posiadając płytę z okładką i książeczką, wypełnianą zjawiskowymi zdjęciami z tytułowego miejsca, dysponuje się dziełem Efterklang w całości. Miejsca? Owszem. Historia powstania „Piramidy” sięga bowiem 2011 roku, gdy Duńczycy wybrali się na Spitsbergen, tajemniczą wyspę na Morzu Arktycznym, konkretnie zaś do opuszczonego w 1998 roku miasta Пирамида, będącego wcześniej w posiadaniu rosyjskiej kompanii kopalnianej a od górującego nad nim charakterystycznego wzniesienia nazwanego Pyramiden.


Dziś Pyramiden staje się powoli niezwykłym obiektem turystycznym, gdzie pośród surowej polarnej przyrody zobaczyć można opustoszałe domy, sklepy, szpital, nawet basen i salę koncertową, w której do dziś znajduje się najbardziej na Północ położone pianino. Zespół spędził tam 9 dni, dokonując praktycznie field recording w poszukiwaniu inspiracji na planowaną płytę. Nagrania odbyć miały się w Berlinie bez ciśnienia i żadnego deadline’u, dopóki nie padła propozycja z Sydney zagrania koncertu z tamtejszą orkiestrą. Zamiast tradycyjnego występu okraszonego orkiestrowymi aranżacjami trio postanowiło połączyć to wydarzenia z przygotowywaną właśnie płytą. W ciągu pół roku zatem powstały równolegle utwory na „Piramidę”, jak i ich niezależne wersje zaaranżowane z myślą o australijskim koncercie.

Zespół odbył ostatecznie całą trasę koncertową z orkiestrami na trzech kontynentach a z fragmentów dwóch występów w Kopenhadze w październiku 2012 roku wydał koncertowy album. „The Piramida Concert” to praktycznie cała płyta z jedną dodatkową kompozycją, instrumentalnym „Vælv” skomponowanym wyłącznie z myślą o koncertach. Od „Hollow Mountain” po „Monument” nagranie brzmi organicznie, czasem zaskakująco wręcz intymnie, zarazem majestatycznie, ale nie pompatycznie. To faktycznie nie są tak popularne i najczęściej nieudane aranżacje spod znaku „zagrajmy z orkiestrą i wydajmy album najlepiej dwupłytowy”. „Piramida” i „The Piramida Concert” to ten sam poziom emocjonalny, ale dwie odmienne jakości.

Wyjątkowość tego albumu podkreśla, dla niektórych niestety, wydanie go tylko i wyłącznie na winylu (z dołączonym co prawda kompaktem) w postaci dwóch płyt, tradycyjnej czarnej i przepięknej białej. Nie jest to zatem rzecz łatwo dostępna, na szczęścia obecna choćby na Spotify. 8/10 [Wojciech Nowacki]