12 lutego 2015

Retro-recenzja Deep Purple "The Battle Rages On..."


DEEP PURPLE The Battle Rages On..., [1993] RCA || Większą część swojej historii Deep Purple był zespołem wewnętrznie skłóconym, czego w najbardziej oczywisty sposób dowodzą częste zmiany składu. Regularnie następujące roszady zaowocowały koniecznością wprowadzenia oznaczeń dla poszczególnych konfiguracji personalnych (Mark I, Mark II, Mark III itd). Oznaczenia te wskazywały też na muzyczne różnice dzielące poszczególne etapy działalności grupy, wielokrotnie łączącej czysty hard rock z funkiem i bluesem. Płyta "The Battle Rages On" stanowi dzieło reaktywowanego drugiego, najsłynniejszego składu, z Ritchie'm Blackmore'm oraz Ianem Gillanem.

Mark II niewątpliwie nadal cieszy się największa estymą wśród fanów, choć nie był to skład najbardziej twórczy czy poszukujący. Za taki uznać należałoby line-up z Davidem Coverdale'm i Glenem Hughsem (Mk III i Mk IV), którego działalność uwieczniły trzy doskonałe albumy "Burn", "Stormbringer" oraz "Come Taste The Band". Muzyków Mark II łączyła jednak pewnego rodzaju symbioza, która, niezależnie od rozrywających zespół konfliktów wewnętrznych nakazywała im powrót do klasycznego składu. Wpływ na to miały również oczekiwania fanów, którzy wyraźnie, poprzez malejącą sprzedaż płyt, dawali do zrozumienia, że bardziej funkujące brzmienie Purpli nie do końca stanowi spełnienie ich oczekiwań. Śmierć Tommy'ego Bolina, następcy Blackmore’a, oraz destruktywny tryb życia Glena Hughesa jedynie ułatwiły decyzję o reaktywacji Mk II.

Ponowna współpraca muzyków zaowocowała nagraniem płyty kompletnej. "Perfect Strangers" wskazywało na długie lata niepodzielnej dominacji Deep Purple. Doskonałą płytę promowała świetna trasa koncertowa, która ukazała jednak, że animozje między muzykami wciąż były silnie zakorzenione. Wybujałe ega Gillana i Blackmore’a ponownie doprowadziły do rozstrojenia bezbłędnie funkcjonującej maszyny. Ani "House Of The Blue Light"  ani tym bardziej "Slaves And Masters", płyta zarejestrowana po kolejnym rozpadzie Mk II (z Joe Lynnem Turnerem jako wokalistą), nie nastawiały optymistycznie co do przyszłości zespołu. Malejące znaczenie Deep Purple na rynku muzycznym stało sie odczuwalne nawet poprzez lokalizacje koncertów.

Mniejsze zainteresowanie fanów, a tym samym malejące stawki koncertowe, umożliwiły polskiej widowni po raz pierwszy w historii przekonanie się na żywo, czym jest koncert Deep Purple. Gdy jednak konta bankowe zaczęły szczupleć, osobista duma i antypatie musiały ustąpić potrzebom natury finansowej. Ultimatum wytwórni muzycznej, niezadowolonej z drogi do nikąd jaką obrał zespół doprowadziło do usunięcia Joe Lynna Turnera (który ewidentnie, podobnie jak Tony Martin z Black Sabbath, nie miał szczęścia do składów z którymi występował) i ponownego angażu Iana Gillana.

Wokalista przyjął projekt z zadowoleniem. Jego kariera nie rokowała bowiem w tym momencie większych nadziei. Od momentu opuszczenia zespołu z marnym skutkiem próbował wzbudzić zainteresowanie odbiorców swoim solowym projektem. Nowe-stare Deep Purple (Paice, Lord, Gillan, Glover, Blackmore) okazało się kolosem na glinianych nogach. Muzycy nie zakopali toporów wojennych, a w trakcie nagrywania płyty Gillan i Blackmore nie mieli okazji do wspólnych dyskusji nad przyszłością grupy, gdyż wszelkimi siłami starano się ograniczać ich spotkania. Nie oznaczało to jednak, że nie udało im się skłócić. Nawet pomimo dzielącej muzyków odległości, kolejne bitwy toczono o ostateczny kształt utworu „Time To Kill” oraz, tradycyjnie już, pijaństwo Gillana i wybujałe ego Blackmore’a.


Pomimo trudnych warunków nagrywania (ani razu wszyscy muzycy nie znaleźli się razem w studiu) efektem zaangażowania Mk II okazała się jedna z najlepszych płyt w dyskografii zespołu. "The Battle Rages On..." miała bowiem wszystko to, co sprawiło, że "Perfect Stranger" wzniosło Deep Purple na muzyczny szczyt. Niestety, efekt ten osiągnięty został w sposób wyrachowany, co nie uszło uwadze krytyków i słuchaczy. Nowa płyta stanowiła bowiem lustrzane odbicie wcześniejszego albumu. Utwór tytułowy idealnie koresponduje z "Under The Gun" a "Anya" może w zasadzie uchodzić za duchowego spadkobiercę utworu „Perfect Strangers”.

Odczuwalna wtórność płyty zadecydowała o tym, że „The Battle Rages On...” nie powtórzyła sukcesu swego wielkiego poprzednika. Zupełnie niesłusznie. Wraz z upływem lat stylistyczne podobieństwa zaczęły się rozmywać, a kolejne pokolenia fanów dostrzegły siłę albumu. Mamy bowiem do czynienia z arcydziełem klasycznego, dojrzałego hard rocka. Utwory takie jak "Solitaire", "One Man’s Meat" czy "Lick It Up" mogły być ozdobą albumów każdego niemal ówczesnego konkurenta Deep Purple. Siła płyty polega jednak na tym, że żadna z wymienionych kompozycji nie nadaje tonu całości. Palma pierwszeństwa należy się wspomnianej już "Anya", z ciekawą orientalną aranżacją, piekielnie chwytliwemu „The Battle Rages On...” oraz surowemu bluesowi w "Ramshackle Man". Jedynie „Time To Kill” nie dorównuje poziomem reszcie, wyraźnie nawiązując stylistyką do twórczości Rainbow z okresu "Bent Out Of Shape".

Muzycy, pomimo wewnętrznych konfliktów nadal znajdowali się w doskonałej formie. Rosnąca alienacja Ritchie'go nie przeszkadzała muzykowi w tworzeniu zapadających w pamięć, mięsistych riffów. Ian Paice pokazał na albumie, jak powinien bębnić hard rockowy perkusista. Jon Lord właściwie nigdy w swej karierze nie schodził poniżej stałego, wysokiego poziomu a chociaż można by życzyć sobie odrobinę bardziej zdecydowanego wokalu Iana Gillana, to całość prezentuje się nad wyraz interesująco. W roku 1993 powstała nadspodziewanie dobra płyta niespodziewanie reaktywowanego składu. Szkoda tylko, że Deep Purple zaraz po wyjściu ze studia w tradycyjny już dla nich sposób uruchomili tryb samozniszczenia. [Jakub Kozłowski]

2 KOMENTARZE:

Seberski pisze...

To o koncertach w Polsce, to są brednie totalne! Deep Purple występowało normalnie w Polsce od lat 70-tych, bo byliśmy normalnym krajem Zachodu. W ogóle nie było tak, że byliśmy zadupiem, dlatego Deep Purple do nas przyjechało, gdy traciło popularność. Debilizm!

Kuba Kozl pisze...

Poniosły mnie nerwy, ale się uspokoiłem... Więc wytłumaczę to Panu na spokojnie: Nie, proszę Pana, Deep Purple nie występowali od lat 70' "normalnie" w Polsce. Mógł ich Pan widzieć na koncertach w naszym kraju jedynie oczami wyobraźni... Pierwszy koncert zorganizował Pan Andrzej Marzec w roku 1991, starając się o to ok. 20 lat. Ten występ miał miejsce w Poznaniu a stanowił element trasy promującej album "Slaves and Masters" Wcześniejsze próby ściągnięcia zespołu nie dały rezultatu. Istnieje więc możliwość, że jakiś zespół Pana oszukał. Mogli do Pana podejść i powiedzieć: "jesteśmy Deep Purple" ale zapewniam Pana, że to musieli być podli oszuści mieszający Panu w głowie! Pozdrawiam
PS: O stwierdzenie "w latach 70 byliśmy normalnym krajem zachodu" nie mam nawet sił kruszyć kopii. Zachęcam do poczytania jakichkolwiek podręczników historii (no może poza tymi z lat siedemdziesiątych)

Prześlij komentarz