24 lipca 2015

Recenzja Jamie xx "In Colour"


JAMIE XX In Colour, [2015] Young Turks || Jamie xx jest tegoroczną FKA twigs. Nie wiem, czy zaręczył się już z hollywodzkim gwiazdorem, ale "In Colour" jest, podobnie jak "LP1", wakacyjnym debiutem z wszędobylską okładką, niemal powszechnie ekstatycznymi recenzjami, niekoniecznie czytelnymi odniesieniami do lat 90-tych i niezłym, choć absolutnie przereklamowanym efektem końcowym. Jamie najczęściej kompiluje i upraszcza znane wątki muzyki elektronicznej, co z jednej strony może stanowić do niej całkiem niezłe wprowadzenie dla nieobeznanych, ale z drugiej strony niesie ze sobą nikły ładunek emocjonalny. Miejscami zaś jak brzmi zaś tak jak brzmieć powinno The xx, gdyby było w stanie być ciekawszym zespołem.

Podobieństwa do Four Tet są na "In Colour" dość wszechstronne. "Gosh" z obowiązkowym randomowym samplem wokalnym kopiuje stronę kanciasto-perkusyjną, tą z "Everything Ecstatic" czy średniego "Beautiful Rewind", z domieszką Daphni. Stronę melodyjno-dzwoneczkową, ze skrętem w stronę Gold Pandy, imituje "Sleep Sound", "SeeSaw" zaś całkiem już otwarcie przyznaje się do współautorstwa Kierana Hebdena. I nie ma w tym nic złego, skoro sam Four Tet od paru lat ma ewidentnie słabszą fazę (wspomniane "Beautiful Rewind", częściowo "Pink" i niestety najnowsze "Morning/Evening"). to dlaczego nie posłuchać zręcznego i ładnego nawiązania. Ładnego, ale sugerującego tylko wielką emocjonalność ("The Rest Is Noise" i "Girls"), w istocie zaś będąc całością zanurzoną w ledwie letniej temperaturze.

Cytary z historii wyspiarskiej elektroniki dodają albumowi specyfiki, choć pamiętać trzeba, że to tylko cytaty, całkiem dosłowne, dla profanów niekoniecznie czytelne i w żaden twórczy sposób nie rozwijane. Tutaj wsamplowany MC, tutaj UK garage, tutaj jungle, tutaj burialowy bas, nawet echo The Prodigy z "Music For The Jilted Generation" się znajdzie. To ostatnie w najmocniejszym akurat, eskalującym, rozedrganym i w końcu emocjonującym "Hold Tight".


Jamie jest jednak nie tylko zdolnym studentem Koła Naukowego Historii Brytyjskiej Elektroniki, ma też na boku własną kapelę. Do The xx stosunek miałem również zazwyczaj dość letni. W momencie wydania debiut faktycznie czymś całkiem ciekawym, no i miał dwie świetne piosenki. Nudne i wymęczone "Coexist" pokazało wyczerpanie się formuły "gry ciszą", nie ma też żadnej kompozycji, którą byłoby się w stanie zapamiętać. Ale na "In Colour" sporo miejsca otrzymują dla siebie utwory de facto solowe, de iure jednak będące piosenkami The xx. "Just Saying" brzmi jak intro do nowej płyty The xx, ale nie dzięki wsamplowanej Romy, ale podobnemu operowaniu atmosferą i płynnemu przejściu w "Stranger In A Room". Ta piosenka napisana jest przez całe trio, Romy gra na gitarze, Oliver śpiewa a Jamie dostaje większe pole do manewru niż na "oficjalnych" płytach The xx, oferując po prostu lepszą, pełniejszą muzykę. "Loud Places", świetny przecież singiel, pokazuje jak powinno, albo jak chciałbym żeby brzmiało The xx. Potencjał jest, może jednak jest to kwestia (braku) równowagi i podziału sił w zespole.

Jednocześnie na "In Colour" znajduje się najgorsza piosenka jaką w tym roku słyszałem i niestety posiadam (w postaci silnej konkurencji ostatniej Madonny). Przeokropne "I Know There's Gonna Be (Good Times)", brzmiące jak "czarne piątki" w przaśnych polskich dyskotekach i rozrzedzona wódką krew, nie miało prawa znaleźć się w mojej kolekcji, bo takiej muzyki nie słucham, nie znoszę, nie trawię. Jamie xx w swych klubowych poszukiwaniach dotarł jednak do całkowicie obcej mi estetyki dancehallu i przemycił ją na albumie, ku memu przerażeniu zapewniając jej 9 milionów odsłuchów na Spotify. 6/10 [Wojciech Nowacki]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz