24 lutego 2015


MARILYN MANSON The Pale Emperor, [2015] Cooking Vinyl || Koniec lat dziewięćdziesiątych oraz pierwsza dekada XXI wieku w dużej mierze upłynęła na mainstreamowej rewolucji nu-metalowej. Ten iście okropny podgatunek ciężkiego grania przebijał się od 1998 roku do świadomości ogółu swoim rapowaniem, scretchowaniem, pseudo-hardrockowym zdzieraniem gardła i płaskimi riffami, by ostatecznie umrzeć śmiercią naturalną. Nieliczni ocaleni jak Korn, Papa Roach, Limp Bizkit czy Linkin Park nadal działają w swojej ograniczonej niszy, niczym Indianie w amerykańskich rezerwatach, dostarczając co płytę właściwie tą samą, pozbawioną polotu muzyczną papkę. Na szczęście niedobitki nu-metalowego horroru jest już na tyle łatwo ignorować, że można zupełnie o nich zapomnieć.

Nu-metal nierozerwalnie wiąże się z przełomem wieków, które przypadły na lata mojej licealnej edukacji i w takim kontekście postrzegałem zawsze twórczość Marilyn Manson. Niemały wpływ na to miała na pewno przeróbka „Tainted Love” Soft Cell z jej naiwno-licealno-amerykańską stylistyką wzmacnianą jeszcze kiczowatym teledyskiem. Zrządzeniem losu Marilyn Manson będzie kojarzył mi się też z osiemnastymi urodzinami siostry kolegi, zaczynającymi się jednego dnia a kończącymi trzy dni później (jak pokazuje najnowsza płyta skojarzenie jak najbardziej na miejscu). Choć nie byłoby uczciwym przypinanie zespołowi łatki nu-metalowej, to Marilyn Manson zawsze działał na granicach tej właśnie stylistyki. To, co pozwalało mi podchodzić do twórczości tego zespołu z mniejszym dystansem to, paradoksalnie, świadomie kreowany, niezwykle kiczowaty wizerunek artystyczny zbliżający Briana Warnera do klasycznych dokonań Alice Coopera czy Kiss. Mogłem go nie lubić, ale nie mogłem go niedoceniać.

Manson w jakiś przedziwny sposób wyrył się w moich wspomnieniach z młodości. Mimo dostrzegalnego fałszu tkwiącego w muzyce zespołu potrafię ich dokonania zaakceptować, choć od razu zaznaczam, że w ograniczonym stopniu. Tym większym zaskoczeniem okazał się dla mnie fakt, że pomimo całkowitej niemal odmiany trendów muzycznych jaka nastąpiła między 2005 a 2015 rokiem Marilyn Manson wciąż trzyma się na nogach nagrywając do tego przyzwoitą płytę. Być może jednak moje pobłażliwe podejście spaczone jest niedawnym obcowaniem z Royal Blood. Po ich paskudnym albumie, każda muzyka zyskuje moim zdaniem na polocie.


Marilyn Manson się nie zmienia, choć oczywiście chciałby żebyśmy myśleli inaczej. Stąd głębię jego artystycznej duszy malują dla nas już nie tylko dźwięki i akordy, ale również obrazy (nabywcami obrazów Artysty stali się znawcy malarstwa pokroju Jacka Osbourne’a). Nie oznacza to, że Brian Warner kiedykolwiek był czy będzie oryginalny. Co więcej, jest niemal niemożliwym, by artysta wybił się z ram forsowanej od lat stylistyki. Jednak w wykonywanym przez siebie rzemiośle jest on co najmniej solidny i trzeba to uczciwie powiedzieć również o jego najnowszym albumie. O innowacjach nie ma mowy, ale tym, co wyróżnia „The Pale Emperor” na tle jego poprzednich dokonań to wprzęgnięcie w metalowe utwory elementów bluesa. W przeszłości jednak już parę zespołów tego wybiegu próbowało i to z lepszym skutkiem. Co więcej, bluesowi Mansona dużo bliżej do Depeche Mode z „Delta Machine” niż np. Led Zeppelin. Porównanie o tyle uprawnione, że o ile blues w wykonaniu Marilyn Manson nie dorównuje dziełom legendy hard-rocka, to chętnie przez zespół stosowana elektronika wyraźnie nawiązuje do Depeszów.

W obu przypadkach są to jednak nieudolnie wdrożone inspiracje, które co prawda wzbogacają brzmienia zespołu, ale nie stanowią na pewno o jego innowacyjności. Elementy bluesowo-elektroniczne po prostu są i nic więcej powiedzieć w tej materii się nie da. To, co zwraca uwagę to osnute wokół nich ciekawe i dosyć chwytliwe melodie. Utworów takich jak "The Third Day Of Seven Day Binge" czy "Deep Six" słucha się z przyjemnością a wraz z elementami industrialu ich korzenie łączyć można ze stylistyką Trenta Renzora, będącego jednak zawsze przynajmniej o trzy kroki przed Mansonem. Trzeba jednak w tym miejscu wspomnieć o tekście do „The Third Day Of Seven Day Binge”. Trzeci dzień siedmiodniowej bibki? Czy tylko na to stać dziś samozwańczego Króla Groteski?

Cały album można spokojnie podzielić na dwie części: udaną (od "Killing Strangers" do "Warship My Wreck" oraz przeraźliwie nudną (od "Slave Only Dreams To Be King" po utwory bonusowe) co nie pozwala na uznanie ”The Pale Emperor” za album więcej niż solidny. Nie zmienia to jednak faktu, że słucha się go całkiem przyjemnie. Nie mogę jednak pozbyć się odczucia, że w twórczości Marilyna Mansona najbardziej przeszkadza mi właśnie sam Marilyn Manson. O ile lepiej brzmiałaby ta płyta, gdyby za mikrofonem stanął np. Glenn Danzig? Od razu odpowiem: o niebiosa lepiej. 5.5/10 [Jakub Kozłowski]

23 lutego 2015


ELEKTRO GUZZI Observatory, [2014] Macro || Techno to muzyka maszyn wykonywana przez ludzi. Wykonywanie muzyki przy pomocy typowo rockowych instrumentów, ale w sposób wykraczający poza utarte kanony gatunku, to z kolei z kolei klasyczny opis post-rocka. Źródło ponadgatunkowości muzyki, dziś tak naturalnej i oczywistej, choć nadal nieakceptowalnej przez słuchaczy okopanych w dawnych przyzwyczajeniach, tkwi zatem w samych definicjach gatunków i podziałów. Naprawdę, wystarczy tylko łączyć znane elementy na nowe sposoby, by koło zamachowe muzyki nadal się toczyło.

Austriacy z Elektro Guzzi w składzie gitara - bas - perkusja zdają się być klasycznym rockowym power-trio, grają jednak techno, co w kontakcie z ich muzyką wprowadza całkiem fascynujący dysonans poznawczy. Oczywiście, całkowicie instrumentalny charatkter nie może być żadnym zaskoczeniem. Repetycje i jednorodność utworów można jeszcze ewentualnie podciągnąć pod kategorie spójności. Ale już brak eskalacji, wewnętrznego rozwoju i jakiekolwiek kierunku w jakim miałyby podążać kompozycje, w świecie gitar byłby nie do przyjęcia. Jednak "Observatory" to współczesna abstrakcyjna muzyka taneczna, muzyka maszyn, ale nie tylko wykonywana przez ludzi, ale też przy pomocy "ludzkich" instrumentów.


Są tu ślady krautu (motoryka) czy math-rocka (brzmienie lekko a'la Battles), ale Electro Guzzi idą znacznie dalej niż te dwie estetyki, przez co paradoksalnie wydawać się mogą mniej wyrafinowani. Terytorium techno rządzi się jednak swoimi własnymi prawami. Choć w finałowym "The Grist", wzbogaconym o dźwięki kalimby, usłyszeć można zalążek melodii czy nawet piosenkowości, to "Observatory" jest setem z drobnymi tylko wahnięciami napięcia. Kompozycje, czy może raczej fragmenty oscylują wokół sześciu, siedmiu minut, będąc wariacjami na temat tanecznego rytmu. Czasem zadziornego ("Atlas"), ostro parkietowego ("Trojan Robot" i "Threshold People"), plemiennego i opartego na gitarowym klangorze ("Rough Tide") czy basowym napięciu ("Acid Camouflage").

Punkt wyjściowy dla Elektro Guzzi jest zasadniczo podobny do ich niemieckich pobratymców Brandt Brauer Frick, którzy jednak do preparowania swojego hipnotycznego techno / house'u używają instrumentów klasycznych z odmiennym zatem efektem emocjonalnym. Austriacy to bezbłędnie kontrolowany rytm, jedynym jego problemem na "Observatory" jest to, że dzięki za mało klarownej produkcji ciężko uwierzyć, że to naprawdę tylko modyfikowana gitara, bas i perkusja. Równie ciężko uwierzyć w to na żywo, ale na koncertach Elektro Guzzi (widziałem dwukrotnie) przynajmniej ma się naoczny dowód. Może jeszcze nie na główną gwiazdę, ale na wieczorny set na każdym z polskich festiwali Elektro Guzzi nadawali by się świetnie. Grają bez bisów i żadnych przerw między utworami, splatając je w jedną imponującą i intensywną całość, robiącą wrażenie zarówno na miłośnikach elektroniki, jak i gitarowego noise'u. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

17 lutego 2015


Tara Fuki to duet dwóch wiolonczelistek, dla nas o tyle ciekawy, że śpiewaja w tak sofistykowanie brzmiącym dla Czechów języku polskim. Andrea Konstankiewicz i Dorota Bárová pod koniec zeszłego roku wydały swój piąty studyjny album "Winna", który już zdążył zebrać pozytywne reakcje nie tylko w Czechach, ale i za granicą, gdzie najczęściej wrzucane są do kategorii "alternatywnej world-music". Brzmi to lekko jak niedziela z radiową "Trójką", ale "Winna" zarejestrowana została prosto i skromnie, bez gości i zbędnych aranżacyjnych dodatków. Smyczki i wokale niosą ze sobą lekko teatralną, deszczową, ale nie depresyjną atmosferę, pokazują też, że muzyka adresowana do "dojrzalszego słuchacza" nie musi być nudna i wyprana z emocji.


Android Asteroid rozpoczynali jako projekt dwójki producentów, który rozrósł się z czasem do pełnoprawnego składu, będącego dowodem na czeską słabość do subtelnej elektroniki i anglojęzycznego downtempa. Na albumie "Ikaros" mieszają się zatem (nu)jazzowe instrumentacje z hiphopowym rytmem, zbliżając całość do bardziej relaksacyjnych przedstawicieli triphopu z lat dziewięćdziesiątych. Autorskim znakiem rozpoznawczym Android Asteroid są jednak eksperymenty z rytmem, deklarowane jako inspirowane afrykańską polirytmią, oraz korzystanie z rdzennie morawskich cymbałów. Przy okazji, zarówno Tara Fuki, jak i Android Asteroid, to reprezentanci uznanego labelu Indies Scope, który w tym roku obchodzi rocznicę dwudziestopięciolecia działalności. Z tej okazji na białym winylu wznowiony zostanie album "Bílé inferno" znanej i u nas Ivy Bittovéj i Vladimíra Václavka.


Label X Productions przyniósł nam na zimę nie tylko album "Submarine Sky" post-rockowców z Flash The Readies. Moimir Papalescu to człowiek-instytucja na czeskiej scenie, stoi za szeregiem projektów (Magnetik, Die alten Maschinen, The Stylists, Vanessa), działa jako producent, znany jest z przywiązywania wagi do wizualnej strony muzyki oraz ze swej fascynacji technologią i klasycznym futuryzmem. Nie dziwią zatem w jego muzyce ani wpływy Kraftwerk czy syntezatorowego popu z lat osiemdziesiątych, ani motywy z literatury i filmów sci-fi. Wszystko to znajdziemy na trzecim albumie Die alten Maschinen. "Change" pozostaje tytułem dla zwolenników tej specyficznej estetyki, ale przynosi też więcej rockowych i piosenkowych akcentów. Daleko mniej tradycyjną nowością labelu są Fat Old Donald z epką "Tangerine Chicken Won’t Fool Nobody". Mieszają się tu nie tylko języki, ale przede wszystkim gatunki. Psychodelia, rytmiczne gitary, ciemny ambient, noise, ale i radioheadowa piosenkowość skompresowane zostały w ledwie dwudziestominutową i dość ciemną całość.


Na koniec Subject Lost, czyli Petr Adamec, który dwa lata temu wydał już "Made Of Numbers" w naszym ulubionym słowackim labelu Exitab. Nowość "Expo Nova" ukazała się własnym sumptem, zarówno na płycie kompaktowej, jak i w postaci darmowego downloadu, tym bardziej zachęcam do pobrania. Świetni wyprodukowana, delikatna, ale intensywna elektronika, pełna przestrzeni i z gitarowym, post-rockowym posmakiem przypominać może choćby to, co na albumie "Awake" zrobił ostatnio Tycho. Talent z domowego zacisza, idealny na zimowe długie wieczory. [Wojciech Nowacki]

12 lutego 2015


DEEP PURPLE The Battle Rages On..., [1993] RCA || Większą część swojej historii Deep Purple był zespołem wewnętrznie skłóconym, czego w najbardziej oczywisty sposób dowodzą częste zmiany składu. Regularnie następujące roszady zaowocowały koniecznością wprowadzenia oznaczeń dla poszczególnych konfiguracji personalnych (Mark I, Mark II, Mark III itd). Oznaczenia te wskazywały też na muzyczne różnice dzielące poszczególne etapy działalności grupy, wielokrotnie łączącej czysty hard rock z funkiem i bluesem. Płyta "The Battle Rages On" stanowi dzieło reaktywowanego drugiego, najsłynniejszego składu, z Ritchie'm Blackmore'm oraz Ianem Gillanem.

Mark II niewątpliwie nadal cieszy się największa estymą wśród fanów, choć nie był to skład najbardziej twórczy czy poszukujący. Za taki uznać należałoby line-up z Davidem Coverdale'm i Glenem Hughsem (Mk III i Mk IV), którego działalność uwieczniły trzy doskonałe albumy "Burn", "Stormbringer" oraz "Come Taste The Band". Muzyków Mark II łączyła jednak pewnego rodzaju symbioza, która, niezależnie od rozrywających zespół konfliktów wewnętrznych nakazywała im powrót do klasycznego składu. Wpływ na to miały również oczekiwania fanów, którzy wyraźnie, poprzez malejącą sprzedaż płyt, dawali do zrozumienia, że bardziej funkujące brzmienie Purpli nie do końca stanowi spełnienie ich oczekiwań. Śmierć Tommy'ego Bolina, następcy Blackmore’a, oraz destruktywny tryb życia Glena Hughesa jedynie ułatwiły decyzję o reaktywacji Mk II.

Ponowna współpraca muzyków zaowocowała nagraniem płyty kompletnej. "Perfect Strangers" wskazywało na długie lata niepodzielnej dominacji Deep Purple. Doskonałą płytę promowała świetna trasa koncertowa, która ukazała jednak, że animozje między muzykami wciąż były silnie zakorzenione. Wybujałe ega Gillana i Blackmore’a ponownie doprowadziły do rozstrojenia bezbłędnie funkcjonującej maszyny. Ani "House Of The Blue Light"  ani tym bardziej "Slaves And Masters", płyta zarejestrowana po kolejnym rozpadzie Mk II (z Joe Lynnem Turnerem jako wokalistą), nie nastawiały optymistycznie co do przyszłości zespołu. Malejące znaczenie Deep Purple na rynku muzycznym stało sie odczuwalne nawet poprzez lokalizacje koncertów.

Mniejsze zainteresowanie fanów, a tym samym malejące stawki koncertowe, umożliwiły polskiej widowni po raz pierwszy w historii przekonanie się na żywo, czym jest koncert Deep Purple. Gdy jednak konta bankowe zaczęły szczupleć, osobista duma i antypatie musiały ustąpić potrzebom natury finansowej. Ultimatum wytwórni muzycznej, niezadowolonej z drogi do nikąd jaką obrał zespół doprowadziło do usunięcia Joe Lynna Turnera (który ewidentnie, podobnie jak Tony Martin z Black Sabbath, nie miał szczęścia do składów z którymi występował) i ponownego angażu Iana Gillana.

Wokalista przyjął projekt z zadowoleniem. Jego kariera nie rokowała bowiem w tym momencie większych nadziei. Od momentu opuszczenia zespołu z marnym skutkiem próbował wzbudzić zainteresowanie odbiorców swoim solowym projektem. Nowe-stare Deep Purple (Paice, Lord, Gillan, Glover, Blackmore) okazało się kolosem na glinianych nogach. Muzycy nie zakopali toporów wojennych, a w trakcie nagrywania płyty Gillan i Blackmore nie mieli okazji do wspólnych dyskusji nad przyszłością grupy, gdyż wszelkimi siłami starano się ograniczać ich spotkania. Nie oznaczało to jednak, że nie udało im się skłócić. Nawet pomimo dzielącej muzyków odległości, kolejne bitwy toczono o ostateczny kształt utworu „Time To Kill” oraz, tradycyjnie już, pijaństwo Gillana i wybujałe ego Blackmore’a.


Pomimo trudnych warunków nagrywania (ani razu wszyscy muzycy nie znaleźli się razem w studiu) efektem zaangażowania Mk II okazała się jedna z najlepszych płyt w dyskografii zespołu. "The Battle Rages On..." miała bowiem wszystko to, co sprawiło, że "Perfect Stranger" wzniosło Deep Purple na muzyczny szczyt. Niestety, efekt ten osiągnięty został w sposób wyrachowany, co nie uszło uwadze krytyków i słuchaczy. Nowa płyta stanowiła bowiem lustrzane odbicie wcześniejszego albumu. Utwór tytułowy idealnie koresponduje z "Under The Gun" a "Anya" może w zasadzie uchodzić za duchowego spadkobiercę utworu „Perfect Strangers”.

Odczuwalna wtórność płyty zadecydowała o tym, że „The Battle Rages On...” nie powtórzyła sukcesu swego wielkiego poprzednika. Zupełnie niesłusznie. Wraz z upływem lat stylistyczne podobieństwa zaczęły się rozmywać, a kolejne pokolenia fanów dostrzegły siłę albumu. Mamy bowiem do czynienia z arcydziełem klasycznego, dojrzałego hard rocka. Utwory takie jak "Solitaire", "One Man’s Meat" czy "Lick It Up" mogły być ozdobą albumów każdego niemal ówczesnego konkurenta Deep Purple. Siła płyty polega jednak na tym, że żadna z wymienionych kompozycji nie nadaje tonu całości. Palma pierwszeństwa należy się wspomnianej już "Anya", z ciekawą orientalną aranżacją, piekielnie chwytliwemu „The Battle Rages On...” oraz surowemu bluesowi w "Ramshackle Man". Jedynie „Time To Kill” nie dorównuje poziomem reszcie, wyraźnie nawiązując stylistyką do twórczości Rainbow z okresu "Bent Out Of Shape".

Muzycy, pomimo wewnętrznych konfliktów nadal znajdowali się w doskonałej formie. Rosnąca alienacja Ritchie'go nie przeszkadzała muzykowi w tworzeniu zapadających w pamięć, mięsistych riffów. Ian Paice pokazał na albumie, jak powinien bębnić hard rockowy perkusista. Jon Lord właściwie nigdy w swej karierze nie schodził poniżej stałego, wysokiego poziomu a chociaż można by życzyć sobie odrobinę bardziej zdecydowanego wokalu Iana Gillana, to całość prezentuje się nad wyraz interesująco. W roku 1993 powstała nadspodziewanie dobra płyta niespodziewanie reaktywowanego składu. Szkoda tylko, że Deep Purple zaraz po wyjściu ze studia w tradycyjny już dla nich sposób uruchomili tryb samozniszczenia. [Jakub Kozłowski]

6 lutego 2015


FLASH THE READIES Submarine Sky, [2014] X Production || Post-rock jako gatunek ma się świetnie w drugiej dekadzie XXI wieku. Owszem, piętnuję jego dzisiejsze zawężenie w stosunku do lat dziewięćdziesiątych, ale raczej jako brak pamięci słuchaczy o pierwotnym znaczeniu tego terminu niż to, że oznacza dziś tylko jeden z jego dawnych nurtów. Być może jednak taka ewolucja jest naturalna i wynika z potrzeb części słuchaczy zagubionych w świecie, w którym sama kategoria gatunku stała anachronizmem. Post-rock zatem, dawnej sam będący synonimem ponadgatunkowości, stał się bezpieczną i pewną przystanią dla kruchych melancholików tłamszących podskórne emocje.

W gatunku z tak jasno dziś określonymi ramami, ciężko wskazać konkretne wartościujące wyróżniki. Albo jesteś miłośnikiem, więc podoba się tobie wszystko, albo nie, więc wszyscy wykonawcy brzmią dla ciebie tak samo. Na szczęście to właśnie wspomniane emocje podpowiadają fanom czego w dzisiejszym post-rocku warto posłuchać a co zaliczyć do grona wtórnych epigonów. Flash The Readies jako zespół przeszli drogę od indie-rocka przed pinkfloydowską psychodelię po gitarowy post-rock i najnowsza ich płyta "Submarine Sky" jedną z najciekawszych jakie miałem przyjemność w tym gatunku ostatnio słyszeć.

Kupili mnie właściwie już pierwszymi dźwiękami minorowego pianina otwierającego pierwszą na płycie kompozycję "Caledonia". Jego tłamszący smutek przypomina mi bowiem moje ulubione i nieodżałowane Hood z czasów "Rustic Houses, Forlorn Valleys" i "The Cycle Of Days and Seasons". Utwór jak na post-rockowe standardy nie należy do najdłuższych, kończy się klasycznym nagłym wyciszeniem, pojawia się w nim nawet nieinwazyjny wokal, ale jeśli gitary Flash The Readies przypominać mogą któregoś z gigantów gatunków to najprędzej będą to Japończycy z Mono. Charakterystyczną i rozedrganą grę słychać też w głośniejszych częściach "D For Donut" czy w gitarowej kaskadzie w drugiej połowie "You Are The Food", ale bez nieznośnego patosu i pseudo-artystycznego napuszenia w którym Mono celują.



"Submarine Sky" jest bowiem albumem intymnym, co nie dziwi o tyle, że nagrany został w ciągu dwóch dni w odosobnionym domu w Jeseníkách. To pasmo górskie, zarówno dzięki swej przyrodzie, jak i pogmatwanej historii, należy do najbardziej inspirujących miejsc dla czeskich artystów. Nastrój opuszczonych gór i ciemniejącego lasu najmocniej odbił się chyba na mrocznym początku "Deer In Gear", ale dla przeciwwagi mamy tu choćby stosunkowo najbardziej piosenkowe "Mary Had A Little Lamb" czy akustyczną gitarę na początku "You Are The Food", przynajmniej w tej części ocierający się o alt-folk spod znaku Bon Iver.

Wspomniane "D For Donut" licząc ponad 12 minut stanowić ma opus magnum albumu. Tytułowy pączek, w amerykańskiej wersji z dziurką, apetycznie prezentuje się na kompakcie i przy okazji ubiera muzyce patosu, ale też w przedziwny sposób odpowiada strukturze kompozycji. Dwie gitarowe części, rozpędzający sie początek i lekko niepokojący finał, obejmują pustawy, wyciszony środek, przypominający "Valtari" Sigur Rós, co może, ale nie musi być zaletą.

Zastanawia też niespecjalnie zajmujące brzmienie perkusji, co jest o tyle dziwne, że jako jedyna została zarejestrowana przez Tomáša Neuwertha, jednego z bardzie wziętych przecież czeskich producentów. Niemniej, "Submarine Sky" to więcej niż solidny przedstawiciel swojego gatunku, który zestawia wszystkie znane elementy, ale unika większości jego słabości. Nie nudzi, nie przygniata patosem, nie pozuje. Ot, naturalny, spontaniczny zapis pobytu melancholijnych chłopaków w cieniu górskiego lasu. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

5 lutego 2015


3MOONBOYS na tym zdjęciu wcale nie wyglądasz grubo, [2014] Music Is The Weapon || Gitarowa alternatywa w Polsce najlepiej miała się w czasach, gdy warunki raczkującego internetu nie sprzyjały jeszcze jej recepcji. Dziś, w dobie lokalnych oficyn wydawniczych, kwitnącej blogosfery i platform w typie Bandcampa, polscy wykonawcy mają przynajmniej teoretycznie nieograniczone możliwości propagowania swej muzyki. Słuchacze jednak wydają się żyć w przeświadczeniu, że muzyczna alternatywa jest wynalazkiem post-internetowym a w lokalnych warunkach o jej jakości świadczy stopień umiejętności imitacji zachodnich trendów spóźnionych w najlepszym razie o rok.

Jeśli zatem 3moonboys, czy ostatnio Kristen, wydają nowy album dziś, gdy stopniowo pokrywane są kolejne nisze, nie ma w tym nic dziwnego. Młodzież jednak może poczuć się zaskoczona tym, że są to wykonawcy, których historia zaczyna sięgać już w niektórych wypadkach dwóch dekad. W totalnym oderwaniu od naszej ówczesnej muzycznej rzeczywistości powstawała najlepsza polska muzyka, polska jednak tylko w sensie geograficznym. Na szczęście większość z nich, poza nieodżałowanym zespołem na literę Ś, zniosła dobrze przejście od czasów małych sklepów muzycznych, kaset magnetofonowych i sporadycznych wzmianek w prasie drukowanej do doby cyfrowej dystrybucji.

Gdy w 2005 roku 3moonboys wydawali swój pierwszy album pod nowym szyldem, akurat otwierało się na moment okno, gdy bycie porównywanym do Mogwai było wyrazem uznania. Szkoci nie byli już klasykiem dla wybranych, ale jeszcze nie pobłażliwie traktowanym powtarzającym się staruszkiem. Bydgoszczanie dalecy jednak byli od rzeczy epigonów ze schematem cicho-głośno-cicho i długi, poetycki tytuł bez znaczenia. Ulotne skojarzenia polegały raczej emocjonalnej odpowiedzi ciał słuchaczy, debiut "3moonboys" do dziś dostarcza naprawdę sporo satysfakcji. Później grupa raczej subtelnie poszerzała formułę niż poszukiwała nowych brzmień. O tym, że tak też można przekonuje "na tym zdjęciu wcale nie wyglądasz grubo", album, który niepostrzeżenie może stać się dla 3moonboys otwarciem nowego etapu.


Oczywiście, najważniejszą zmianą (poza tytułem i okładką, pierwszą niewyglądającą jak zaprojektowaną w MS Paint) wydaje się być w zwrot w stronę języka polskiego. Jest to nabierająca rozmachu tendencja, czasem z niezłym, czasem ze złym efektem. Niebezpieczeństwem polszczyzny jest jednak jej inwazyjność i wybijanie się na pierwszy plan wrażeń odbieranych przez słuchacza, szczególnie w szeroko rozumianej estetyce post-rocka, z natury skłaniającej ku instrumentalności. Tymczasem, polskojęzyczne wokale 3moonboys wydają się być schowane w miksie i otulone warstwą instrumentalną, tworząc spójną całość o umiejętnie zachowanych proporcjach. O ile lepiej brzmi polszczyzna 3moonboys niż toporny angielski Plum.

Niewinnie zatytułowany "miś" otwiera płytę jako najlepsza możliwa wizytówka. Motoryczna gitara, stopniowa gradacja, zręczna elektronika w tle, nawet coś na kształt solówki a wszystko to w zaledwie 3 minuty. Waham się przed nazywaniem utworów na "na tym zdjęciu wcale nie wyglądasz grubo" piosenkami, ale dominujący tu plus minus trzyminutowy indeks jest prawdziwym pokazem umiejętności zespołu. W tak krótkich ramach 3moonboys zawarli więcej pomysłów niż niejedni post-rockowi epigoni w rozlazłych wielominutowych kompozycjach. W "-3m3" umiejętnie przeplatają się elektroniczne i gitarowe faktury, "przejazdem" rozpoczyna się od niemal southern-rocka by przez skoczną psychodelię w stylu Clinic przejść do syntezatorowych pląsów. Rockowych stylistyk w tej układance jest zresztą więcej, ale jeśli gitara w "umieralności" brzmi wręcz bluesowo to kontrowana jest połamaną, marszową perkusją, kolejnym elementem zdecydowanie wyróżniającym w wielu miejscach na płycie.

"na tym zdjęciu wcale nie wyglądasz grubo" traci odrobinę na intensywności w drugiej połowie, najbardziej czytelna w "cssii..." piosenkowość nie zawsze intryguje, ale jest to album nie tylko prawdziwie odświeżający dla 3moonboys, ale i przemycający muzyczną erudycję w niemal podprogowy i jakże przystępny sposób. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

1 lutego 2015


ROYAL BLOOD Royal Blood, [2014] Warner || Royal Blood, ożywczy zespół przywracający wiarę w rock’n’rolla, Przyszłość ciężkiej muzyki, Doskonały album, doskonałego duetu. Tak w każdym razie mówili. A jednak to nie jest dobra płyta. W ten sposób jestem zmuszony zacząć, ale dzięki temu wszyscy ci, którzy liczą na potwierdzenie swoich pozytywnych opinii na temat jednego z najlepszych albumów muzycznych 2014 roku mogą wytknąć mi moją ignorancję w komentarzach. Nie ma to dla mnie znaczenia. Na świecie powstaje zbyt dużo dobrej muzyki aby, jak owca idąca na rzeź, podążać za zdaniem większości. Muszę jednak przyznać, że dominujący wśród przedstawicieli branży, przytłaczający wręcz optymizm wywarł na mnie pewien wpływ. Chcąc bowiem zrozumieć, skąd biorą się tak pozytywne opinie, poświęciłem temu albumowi naprawdę dużo czasu. Przykre jest to, że przez jego większość chciałem płytę wyłączyć i posłuchać czegoś innego.

Obcując z „Royal Blood” ma się wrażenie, że każdy i to absolutnie każdy pomysł na który wpadli muzycy w trakcie wspólnych prób został wykorzystany na albumie. Co więcej, podobieństwo konstrukcji utworów (wstawka przesterowanego basu, następnie przerywnik perkusyjny, po czym następuje sprzęgnięcie obu instrumentów i rusza wokal) wskazuje, że powstały one w niewielkim odstępie czasu i przy nikłej wenie muzyków. Stąd utwory z tej około trzydziestominutowej płyty ciągle zjadają własny ogon. Każe to myśleć, że duet więcej pomysłów nie miał albo nie posiada krytycznego zmysłu w stosunku do własnych utworów. Najwidoczniej muzycy każdy dźwięk wydobyty z instrumentów traktują jako odpowiednik szkicu Leonarda da Vinci, którego nie godzi się marnować. Szkoda tylko, że to, co otrzymujemy to nieustanny jazgot, którego broń boże nie należy mylić z energią.

Jestem w stanie docenić, fakt, że Mike Kerr gra na basie jakby był on gitarą, pomimo absurdalności samego pomysłu, ale zaraz nasuwa mi się pytanie: po co? Aby sprawiać pozory, że robi coś nowatorskiego? Nawet Lemmy nie wykazał się nigdy tak wielką pychą, by uznać, że może wyciąć gitarę z hard rockowego brzmienia! Rozumiem oczywiście, że tuzy pokroju Jimmy'ego Page'a czy Eddie Van Halena szukały nowych metod ekspresji, ale równocześnie potrafili zaimprowizować półgodzinną, porywającą solówkę. Wątpię, żeby to samo można było powiedzieć o Mike’u Kerze. We wszystkich utworach Royal Blood, zbudowanych wokół kilku prostych akordów przerywanych niezwykle płaskimi wstawkami perkusyjnymi, prawdziwa gitara sprawdziłaby się lepiej. Może nie poprawiałby to ogólnego wrażenia, ale dodałaby odrobinę głębi do tego płaskiego muzycznego obrazu.


Brak gitary nie jest bynajmniej jedynym problemem duetu. Trudno mi nawet opisać, jak denerwująca jest basowo-perkusyjna wstawka na początku „Out Of The Black”. Być może wynika to z faktu, że tak źle brzmiącej perkusji nie słyszałem od czasu pamiętnych dokonań Larsa Ulricha na "St. Anger". To samo zresztą mamy w „Ten Tonne Skeleton”, przy czym tutaj szczyty irytacji wywołuje przesterowany piszczący bas. Kolejną kwestię stanowi wokal Kerra, który jest po prostu nieciekawy. Nie posiada on ani barwy, która potrafiłaby pozostawić swój ślad w pamięci słuchacza, ani ekspresji pozwalającej uwierzyć, że za krzykami wokalisty stoją jakiekolwiek szczere emocje. Za dużo tu sztucznie wprzęganych wpływów Jacka White'a i Matthew Bellamy'ego. Kerra cechuje dość irytująca maniera śpiewania, co wraz z niezwykłą prostotą utworów wywołuje uczucie zmęczenia.

Zawartość muzyczna debiutu Royal Blood nie nastawia mnie optymistycznie w kwestii przyszłości zespołu. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że muzycy zdołają nagrać jeszcze jedną płytę, która wzbudzi zachwyty wszystkich tych, którzy lubią się zachwycać. Nie odniesie ona jednak sukcesu finansowego na miarę pierwszej. Potem przyjdzie trzecia, już zupełnie niezauważona i zespół się rozpadnie. Należy dać im cztery, pięć lat. Po dziesięciu latach, gdy zapytacie o zespół Royal Blood jednego z aktualnych piewców ich wielkości ten odpowie, z pytająco podniesioną brwią, Jaki zespół? Nie szukajmy rewolucji na siłę. Gdy pojawi się płyta faktycznie przełomowa nie będzie potrzeba Jimmy'ego Page’a czy perkusisty Arctic Monkeys aby nam o tym powiedział.


Duetowi Royal Blood nie wierzę, nie ufam, nie jestem w stanie ich polubić. Słuchając płytę odnalazłem jedynie puste merytorycznie i niedojrzałe teksty ("Come On Over" z jakże nowatorską w rocku konkluzją there’s no God and I don’t really care), niskiej jakości riffy i strasznie płaską produkcję, która z założenia i w sposób wyrachowany brzmieć miała tak, by dawać wrażenie obcowania z zespołem garażowym. Tym co broni muzyków są, do pewnego przynajmniej stopnia, ciekawe niektóre linie melodyczne ("Out Of The Black", "Little Monster", "Blood Hands"). Jest to jednak zdecydowanie za mało by uznać płytę za wartościową. Na koniec dygresja, powiedzmy kulinarna, muzyka to w końcu pokarm dla duszy. Lubię czasami zjeść w fastfoodach, ale niezależnie od tego, co mówią branżowi koledzy nie dam sobie wmówić, że słuchając „Royal Blood” zjadłem dobry stek. 4/10 [Jakub Kozłowski]