22 kwietnia 2015

Co się stało z Record Store Day?

Idea muzyki jako wartości godnej celebrowania tylko zasługuje na przyklaśnięcie. Muzyka jest częścią naszego życia, dla jednych mniej, dla innych bardziej istotną, ale niezaprzeczalną, stąd też sukces święta muzyki jakim stał się Record Store Day. Każda idea, zwłaszcza jeśli w jakikolwiek sposób stoją za nią pieniądze, prędzej czy później ulega jednak wypaczeniu. Corocznie obchodzony w trzecią sobotę kwietnia Record Store Day, nie tylko stał się znakiem oporu przeciw powszechnej cyfryzacji kultury, ale i zainspirował kolejne święta jak może i lekko kuriozalny, ale sympatyczny Cassette Store Day, czy mający przypadać na 88 dzień roku Piano Day. W tym roku jednak głosy krytyki wobec Record Store Day były w szczególnym stopniu słyszalne, pierwotna idea zatem już zaczęła wyraźnie kuleć a przyczyną tego są lekkie nieporozumienie i spore już nadużycie.

Nieporozumienie wydaje się stosunkowo nieszkodliwe, zwłaszcza, że jest już całkowicie niemal naturalne i niezauważalne. Record Store Day uchodzi za "święto winyli" i jest w tym pewna doza racji. Początki eventu istotnie zbiegły się z początkami winylowego boomu, sprzeciw wobec anonimowej cyfrowej dystrybucji i rozpadu muzyki na wyrwane z jakiegokolwiek kontekstu pliki symbolicznie i najłatwiej było wyrazić przy pomocy najbardziej tradycyjnego z nośników. Kontakt z fizycznym artefaktem sprawił, że dziś sprzedaż winyli powróciła do poziomu sprzed 20 lat i cieszy powszechną medialną uwagą, choć oczywiście nie przewyższyła cieszących się dziś wyjątkową złą sławą płyt kompaktowych.

Record Store Day nie jest jednak świętem winyli, lecz, jak sama nazwa wskazuje, małych niezależnych sklepów muzycznych, przynajmniej u nas będących niemal na wymarciu. Pierwotną ideą było zatem wsparcie małych lokalnych sklepów w opozycji do wielkich sieci i globalnych sklepów internetowych. U nas może akurat nie ma specjalnie co wspierać, głównymi dostawcami muzyki są nadal Empik i Allegro, ważne, że na świecie idea chwyciła, głównie dzięki specjalnym, okazjonalnym wydawnictwom.


Z racji mody, sztucznie zresztą pompowanej (o czym pewnie napiszę przy innej okazji) większość z nich to oczywiście winyle. Stąd niestety blisko do upowszechniania wypaczonego wizerunku święta, nawet przez czołowe media, co choćby w facebookowym poście Gazety Wyborczej. Powierzchowność lub ignorancja to jedno, budowanie na nich biznesu to już jednak poważniejsza sprawa. Na redakcyjnego maila trafiały wiadomości serwisu internetowego, który zachęcał do świętowania Record Store Day w Polsce poprzez wyjątkową ofertę, na którą składa się ponad 100 albumów wydanych na winylu. Wśród nich znajdują się ekskluzywne pozycje dostępne jedynie w naszym sklepie. Sklepie, podkreślmy, internetowym. Nie wspominając już o tym, że mające wspierać małe sklepy okazjonalne tytuły zaczęły w tym roku wypływać za wielkie pieniądze na eBay.

Record Store Day nie był i nie jest świętem jednego nośnika. Pierwotna idea zachęcała do udania się do lokalnego sklepu i wsparcia go przez dokonanie zakupów. Niekoniecznie winylowych, co zresztą widać, wśród tegorocznych okazjonalnych wydań drugim najchętniej kupowanym była Metallica z kasetową reedycją ich wczesnego dema. Na marginesie, bezpośrednio związany z nośnikiem jest już Cassette Store Day, choć zamieszanie tylko potęguje sama nazwa wydarzenia, nie ma przecież czegoś takiego jak cassette store. A przynajmniej ostatni jaki pamiętam to kiosk na dworcu PKS w moim rodzinnym mieście we wczesnych latach dziewięćdziesiątych.

Record Store Day nie jest i nie ma być też świętem niezależnych labeli, od których zresztą zaczęła się tegoroczna krytyka. Małe wydawnictwa (jak choćby Temporary Residence Ltd) wystosowały manifest do organizatorów Record Store Day, którzy skądinąd słusznie podkreślili, że indie labele nie mają wyłączności na to święto, które nie ma służyć (przynajmniej bezpośrednio) ich promocji, ale sklepów muzycznych.

Docieramy tutaj do wspomnianego na początku nadużycia, szkodliwego i psującego rynek, za którym stoją tzw. majors i, znów, nieszczęsny winylowy boom. Globalne, korporacyjne wydawnictwa zwietrzyły oczywiście doskonały interes i rozpoczęły zapychanie rynku często bezsensownymi tytułami. Bo czy naprawdę potrzebny jest komuś picture disc zespołu A-ha? Jednocześnie wydające u nich gwiazdy nagle postanowiły nadrobić dziesięciolecia winylowych zaległości, stąd dziesiątki reedycji albumów z lat 90' czy 00', pierwotnie nigdy nie wydanych na winylach. W czym problem? Otóż tłoczni płyt winylowych na świecie jest niezwykle mało, brakuje technologii i sprzętu by tworzyć nowe a choćby czeskie Loděnice, pokrywające większość europejskiego rynku, pracują na cudem tylko zachowanej maszynerii. Za majorsami stoją oczywiście gigantyczne pieniądze a ich olbrzymie zamówienia mają dla tłoczni pierwszeństwo, przez co dostęp do nich praktycznie zablokowany mają małe labele. Paradoksalnie, one to bowiem podtrzymywały istnienie winylowego nośnika w czasach jego zerowej niemal popularności.

W efekcie nawet "Vulnicura", najnowsza płyta Björk, nadal nie jest dostępna na winylu, ponieważ data premiery zbiegła się z maksymalnym obłożeniem tłoczni przez zamówienia z okazji Record Store Day. Sklepy muzyczne zaś, nawet te oficjalnie w Record Store Day uczestniczące, spotkały się z odmową realizacji zamówień ponieważ są... za małe i firmom dystrybucyjnym nie opłaca się wysyłać do nich pojedynczych sztuk cennych winyli. Będąc prawdziwym przedmiotem celebracji, stoją dziś zatem często w obliczu braku towaru do sprzedaży. Braku spowodowanego winylowym nieporozumieniem związanym z Record Store Day i nadużywaniem tego święta przez wielkie labele.

Istotnie zatem, Record Store Day zaczął przysparzać sporo problemów, zarówno małym sklepom, jak i niezależnym labelom. Jedyne co w tej sytuacji możemy zrobić, to po prostu zajść do ulubionego sklepu muzycznego, jeśli mamy szczęście żyć w mieście w którym taki się znajduje, i kupić muzykę. Na obojętnie jakim nośniku. [Wojciech Nowacki]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz