27 lipca 2014


RÖYKSOPP & ROBYN Do It Again, [2014] Dog Triumph || Przełom lat dziewięćdziesiątych i zerowych. Internet dla szczęśliwców był z Neostrady a podziały muzyczne były jasne, sztywne i czytelne. W atmosferze polskiego rockizmu "elektronika" była haniebną obelgą i przymiotem muzyki "sztucznej i plastikowej". Muzyka musiała mieć gitary, pola Woodstocku musiały być pełne błota a plecaki musiały być pełne naszywek. Z terenów elektroniki jedynie The Prodigy mogło być akceptowane przez fanów rocka, pop odrzucany był automatycznie.

Jednak takie piosenki jak "Eple" i "Poor Leno" podobały się wszystkim, stając się przyczyną niejednego kryzysu tożsamościowego. Trwożnym szeptem wypowiadane zdanie "On zaczął słuchać elektroniki i to popowej" stało się stygmatem, ale i publiczną przykrywką, bo pierwsze single Röyksopp nucił każdy. Pierwsza dekada XXI wieku przyniosła zasadniczą zmianę, bariery gatunkowe upadły a Internet zaczął pozwalać na wszystko. Termin guilty pleasure najpierw pojawił się jako asekuranctwo i równie szybko przestał potrzebny.

Nie chcę przez to powiedzieć, że Röyksopp należy tytuł prekursorów, ale ich dwa pierwsze albumy, debiutanckie "Melody A.M." i jego bardziej rozbuchany następca "The Understanding" były niewątpliwym sukcesem a ich przebojowa różnorodność do dziś bywa niedoścignionym wzorem. Nie wspominając już o tym, że to one wprowadziły do naszej świadomości takie postaci jak Erlend Øye czy Karin Dreijer Andersson.

Formuła zaczęła się jednak wyczerpywać, dlatego rozdzielono ją na dwie podstawowe części składowe. "Junior" / "Senior" spotkały się z mieszanymi reakcjami. Osobiście przemawiał do mnie bardziej pomury, atmosferyczny i całkowicie instrumentalny "Senior", ale po czasie to popowy "Junior" z głosami Lykke Li czy Robyn zdaje się bardziej znosić próbę czasu. Niemniej już wtedy wydawało mi się, że lepszy byłby jeden album nadal łączący obie twarze Röyksopp, choć duet miał już za mało dobrych kompozycji na ciągnięcie tej samej formuły.


I znów minęło parę lat z okazjonalnymi singlami i utworami publikowanymi na stronie internetowej aż wreszcie pojawiło się wydawnictwo, ni to epka, ni to minialbum, sygnowane zarówno przez Röyksopp i Robyn. Okazało się, że Röyksopp nadal bawi a "Do It Again" to jedna z lepszych pozycji w ich dyskografii i jeden z lepszych tytułów lata 2014. Tytułowa piosenka to kolejny alternatywny wakacyjny przebój, obok "Do You Feel The Same?" Hercules & Love Affair i "Obnoxiuosly Sexual" Gus Gus, i sprawdza sie w tej roli doskonale.

Nie można zapominać jednak o reszcie kompozycji. Moim faworytem jest zdecydowanie "Sayit", robotyczne, z echami zarówno prostego techno, jak i Kraftwerk, ale także jakby kontynuacja "The Girl And The Robot" z "Junior", singla śpiewanego również przez Robyn. Mocny bit i ciągłe repetycje sięgają sześciu i pół minuty a Röyksopp potrafią nadal brzmieć świeżo. Mechaniczny, ale zarazem popowy "Monument" sięga minut niemal dziesięciu, nie ma w nim większego progresu, ale nie nuży a jeszcze ciekawiej niż saksofon brzmią w jego drugiej połowie perkusjonalia.


Piosenka "Every Little Thing" to taki typowy średni Röyksopp, spokojnie mogła by się pojawić na "Junior" i tam przepaść. Do "Senior" zaś odwołuje się zaś ostatni utwór, znów niemal dziesięciominutowy "Inside The Idle Club". Długi, zapętlony, bez wewnętrznego progresu, wydaje się być kolejnym znakiem tego, że cykliczność, repetycje i lekka monotonia (ale w pozytywnym sensie) są dominującą cechą zarówno lirycznej, jak i muzycznej warstwy "Do It Again".

Powrót do formuły pierwszych albumów wydaje się konieczny, ale też bardzo trudny. Wymaga bowiem bezbłędnych kompozycji (na minialbum starczyło), pomysłów i starannie dobranych oraz różnorodnych gości. Sfeminizowanie "Junior" zabiło ten album, ale jasno zadeklarowana dzisiejsza współpraca z Robyn okazała się naprawdę dobrym pomysłem, mimo że fanem jej dziewczęcego, czasem wręcz infantylnego wokalu nie jestem. Kto wie, może właśnie droga mniejszych wydawnictw z jednym wokalistą byłaby dla Röyksopp ciekawsza niż niebezpieczny powrót do albumowych form. Niemniej dzięki "Do It Again" na kolejny ruch duetu znów czekam z niecierpliwością. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

21 lipca 2014


HJALTALÍN Enter 4, [2013] Sena || Högni Egilsson zdołał albumem "Terminal" podźwignąć Hjaltalín wśród islandzkich klisz, następnie poeksperymentował z Gus Gus stając się regularnym członkiem zespołu, po czym z macierzystym Hjaltalín nagrał najbardziej interesujący album w karierze formacji. Album, który chyba bardziej z logistycznych niż artystycznych powodów przepadł.

Gus Gus wydali "Mexico", już drugi album z Egilssonem w składzie, który odpowiada na nim choćby za rewelacyjny singiel "Obnoxiously Sexual". Jesienią formacja rusza w trasę koncertową i może przy tej okazji warto przypomnieć sobie o jego pierwszym zespole, zwłaszcza, że współpraca Egilssona z Gus Gus znacząco i na korzyść wpłynęła na zmianę brzmienia Hjaltalín.

Wrzucane oczywiście do jednego islandzkiego wora Hjaltalín, nieustannie porównywane z tymi samymi wykonawcami w ramach czasem wręcz pretensjonalnej mody na Islandię, zdecydowanie bliżej niż do czołówki swoich pobratymców miało do Arcade Fire. Podobne zamiłowanie do multiinstrumentalizmu oraz do rozbuchanych, barokowych aranżacji, tak samo liczny skład zespołu i żywiołowe koncerty wskazywały, że Hjaltalín to, coś więcej niż "kolejny-zespół-z-tego-samego-kraju-co-Sigur-Rós".

Więcej w sensie estetyczno-stylistycznym, niekoniecznie zaś jakościowym. Wspomniane koncerty faktycznie bawiły muzyką i folkowym wizerunkiem zespołu, elementy charakterystyczne dla Hjaltalín i znośne na żywo były jednak największą bolączką dwóch pierwszych i nieznośnych właśnie albumów. Kilka niewątpliwie zręcznych kompozycji przytłoczone została przeładowanymi aranżacjami a najbardziej męczył właśnie wysiłkowy i ekwilibrystyczny wokal Egilssona.

Tymczasem to właśnie elektroniczne otoczenie "Arabian Horse" Gus Gus pokazało, że potrafi nie tylko nie irytować, ale i dysponuje ciekawą barwą głosu jeśli tylko zrezygnuje z nadmiernie ekspresyjnej maniery. Jest to pierwsze z doświadczeń, które wykorzystane zostało na "Enter 4". Kolejnymi są oczywiście zdecydowanie większy nacisk położony na elektronikę oraz oszczędniejsze aranżacje zgodnie z filozofią "mniej znaczy mocniej". Ale Hjaltalín udało się dodać też kilka własnych elementów by stworzyć naprawdę interesującą całość.


Wpływ Gus Gus można usłyszeć już w otwierającym całość "Lucifer / He Felt Like A Woman". Elektronika na "Enter 4" nie pełni bynajmniej tanecznej roli, stanowi jednak subtelną, ale zauważalną zmianę. Poza pierwszą kompozycją, bardzo udaną kompozycją wyraźniej eksponuje ją jeszcze "Letter To [...]" po delikatnym wstępie przeradzająca się w elektroniczną miniaturę.

Jeszcze przyjemniejszą zmianą są odświeżająco skromne aranżacje. Skromnie, nie znaczy ubogo, w niektórych utworach znajdziemy naprawdę sporo ciekawych produkcyjnych zabiegów, ale nie eksponowanych na pierwszym planie. Z drugiej zaś strony mamy naprawdę proste kompozycje, jak oparte wyłącznie na pianinie "Ethereal" czy "On The Peninsula" oparte na smyczkach, ale bez patosu. "Enter 4" jest po prostu klarowniejsze i bardziej wyważone.

Najciekawszym składnikiem odświeżonego brzmienia Hjaltalín jest jednak niemal jazzowa sekcja rytmiczna. Modelowym przykładem jest "Forever Someone Else", skromne, ale pełne ciekawostek w tle, elektroniczne, ale i z wyraźną rolą pianina, ze smyczkami, ale bez typowego dla nich patosu, i wreszcie z synkopującą niemal perkusją. Jazzowa sekcja rytmiczna pojawia się też w "Crack In The Stone", ciepłej piosence, której stosunkowo najbliżej do przeboju. Jeszcze bliżej do tego ma "Myself", w którym Högni Egilsson najmocniej operuje swoim wokalem, ale wreszcie ani nie przytłacza, ani nie irytuje.


Dzięki nowym elementom udało się Hjaltalín stworzyć swój najciekawszy album i wreszcie oryginalne brzmienie. "Enter 4" może nie wypełniają chwytliwe melodie, ale mimo, że kompozycje są stosunkowo długie, mamy przyjemne wrażenie, że cały album kończy się zbyt szybko. Tym większa szkoda, że jego dostępność, jak i obecność w mediach, jest znikoma. O ile "Terminal" ukazał się nawet na licencji w Polsce, o tyle "Enter 4" wydane zostało wyłącznie na Islandii i trafiło do bardzo ograniczonej dystrybucji w kilku europejskich krajach. Cudem udało mi się znaleźć jeden egzemplarz w wiedeńskim sklepie muzycznych, ale Wam zostają na szczęście edycje cyfrowe i serwisy streamingowe. 8/10 [Wojciech Nowacki]

18 lipca 2014


I znów mamy lato i to paradoksalne wrażenie, że im wyższe temperatury, tym mniej muzyki. Zupełnie jakby muzyka, która chroni nas przez większą część roku latem stawała się tylko dodatkiem do słonecznych aktywności. A kwintesencją tego są letnie festiwale. Premier płytowych mało, samodzielnych koncertów również, za to festiwale kwitną, ale bardziej niż wydarzeniami muzycznymi są po prostu wydarzeniami. Praga zamieniła się w czerwcu w festiwale miasteczko wraz z festiwalem United Islands, rozsianym po praskich wyspach i parkach, i sam spędziłem bardzo przyjemne chwile bardziej używając sobie atmosferę niż same koncerty.


Jednoosobowy projekt Prodavač stał się pełnoprawnym zespołem a jego debiutancka płyta długogrająca "Malý ráje" (tradycyjnie dla Czech wydana wyłącznie na winylu i w postaci downloadu) znajduje się w czołówce tegorocznych czeskich tytułów. Chwytliwa i inteligentna piosenka "Šetřim slova" doczekała się teledysku, który wyreżyserował Tomáš Tosper, znany z mojej ulubionej słowackiej drużyny Jelly Belly.


Were Mute to nowy projekt Václava Havelki III, lidera znanych i w Polsce Please the Trees, daleki jednak od tradycyjnych dla niego inspiracji. Zamiast południowego rocka, indie folku i alternatywnego bluesa, wspólnie z Carlem Warwickem tworzy dronową elektronikę, przełamywaną miejscami brutalnym rytmem i sporą dawką eksperymentów. Całość brzmi naprawdę odświeżająco, zwłaszcza na żywo, a debiutancką epkę "The Bea(s)t Is Up", którą wyprodukował znany nam już Bonus, pobrać możecie za darmo ze strony labelu Starcastic.


Zeszłoroczna debiutancka Never Sol, będąca świetnym przykładem przenikania alternatywy do muzycznego mainstreamu w Czechach, pojawiła się gościnnie na ostatniej epce Floexa (u nas bardziej znanego pod własnym imieniem Tomáš Dvořák jako autor muzyki do gry "Machinarium") a jej płyta "Under Quiet" zgarnął szereg miejscowych nagród. Teraz album ma szansę dostać się do światowej dystrybucji dzięki rozszerzonej reedycji za którą odpowiada niemiecki label Denovali Records. Z tej okazji Never Sol postarała się o nowy, ponury teledysk do piosenki "Run With The Wolves".


W typowym dla Jaromíra Švejdíka stylu powstał teledysk do piosenki "Grab/Hrob/The Grave" grupy Kafka Band. Zespół, w którym udziela się również popularny czeski powieściopisarz Jaroslav Rudiš, powstał by muzycznie zilustrować komiksową adaptację "Zamku" Franza Kafki, oczywiście kreski Švejdíka.

Na koniec kilka nowości do pobrania. J, czyli obdarzony niezwykle dojrzałym głosem Jakub Jirásek, wydał split z duetem Hey!Rabbit, nadal dostępna jest też jego epka "Cold Cold Nights". Holy, czyli elektropopowy producent Šimon Holý, po przebojowym i entuzjastycznie przyjętym zeszłorocznym "T", powrócił z nowym albumem "Ř". A najnowszym tytułem słowackiego labelu Exitab jest Pjoni i jego kolejna epka "Towns". [Wojciech Nowacki]

14 lipca 2014


GUS GUS Mexico, [2014] Kompakt || GUS GUS Mexico, [2014] Kompakt || „Arabian Horse” to jeden z najczęściej słuchanych przeze mnie albumów i zarazem największy chyba dla mnie konflikt pomiędzy obiektywnym a subiektywnym. Płyta świetna i średnia zarazem a wszystko dlatego, że zawiera jedne z najlepszych, jeśli nie najlepsze, kompozycje w karierze islandzkiego kolektywu. Właśnie, są zawarte, ale go nie wypełniają, po szeregu zjawiskowych utworów pojawiają się zupełnie nijakie, nawet nudnawe, co najwyraźniej widać w przypadku edycji winylowej, gdyż płyty ze stronami C i D nie słucham niemal wcale.

„Mexico” od swego poprzednika różni się, ale na tyle subtelnie, że w ostatecznym rozrachunku okazuje się płytą utrzymaną na plus minus tym samym poziomie. Zjawiskowych utworów mamy tutaj mniej, oba single, „Crossfade” i „Obnoxiously Sexual” jednak całkowicie wystarczają, są to bowiem wyżyny tego co w ramach tanecznej elektroniki można osiągnąć. Reszta płyty nie jest na szczęście tak nijaka jak cała przeciągnięta druga połowa „Arabian Horse”. Żadna z pozostałych kompozycji nie zapada w pamięć tak jak dwa doskonałe single, ale też nie sposób wskazać tu żadnej wyraźnie słabej. Znów zatem Gus Gus nagrali album dla mnie trudny do uchwycenia, jednocześnie lepszy i słabszy od poprzedniego.

Ale jeśli odsunąć na bok osobiste rozterki, mam wrażenie, że „Mexico” ma spore szanse trafić do szerszego grona słuchaczy niż poprzednie płyty. Niektórzy pamiętają jeszcze dawne wcielenie Gus Gus z lat 90-tych, w oryginalny sposób łączące ówczesną trip-hopową i chill-out’ową stylistykę z tym, co dziś nazwalibyśmy dream popem. Tych, którzy spodziewali się kontynuacji brzmień 4AD, zabrnięcie w elektronikę musiało odstręczyć jako zbyt radykalne. Gus Gus zaczęli grać techno i dawni fani zapewne długo nie mogli się zdecydować czy to tak na serio.

O tym, że było to na serio przekonują kolejne albumy wydawane po paroletniej przerwie, house’owe „Forever”, spolaryzowany „Arabian Horse” i najlepsze moim zdaniem w dyskografii Gus Gus ciemne, spójne i niepokojące „24/7”. Na tym tle „Mexico” jawi się jako najprzystępniejsza i najbardziej popowa płyta Islandczyków od końca lat 90-tych.


Elektronika elektroniką, ale w przeciwieństwie do poprzednich płyt, wszystkie kompozycje na „Mexico”, może poza tytułowym instrumentalem, to po prostu piosenki. Kontakt z nimi ułatwia przede wszystkim Högni Egilsson, którego zdecydowanie bardziej wolę jako wokalistę Gus Gus niż Hjaltalín. Ciekawie wypada jednak porównanie słów, Egilsson wokalem od którego mięknąć mogą kolana stara się kreować bardzo seksualną atmosferę (oczywiście „Obnoxiously Sexual”, ale i „God Application”), tymczasem Daníel Ágúst Haraldsson jednym wersem, jedną frazą potrafi osiągnąć znacznie bardziej erotyzujący efekt. Zarówno w „Crossfade”, jak i w przestrzennym, krążącym „Airwaves” pojawia się paralela seks – muzyka, która wydaje się kluczowa dla całego albumu.


Bo „Mexico” to pojedynek dwóch utworów, dwóch podejść do przebojowości i dwóch wokalistów (Earth, czyli Urður Hákonardóttir, tym razem wiodącą rolę odgrywa tylko w dziwnie daftpunkowym „Another Life”). „Crossfade” swą duszną, lekko niepokojącą atmosferą przypomina typową dla Gus Gus mroczną linię kompozycji z „24/7” i częściowo „Arabian Horse”, słychać tu pot, serce i skrzypiące sprężyny. Tymczasem w „Obnoxiosuly Sexual” skrzypi jedynie parkiet, bo jest to bezczelnie chwytliwy, taneczny przebój a wejście dęciaków robi niemal tak samo dobrze jak słynny akordeon w „Selfoss”. 7/10 [Wojciech Nowacki]

11 lipca 2014


BATHS Ocean Death EP, [2014] Anticon || Nie jest to żaden dodatek do dyskografii, suplement do ostatniego albumu, prezent dla fanów. Ten dwudziestominutowy materiał zawiera jedne z najlepszych kompozycji w karierze Willa Wiesenfelda, który demonstruje tym samym zarówno istotność formatu epki, jak i własny artystyczny progres.

"Ocean Death" można umieścić pomiędzy "Cerulean" a "Obsidian", jednak zamiast być rejestracją etapu pośredniego pomiędzy pierwszą a drugą płyta, wydaje się zdecydowanie być połączeniem najlepszych i najbardziej charakterystycznych elementów obu dotychczasowych odsłon Baths. Mamy tu zarówno co raz zręczniejsze bity rodem z debiutu, jak i song-writing odkryty przez Wiesenfielda na pochmurnym "Obsidian". Jest bardziej piosenkowo niż na "Cerulean", ale i ciekawiej muzycznie niż na zeszłorocznej płycie. Baths wykuł własny muzyczny język i kolejnym albumem powinien dołączyć do grona największych.


Pierwszy, tytułowy i najlepszy. Nie tylko na epce, ale chyba i w całej dotąd oficjalnie wydanej twórczości Baths. "Ocean Death" to taneczny tren, który rozpoczynają tak głębokie i basowe bity, że aż ciężko uwierzyć, że z tego niemal-minimal-techno stanie się piosenka. Tymczasem rozwój kompozycji jest precyzyjny, że niemal niezauważalny, przynajmniej dopóki w połowie utworu nie orientujemy się w jak piosenkowe, emocjonalne i emocjonujące regiony zabrnął.

"Fade Away" już od początku jest czytelnie piosenkowy, połączenie dźwięków pianina i rozedrganej elektroniki przypomina złote lata "indie-emotroniki", lecz bogatsze brzmieniowo i w ostatecznym rozrachunku bardziej taneczne niż intymne. Do tej samej stylistyki z początku XXI wieku zdaje się odwoływać również "Voyeur", ale tutaj wiodącą rolę odgrywa zapętlona gitara basowa, całość zaś nabiera lekko pozytywkowego charakteru rodem z "Vespertine" Björk.

Dawny hiphopowy rytm i ślady chillwave'u w wersji Baths pojawiają się w "Orator". Ale zaraz potem "Yawn" ostatecznie jaką drogę przeszedł Willa Wiesenfeld od wesołego producenta elektroniki do charakterystycznego i samoświadomego song-writera. Jego piosenki są nadal równie osobiste jak na "Obsidian", bardziej jednak uniwersalne i zdystansowane, wręcz autoironiczne. Ułomność ciała i złamane serce z albumu doprowadziły tutaj to dziwnie komfortowego poczucia bezsilności. Gdy Will śpiewa o pozbawionym znaczenia związku the world will yawn, yawn and move on wypływa z tego poczucie autoironicznej akceptacji.

Tak, Will Wiesenfeld stał się dojrzałym, oryginalnym i niezwykle ciekawym pisarzem tekstów, kompozytorem, producentem. Imię Björk pojawiło się powyżej nieprzypadkowo, w song-writingu Willa tkwi podobne podejście do oferowania prostych emocjonalnych piosenek w alternatywnej formie pełnej aranżerskich zabiegów. Na okazję by zobaczyć Baths na żywo oraz na jego trzecią płytę, czekam po "Ocean Death" ze znacznie większą niecierpliwością niż po "Obsidian". 8/10 [Wojciech Nowacki]

4 lipca 2014


DAMON ALBARN [29.06.2014], Stara Gazownia, Poznań || Maltańskie koncerty to pewna marka. W mieście w którym życie kulturalne traktowane jest przez włodarzy jako fanaberia części niepokornych mieszkańców, przynajmniej raz w roku można zetknąć można się z tym, co aktualnie w muzyce istotne. Nawet wielkie festiwale muzyczne wydają się lekko opóźnione w sprowadzaniu nowości, tymczasem Malta błyskawicznie zareagowała na powroty Portishead czy Faith No More, przedbiegła falę freak-folku a nieszczęsny koncert Atoms For Peace miał szansę być jednym z najważniejszych wydarzeń koncertowych zeszłego roku.

Ale zastanówmy się, czy dziś jeszcze w jakimś stopniu ekscytuje nas Atoms For Peace? Zainteresowanie Thomem Yorkiem wróciło przecież do zwyczajowego rytmu "będzie w tym roku nowe Radiohead czy nie". Chciałbym oględnie powiedzieć, że nie jestem pewien czy solowy album Damona Albarna będzie pamiętany za powiedzmy rok. Rzecz w tym, że jestem niemal całkowicie pewien, że nie będzie. Niewielu jest artystów, którzy solową twórczością są w stanie wyjść z cienia macierzystej formacji. Eddie Vedder? Wspomniany Thom Yorke? Jako fani możemy racjonalizować, dowodzić znaczenia, ale powiedzmy to sobie szczerze, nawet dla nas będą to tylko dodatki do dyskografii.

W przypadku Albarna jednak - dyskografii czego? Poznański koncert pokazał, że jednak dla sporej części publiczności jest to bardziej lider Gorillaz niż Blur. Jako zbliżający się do trzydziestki fan Blur nadal zdarza mi się myśleć o Gorillaz w kategoriach pobocznego projektu a o reszcie projektów Albarna jako o artystycznych kaprysach. Tymczasem dla maltańskiej publiczności był to raczej ten facet od Gorillaz, co to kiedyś miał taki stary zespół z którym grał "Song 2". I weźmy poprawkę na to, że zarówno Blur, jak i sam Albarna nigdy nie należeli w Polsce do nazw specjalnie popularnych. Stąd też pewnie i frekwencja.

Na dwadzieścia zaprezentowanych piosenek aż sześć stanowiły kompozycje Gorillaz. Z tych bardziej oczywistych ciężej brzmiące "Tomorrow Comes Today" i "Kids With Guns" oraz "Clint Eastwood" na bis, ale także mniej oczywiste "Slow Country", "El Mañana" i gospelowe "Don't Get Lost In Heaven". Pojawiły się i dwa utwory The Good, The Bad & The Queen, "Three Changes" i singlowe "Kingdom Of Doom", ba, nawet jedna piosenka Rocket Juice & The Moon ("Poison"). A że pod samą sceną znalazło się jednak pewne grono albarnowych die-hard fanów, to gwiazda wieczoru drapiąc się głowie przyznać musiała: Love to hear you're singing these songs.

Blur? Zaledwie dwie piosenki, rozpoznane przez nielicznych. Właściwy set zakończyło "All Your Life", b-side z singla "Beetlebum", tuż przed nim Albarn odegrał zaś na pianinie "Out Of Time", owszem, singiel, ale z tej dziwnej płyty "Think Tank". I tyle. Nie dość, że wszystkie zespoły Albarna zostały, poza Gorillaz, sprowadzone do jednego poziomu, to i nie rozpieszczał widowni koncertem życzeń markowych kompozycji. Szkoda, na trasie zdarzyło mu się zagrać i "Song 2", i "Tender", o które aż się prosiło gdy na scenę wkroczył gospelowy chórek.

Oczywiście najważniejsze miały być utwory z "Everyday Robots", oficjalnie pierwszej solowej płyty Albarna. Już na samym początku koncertu rozbrzmiały singlowe "Lonely Press Play" i utwór tytułowy, występ zaś zgodnie z przewidywaniami zakończyło równie udane "Heavy Seas Of Love". Poza "The Selfish Giant" pojawiły się wszystkie piosenki z płyty, a że przeplatane były wspomnianymi wyżej dawnymi wcieleniami Albarna, to nawet na tle tych nie najbardziej znanych starszych piosenek, kompozycje z "Everyday Robots" jawią się jako najmniej wyraziste z całej jego twórczości. Może i ładne, jak zawsze pięknie zaśpiewane, ale szczerze i po prostu nudne.

Największą atrakcją koncertu był jednak sam Damon Albarn. Towarzyszący mu zespół do specjalnie zręcznych czy zajmujących nie należał, ale nieustale był obiektem żywej interakcji ze strony Albarna, traktującego całą swoją ekipę w niemal rodzinny sposób. I zachowującego się w profesjonalny, ale bezpretensjonalny sposób, czerpiącego nieskrywaną radość z występu. Nawet pomimo niesprzyjającej pogody, w końcu jak powiedział: It doesn't matter. It's only rain. But it's nice rain. [Wojciech Nowacki]