29 listopada 2015

Wywiad z Mariuszem Noskowiakiem: Od performera do kreatora

fot. Paweł Wyszomirski
Czy w wieku trzech lat chciał zostać strażakiem? W jaki sposób jedna scena z filmu może uratować przed tremą oraz co znaczył dla niego zespół Blenders – o tym wszystkim opowiada Mariusz Noskowiak.

Jaki instrument wprowadził Cię do świata muzyki?

Pamiętam ten dzień bardzo dokładnie. Miałem wtedy jakieś trzy lata. Wybraliśmy się do mojej rodziny pod Warszawą, gdzie w domu stał duży, stary fortepian. Grała na nim moja kuzynka, która pianistką była kiepską... ale była. Ten instrument od razu mnie podjarał i nauczyłem się na nim grać "Wlazł kotek na płotek". Siedziałam tam przez jakieś trzy dni i cały czas uczyłem się grać tę samą melodię, jednocześnie będąc pod wrażeniem, że można ją dowolnie interpretować. Dziwiło mnie potem, że moi rówieśnicy szukają pomysłu na siebie pt. "Ja chcę być strażakiem, a ja chcę być lekarzem albo nie wiem kim chcę w ogóle być". Ja już wiedziałem, że jestem muzykiem.

Ta świadomość zrodziła się w Tobie w wieku trzech lat?

Tak, dokładnie podczas tego wyjazdu. Pamiętam, że gdy wróciłem potem do przedszkola, to oświadczyłem "Nie wiem jak wy, ale ja jestem muzykiem"... Wtedy bardzo chciałem zostać pianistą, ale moja mama nie bardzo mi uwierzyła...

Co było dalej?

Później namówiłem jeszcze mamę, aby zapisała mnie do ogniska muzycznego w Sopocie, ale szybko z niego wyleciałem. Nie pamiętam dokładnie, ale byłem tam może cztery razy... albo pięć. Panie uznały, że w ogóle nie mam słuchu i kompletnie nic do mnie nie dociera, a mi się po prostu te ich pomysły wydawały słabe i najzwyczajniej nie mogliśmy się dogadać. Wówczas miałem już jakieś sześć lat. No i jak wyleciałem z tego ogniska, to dalej twierdziłem, że jestem muzykiem, a moja mama mówiła: "Przecież wyrzucili Cię z ogniska, więc co Ty wymyślasz".

A perkusja?

Perkusja była na samym końcu i to w dodatku przez zupełny przypadek. Po okresie fascynacji pianinem zająłem się graniem na gitarze. Jednocześnie uznałem, że jestem wokalistą. Było to jakoś pod koniec podstawówki (może ósma klasa, dokładnie nie pamiętam). Założyliśmy wtedy zespół z kolegą i nie mogliśmy znaleźć perkusisty - no, ale nic dziwnego, bo przecież wiadomo, że trzeba mieć specyficzną konstrukcję osobowości, żeby być perkusistą. Szło nam bardzo dobrze. Wygraliśmy nawet jakiś przegląd, gdzie nagrodą było dwadzieścia godzin studia i obliczyliśmy, że starczy to mniej więcej na nagranie trzech piosenek. Niestety wszyscy perkusiści, którzy wówczas z nami grali, byli beznadziejni, więc uznałem, że sam zagram na tym instrumencie. Jak na tamten czas wyszło to świetnie i dogadałem się z kolegą, że dopóki nie znajdziemy (prawdziwego) perkusisty, to ja będę pełnił tę funkcję. Paradoksalnie perkusja, która na wiele lat stała się moim docelowym instrumentem, miała być początkowo zajęciem przejściowym i zupełnie niezobowiązującym.

fot. Paweł Wyszomirski
Dla większości muzyków występy na żywo wiążą się z pewną presją. Ty podczas koncertów wydajesz się być jednak maksymalnie wyluzowany. Scena to dla Mariusza Noskowiaka drugi dom, czy czasem zdarzają się momenty, gdy zżera go trema?

W okolicach 4 - 5 sekundy przebywania na scenie, mija tzw. suma wszystkich strachów. Natomiast to, co dzieje się przedtem, nie jest niczym przyjemnym. Kiedy zbliża się moment wejścia na scenę, zadaję sobie pytanie: "Na cholerę ci to było? Czemu postanowiłeś wystąpić?". Najczęściej trema to trudny do opanowania lęk o to wszystko, co może się nie udać. I wcale nie chodzi o stopień mojego przygotowania. Nad tym panuję, gdyż jest całkowicie zależny ode mnie.
Przed występem odtwarzam sobie często scenę z filmu "Armagedon" (mówię całkiem serio), kiedy podczas przygotowania do startu promu kosmicznego jeden z bohaterów był uprzejmy uświadomić swoich kolegów, iż siedzą na dwóch tonach paliwa, głowicy jądrowej i w promie składającym się z 270 tysięcy części pozyskanych w drodze przetargu. Paradoksalnie podczas występów kameralnych trema jest znacznie bardziej dokuczliwa, ponieważ na dużych koncertach publiczność staje się praktycznie anonimowa. Z kolei od trzech lat doznaję zupełnie nowego rodzaju tremy, który jest zdecydowanie najbardziej dojmujący. Zdarza mi się pisać muzykę dla Sopockiego Teatru Tańca i chociaż chowam się w mrokach ciemniej sali, gdzieś pośród widowni - kiedy zaczyna się spektakl, jestem bliski utraty przytomności.

Jak zaczęła się Twoja współpraca z STT?

Z Asią Czajkowską, współzałożycielką STT, znam się praktycznie jeszcze z przedszkola nr 5 w Sopocie. Natomiast pomysł współpracy urodził się w zupełnie przypadkowych okolicznościach. Spotykałem się wówczas z Izą Sokołowską, która po wielu latach pracy w Duńskim Balecie Królewskim musiała wrócić do kraju. Jacek Krawczyk i Asia zaproponowali jej wtedy występ w tworzonym przez nich spektaklu pt. "Dali". Iza miała tam do zatańczenia siedmiominutowe solo i zaproponowała, bym napisał do niego muzykę. Nie zastawiałem się nawet sekundy, ponieważ myślałem o czymś takim od bardzo dawna. Wcześniej przez cztery lata współpracowałem z Festiwalem Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie pisałem muzykę do codziennie pokazywanych tam etiud filmowych. Dzięki temu zrozumiałem, że takie podejście do muzyki (tj. komponowanie i aranżowanie jej w taki sposób, by współdziałała z obrazem, czy w przypadku baletu współczesnego - z tancerzami) jest tym, co chciałbym robić już zawsze i do końca. Do tej pory, oprócz wspomnianej solówki, napisałem muzykę do spektakli pt. "Puste Ciało" i "Bajadera". Bardzo cieszę się z kolejnej propozycji współpracy, której realizacja przypada na grudzień 2015.

Czy staż współpracy z STT sprawia, że zmniejsza się Twoja trema? Im dłużej coś znasz, tym mniej się tego boisz?

Wręcz przeciwnie - po prostu wiem, czego nie wiem coraz bardziej. Przy pierwszym spektaklu czułem, że towarzyszy mi szczęście początkującego i było to dla mnie taką fajną, luźną wyprawą. Z czasem pojawił się większy apetyt i większe ambicje. Chcę to zrobić lepiej, mocniej i głębiej.

Czy w takim razie muzyka do pierwszego spektaklu była gorsza od tej, nad którą teraz pracujesz?

Nie wiem. Ona była przede wszystkim zupełnie inna, ponieważ była wynikiem eksperymentu. Przy drugim spektaklu miałem już jakiś plan, który starałem się zrealizować bardziej świadomie. Jeśli chodzi o spektakl, nad którym pracuję aktualnie, to mam bardzo precyzyjny plan i dokładnie wiem, co chciałbym usłyszeć na końcu. To rodzi strach, że na przykład tego nie usłyszę. I być może publiczność uzna, że to jest ok, ale ja będę wiedział, że miało brzmieć inaczej.

W jaki sposób nagrywana jest muzyka do spektakli?

Komponuję całkowicie sam, bo jak mówi przysłowie: Gdzie kucharek sześć, tam dwanaście cycków. Staram się, aby jak najwięcej instrumentów było nagranych przez instrumentalistów, ale w przypadku rozbudowanych orkiestracji to zwyczajnie niemożliwe ze względów budżetowych. Instrumenty dęte nagrywam najczęściej z Irkiem Wojtczakiem, o którym – moim zdaniem - rozpiszą się jeszcze wszystkie encyklopedie muzyczne. Irek nagrywa również te partie fortepianu, które przerastają moje umiejętności. Jeśli pomysł na aranżację zawiera sopran, to nie zastanawiając się dwóch sekund dzwonię do Magdaleny Gruszczyńskiej, której głos wbija mnie w parkiet.

The Stags
Poza teatrem pracujesz nad kilkoma niezależnymi projektami muzycznymi... Na razie możemy posłuchać utworów jednego z nich, mianowicie The Stags. Opowiedz o nim.

Wraz z Arkiem Hronowskim powołaliśmy go do życia już ponad 2 lata temu, więc powoli zaczyna mówić, urosły mu mleczaki oraz coraz częściej korzysta samodzielnie z ubikacji. Jak z każdym 2-latkiem, jeszcze nie do końca wiemy, co z niego wyrośnie, ale nasi znajomi lekarze twierdzą, że rozwija się prawidłowo. Pomysł w zasadzie przyniósł Arek, motywując to chęcią stworzenia czegoś odprężonego, bez napinki i nieprzewidywalnego nawet dla nas samych. Jedynym założeniem, którego trzymamy się za każdym razem, jest autonomiczność stylistyczna każdej poszczególnej piosenki. To w naturalny sposób przyciągnęło do nas kilku zajebistych muzyków i ku naszemu zadowoleniu przyciąga ich coraz więcej.
Póki co nie mamy w związku z tym projektem "mokrych snów o potędze". I bardzo dobrze, za każdym razem bawimy się, tworząc kolejne piosenki. Dalekosiężne plany potrafią wiele zabić w spontanicznym pojmowaniu twórczości. Na razie przygotowujemy się do ósmej piosenki i klipu. W pierwotnym pomyśle nie chcieliśmy pokazywać naszych facjat, dlatego schowaliśmy się za pseudonimami Dr. No & Nobody - przeszły one wraz z nami z wcześniejszego projektu Vulgar, którego pomysłodawcą był nasz przyjaciel, Krzysztof Sadowski, okolicznym dziewczętom znany jako Sado. O ile pamiętam, to on nadał nam owe złowrogo brzmiące pseudonimy.

To projekt stricte wirtualny, czy będzie regularnie wychodził na ulicę?

The Stags, tak jak wspomniałem wcześniej, był luźnym pomysłem na zasadzie „Chodź zamiast grać w golfa, pograjmy jakąś muzykę”. No, ale skoro mamy już tyle kawałków, to w zasadzie jesteśmy blisko skończenia materiału na całą płytę. Arek twierdzi, że moglibyśmy to jakoś promować. Jest plan, żeby zwieńczyć projekt płytą i myślimy też nad koncertami. Choć to odważne stwierdzenie, bo najpierw należałoby zagrać jeden koncert i zobaczyć, czy to się w ogóle sprawdzi.

Kto odpowiada za otoczkę wizualną utworów Stagsów?

Kiedy kończymy fazę produkcji muzycznej, zwykle automatycznie pojawia się pomysł. O ile pamiętam, dwa z nich zrodziły się z totalnego braku pomysłu przy jednoczesnym nadmiarze czerwonego wina w naszych organizmach i te klipy uważam za jedne z ciekawszych. Nie namówisz mnie, abym powiedział, o które chodzi dokładnie! Do tej pory realizowali je dla nas: Arkadiusz Okoński, Hania Okońska, Izes Sawicka oraz Radek Moenert.

The Stags, fot. Hanna Okońska
Są jeszcze dwa zespoły, które niedługo wyjdą z cienia. Zdradzisz czytelnikom, co to za projekty?

Pierwszy z tej dwójki nosi nazwę Soundfire. To warszawski projekt, który tworzymy wraz z Tomaszem Snake-Kamińskim i Robertem Nobisem. Bardzo często można nas zobaczyć i usłyszeć w klubie Platinium lub na pokazach mody. Po dwóch latach grania razem, postanowiliśmy zrobić nasz autorski materiał. Snejk (gitara) wcześniej grał w Golden Life, a obecnie u Dody. Nobis (dj) ciśnie przede wszystkim w warszawskich klubach.
Dance Like Dynamite tworzymy z Krzysztofem Sado Sadowskim i Piotrem Pawłowskim. Bardzo jest mi ciężko nazwać rejon, w którym się poruszamy. Skończyliśmy właśnie naszą Epkę i teraz czeka nas żmudny proces dopisywania ideologii do naszych piosenek - po to, aby komunikować się ze słuchaczami za pomocą liter. Cytując Franka Zappe: pisanie o muzyce, to jak tańczenie o architekturze :)

Tworzenie muzyki to jednocześnie Twoja praca zarobkowa?

Do pracy jako takiej chodziłem w całym moim radosnym życiu cztery dni i szczerze mówiąc, nie poszło mi zbyt dobrze. Od tamtej pory - a było to w okolicach matury, do której przygotowywałem się jeszcze na tajnych kompletach - jestem na emeryturze. Mogę dzięki temu realizować moją jedyną życiową pasję, jaką jest muzyka. Praca dla większości ludzi jest tym czymś, z czego muszą się wywiązać, żeby kupić sobie produkty do jedzenia, picia, czy zachowania higieny osobistej. Oczywiście nie poradziłbym sobie finansowo, gdybym robił tylko świetne, niszowe i artystycznie ciekawe projekty. Dlatego jestem również producentem. Często robię muzykę do reklam, piszę i aranżuję dla innych artystów. To często bardzo trudna sprawa, ale zawsze sobie powtarzam, że nie wolno się obrażać na takie zlecenia, ponieważ często dużym wyzwaniem jest zrealizować je w sposób ciekawy, pomijając oczywisty fakt, że dzięki nim mogę robić to, co kocham.

Czy to muzyczne spełnienie czyni z Ciebie w pełni szczęśliwego człowieka?

Nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem człowiekiem nieszczęśliwym, jednak pełnia mojego szczęścia majaczy gdzieś daleko. Mam wielu (biorąc pod uwagę statystycznego Polaka) bliskich i bardzo kochanych przyjaciół. Jestem zdrowy i mam otwartą głowę - to czyni mnie szczęśliwym, ponieważ dodaje mi pewności siebie. Mam jednak bardzo wiele pomysłów, dlatego stresują mnie moje własne ograniczenia i ten nadludzko zapie...cy czas, który bez przerwy grozi mi palcem. Podobno pierwsze czterdzieści lat dzieciństwa jest najtrudniejsze.

Co do czasu... Gdyby podróże w czasie były możliwe, to cofnąłbyś się do przeszłości, żeby coś zmienić, czy wolałbyś zobaczyć swoją przyszłość?

Szczerze mówiąc, ani jedno, ani drugie. Mimo gorzkiej świadomości, jak wiele spraw w życiu pokpiłem, co mogłem zrobić lepiej i jakie świetne okazje przeszły mi koło nosa... Jednak mam wciąż w sobie bardzo wiele zapału i koncentruję się na tym, co, mimo wielu przeciwności, udało mi się osiągnąć. Przyszłość jest dla mnie ciekawa i motywująca. Jak by to było niefajnie znać zakończenie. Od bardzo dawna skupiam się na teraźniejszości i zapewniam, że nie ma to nic wspólnego z wegetacją.

Blenders, fot. Tomek Bergmann
Dlaczego nie ma już Blendersów? Traktowałeś ten zespół poważnie?

Bardzo poważnie. Jednak po dwudziestu latach zwykle faceci rozwodzą się ze swoimi starymi żonami i szukają nowych. Tak też było w tym wypadku. Zespół miał taką formułę, która miała prawo się wyczerpać. Nie chciało nam się już w naszym wieku śpiewać o "punktach G", czy kupnie czarnego ciągnika. Natomiast ten zespół był dla mnie bardzo istotny i nadal tak jest - w końcu wiele rzeczy, z których korzystam dzisiaj, nauczyłem się właśnie tam.

Czy przez te dwadzieścia lat zdarzało Ci się myśleć o opuszczeniu Blendersów?

Tak, jasne. Nawet bardzo często. Ale nie wynikało to nigdy z jakiejkolwiek niechęci, tylko raczej nie wiem... może zmęczenia. A poza tym przez jakiś czas grania w Blendersach rodziła się już we mnie ta chęć tworzenia muzyki teatralnej i filmowej, którą robię dzisiaj. Ponadto wnerwiały mnie już imprezy typu "Sylwester w Polsacie".

Lepiej czujesz się w roli performera czy kreatora?

Na tym etapie mojego życia zdecydowanie w roli kreatora. Zagrałem w życiu prawie dwa tysiące koncertów i po wielu latach miałem tego dosyć. Co prawda, odczekałem już kilka lat i znów mam ochotę trochę pograć, ale to już coś zupełnie innego niż kiedyś. Wcześniej chciałem grać jak najwięcej koncertów, dla jak największej ilości ludzi, a teraz wręcz odwrotnie - chciałbym grać mało koncertów, za to w wyjątkowych miejscach i dla niewielkiej publiczności. Bardzo zależy mi też na tym, by tak ukierunkować swoje życie, żebym mógł poświęcić się w pełni muzyce teatralnej i filmowej.

[rozmawiała: Agnieszka Hirt]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz