28 grudnia 2015


GUNS N' ROSES Chinese Democracy, [2008] Geffen || Właściwie w ten album można walić jak w bęben nawet bez podjęcia trudu posłuchania płyty. Wszystkie lata, które minęły od rozpadu Guns N' Roses Axl Rose poświęcił na robienie z siebie podręcznikowo infantylnej, bufoniastej, despotycznej gwiazdy rocka. Setki wypowiedzi o genialności albumu przy jednoczesnym ciągłym oczernianiu Slasha wywołały dwie rzeczy. Po pierwsze, nikt nie był już w stanie znieść biadolenia Rose'a. Po drugie, spodziewano się płyty fenomenalnej, nawet pomimo tego, że nie brano Axla zupełnie na serio. Zresztą brać Rose'a na poważnie jest po prostu niemożliwe. Najzagorzalsi fani zespołu liczyli jednak na cud.

Przez długie lata album pozostawał w stadium produkcji pochłaniając prawie 13 milionów dolarów. Oczywiście fakt ten wywołał setki ironicznych komentarzy ze strony dziennikarskich autorytetów. Ba, nawet producent Dr. Pepper’a postanowił przyłączyć się do śmiechów, przyrzekając solennie, że w dniu premiery "Chinese Democracy" każdy dorosły Amerykanin dostanie darmową puszkę napoju (potem się mistrzowsko z tego wykpił). No a Axl, jak to Axl, tu pomarudził na niezrozumienie ze strony świata, tam pogroził komuś procesem, tu przyjął albo wywalił jakiegoś muzyka. A płyty wciąż nie było.W szeregach Gunsów panował zresztą nieopisany bałagan i chyba nawet sam Rose nie wiedział, kto u niego aktualnie gra. W trakcie prac nad płytą przez zespół przewinęły się takie indywidualności jak Buckethead, (niezwykle utalentowany gitarzysta, nękany jednak przez specyficzne anomalie osobowościowe, lubił choćby nagrywać w kurniku a na głowie nosi kubeł po kurczakach z KFC), Ron "Bumblefoot" Thal czy Josh Freese. Wszyscy oni byli utalentowanymi muzykami, ale branymi chyba z łapanki, zresztą stanowili wyłącznie narzędzie w rękach Rose'a. Nie trzeba zbytniego wysiłku, by wyobrazić go sobie jak nuci pod nosem melodyjkę, żądając aby podwładni odtworzyli ją na instrumentach. W jaki więc sposób miała z tego całego bałaganu wyjść dobra płyta? Szanse na to były znikome.

Pomimo nieustających starań zespołu, aby podtrzymywać medialny szum, w zasadzie jeszcze długo przed premierą wygasły wszelkie złudzenia.  Tak więc gdy w bólach, po wielu latach, narodził się szósty album Guns N’ Roses krytycy mogli sobie wreszcie poużywać. Przeważały oczywiście recenzje negatywne i zjadliwe, choć nie brakowało również ostrożnie obojętnych. Mało kto odważył się jednak powiedzieć cokolwiek pozytywnego na temat zawartości "Chinese Democracy". Można oczywiście próbować wyjaśniać to psychologią tłumu Przez kilka ładnych lat produkcji w dobrym tonie leżało naśmiewanie się z Axla, nie wypadało więc po premierze zacząć płytę wychwalać. Ryzyko narażenia się na ironiczne uśmiechy kolegów po fachu było zbyt duże, a nikt nie lubi wychodzić na ignoranta. I faktycznie, byłoby to bardzo prawdopodobne wyjaśnienie powodów dla których "Chinese Democracy" spotkało się z tak chłodnymi reakcjami. Problem w tym, że reakcje te nie wynikały ze złośliwości dziennikarzy, a z prostego faktu, że to album beznadziejny.


Tak, łatwo w "Chinese Democracy" walić jak w bęben. Tyle, że jest to jak najbardziej zasadne. To co prezentuje zespół to nic więcej, jak młócka pozbawiona polotu, ikry, klasy i stylu. Nie mogę zrozumieć, co też Guns N’ Roses spodziewali się uzyskać. Zawojować rynek samą nazwą? Wyciągnąć jak najwięcej kasy na marketingowym szumie poprzedzającym premierę? Niestety, blask Gunsów zdążył przyblednąć już w połowie lat dziewięćdziesiątych (nie bez powodu nazywano ich Guns N’ Posers). Potem było już tylko gorzej. Co do zysków marketingowych to wątpię aby udało się odzyskać choćby połowę kosztów samej produkcji. No dobrze, ale co z muzyką? W połowie odsłuchu miałem wrażenie jakby ktoś podtruwał mnie chloroformem aż do utraty przytomności. W okolicach utworu "Sorry" zdałem sobie sprawę, że nie pamiętam, co przed chwilą robiłem. Zupełnie jakby ostatnie czterdzieści minut ktoś po prostu wyciął mi z życiorysu. Był czas, nie ma czasu! Siedzę i nie jestem w stanie przypomnieć sobie prawie nic z tego, co właśnie przesłuchałem, może poza okropnym łup łup eee, łup łup eee z początku utworu "Schackler's Revenge". Ktoś powie: "Hola, hola, Panie recenzencie. Niech Pan nie udaje, że ani razu nie przytupnął Pan nóżką!". Nie, ku***, nie przytupnąłem.

Byłem za to kilkakrotnie bliski przywalenia głową w ścianę. Co prawda płyta zaczyna się wzniośle od wypowiadanych półszeptem zdań po chińsku (istny Pink Floyd, można powiedzieć), tyle że potem jest naprawdę kiepściutko. Axl a to piszczy, a to wyje, czasami chce brzmieć jak Billy Corgan, innym razem jak Mike Patton. Co ciekawe, prawie nigdy nie brzmi jednak jak Axl Rose (może poza "Street Of Dreams"). A kompozycje? Jakie kompozycje? Na tej płycie nie ma kompozycji! Są zlepki napoczętych pomysłów, rozwijanych i sklecanych przez niezliczone tabuny niepowiązanych z soba muzyków. Jak się bardzo mocno zamyślę i dostatecznie znieczulę, to mogę polecić dwa utwory, znośny tytułowy i całkiem przyzwoity "If The World". Tyle że ta płyta trwa mordercze 65 minut! Jest to dawka zupełnie niestrawna, na potrzeby tego tekstu przyjąłem ją kilkakrotnie i ciągle mam po niej niesmak w ustach.

Gdyby "Chinese Democracy" nigdy nie powstało, a przeszło do historii jako jeden z wielkich, owianych legendą, niezrealizowanych projektów to stałaby się rzecz lepsza, tak dla Axla Rose'a jak i dla miłośników Gunsów. Myśli fanów zaprzątałoby dociekanie. co też mogło nas czekać na "tej epickiej płycie". Dzięki temu Guns N’ Roses nadal by intrygowali, wzbudzali zainteresowanie, chroniąc własną dyskografię przed albumem, którego miejsce jest jedynie na śmietniku historii. Dla wszystkich tych, którzy się ze mną nie zgadzają proponuje test: zanuć (bez włączania płyty) tu i teraz przynajmniej dwa utwory z "Chinese Democracy". Jestem pewien, że się po prostu nie da. I uwaga na marginesie: płytę byłem w stanie dostać w cenie 15 zł. Czyli jak by nie patrzeć rynek wycenia ją na równowartość trzech piw w tanim pubie. Co ma też swój własny ciężar gatunkowy, prawda? [Jakub Kozłowski]

26 grudnia 2015


Niekwestionowanym królem internetu jest w tym momencie (i zapewne będzie nim przez dłuuugi czas) długo wyczekiwany przez fanów Gwiezdnych Wojen hit "Przebudzenie Mocy". W nieco mniejszym stopniu tablice facebookowe zdominowały wieści o występie PJ Harvey na tegorocznej edycji gdyńskiego festiwalu Open'er. Ponadto artystka wypuściła teaser będący zapowiedzią nowego materiału. Zbyt wiele do słuchania może nie ma, jednak dla tych, którzy nie mieli okazji posłuchać odsyłam do źródła.


Ale ale... PJ to nie wszystko, mam kolejną świetną wieść koncertową! Dwudziestego października w Łodzi odbędzie się koncert grupy The Cure! Zatem wszyscy wielbiciele Roberta Smitha i jego zespołu niechaj rezerwują sobie trzeci czwartek października 2016 r., bo to pierwsza europejska trasa zespołu od ośmiu lat i nie wiadomo kiedy pojawią się u nas następnym razem...

Zostańmy jeszcze chwilę w temacie. Tym razem nie o zapowiedziach, ale o wykonach, które już miały miejsce. Na pierwszy ogień bracia Davies z londyńskiej rock'n'rollowej formacji The Kinks. Panowie zagrali utwór "You Really Got Me" pierwszy raz od 1996 r. A wybrzmiało to tak. A skoro mowa o tym tytule to nie mogłabym nie przypomnieć coveru duetu Robots In Disguise.

Jenny Lewis i St. Vincent wzięły z kolei na ruszt utwór grupy Deee-Lite "Groove Is In The Heart". Wyśpiewały go na festiwalu muzyki i miłości Trans-Pecos Festival. Przy okazji, warto przypomnieć sobie oryginał.

Teraz będzie coś od Lyncha. "Night – A Landscape With Factory" to osiemnastominutowy utwór, który pochodzi z wydawnictwa zatytułowanego "Polish Night Music", będącego kolaboracją amerykańskiego reżysera oraz polskiego pianisty Marka Żebrowskiego.

Swoich fanów dokarmia także muzycznie David Bowie, pokazując nowy utwór z nadchodzącej płyty. "Lazarus" wypuszczony do sieci tydzień temu ma w tym momencie ponad pół miliona wyświetleń na kanale YouTube. Co o nim sądzicie? Przypominam, że premiera krążka "Blackstar" zaplanowana jest na ósmego stycznia.


Kolejnym wydawnictwem, o którym chciałabym wspomnieć jest garść nowości od frontmana belgijskiej formacji Thot. Tym razem artysta prezentuje muzykę pochodzącą z jego solowego projektu The Hills Mover. Coś idealnie pasującego do chłodnych i szarych zimowych podwórek.

Teraz będzie o albumie, za którego produkcję odpowiedzialni są członkowie zespołu D4D - Adam Hryniewicki oraz Krystian Wołowski. Mowa o drugim krążku grupy MJUT, którego premiera miała miejsce 25 września a teraz możecie zapoznać się z trzecim singlem pochodzącym z tego wydawnictwa. 17 GB zamkniętych w ponad czterech minutach. Enjoy!

Zespół SIBIGA z Krakowa prosi z kolei żeby go nie dotykać. Pokornie spełniamy tę prośbę i tylko uważnie słuchamy... jak słyszymy na początku piosenki "nie możesz mieć wszystkiego" (zapamiętajcie to gdy będziecie zaglądać w wigilię pod choinkę).

Koniec roku to oczywiście wszelkie podsumowania. Przejrzałam kilka które odnoszą się stricte do muzyki z naszego podwórka i wybrałam spośród nich dwa wg kryterium nieobiektywnego i losowego. Daniel Bloom i Mela Koteluk. Ciekawe połączenie dwóch muzycznych światów, do tego Bloom który wcześniej tworzył muzykę filmową a od niedawna zaczął maczać palce w świecie piosenkowym. Posłuchać obowiązkowo!

Taniec Leśnych Grzybów polecam posłuchać w okolicach wieczora, żeby lepiej wczuć się w opowieść. Nieskomplikowana muzyka i teksty z kosmosu. Posłuchajcie! [Agnieszka Hirt, grafika: Łukasz Piwecki]

22 grudnia 2015


DAVID GILMOUR Rattle That Lock, [2015] Columbia ||  Co mogę powiedzieć o najnowszej solowej płycie Gilmoura? No właśnie... niezbyt dużo. Jest to jeden z albumów całkowicie mi obojętnych. Ani nie wywarł na mnie przesadnie złego wrażenia, ani nie zachwycił. Nie ukrywam jednak, że bardzo czekałem na "Rattle That Lock", nawet pomimo zupełnej pomyłki, jaką stanowiła "The Endless River" Pink Floyd. Tamten album był marketingowym chwytem nastawionym na szybki zysk kosztem oddanych fanów legendy. Solowy album Gilmoura to z kolei dzieło o wiele bardziej przemyślane i, do pewnego stopnia, uczciwe. Wypełnione jest lepszymi, ciekawiej zaaranżowanymi kompozycjami, pięknym wokalem i ciepłą grą gitary. W najnowszych utworach dostrzegam również szczerą chęć odnalezienia się przez Gilmoura w nowych, nie do końca przez niego zbadanych stylistykach. Tyle że płyta nie posiada niestety "tego czegoś" co sprawia, że muzyka zawarta na albumie potrafi poruszyć wyobraźnię, zbudować spójny klimat i nastrój.

Zresztą Gilmourowi nie udało się tego osiągnąć na żadnym z poprzednich solowych projektów. Różnica pomiędzy na przykład "About Face" a "Rattle That Lock" polega jednak na emocjach, młodzieńczej werwie i wyczuwalnej radości płynącej z grania. Za każdym razem, kiedy wracam do nowego albumu mam wrażenie obcowania z dziełem doskonałego rzemieślnika, ale nie artysty. Oczywiście, produkcja jest bardzo dobra, utwory (przynajmniej w teorii) zróżnicowane a teksty inteligentne (głównie dzięki coraz bardziej intrygującej Polly Samson). Każdy utwór to jednak wprawne cięcie chirurga, wykonującego setny raz tą samą operację. Chirurga cenionego i pewnego swoich umiejętności, który wie jednak, że nie zrewolucjonizuje już swojego fachu.


Spośród wszystkich kompozycji zawartych na albumie najbardziej zapada w pamięć "Today", głównie dlatego, że wraz z początkowymi taktami odnosi się wrażenie, że muzyk w końcu postanowił wyrwać słuchacza z coraz bardziej otępiającej drzemki. Po utworach "Beauty" i "The Girl In The Yellow Dress" te kilka minut potrafi przepełnić prawdziwą radością. Wraca bowiem poczucie, że sam Gilmour czerpie przyjemność ze swej twórczości. Rozumiem doskonale, że dla osób z być może bardziej "wyrobionym gustem", wszystkich oddanych i bezkompromisowych piewców twórczości Pink Floyd "In Any Tongue" czy "Faces Of Stones" stanowić mogą ucztę melomana. Ciekaw jestem tylko, jak często będą do nich wracać.

Na plus wyróżniają się również bardzo pinkfloydowskie "5 A.M.", "And Then..." oraz "Dancing Right In Front Of Me". Utwór tytułowy (mający swoją drogą spory potencjał radiowy) zamiast zyskiwać wraz z kolejnymi odsłuchami zaczyna irytować. Sposób wydania wersji deluxe jest za to niezwykle bogaty. Oprócz twardego, wykonanego z przyzwoitego materiału pudełka otrzymujemy kilka ciekawych, choć w sumie bezużytecznych, gadżetów. Mamy więc: kostkę do gitary z wygrawerowanym nazwiskiem artysty, pocztówkę, książkę "Paradise Lost" Johna Miltona, plakat (niestety bardzo szybko wyciera się w miejscach zgięć) oraz dodatkową płytę DVD bądź Blu-Ray (zależnie od wydania). Całość prezentuje się więc efektownie. Co z tego jednak, skoro cały box szybko się na mojej półce niestety zakurzy.

Na koniec chciałem podzielić się jeszcze uwagą nie dotyczącą bezpośrednio "Rattle That Lock", ale środowiska miłośników Pink Floyd in toto. Przy okazji premiery "The Endless River" (co zapewne powtórzy się w przypadku solowej płyty Gilmoura) bardzo zaskakującym dla mnie był bojowy wręcz podział wśród melomanów na obóz "zachwyconych" oraz "zniesmaczonych" albumem. Przez obie frakcje na pewno przemawiają bardzo silne emocje i w zasadzie obie grupy mają rację, nikogo nie można zmusić do zachwytów bądź utyskiwań wbrew jego woli. A jednak sposób, w który niektórzy atakowali wszystkich, którym nie po drodze z "The Endless River" zaskoczył mnie zupełnie. Jeśli ceniony przeze mnie zespół lub album spotyka się ze wzgardą bądź niechęcią znajomych czy dziennikarzy wzruszam jedynie ramionami. Dlaczego miałbym się tym przejmować? Muzyka ma wywoływać emocje i niech je wywołuje. Pozytywne czy negatywne, o nie jest ważne. Śledząc prasę muzyczną, blogi i serwisy internetowe dochodzę jednak do wniosku, że obrońcy pinkfloydowskiej wiary są w Polsce bardzo silni. I czekają tylko, by naostrzyć pale dla niewiernych. Być może jest to wynikiem tego nieznośnego "elitaryzmu" cechującego miłośników zespołu. Elitaryzmu, z którego, jak przypuszczam, bardzo, ale to bardzo trudno jest im zrezygnować. 5/10 [Jakub Kozłowski]

20 grudnia 2015


MY DYING BRIDE Feel The Misery, [2015] Peaceville || Andrew Craighan, wieloletni gitarzysta i autor repertuaru My Dying Bride wspominał po premierze "Feel The Misery", że muzyczna zawartość nowej płyty nie była wynikiem jakichkolwiek kalkulacji. Craighan nie starał się nagrać kolejnego albumu powielającego schemat poprzednich muzycznych dokonań zespołu, nie budował utworów w taki sposób, jaki od niego oczekiwano. Zamiast tego pisał muzykę przede wszystkim dla siebie. Brak nacisków ze strony pozostałych muzyków (jak sam wspominał w wywiadzie, w tym czasie nie było w pobliżu nikogo, z kim można by ustalić wspólny kierunek prac) zaowocował albumem na którego kształcie bardzo wyraźnie odciska się wpływ jednej osobowości. "Feel The Misery" udowadnia, że jedynie ta metoda artystyczna jest w stanie zaowocować czymś nieoczywistym i intrygującym. Odżegnując się od powielania dotychczas stosowanych schematów My Dying Bride nagrało album, który wraz z premierą wchodzi do kanonu death doom metalu. Czyni to zresztą z wielką klasą.

Niezwykle trudno jest pisać o muzycznej zawartości "Feel The Misery" bez popadania w infantylny patos czy dziecinne porównania. Internet pełen jest zresztą takich na kolanie pisanych recenzji, w których dokonania My Dying Bride referowane są za pomocą tandetnej pseudo goth-metalowej nomenklatury. Większości recenzentów wydaje się, że jasno określona stylistyka zespołu wymusza na nich samych dostosowanie stylu pisania do gotyckich zapatrywań. W konsekwencji odbiera to powagę tak zespołowi, jak i samym muzycznym krytykom. Abstrahując już od tego, że na najnowszym albumie My Dying Bride gotyku jest stosunkowo niewiele, nie brakuje za to pokaźnej dawki mrocznego death metalu. Jednak o "Feel The Misery" pisać jest niezwykle trudno przede wszystkim dlatego, że muzyka My Dying Bride jest nieefektowna. Nie poraża i nie przykuwa uwagi przy pobieżnym zapoznaniu, docenienie jej to kwestia wielu godzin poświęconych nie tylko na odsłuch, ale również na lekturę tekstów czy podziwianie pięknej szaty graficznej digipaku.

Aaron Stainthorpe niejednokrotnie powtarzał, że muzyki My Dying Bride nie da się dawkować czy słuchać bez zaangażowania. O ile takie słowa w ustach jakiegokolwiek innego muzyka uznałbym za świadomie budowaną strategię marketingową mającą na celu zaintrygowanie niedzielnego słuchacza, to Stainthorpe'owi akurat wierzę. Nie tylko dlatego, że My Dying Bride nigdy nie zbliżył się do mainstreamu na tyle, aby zespół mógł odnieść realne profity z uprawianego zawodu (marketing jest tu więc zbędny). Ważniejsze jednak, że My Dying Bride faktycznie wdraża swoją dewizę w życie, rezygnując częstokroć ze znaczących zysków. Nie zobaczymy My Dying Bride na festiwalu rockowym, gdzie muzykom przyszłoby grać dla żłopiących piwsko rubasznych zastępów z wciśniętymi na łepetynę rogatymi hełmami z plastiku. Nie będziemy mieli również przyjemności oglądania My Dying Bride na scenie w blasku słońca w roli nietrafionego rozgrzewacza przed (nie przymierzając) Amon Amarth. Bycie fanem My Dying Bride wymaga poświęceń wyrażających się nie tylko w ograniczonych możliwościach obserwowania zespołu na żywo, ale również w konieczności poświęcania mu odpowiedniej ilości czasu i uwagi. Ale wszelki trud włożony w poznanie muzyki My Dying Bride zwraca się w dwójnasób.


W przypadku "Feel The Misery" nie należy jednak skupić się na poszczególnych elementach budujących spójną klimatyczne całość. Daleki jednak jestem od uznania kompozycji Craighana za nieciekawe. Wręcz przeciwnie, każdy utwór w doskonały sposób rozkłada akcenty powodując, że nie nużą pomimo swej (najczęściej znaczącej) długości. Sposób, w jaki utwory Craighana potrafią obudzić uwagę słuchacza nawet po kilku minutach monotonnego tempa najlepiej ilustrują końcowe riffy  "To Shiver In Empty Halls", "A Thorn Of Wisdom" czy "Within A Sleeping Forest". Mam jednak wrażenie, że ich siła oddziaływania rośnie, gdy są traktowane jak rozdziały tej samej opowieści a nie jako oddzielne byty. Bo o to właśnie chodzi w muzyce My Dying Bride, o opowiadanie historii, budowanie nastroju. I tego właśnie zabrakło odrobinę na nużącym "A Map Of All Our Faliures".

Zamieszanie w obozie My Dying Bride, którego najbardziej dostrzegalnym przejawem jest powrót po latach Calvina Robertshawa, wyszło muzykom na dobre. Na albumie ponownie usłyszymy głębokie, dobre technicznie (na ile jestem to w stanie ocenić) growle Stainthorpe'a, potrafiące w intrygujący sposób przełamać sztampę, która niewątpliwie nawiedziłaby album, gdyby pozostać jedynie przy czystych wokalach. Ta różnorodność stanowi naprawdę olbrzymią zaletę albumu. Tak samo zresztą jak wspomniane już riffy Craighana (fenomenalne "And My Father Left Forever" i "A Cold New Curse") czy doskonała praca perkusji. Brakuje mi jednak charakterystycznych dla My Dying Bride skrzypiec pięknie wzbogacających brzmienie "Turn Loose The Swans" czy "Like Gods Of The Sun". Głównie z tego powodu stawiam "Feel The Misery" odrobinę niżej niż te klasyczne płyty zespołu. Jest to jednak album naprawdę znakomity. Powiem nawet, że najlepszy od lat. Szkoda tylko, że tak niewielu go doceni. 8/10 [Jakub Kozłowski]

18 grudnia 2015


Po pierwsze, końcówkę roku zdominowała nam zdecydowanie elektronika, po drugie zaś, Słowacy. Nazwa cyklu pozostaje zatem myląca, ale w najlepszym razie lekko naciągana, ale "Czechosłowakofilia" jednak nie brzmiałaby zbyt dobrze a poza tym sceny czeska i słowacka, choć z pewnością różniące się w wielu istotnych szczegółach to jednak są sobie naturalnie bliskie na wielu poziomach. Choć z drugiej strony, jakby przyczepić się porządnie, to nazwa "Bohemofilia" nie obejmuje nawet całej Republiki Czeskiej , bo podle historycznych prawideł nie obejmuje Morawian i Ślązaków. Miejmy zatem nadzieję, że bracia Słowacy wybaczą mi publicystyczną nieścisłość.

Nvmeri to słowackie trio, które debiutowało jeszcze w 2010 roku albumem "From The Dust" wydanym pod nazwą The Uniques. Debiutancki self-titled już pod nowym szyldem ukazał się w roku 2013 a od tego czasu stopniowo ujawniane są szczegóły nowego materiału. Składniki brzmienia Nvmeri brzmią znajomo, od synth-popu po math-rock, wydawać się zatem może, że to kolejna grupa łącząca indie-gitary z elektroniką, ale jak pokazuje "Scales" grupa świetnie odnalazłaby się na letnich festiwalach i to nie tylko showcase'owych. Owszem, nowy singiel wychodzi od rozstrojonego ambientowego podkładu, ale bardzo szybko zdominowany zostaje przez cięte gitary rodem z post-punkowego przełomu lat 80-tych i 90-tych. Największym wyróżnikiem Nvmeri jest jednak wokal. Dla wszystkich zmęczonych identycznymi krzykliwymi chłopcami ze świata indie-rocka i synth-popu, matowy głos przypominający Petera Gabriela czy Guy'a Garvey'a przynosi więcej niż odświeżające wytchnienie. Zaintrygowani czekamy zatem na album, który wydać ma jedna z najciekawszych słowackich oficyn Gergaz Label.

Jan Jiskra tworzy muzykę elektroniczną głównie pod szyldem Moduretik z użyciem analogowego sprzętu, sekwencerów, automatów perkusyjnych osiągając efekt minimalistyczny efekt dark ambientu, syntezatorowego popu, atmosferę nowej fali i przede wszystkim stylową atmosferę lat osiemdziesiątych. Charakteryzuje go ponadto zamiłowanie do takich nośników jak tanie i wygodne CD-R, choć już poboczny projekt Neden ukazał się również na winylu a najnowsze MO-DU na limitowanej kasecie. "MOD01" to znów niezwykle stylowa retro-elektronika, tym razem ze zdecydowanym naciskiem na analogową kosmiczną atmosferę i odtworzenie elektronicznych, ale zaskakująco ciepłych brzmień klasycznej niemieckiej elektroniki, pierwotnego eksperymentalnego ambientu i kosmische musik. A przez ilustracyjny charakter materiału nad całością unosi duch światów kreowanych przez Lema i klasyczną fantastykę.



O Subject Lost wspominaliśmy już choćby przy okazji albumu "Expo Nova", który choć nagrany w domowym zaciszu, okazał się jedną z najbardziej docenianych czeskich płyt z elektroniką zeszłego roku. Za albumem podążyła epka z remiksami i dość niespodziewanie kolejna p.t. "Shelter" z nowym autorskim materiałem, którą jednak miała zamknąć drogę Subject Lost i stworzyć warunki dzięki którym Petr Adamec mógł rozpocząć nowe poszukawiania. Ich efektem jest najnowszy album "Nemesis", który jednak nie odbiega znacząco od wcześniejszych brzmień. Nadal słychać echa gitarowego post-rocka, ambientu, IDMu, ale jednocześnie całość nabrała jeszcze bardziej ilustracyjnego i zarazem melodyjnego charakteru.



O odmianę brzmienia pokusił się także jeszcze drastyczniej Stroon, słowacki producent, który wyszedł od post-dubstepowych początków, nawiązał współpracę z szeregiem przedstawicieli niezwykle prężnej słowackiej sceny, skupionych wokół labeli Exitab, Gergaz czy ajlávmjuzik, ba, wydał nawet singiel o swojsko brzmiącej nazwie "Krakow". Epki, czy może raczej minialbumy Dalibora Kociana ukazywały sie z godną podziwu regularnością aż najnowszy tytuł "Chosen Months" przyniósł największą i zdecydowaną zmianę. Elektronikę, rytm czy dźwięki wibrafonu zastąpiła gitara - surowa, modyfikowana, dronowa, po części industrialna po części shoegaze'owa a zahaczająca nawet o wolniejsze obszaru metalu. Czy zmiana zaszła również na żywo będzie można się przekonać na praskim Festivalu Spectaculare, gdzie Stroon supportować będzie Emikę.


Bulp zaś to debiutant, który epkę "Endian" wydał w zaprzyjaźnionym labelu Starcastic, który znać musicie choćby za sprawą Please The Trees, Prodavača czy Prince Of Tennis. A że wydawnictwo to wszechstronne to pozostajemy przy elektronice, choć tutaj stosunkowo najlżejszej i najbardziej przystępnej. Nic dziwnego zatem, że Bulp supportował HVOB, materiał jest lekki, rytmiczny i pozytywny a i chwytliwie odnosi się do relaksującego downtempa lat dziewięćdziesiątych.



[Wojciech Nowacki]

16 grudnia 2015


SUNDAYS ON CLARENDON ROAD Unward, [2015] self-released || Album wydany w lutym, własnym sumptem na płycie kompaktowej, w niewielkim środkowoeuropejskim kraju, od pewnego czasu w formie cyfrowej dostępny do darmowego pobrania. Powiedzieć, że niełatwo natknąć się na taką muzykę to grubymi nićmi szyty eufemizm. Nasze geograficzne, medialne, dystrybucyjne przyzwyczajenia siłą rzeczy ograniczają nas do specyficznych kręgów a świadomość ogromu muzyki poukrywanej po całym świecie ledwie czai się gdzieś w podświadomości. Przeczytajcie zatem o "Unward", pobierzcie album i posłuchajcie tego niezwykle zręcznego materiału.

Męski duet Jonáš Zbořil i Jan Tůma z przylepioną etykieta indie-folku rodzić może naturalnie skojarzenia z Kings Of Convenience, polskimi Twilite i szeregiem następców Simona i Garfunkela, ale z błędu subtelnie mogła wyprowadzić już epka "Walking Into Limbo" z 2012 roku. Skromniejsza od tegorocznego albumu, może jeszcze lekko nieśmiała, lecz z już ukształtowanym brzmieniem, łączącym miejski folk z subtelnym elektronicznym podbiciem. Ale już wtedy pojawiły się zarówno charakterystyczne linie wokalne ("Growing"), jak i odważniejsze wejścia w elektronikę ("Midtown Greenway").

Można założyć, że dłuższa przerwa prze wydaniem pełnowymiarowego debiutu tylko przysłużyła się dopracowywaniu brzemienia duetu, ale tym bardziej "debiutowość" "Unward" jest tylko umowna. Nie ma tutaj poszukiwań i ostrożnego badania własnych możliwości, nie, Sundays On Clarendon Road prezentują się jako twórcy z własnym i już ukształtowanym brzmieniem, pełnym chwytliwych i autorskich chwytów, firmowych zagrań i przede wszystkim świetnie zaaranżowanych i wyprodukowanych piosenek, niebanalnych i przebojowych zarazem. Potencjał na przyszłość? Skądże znowu, to już zrealizowana wizja, a i anglojęzyczne teksty tylko upewniają, że przy sprzyjających okolicznościach mieliby szanse na zagraniczny sukces.


Wizytówką Sundays On Clarendon Road może być już "Wild Galaxy", które spokojnie odnalazłoby się na dzisiejszej modnej warszawskiej scenie. Faktycznie zaczyna się gdzieś na pograniczu indie-folku i avant-popu, efektownie punktowane klawiszami stopniowo dodaje elektronikę i eskaluje w chwytliwy i emocjonujący refren. Tytułowe "Unward" wychodzi od folkowej narracyjności i dodając subtelny bit i wokalne harmonie z napięciem porusza się na granicy eskalacji. "Slow Slow Slow" to bezdyskusyjny synth-popowy przebój i po prostu świetna piosenka. W "Yellow Room" pojawia się charakterystyczna, szarpana linia melodyczna wokalu a piosenka wędruję w stronę klasycznej niegdyś elektroniki.

W piosenkach Sundays On Clarendon Road pojawić się może filmowa narracja, twardsza elektronika, taneczny podkład, elementy deep-house'u, avant-pop, indie-rockowe zagrywki na gitarach, folkowy spokój, a wszystko to umiejętnie podane w formie 3-4 minutowych kompozycji. Poza bogatą i klarowną produkcją szczególne zatem wrażenie robi struktura piosenek i ich niebanalna konstrukcja przy jednoczesnej popowej zwiewności. Nieuprawnione zatem byłyby glosy mówiące, że Sundays On Clarendon Road po prostu podążają za zachodnimi trendami i udanie je naśladują. "Unward" jest zbyt udane i zbyt zręczne. 8/10 [Wojciech Nowacki]

14 grudnia 2015


BOY WONDER & THE TEEN SENSATIONS Radical Karaoke, [2015] self-released || Zmięta pościel, plakaty na ścianie, gitary w panterkę, jajka na śniadanie, obcisłe slipy, papierosy, pizza, tatuaże, karaoke Batman i Robin, winyle, stare filmy. Rock'n'roll. Pop. Trochę strumień świadomości z internetowego newsfeedu, trochę zwyczajne codzienne życie. Radykalizm karaoke Boy Wondera najbardziej przejawia się nie w tym, że mamy jednego faceta z gitarą i podkładem z taśmy, ale w tym, że jest to kolejny album, który pokazuje żywotność rocka przez odzieranie go do najbardziej podstawowych warstw.

Stąd też "Radical Karaoke" jest w tym roku równie esencjonalną rockową płytą co "Carp" Please The Trees. Tam powrót do korzeni gatunku oznaczał tunelowanie pierwotnych emocji w niekoniecznie łatwy i przyjemny sposób. Boy Wonder & The Teen Sensations jak nikt inny pokazuje drugi kluczowy aspekt rocka - czystą zabawę. Bo na Boga, czyż nie o to po prostu chodzi? Radość, prostota i zabawa, niby beztroska, ale jednak nie bezrefleksyjna. Czyli to, co na elektronicznym pograniczu popu robi z internetową rzeczywistością Grimes, a od strony gitarowej Ariel Pink, ale bez narkotycznych oparów absurdu tego ostatniego, za to z uroczym wręcz i mocno cielesnym osadzeniu w codzienności.


Bo mamy teksty o dziewczynach i miłości (a podobno wszystkie rockowe piosenki są tak naprawdę o dziewczynach i miłości), drobnych przyjemnościach, pragnieniu szczęścia i beztroski, ale z zadziorną dumą i świadomością siły tkwiącej w prostocie. Krótkie i w większości obłędnie chwytliwe piosenki w ciągu ledwie pół godziny zmuszają nie tylko do coraz śmielszego podrygiwania kończynami, ale i błazeńskiego chichotu, przez co "Radical Karaoke" jest płytą wyjątkowo NSFW. Błazenada Boy Wondera jest jednak pozorna, jego celne obserwacje bywają gorzkie a zamiast hipster-szyderstwa mamy szczery i brutalny przekaz. Boy Wonder chce nas pozostawić bez tchu i przeczołgać przez rockowe klisze z jednego tylko powodu. Bo może.

Nie tylko może, ale i potrafi. W tym intensywnym zlepku gitarowych chwytów i stylistycznych wycinanek tkwi erudycja chłopaka zapatrzonego w swych rockowych herosów. Tu i ówdzie odezwie się a to Neil Young, gdyby tylko był mniejszym bucem i potrafił się zabawić, a to Tom Waits, gdyby zamiast rynsztokowej aury obdarzony był seksapilem. Równie często znajdziemy się na "Radical Karaoke" w zagraconym garażu, co na posmutniałym dansingu, gdzie Patsy Cline dopala kolejnego papierosa, The Shadows przygrywają najwytrwalszym tańczącym parom a z którego do domu zabierze nas ostatni lot Jefferson Airplane.


Grając w Wild Tides Kuba liznął kierunek w którym podążył solo jako Boy Wonder & The Teen Sensations. W połączeniu ze scenicznym wizerunkiem (do którego nie potrzebuje nawet sceny) Boy Wonder niektórych rozbawi, niektórych zamieni w WTF znak zapytania, niektórych (czy może niektóre) rozpali i zawilgoci. Ale pod dżinsową kataną i slipami w panterkę nie tkwi internetowy mem, ale chłopak z ogromnym sercem, który przypomina nam o najprostszych rzeczach. O tym, że nie ma zabawy bez muzyki, nie ma muzyki bez słuchaczy, nie ma słuchaczy bez szczerości. A "Radical Karaoke", które właśnie ukazało się, jakżeby inaczej, na winylu, możecie również pobrać za darmo. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]

29 listopada 2015

fot. Paweł Wyszomirski
Czy w wieku trzech lat chciał zostać strażakiem? W jaki sposób jedna scena z filmu może uratować przed tremą oraz co znaczył dla niego zespół Blenders – o tym wszystkim opowiada Mariusz Noskowiak.

Jaki instrument wprowadził Cię do świata muzyki?

Pamiętam ten dzień bardzo dokładnie. Miałem wtedy jakieś trzy lata. Wybraliśmy się do mojej rodziny pod Warszawą, gdzie w domu stał duży, stary fortepian. Grała na nim moja kuzynka, która pianistką była kiepską... ale była. Ten instrument od razu mnie podjarał i nauczyłem się na nim grać "Wlazł kotek na płotek". Siedziałam tam przez jakieś trzy dni i cały czas uczyłem się grać tę samą melodię, jednocześnie będąc pod wrażeniem, że można ją dowolnie interpretować. Dziwiło mnie potem, że moi rówieśnicy szukają pomysłu na siebie pt. "Ja chcę być strażakiem, a ja chcę być lekarzem albo nie wiem kim chcę w ogóle być". Ja już wiedziałem, że jestem muzykiem.

Ta świadomość zrodziła się w Tobie w wieku trzech lat?

Tak, dokładnie podczas tego wyjazdu. Pamiętam, że gdy wróciłem potem do przedszkola, to oświadczyłem "Nie wiem jak wy, ale ja jestem muzykiem"... Wtedy bardzo chciałem zostać pianistą, ale moja mama nie bardzo mi uwierzyła...

Co było dalej?

Później namówiłem jeszcze mamę, aby zapisała mnie do ogniska muzycznego w Sopocie, ale szybko z niego wyleciałem. Nie pamiętam dokładnie, ale byłem tam może cztery razy... albo pięć. Panie uznały, że w ogóle nie mam słuchu i kompletnie nic do mnie nie dociera, a mi się po prostu te ich pomysły wydawały słabe i najzwyczajniej nie mogliśmy się dogadać. Wówczas miałem już jakieś sześć lat. No i jak wyleciałem z tego ogniska, to dalej twierdziłem, że jestem muzykiem, a moja mama mówiła: "Przecież wyrzucili Cię z ogniska, więc co Ty wymyślasz".

A perkusja?

Perkusja była na samym końcu i to w dodatku przez zupełny przypadek. Po okresie fascynacji pianinem zająłem się graniem na gitarze. Jednocześnie uznałem, że jestem wokalistą. Było to jakoś pod koniec podstawówki (może ósma klasa, dokładnie nie pamiętam). Założyliśmy wtedy zespół z kolegą i nie mogliśmy znaleźć perkusisty - no, ale nic dziwnego, bo przecież wiadomo, że trzeba mieć specyficzną konstrukcję osobowości, żeby być perkusistą. Szło nam bardzo dobrze. Wygraliśmy nawet jakiś przegląd, gdzie nagrodą było dwadzieścia godzin studia i obliczyliśmy, że starczy to mniej więcej na nagranie trzech piosenek. Niestety wszyscy perkusiści, którzy wówczas z nami grali, byli beznadziejni, więc uznałem, że sam zagram na tym instrumencie. Jak na tamten czas wyszło to świetnie i dogadałem się z kolegą, że dopóki nie znajdziemy (prawdziwego) perkusisty, to ja będę pełnił tę funkcję. Paradoksalnie perkusja, która na wiele lat stała się moim docelowym instrumentem, miała być początkowo zajęciem przejściowym i zupełnie niezobowiązującym.

fot. Paweł Wyszomirski
Dla większości muzyków występy na żywo wiążą się z pewną presją. Ty podczas koncertów wydajesz się być jednak maksymalnie wyluzowany. Scena to dla Mariusza Noskowiaka drugi dom, czy czasem zdarzają się momenty, gdy zżera go trema?

W okolicach 4 - 5 sekundy przebywania na scenie, mija tzw. suma wszystkich strachów. Natomiast to, co dzieje się przedtem, nie jest niczym przyjemnym. Kiedy zbliża się moment wejścia na scenę, zadaję sobie pytanie: "Na cholerę ci to było? Czemu postanowiłeś wystąpić?". Najczęściej trema to trudny do opanowania lęk o to wszystko, co może się nie udać. I wcale nie chodzi o stopień mojego przygotowania. Nad tym panuję, gdyż jest całkowicie zależny ode mnie.
Przed występem odtwarzam sobie często scenę z filmu "Armagedon" (mówię całkiem serio), kiedy podczas przygotowania do startu promu kosmicznego jeden z bohaterów był uprzejmy uświadomić swoich kolegów, iż siedzą na dwóch tonach paliwa, głowicy jądrowej i w promie składającym się z 270 tysięcy części pozyskanych w drodze przetargu. Paradoksalnie podczas występów kameralnych trema jest znacznie bardziej dokuczliwa, ponieważ na dużych koncertach publiczność staje się praktycznie anonimowa. Z kolei od trzech lat doznaję zupełnie nowego rodzaju tremy, który jest zdecydowanie najbardziej dojmujący. Zdarza mi się pisać muzykę dla Sopockiego Teatru Tańca i chociaż chowam się w mrokach ciemniej sali, gdzieś pośród widowni - kiedy zaczyna się spektakl, jestem bliski utraty przytomności.

Jak zaczęła się Twoja współpraca z STT?

Z Asią Czajkowską, współzałożycielką STT, znam się praktycznie jeszcze z przedszkola nr 5 w Sopocie. Natomiast pomysł współpracy urodził się w zupełnie przypadkowych okolicznościach. Spotykałem się wówczas z Izą Sokołowską, która po wielu latach pracy w Duńskim Balecie Królewskim musiała wrócić do kraju. Jacek Krawczyk i Asia zaproponowali jej wtedy występ w tworzonym przez nich spektaklu pt. "Dali". Iza miała tam do zatańczenia siedmiominutowe solo i zaproponowała, bym napisał do niego muzykę. Nie zastawiałem się nawet sekundy, ponieważ myślałem o czymś takim od bardzo dawna. Wcześniej przez cztery lata współpracowałem z Festiwalem Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie pisałem muzykę do codziennie pokazywanych tam etiud filmowych. Dzięki temu zrozumiałem, że takie podejście do muzyki (tj. komponowanie i aranżowanie jej w taki sposób, by współdziałała z obrazem, czy w przypadku baletu współczesnego - z tancerzami) jest tym, co chciałbym robić już zawsze i do końca. Do tej pory, oprócz wspomnianej solówki, napisałem muzykę do spektakli pt. "Puste Ciało" i "Bajadera". Bardzo cieszę się z kolejnej propozycji współpracy, której realizacja przypada na grudzień 2015.

Czy staż współpracy z STT sprawia, że zmniejsza się Twoja trema? Im dłużej coś znasz, tym mniej się tego boisz?

Wręcz przeciwnie - po prostu wiem, czego nie wiem coraz bardziej. Przy pierwszym spektaklu czułem, że towarzyszy mi szczęście początkującego i było to dla mnie taką fajną, luźną wyprawą. Z czasem pojawił się większy apetyt i większe ambicje. Chcę to zrobić lepiej, mocniej i głębiej.

Czy w takim razie muzyka do pierwszego spektaklu była gorsza od tej, nad którą teraz pracujesz?

Nie wiem. Ona była przede wszystkim zupełnie inna, ponieważ była wynikiem eksperymentu. Przy drugim spektaklu miałem już jakiś plan, który starałem się zrealizować bardziej świadomie. Jeśli chodzi o spektakl, nad którym pracuję aktualnie, to mam bardzo precyzyjny plan i dokładnie wiem, co chciałbym usłyszeć na końcu. To rodzi strach, że na przykład tego nie usłyszę. I być może publiczność uzna, że to jest ok, ale ja będę wiedział, że miało brzmieć inaczej.

W jaki sposób nagrywana jest muzyka do spektakli?

Komponuję całkowicie sam, bo jak mówi przysłowie: Gdzie kucharek sześć, tam dwanaście cycków. Staram się, aby jak najwięcej instrumentów było nagranych przez instrumentalistów, ale w przypadku rozbudowanych orkiestracji to zwyczajnie niemożliwe ze względów budżetowych. Instrumenty dęte nagrywam najczęściej z Irkiem Wojtczakiem, o którym – moim zdaniem - rozpiszą się jeszcze wszystkie encyklopedie muzyczne. Irek nagrywa również te partie fortepianu, które przerastają moje umiejętności. Jeśli pomysł na aranżację zawiera sopran, to nie zastanawiając się dwóch sekund dzwonię do Magdaleny Gruszczyńskiej, której głos wbija mnie w parkiet.

The Stags
Poza teatrem pracujesz nad kilkoma niezależnymi projektami muzycznymi... Na razie możemy posłuchać utworów jednego z nich, mianowicie The Stags. Opowiedz o nim.

Wraz z Arkiem Hronowskim powołaliśmy go do życia już ponad 2 lata temu, więc powoli zaczyna mówić, urosły mu mleczaki oraz coraz częściej korzysta samodzielnie z ubikacji. Jak z każdym 2-latkiem, jeszcze nie do końca wiemy, co z niego wyrośnie, ale nasi znajomi lekarze twierdzą, że rozwija się prawidłowo. Pomysł w zasadzie przyniósł Arek, motywując to chęcią stworzenia czegoś odprężonego, bez napinki i nieprzewidywalnego nawet dla nas samych. Jedynym założeniem, którego trzymamy się za każdym razem, jest autonomiczność stylistyczna każdej poszczególnej piosenki. To w naturalny sposób przyciągnęło do nas kilku zajebistych muzyków i ku naszemu zadowoleniu przyciąga ich coraz więcej.
Póki co nie mamy w związku z tym projektem "mokrych snów o potędze". I bardzo dobrze, za każdym razem bawimy się, tworząc kolejne piosenki. Dalekosiężne plany potrafią wiele zabić w spontanicznym pojmowaniu twórczości. Na razie przygotowujemy się do ósmej piosenki i klipu. W pierwotnym pomyśle nie chcieliśmy pokazywać naszych facjat, dlatego schowaliśmy się za pseudonimami Dr. No & Nobody - przeszły one wraz z nami z wcześniejszego projektu Vulgar, którego pomysłodawcą był nasz przyjaciel, Krzysztof Sadowski, okolicznym dziewczętom znany jako Sado. O ile pamiętam, to on nadał nam owe złowrogo brzmiące pseudonimy.

To projekt stricte wirtualny, czy będzie regularnie wychodził na ulicę?

The Stags, tak jak wspomniałem wcześniej, był luźnym pomysłem na zasadzie „Chodź zamiast grać w golfa, pograjmy jakąś muzykę”. No, ale skoro mamy już tyle kawałków, to w zasadzie jesteśmy blisko skończenia materiału na całą płytę. Arek twierdzi, że moglibyśmy to jakoś promować. Jest plan, żeby zwieńczyć projekt płytą i myślimy też nad koncertami. Choć to odważne stwierdzenie, bo najpierw należałoby zagrać jeden koncert i zobaczyć, czy to się w ogóle sprawdzi.

Kto odpowiada za otoczkę wizualną utworów Stagsów?

Kiedy kończymy fazę produkcji muzycznej, zwykle automatycznie pojawia się pomysł. O ile pamiętam, dwa z nich zrodziły się z totalnego braku pomysłu przy jednoczesnym nadmiarze czerwonego wina w naszych organizmach i te klipy uważam za jedne z ciekawszych. Nie namówisz mnie, abym powiedział, o które chodzi dokładnie! Do tej pory realizowali je dla nas: Arkadiusz Okoński, Hania Okońska, Izes Sawicka oraz Radek Moenert.

The Stags, fot. Hanna Okońska
Są jeszcze dwa zespoły, które niedługo wyjdą z cienia. Zdradzisz czytelnikom, co to za projekty?

Pierwszy z tej dwójki nosi nazwę Soundfire. To warszawski projekt, który tworzymy wraz z Tomaszem Snake-Kamińskim i Robertem Nobisem. Bardzo często można nas zobaczyć i usłyszeć w klubie Platinium lub na pokazach mody. Po dwóch latach grania razem, postanowiliśmy zrobić nasz autorski materiał. Snejk (gitara) wcześniej grał w Golden Life, a obecnie u Dody. Nobis (dj) ciśnie przede wszystkim w warszawskich klubach.
Dance Like Dynamite tworzymy z Krzysztofem Sado Sadowskim i Piotrem Pawłowskim. Bardzo jest mi ciężko nazwać rejon, w którym się poruszamy. Skończyliśmy właśnie naszą Epkę i teraz czeka nas żmudny proces dopisywania ideologii do naszych piosenek - po to, aby komunikować się ze słuchaczami za pomocą liter. Cytując Franka Zappe: pisanie o muzyce, to jak tańczenie o architekturze :)

Tworzenie muzyki to jednocześnie Twoja praca zarobkowa?

Do pracy jako takiej chodziłem w całym moim radosnym życiu cztery dni i szczerze mówiąc, nie poszło mi zbyt dobrze. Od tamtej pory - a było to w okolicach matury, do której przygotowywałem się jeszcze na tajnych kompletach - jestem na emeryturze. Mogę dzięki temu realizować moją jedyną życiową pasję, jaką jest muzyka. Praca dla większości ludzi jest tym czymś, z czego muszą się wywiązać, żeby kupić sobie produkty do jedzenia, picia, czy zachowania higieny osobistej. Oczywiście nie poradziłbym sobie finansowo, gdybym robił tylko świetne, niszowe i artystycznie ciekawe projekty. Dlatego jestem również producentem. Często robię muzykę do reklam, piszę i aranżuję dla innych artystów. To często bardzo trudna sprawa, ale zawsze sobie powtarzam, że nie wolno się obrażać na takie zlecenia, ponieważ często dużym wyzwaniem jest zrealizować je w sposób ciekawy, pomijając oczywisty fakt, że dzięki nim mogę robić to, co kocham.

Czy to muzyczne spełnienie czyni z Ciebie w pełni szczęśliwego człowieka?

Nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem człowiekiem nieszczęśliwym, jednak pełnia mojego szczęścia majaczy gdzieś daleko. Mam wielu (biorąc pod uwagę statystycznego Polaka) bliskich i bardzo kochanych przyjaciół. Jestem zdrowy i mam otwartą głowę - to czyni mnie szczęśliwym, ponieważ dodaje mi pewności siebie. Mam jednak bardzo wiele pomysłów, dlatego stresują mnie moje własne ograniczenia i ten nadludzko zapie...cy czas, który bez przerwy grozi mi palcem. Podobno pierwsze czterdzieści lat dzieciństwa jest najtrudniejsze.

Co do czasu... Gdyby podróże w czasie były możliwe, to cofnąłbyś się do przeszłości, żeby coś zmienić, czy wolałbyś zobaczyć swoją przyszłość?

Szczerze mówiąc, ani jedno, ani drugie. Mimo gorzkiej świadomości, jak wiele spraw w życiu pokpiłem, co mogłem zrobić lepiej i jakie świetne okazje przeszły mi koło nosa... Jednak mam wciąż w sobie bardzo wiele zapału i koncentruję się na tym, co, mimo wielu przeciwności, udało mi się osiągnąć. Przyszłość jest dla mnie ciekawa i motywująca. Jak by to było niefajnie znać zakończenie. Od bardzo dawna skupiam się na teraźniejszości i zapewniam, że nie ma to nic wspólnego z wegetacją.

Blenders, fot. Tomek Bergmann
Dlaczego nie ma już Blendersów? Traktowałeś ten zespół poważnie?

Bardzo poważnie. Jednak po dwudziestu latach zwykle faceci rozwodzą się ze swoimi starymi żonami i szukają nowych. Tak też było w tym wypadku. Zespół miał taką formułę, która miała prawo się wyczerpać. Nie chciało nam się już w naszym wieku śpiewać o "punktach G", czy kupnie czarnego ciągnika. Natomiast ten zespół był dla mnie bardzo istotny i nadal tak jest - w końcu wiele rzeczy, z których korzystam dzisiaj, nauczyłem się właśnie tam.

Czy przez te dwadzieścia lat zdarzało Ci się myśleć o opuszczeniu Blendersów?

Tak, jasne. Nawet bardzo często. Ale nie wynikało to nigdy z jakiejkolwiek niechęci, tylko raczej nie wiem... może zmęczenia. A poza tym przez jakiś czas grania w Blendersach rodziła się już we mnie ta chęć tworzenia muzyki teatralnej i filmowej, którą robię dzisiaj. Ponadto wnerwiały mnie już imprezy typu "Sylwester w Polsacie".

Lepiej czujesz się w roli performera czy kreatora?

Na tym etapie mojego życia zdecydowanie w roli kreatora. Zagrałem w życiu prawie dwa tysiące koncertów i po wielu latach miałem tego dosyć. Co prawda, odczekałem już kilka lat i znów mam ochotę trochę pograć, ale to już coś zupełnie innego niż kiedyś. Wcześniej chciałem grać jak najwięcej koncertów, dla jak największej ilości ludzi, a teraz wręcz odwrotnie - chciałbym grać mało koncertów, za to w wyjątkowych miejscach i dla niewielkiej publiczności. Bardzo zależy mi też na tym, by tak ukierunkować swoje życie, żebym mógł poświęcić się w pełni muzyce teatralnej i filmowej.

[rozmawiała: Agnieszka Hirt]

27 listopada 2015


NEW ORDER Music Complete, [2015] Mute || Kim jest grupa docelowa New Order? Pogrobowcy post-punka, z rozpędu fani Joy Division, bywalcy dyskotek, miłośnicy synth-popu, indie-rocka, lat osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych, wczesnych zerowych? New Order rozpinają się ponad gatunkami i dekadami tak szeroko, że wydają się oddaleni od dzisiejszej rzeczywistości i publiczności. Ba, dla wielu powrót zespołu w początkach X XI wieku wydaje się już faktem (pra-)historycznym. Ale to właśnie wtedy New Order pokazali tym, którzy lata osiemdziesiąte pamiętają już tylko przez mgłę i pryzmat teledysku "Blue Monday", że stoją za nimi przede wszystkim niezłe i ponadczasowe piosenki.

Tych nie brakuje na "Music Complete". Pierwsze z brzegu "Restless" od razu rozpoznajemy jako typowy singiel New Order, z charakterystycznym zmysłem melodycznym i niezmiennie młodzieńczym wokalem Bernarda Sumnera. Pogłoski o zdecydowanie bardziej elektronicznym charakterze nowej płyty niż poprzednich "Get Ready" i "Waiting For The Sirens' Call" są mocno przesadzone. "Restless" spokojnie mogłoby się znaleźć na którejś z powyższych, melodyjny indie-rockowe gitary usłyszymy tu niejednokrotnie, elektronika zaś zawsze była nieodrodną częścią muzyki New Order. Na "Music Complete" mamy co najwyżej inaczej rozłożone akcenty, zaś przynajmniej w pierwszej swej połowie album jest na tyle różnorodny, że zbliża się niemal do granicy stylistycznego rozedrgania. "Plastic" zgodnie z tytułem brzmi syntetycznie, ale nie kona się tu żaden dramat. "Tutti Frutti" flirtuje z italo-disco i co w założeniu zapowiada się okropnie, okazuje się najfajniejszą piosenką płyty. "People On The High Line" brzmi jak młodzieżowy, eurodance'owy hip-hop z początku lat dziewięćdziesiątych. Współcześniej wydają się brzmieć "Singularity" i "Unlearn This Hatred", ale tylko jeśli przeczytamy, że za ich produkcją stoi Tom Rowlands z The Chemical Brothers.

Właśnie, choć goście na "Music Complete" mają zapewne przyciągnąć nowszych słuchaczy, to bez żadnego wyjątku przemijają całkowicie nierozpoznani. La Roux mogłaby być zastąpiona każdą randomową wokalistką znaną z dance'owych chórków. Brandon Flowers? Nie do zauważenia. Iggy Pop, choć to pewnie ukłon w stronę post-punkowych korzeni, brzmiał jak Iggy Pop na płycie Cat Power, ale nie tutaj. Zasadniczo zatem, żaden z gości nie wnosi do "Music Complete" nic.

Wystarczyć powinny po prostu piosenki. I tak by było, gdyby nie ich porażająca długość (i w efekcie całego albumu). Obowiązkowe minimum dla New Order to 5 minut, standard to 6-7 minut, najnudniejsze "Nothing But A Fool" sięga prawie 8 minut i w żadnym przypadku nie ma dla tego uzasadnienia. Każda z kompozycji to materiał na typową trzyminutową piosenkę, zespół sprawia wrażenie jakby nie potrafił znaleźć kompozycyjnego rozwiązania dla żadnego z często przecież nośnych motywów. "People On The High Line" symptomatycznie po niemal 6 minutach, kończy się wyciszeniem pamiętanym z kupowanych w latach dziewięćdziesiątych kaset. "Music Complete" jest zabawne i niezobowiązujące, choć tam gdzie mini-album "Lost Sirens" pozostawiał wesoły niedosyt, nowa płyta ciąży przesadnym rozwleczeniem. Wbrew tytułowi i opinii części krytyki kamieniem milowym w karierze New Order "Music Complete" z pewnością nie będzie. 6.5/10 [Wojciech Nowacki] 

26 listopada 2015


EDITORS In Dream, [2015] [PIAS] || Editors zamiast zespołem jednej płyty są raczej zespołem kolejnych płyt. "The Back Room" pozostaje do dzisiaj płytą klasyczną, choć właściwie nie wiadomo do końca dlaczego. Być może w dobie dogasającej nowej rockowej rewolucji, dance-punka, revivalu post-punka pokazywała, że gitarowe indie-granie potrafi być nadal żywotne. Być może chodziło o stylowość, może o emocjonalność, może po prostu o bardzo dobre piosenki. Owszem, masa zespołów oferowała ówcześnie te same składniki, ale jednak z jakiegoś powodów to jedynie debiut Editors (i na chwilę Franz Ferdinand) potrafił mnie wtedy poważniej zainteresować.

Przetrwanie Editors zawdzięczać też może paradoksalnie części niepochlebnej krytyki. Spójrzcie gdzie dziś znajduje się Interpol, przypominający swój własny revival-band. "Turn On The Bright Lights" stało się płytą kultową, ale przynajmniej tak samo dobry "The Back Room" już spotkał się z opiniami o Editors kopiujących Interpol kopiujących Joy Division. Częściowe lekceważenie
debiutu Editors sprawiło tym samym, że w porównaniu z ówczesną album ten praktycznie się nie zestarzał, ale również zespół od samego początku cieszył się pewnego rodzaju taryfą ulgową.

Wreszcie, choć z różnymi efektami, to z godną podziwu determinacją Editors konsekwentnie unikali autoplagiatów. "An End Has A Start", choć skrojone wg zasady "jak debiut, tylko bardziej" i tęsknie zerkające w stronę stadionowości Coldplay i U2, to jednak po latach broni się całkiem nieźle piosenkami w części równie dobrymi co na debiucie. Całkowity odwrót w stronę chłodu syntezatorów na "In This Light And On This Evening" przyniósł zarówno kilka najlepszych piosenek w karierze zespołu, jak i niezapamiętywalne mielizny. Na tym tle "The Weight Of Your Love" jawiło się przynajmniej jako płyta równa. Brzmienie amerykańskiego rocka w wykonaniu Editors okazało się jednak najmniej twarzowe spośród wszystkich testowanych, album zaś nadal jawi się jako dość nudnawy i wyjątkowo mało ekscytujący.

A "In Dream"? Najprościej mówiąc jest to miks "In This Light And On This Evening" i "The Weight Of Your Love". Z pierwszego wzięte zostało mocne zanurzenie się w ciężkie syntezatory, z drugiego zaś wyważenie i dopracowanie materiału. Elektronika w wykonaniu Editors przekonywała mnie na "In This Light And On This Evening" i przekonuje mnie tutaj, z tym że "In Dream" jest zdecydowanie mniej rozedrgane między świetnym a miałkim, a na podobieństwo "The Weight Of Your Love" jawi się uśrednione, ugrzecznione. I od poprzednika z pewnością ciekawsze.

Nie dajcie się jednak zwieść pogłoskom o eksperymentalnym charakterze płyty. Medytacyjne "No Harm" na początek jest faktycznie nietypowym otwarciem, ale już finałowe "Marching Orders" wyjątkowe jest już tylko dzięki swej długości. Tutaj też znów odzywają się echa U2, wyraźnie obecne też w patetycznym i pełnym chrystologicznych odniesień "Salvation". Reszta na szczęście to świetnie wyprodukowany ejtisowy synth-pop, owszem, mroczniejszy a'la Depeche Mode, ale równie często rytmiczny a'la Pet Shop Boys. Rytmiczny nie znaczy jednak przebojowy, zwłaszcza w drugiej połowie albumu, po mechanicznym "The Law", słychać nacisk położony bardziej na budowanie atmosfery niż melodii, nawet w mierzącym w przebojowość "Our Love". I choć pod koniec "In Dream" może zacząć nudzić, to dla równowagi w początku mamy typowe dla Editors, przestrzenne i eskalujące "Ocean Of Night" czy łączące synth-pop z indie-gitarami "Forgiveness".

Żadne rewolicja się nie kona, nie sądzę, żeby poza całkiem licznym gronem fanów ktokolwiek nowy zarejestrował wydanie piątego albumu Editors. Ale zespół jest nadal stylowy, Tom Smith nadal jest wokalistą o wielkich możliwościach a "In Dream" to kolejny z niezłych albumów. I tyle. 7/10 [Wojciech Nowacki]

9 listopada 2015


TATA BOJS A/B, [2015] Supraphon || Gdy piszę o czeskich wydawnictwach staram się to robić jeśli są w Polsce zarówno dostępne, jak i przystępne. Dostępność nie jest już wielkim problemem, większość, od nie tylko mainstreamu na serwisach streamingowych po alternatywę na Bandcampie, posłuchać możecie wszystkiego co Was zaciekawi. Żeby się tak jednak stało, wykonawca musi być przystępny nieczeskiej publiczności bez obszernego aneksu z kulturowo-językowymi przypisami. Tata Bojs mają w Czeskiej Republice tak wielki status, że ani nie potrzebują myśleć o zagranicy. Ale że jest to pozycja całkowicie zasłużona, potraktujcie ten tekst bardziej jako felieton niż recenzję nowego albumu.

Rockowa werwa, popowa przebojowość i subtelne podbarwienie elektroniką to najprostsza recepta do zdobycia sobie powszechnego szacunku słuchaczy. Zarówno tych mających z muzyką kontakt okazjonalny i komercyjnie użytkowy, jak i tych którzy, jak to się mówi. w muzyce "siedzą". Tata Bojs ani ci mocno alternatywni nie traktują jako guilty pleasure, ani niedzielni słuchacze nie odmówią sobie gromadnego śpiewania na koncertach ich inteligentnych piosenek. Parafrazując Kaśkę Nosowską, zasada "za alternatywna na mainstream, za mainstreamowa na alternatywę" nie ma u Tata Bojs zastosowania. I jest to kolejny z powodów, dla których mówi się o roli Tata Bojs w czeskiej muzyce od końca XX wieku jako o "czeskim Radiohead".

Jasne, Radiohead często bliżej było do awangardy niż popu, ale mam nadzieję, że intuicyjnie wiecie o co chodzi, o idealnie i naturalnie wyważone proporcje zapewniające uniwersalny dostęp do szerokiego spektrum słuchaczy. Ale czy pamiętacie o jakim polskim zespole mniej więcej od 2001 roku zaczęto mówić jako o "polskim Radiohead". Ano właśnie o zasugerowanym wyżej Hey. Analogia między Heyem a Tata Bojs jest jak najbardziej trafna, choć mniej tutaj chodzi o podobieństwa muzyczne a bardziej o pozycję na rynku. Płyty obu tych zespołów ukazują się we w miarę regularnych odstępach, każdy z nich się świetnie sprzeda, nawet jeśli będzie słabszym w dyskografii, co najpewniej oznaczać będzie lekki autoplagiat, chwilowe zachłyśnięcie się słuchacza nowością i szybkie zapomnienie.


Szkoda, że akurat przy "A/B" zebrało mi się na przedstawienie Wam Tata Bojs, bo to akurat ten przypadek płyty, która nie, bynajmniej nie jest zła, ale zamiast w nowy efektowny sposób łączyć wykorzystane wcześniej elementy brzmienia, to najczęściej w niezwykle charakterystyczny sposób je kopiuje. Ale z tego samego powodu nowy album może okazać się całkiem niezłym wprowadzeniem do dyskografii Tata Bojs, skomplikowanej w latach dziewięćdziesiątych (kasety, pół-dema, pół-albumy) i legendarnych w latach zerowych (przynajmniej dwa tytuły na liście bezapelacyjnie najlepszych czeskich płyt). Przełom nastał z płytą "Futuretro" po raz pierwszy w Czechach w takiej skali i tak nowocześnie łączącej chwytliwy (pop-)rock z elektroniką. "Biorytmy" przyniosły doprecyzowanie brzmienia i kolejny komercyjno-artystycznych sukces, zdyskontowany tylko przez "Nanoalbum" - koncept album i multimedialny projekt na niespotykaną skalę. Płyta, książka, trasa koncertowa, DVD, może trochę naciągana historia miłosna ze świata nanotechnologii, ale muzycznie i koncepcyjnie nie do obalenia. Na "Kluci kde ste?" zespół wrócił do prostszej rockowej bezpośredniości a na przedostatniej płycie "Ležatá osmička" inteligentnie i autoironicznie flirtował z tematem powtarzalności.

Na "A/B" powtarzanie się pomysłów i charakterystycznych tatabojsowych patentów zamierzone już nie było, po czterech latach oczekiwania recyklacja tak dobrze już znanych Czechom brzmień jednak jest rozczarowaniem, nawet jeśli Tata Bojs poniżej pewnego poziomu nie schodzą. Dwie najlepsze piosenki "S ní" i "Antikvariát" ukazały się już wcześniej na specjalnym winylowym singlu (i obie opatrzone teledyskami, ot, czeskie kino w miniaturze). Pierwsza subtelnym elektronicznym galopem graduje w stronę pełnej smyczków eskalacji. Druga zaś jest po prostu niesamowicie przebojowa, śpiewna, ale i emocjonalna i zwłaszcza w warstwie lirycznej melancholijna. Poza tym Tata Bojs to rockowa energia ("Gastronaut"), gustowny pop-rock ("Sonda" i "Radioamatér"), werwa z odrobiną niepokoju ("Rubik a Kubrick", mimo słabo dobranych gości), trochę żartów ("Kamarádky", "Národní") czy perfekcyjny zmysł do emocjonującej eskalacji ("Hrana").


Ale cały czas mówimy tylko o muzycznej stronie Tata Bojs, kto wie, czy niemającej najwyżej połowicznego znaczenia. Bo Tata Bojs to przede wszystkim teksty - dowcipne, inteligentne, czasem gorzko komentujące rzeczywistość, często operujące po prostu grą słowami i w ich wykonaniu niemal nieskończonymi możliwościami czeszczyzny. Już pierwsze na płycie słowa minulost je past to czesko/angielska słowna łamigłówka (przeszłość to pułapka/przeszłość to przeszłość), niektóre piosenki zaś na tych językowych grach niemal wyłącznie bazują. Próbowaliście kiedyś obcokrajowcowi wyjaśnić jakim świetnym polskim zespołem jest Hey, tłumacząc jak genialną tekściarką jest Nosowska? No właśnie, z Tata Bojs mamy ten sam problem. Ale bez rozumienia tekstów powinniście docenić lekkość i od dawna już Czechom znaną pomysłowość ich muzyki. 7/10 [Wojciech Nowacki]

5 listopada 2015


Czeski niezależny label Indies Scope po raz kolejny zaprezentuje się w Warszawie na trwających od 6 do 8 listopada 2015 roku targach Audio Video Show. Wydawnictwo stoi za najciekawszymi tytułami czeskiej alternatywy, mam więc nadzieję, że będzie mogli zaopatrzyć się w płyty takich wykonawców jak KieslowskiKvěty czy DVA. Ale też poznać nowości, zarówno typowe, jak i poszerzające tradycyjne portfolio labelu.



Ghost Of You to młody zespół z Brna, który przebojowe refreny stara się podawać w formie elektroniczno-gitarowej psychodelii, pełnej energii i emocji. Po trzech latach istnienia i epce "Ocean K.", którą za darmo możecie pobrać z zespołowego Bandcampa, właśnie wydali debiutancki album "Glacier And The City". Płyta podsumowuje przesunięcie akcentów z wczesnych inspiracji post- i math-rockiem w stronę współczesnego psychodelizującego synth-popu a promuję ją teledysk do piosenki "Deerhunter".


Bombarďák powstał jako grupa dla dzieci, ale nieoczekujcie dobranockowych kołysanek. Zespół z punkową werwą miesza style, od rocka i country po folk i tango, w jedną kolażową całość. Tytuł nowego albumu, "PÍP" to nic innego jak wypipany wulgaryzm, celem płyta ma bowiem być przygotowanie słuchacza jak wytrwać w świecie dorosłych. Bombarďák więc nie tylko nadaje się dla nie do końca poważnych dorosłych, ale też malowniczo obrazuje czeski stosunek do wychowywania dzieci.


Čankišou reprezentują typowe dla Indies Scope folkowo-etniczne brzmienie. Istniejąca od ponad piętnastu lat grupa łączy różnorodne etniczne inspiracje z egzotycznym instrumentarium i rockowymi korzeniami, sięgając swymi poszukiwaniami od Reunionu po Pakistan. Na koncie mają również muzykę do filmu "Nuda v Brně" i choć starają się walczyć z etykietą world music, to na najnowszym albumie "Supay" zdecydowanie podążają ta znaną, ale ciągle zaskakującą drogą.



Tara Fuki powinno być szczególnie bliskie Polsce, wiolonczelistki Andrea Konstankiewicz i Dorota Barová na swym ostatnim albumie "Winna" urzekły polskimi wokalami, ale po pięciu studyjnych płytach nadszedł czas na podsumowanie. Na kompilacji "The Best Of Tara Fuki" duet starannie wybrał najistotniejsze dla siebie kompozycje oraz nową "V rytmu deště", wyjątkowo śpiewaną po czesku. Kolekcja jest zatem świetna okazją to zapoznania się z twórczością duetu. [Wojciech Nowacki]

3 listopada 2015


PLEASE THE TREES Carp, [2015] Starcastic || Rock definiuje się przez własny stosunek do tradycji. W wielkiej skali oznacza to najczęściej powielanie gatunkowych prawideł, powtarzanie schematów, zapełnianie stadionów wydaniem dwudziestego albumu w czterdziestoletniej karierze. Pewność i bezpieczeństwo. Co przystoi wielkim, młodszym zapewni oskarżenia o niewnoszenie niczego nowego do muzycznych prawideł (chyba, że tym młodym jest Jack White). Igranie zaś z gatunkowymi podziałami, mimo że tracącymi dziś znaczenie, grozi zepchnięciem do alternatywy czy pogardliwie ujmowanego indie. Jeśli zatem rock stoi w miejscu to tylko z winy jego najwierniejszych fanów. Skuteczna rewitalizacja muzyki rockowej również odnosić się musi do tradycji. Ale nie jako kopiowanie klasyki, lecz jako odzieranie rocka ze skostniałych naleciałości i powrót do pierwotnego, surowego korzenia, czystego entuzjazmu i emocjonalnej zadziorności. Nieprzypadkowo więc najciekawsi młodzi twórcy, Metz, Viet Cong, częściowo Deerhunter, wywodzą się z kręgów noise'u. Bo w swych początkach rock mógł być przyjemny, ale musiał być niebezpieczny.

Please The Trees powstali z przecięcia lekko post-rockowego ducha instrumentalistów oraz folkowych fascynacji Václava Havelki III. Kształt ten utrzymał się na dwóch albumach, choć prawdziwe imponujące brzmienie zespołu wykuwało się w czasie żywych występów. Stąd też "A Forest Affair", trzecia płyta Please The Trees, jawiła się jednak jako rozczarowanie. Im mocniej podkreślano udział amerykańskiego producenta, tym silniej jawiło się jej przeprodukowanie, niespójność pomysłów i bezradność w oddaniu koncertowego żywiołu. Havelka zawsze był człowiekiem wielu projektów, ale po odejściu w niebyt solowo-folkowego selFbrush i zmiękczeniu Please The Trees na "A Forest Affair", wyraźnie oddalał się od gitarowej estetyki, jednocześnie (i paradoksalnie) eksplorując znacznie surowsze brzmienia. W duecie Tvrdý/Havelka przerobił na synth-popową modłę klasyki czechosłowackiej nowej fali i punka, w kolejnym duecie Were Mute organicznym sposobem dotarł do granic noise'owej elektroniki, by w pełni przekroczyć je kwaśnym, brudnym ambientem solowego projektu Vac Da Hawk.

W wyniku splotu koncertowych okoliczności w lutym 2014 roku Please The Trees znaleźli się w Detroit z wolnym dniem. I podobnie jak wcześniej Blur weszli do studia by niezobowiązująco zarejestrować materiał, który po dograniu przez Havelkę wokali w Nowym Jorku stał się niespodziewanie czwartym albumem Please The Trees. Spontanicznie uchwyconym momentem zespołu będącego u szczytu koncertowej formy. Surowym, pierwotnym i zgrzytliwym.


Nowe, garażowe brzmienie Please The Trees słuchać już w pierwszych paru piosenkach. Na początku albumu wydawać się może, że zespół, owszem, zaostrza brzmienie, ale zarazem wyraźnie zamierza mocniej eksplorować swoją obecną już wcześniej piosenkową stronę. Ale zamiast folkowych ech w "All I Want To Do" słyszymy brud, entuzjazm i głos Havelki, często zbyt dominujący, tutaj skryty za pogłosem i przeradzający się w efektowny zaśpiew. "A Song Is Its Own World" to zaś prosty trzyminutowy rock'n'roll, czyli przeciwny biegun dawnych post-rockowych pasaży. Odcienie zmieniają się w "Missing Feeling Nothing". kto wie czy nie jednej z najlepszych piosenek Please The Trees, niższej, bardziej niepokojącej, niemal grunge'owej, ale melodyjność amerykańskiego alternatywnego rocka rozwijając a'la Deerhunter w powtarzalny trans z potencjałem koncertowego rozciągania w satysfakcjonującą nieskończoność.

Jeśli dwiema pierwszymi piosenkami "Carp" z energią wyskoczył ponad powierzchnię stawu a zetknął się z nią znów w "Missing Feeling Nothing", to od tego momentu zanurzamy się w coraz głębsze tonie. "Suite F" stanowi centralny punkt płyty i zarazem papierek lakmusowy nowego brzmienia Please The Trees. Ośmiominutowy plemienny trans swoją szamańskością odwołuje się do The Doors a pozornym i ściśle kontrolowanych rozimprowizowaniem przypomina naszą Ściankę. Naturalnego pulsu nadaje kompozycji bas Míry Syrného, ale zwróćcie uwagę jak fantastyczne pracuje tutaj perkusja Jana Svačiny. Skoro obecnie Please The Trees to "power-trio", czyli praktycznie Václav Havelka III plus sekcja rytmiczna to jej rola nie może umknąć ciężko zasłużonej uwadze. Unia trzech instrumentów w "Not This Way", kompozycji znanej z koncertów już od paru lat, przy pomocy tej samej powtarzalności tym razem buduje "zepsutą", ale jednak piosenkę. I ostatni moment lekkości przychodzi w dwuminutowym instrumentalnym "S.E.K.", gdzie surfowy klangor i rock'n'roll z lat 60' autoironicznie spotyka się z późniejszym o pół wieku własnym revivalem w postaci "nowej rockowej rewolucji".


"Consider Death", najcięższy utwór w historii Please The Trees, bierze upiorność post-rocka, dźga ją gitarowymi riffami i popycha kompozycję znów w stronę ściankowego noise'u, Havelkę zaś ku szaleńczym / ekstatycznym okrzykom. Finałowy "Petr Humpal" to już tylko biały hałas, noise'owy płomień w którym Please The Trees spalają się całkiem dosłownie, co zobaczyć można było na plenerowym chrzcie płyty. Ale uwaga, to nie koniec, zespół postanowił dopieścić nośnik znajdujący się dziś w największym odwrocie, czyli płytę kompaktową. Tylko na tym wydaniu znajduje się "I'm Like A Map", ponad jedenastominutowa recytacja amerykańskiego poety (i konsultanta tekstów Please The Trees) z improwizowanym podkładem zespołu. I jest to dopieszczenie porównywalne z "Disgustipated" Tool czy "Stupid Mop / Hey Foxymophandlemama, That's Me" Pearl Jam.

Przy całej swej, jakkolwiek źle i oklepanie to brzmi, światowości "Carp" jest jednocześnie najwyraźniejszym czeskim akcentem w działalności Please The Trees. Znajdująca się na okładce ilustracja Huberta Suchého od dawna chodziła Havelce po głowie jako pomysł do wykorzystania. Karp jest jednocześnie nieoficjalnym symbolem położonego w południowych Czechach i otoczonego rybnymi stawami miasta Tábor, skąd wywodzi się zespół Please The Trees. Powrót do korzeni zatoczył pełne koło. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]

14 października 2015


Rozczarowanie związane z przenosinami na stałe do Pragi jest tylko jedno. Otóż w Czechach powoli nie ma gdzie kupować muzyki. Serio. Przy czym gdy mówię muzyka, myślę: płyty kompaktowe. Ano, fala winyli nie jest już w Czechach hipsterską fanaberią tylko codzienną rutyna zdecydowanej większości słuchaczy. W Polsce fala ta dopiero się wznosi i dzięki zaporowym cenom najpewniej zatrzyma się na pewnym poziomie, ale tutaj niemal całkowicie zmyła rynek płyt kompaktowych. Fanem winyli nie jestem, wierzę, że jest to rodzaj spekulacyjnej bańki, która kiedyś pęknie, kompakty zaś są nadal idealnym nośnikiem. Niestety, większość nowości, nawet w moich zaprzyjaźnionych praskich sklepach, pojawia się już tylko na winylach, sprowadzanie większych ilości płyt kompaktowych do Czech chwilowo się nie opłaca.

To jednak tylko mój mały personalny dramat. Wyobraźcie sobie jednak, jak poczuć musieli się pierwotni i elitarni wyznawcy winyli, po tym jak czarne płyty pochłonięte zostały przez masowy rynek. I oto pojawia się miejsce na nowy/stary, elitarny nośnik. Nad marginalnym, ale barwnym i widocznym powrotem kasety można oczywiście ironizować, sam przyznaję, że do tego nośnika mam po prostu wielki sentyment. Ale dzisiejsza, mała, choć prężna scena kasetowa w Czechach ma swoje jak najbardziej racjonalne powody istnienia. Winyl jest drogi. Winyl jest nieosiągalny. Jedyna czeska tłocznia płyt obsługuje tak naprawdę połowię kuli ziemskiej, priorytetowe są zatem gigantyczne zamówienia na kolejne reedycje od korpo-wydawców. Małe DIY-labele sięgnęły więc po kasetę, równie niepraktyczny nośnik co płyta winylowa, ale zachowujący aurę artefaktu i przede wszystkim tani.


Pražský Cassette Store Day, czyli lokalna mutacja święta kasety, w tym roku odbył się w fenomenalnej lokalizacji towarowego dworca kolejowego na Žižkovie i jak zawsze za jego organizacją stał label Stoned To Death (bardzo czeska nazwa, if you know what I mean). Z tej okazji ukazało się też specjalne wydawnictwo "Duchové a..." formacji Prodavač. Album "Malý ráje" zaskakująco okazał się jednym z najlepszych czeskich tytułów, krótkim, ale pełnym bezbłędnych piosenek. Odrobina synth-popu, wyczuwalna atmosfera "emotroniki" początku lat zerowych, ale i rocka lat dziewięćdziesiątych urzekała bezpretensjonalnością i klimatem muzyki z sąsiedztwa. Właściwym debiutem była jednak epka "Duchové" z 2011 roku, wydana przez label Starcastic i nadal dostępna do darmowego pobrania. "Duchové a..." to kasetowa reedycja tamtej epki, ukazującej się tym samym po raz pierwszy na fizycznym nośniku a obok oryginalnego materiału wzbogacona została o covery, remiksy i szereg żywych wykonań.


Tego samego dnia udało się mi też wreszcie dostać debiut Nod Nod. Efektowna złota kaseta skrywa album, który ukazał się już w zeszłym roku i zgodnie został okrzyknięty najlepszym czeskich tytułem w kategorii cięższych brzmień i zgarnął szereg nominacji do najważniejszych nagród. Gęsta, choć nieprzytłaczająca atmosfera, żeński wokal trafnie porównywany do Beth Gibbons z Portishead, gdyby ta śpiewała metal, świetna produkcja a przede wszystkim efektowne i chwytliwe połączenie najciekawszych i najprzystępniejszych nurtów twardszych brzmień, to właśnie Nod Nod. Post-rock, post-metal, sludge metal, stoner rock, noir-country? Znajdziemy tu wszystko a zarazem nic, Nod Nod przekuwa kolejne stylistyki na własny i niezwykle dojrzały język, zachowując lekkość i swobodę, jednocześnie redukując metalowe struktury od niemal popowego potencjału.



Innym interesującym wydarzeniem była publiczna dyskusja na temat eksportu czeskiej muzyki za granicę z udziałem muzyków mających tego typu doświadczenia. Z oczywistych względów jako osoba również w jakimś stopniu zajmująca się propagowaniem czeskiej muzyki mógłbym ową dyskusję skomentować na miliony sposobów, ale swoje uwagi zachowam raczej dla Czechów niż dla polskich czytelników. Ważne, że muzyka zawsze odnajdzie swoje ścieżki, czasem zaskakujące, jak choćby popularność eksperymentalnej grupy Gurun Gurun w Japonii. Być może jest to sprzężenie zwrotne i japońskie brzmienie formacji może być równie dobrze owej popularności przyczyną, jak i skutkiem. Elektroakustyczne, niemal teatralne eksperymenty Gurun Gurun podawane są tu w całkiem przystępny sposób dzięki kruchej, przestrzennej produkcji, echom folku, japońskim wokalistkom i silnie zaakceptowanym żywym instrumentom. Kto potrzebuje skojarzeń, mógłby z albumem "Kon B" zawędrować w stronę wczesnego múm czy ścieżki dźwiękowej do "Drawing Restraint 9", ale bez wokaliz Björk i znacznie przyjemniejszego odsłuchu.



Poświęcona elektronice blogosfera przynajmniej w Europie coraz żywiej reaguje na tytuły labelu Proto Sites, który coraz ambitniej wybija się na niezależność od słowackiego wydawnictwa Exitab, którego jest odnogą. Exitab jednak nadal wydaje i tam, gdzie Proto Sites stawia na odważniejsze nowe nazwy z naszego zakątka Europy, Exitab dalej eksploruje zbadane już terytoria słowackiej elektronicznej alternatywy. Z nową epką powrócił Dead Janitor, który po paru bardziej abstrakcyjnych wydawnictwach pod szyldem Sound Sleep reaktywuje swoje wręcz architektoniczne oryginalne struktury. "Downturn" brzmi mechanicznie, ale też zaskakująco ciepło, więc powtarzalne i nawarstwiane konstrukcje pełne dźwiękowych ozdobników zwłaszcza u progu zimy prezentują się całkiem zachęcająco.



Jesienią ruch w muzyce jest tradycyjnie spory, nie inaczej jest tutaj, więc kolejny odcinek "Bohemofillii" powinien pojawić się już za miesiąc. Ale na koniec powracamy do wspomnianego już ostatnio producenta elektroniki skrywającego się pod nazwą Ventolin. Wtedy rzecz dotyczyła "epki" "Playbour", będącej w istocie jedynie dwiema piosenkami, z czego jedna opatrzona została całkiem niezłym teledyskiem. Być może Ventolin, który polskiej publiczności zaprezentował się w tym roku na Tauronie, się zreflektował i powtórzył ten materiał na pełniejszym i darmowym wydawnictwie "Supersonic Extended", gdzie obok dwóch pierwotnych kompozycji znajdziemy cztery remiksy i kolejne cztery zupełnie nowe utwory. [Wojciech Nowacki]