5 czerwca 2015

Recenzja Tomasz Szmajter i Roland Bury "Deep Purple"


TOMASZ SZMAJTER i ROLAND BURY Deep Purple, In Rock 2014 || Biografie tzw. "gigantów" zasadniczo wyróżniają się podejściem kronikarskim, zbierającym najmniej nawet istotne fakty dla zachowania pamięci o wielkim przecież zespole, albo podejściem bliższym literackiej biografistyce, gdzie wybór faktów podporządkowany został płynności narracji. "Deep Purple" Tomasza Szmajtera i Rolanda Burego, jak łatwo się domyśleć choćby po pozornie onieśmielającej objętości, aspiruje do nurtu kronikarskiego. Czy oznacza to zatem, że jest to książka wyłącznie dla najbardziej zagorzałych fanów czy też przygodny czytelnik zwyczajnie zainteresowany historią muzyki rozrywkowej też znajdzie w niej coś dla siebie? Zwłaszcza jeśli na rynku do dyspozycji ma również "Deep Purple. Smoke on the Water. Opowieść o dobrych nieznajomych" Dave Thompsona (SQN 2013)?

Tymczasem "Deep Purple" zaskakuje lekkością czytania, głównie dzięki chwytliwemu zabiegowi jakim jest podział tekstu na krótkie rozdziały, zachęcające do przerzucenia kolejnych kartek w niemal bezwysiłkowy i niezauważalny sposób. Znaczenie ma tutaj też narracja o wybitnie artykułowym charakterze, znanym z około-rockowych czasopism muzycznych, oparta zatem na wielu "obiektywnych" cytatach, mnogości detali i autorze zredukowanym jedynie do kompilatora faktów, we wspomnianym wyżej kronikarskim znaczeniu.

Wydarzenia zatem przesuwają się przed naszymi oczyma wartkim tempem, ale paradoksalnie bez wzbudzania większych emocji. Autorzy starają się nie interpretować, nie wyjaśniać, licząc na to, że dostarczenie "czystych" cytowanych faktów pozwoli czytelnikowi na samodzielną pracę nad tekstem. Niestety, nie każdy przygotowany jest do samodzielnego wnioskowania. Bazując wyłącznie na cytowanych wypowiedziach wyinterpretować można całkowicie odmienne wersje wydarzeń. Ritchie Blackmore swoje własne odejście z zespołu i koniec składu Mark III wyjaśnia raz jako wynik walki ego w której każdy z członków grupy chciał czegoś od siebie, innym razem zaś jako całkowitej bierności pozostałych muzyków, polegających wyłącznie na nim i oczekujących od Blackmore'a ciekawych pomysłów i całkowitej odpowiedzialności. Żadna z tych wersji nie wydaje się specjalnie bliska prawdy jeśli z opisu wydarzeń wynika raczej całkowita bierność gitarzysty. Brak komentarza autorów pozostawia zatem czytelnika zagubionego pośród często wykluczających się cytatów i natłoku faktów. Wstrzymanie się od autorskiej rekonstrukcji wydarzeń skutkuje więc brakiem spójności narracji.

Na letnią temperaturę książki wpływa też całkowite pomijanie życia prywatnego muzyków, co oczywiście każdy uważa za zasadne, nie da się jednak wyprowadzać uzależnień od narkotyków czy słabości do rozbijania gitar wyłącznie z muzycznej działalności a przy tym małżonki swych bohaterów wspominać wyłącznie incydentalnie. Szmajter i Bury starają się by było grzecznie, "profesjonalnie" i czysto muzycznie, bez pikantnych czy wręcz wulgarnych szczegółów, traktowanych możliwie ogólnikowo. Autorzy wyłamują się jednak miejscami ze swych stoickich pozycji. Choć brakuje tu oczywiście analizy przyczyn powrotu składu Mark II, to jednak mimochodem pojawiają się sugestie, że chodziło wyłącznie o pieniądze. Reaktywacja Deep Purple w latach 80-tych spotyka się z zaskakującym komentarzem, że prezentowany przed grupę klasyczny hard-rock był już wtedy estetyką niemodną. Złośliwości autorów pod adresem Joe Lynn Turnera nawet nie są specjalnie ukrywane.

Podobnie jak u Thompsona, mam po lekturze książki Szmajtera i Burego silne wrażenie, choć tutaj lekko zawoalowane, że Deep Purple byli tylko biznesowym konceptem wymyślonym przez menadżerów. Nie ukrywam, że w wojnie gigantów zawsze byłem po stronie Led Zeppelin, ale ciężko wykrzesać mi czysto ludzką sympatię do zespołu, jeśli Jon Lord wprost mówi o tym, że nigdy nie byli z Blackmore'm przyjaciółmi i że "chyba" się lubią. Obraz Blackmoore'a został jednak w książce odtworzony interesująco, jako najbardziej kreatywnej, medialnie pociągającej, ale też najbardziej hamującej siły w zespole. Potwierdza to też niestety, że wraz z jego odejściem Deep Purple stali się może personalnie lepszym zespołem, ale artystycznie coraz mniej istotnym. Tam gdzie Dave Thompson odmalowywał walkę nadal żywotnego Deep Purple z etykietą classic-rocka, Szmajter i Bury nie potrafią przekonać, że słuchanie dokonań grupy z ostatnich dwudziestu lat ma większy sens.
Cierpi też na tym sama książka, ostatnie sto stron to praktycznie wyłącznie wymienianka ciągłych tras zespołu, którą w pewnym momencie sami autorzy okazują się znudzeni.

Przyznaję jednak, że brak przesadnie nabożnego stosunku do swych bohaterów, tak charakterystyczny dla zagorzałych miłośników "klasycznego" i "prawdziwego" rocka, był dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Żeby książka ta trafiła do szerszego grona niż fani Deep Purple zabrakło jej albo bardziej osobistego i krytycznego spojrzenia autorów, albo uniwersalnego obrazu i umieszczenia muzyki w szerszym kontekście czasów w których powstawała. [Wojciech Nowacki]

1 KOMENTARZE:

Unknown pisze...

To ważne,czy Lord przyjaźnił się z Blackmorem, czy nie? Ważne jest to, że muzycznie miażdżą zepelinów.

Prześlij komentarz