29 listopada 2015

fot. Paweł Wyszomirski
Czy w wieku trzech lat chciał zostać strażakiem? W jaki sposób jedna scena z filmu może uratować przed tremą oraz co znaczył dla niego zespół Blenders – o tym wszystkim opowiada Mariusz Noskowiak.

Jaki instrument wprowadził Cię do świata muzyki?

Pamiętam ten dzień bardzo dokładnie. Miałem wtedy jakieś trzy lata. Wybraliśmy się do mojej rodziny pod Warszawą, gdzie w domu stał duży, stary fortepian. Grała na nim moja kuzynka, która pianistką była kiepską... ale była. Ten instrument od razu mnie podjarał i nauczyłem się na nim grać "Wlazł kotek na płotek". Siedziałam tam przez jakieś trzy dni i cały czas uczyłem się grać tę samą melodię, jednocześnie będąc pod wrażeniem, że można ją dowolnie interpretować. Dziwiło mnie potem, że moi rówieśnicy szukają pomysłu na siebie pt. "Ja chcę być strażakiem, a ja chcę być lekarzem albo nie wiem kim chcę w ogóle być". Ja już wiedziałem, że jestem muzykiem.

Ta świadomość zrodziła się w Tobie w wieku trzech lat?

Tak, dokładnie podczas tego wyjazdu. Pamiętam, że gdy wróciłem potem do przedszkola, to oświadczyłem "Nie wiem jak wy, ale ja jestem muzykiem"... Wtedy bardzo chciałem zostać pianistą, ale moja mama nie bardzo mi uwierzyła...

Co było dalej?

Później namówiłem jeszcze mamę, aby zapisała mnie do ogniska muzycznego w Sopocie, ale szybko z niego wyleciałem. Nie pamiętam dokładnie, ale byłem tam może cztery razy... albo pięć. Panie uznały, że w ogóle nie mam słuchu i kompletnie nic do mnie nie dociera, a mi się po prostu te ich pomysły wydawały słabe i najzwyczajniej nie mogliśmy się dogadać. Wówczas miałem już jakieś sześć lat. No i jak wyleciałem z tego ogniska, to dalej twierdziłem, że jestem muzykiem, a moja mama mówiła: "Przecież wyrzucili Cię z ogniska, więc co Ty wymyślasz".

A perkusja?

Perkusja była na samym końcu i to w dodatku przez zupełny przypadek. Po okresie fascynacji pianinem zająłem się graniem na gitarze. Jednocześnie uznałem, że jestem wokalistą. Było to jakoś pod koniec podstawówki (może ósma klasa, dokładnie nie pamiętam). Założyliśmy wtedy zespół z kolegą i nie mogliśmy znaleźć perkusisty - no, ale nic dziwnego, bo przecież wiadomo, że trzeba mieć specyficzną konstrukcję osobowości, żeby być perkusistą. Szło nam bardzo dobrze. Wygraliśmy nawet jakiś przegląd, gdzie nagrodą było dwadzieścia godzin studia i obliczyliśmy, że starczy to mniej więcej na nagranie trzech piosenek. Niestety wszyscy perkusiści, którzy wówczas z nami grali, byli beznadziejni, więc uznałem, że sam zagram na tym instrumencie. Jak na tamten czas wyszło to świetnie i dogadałem się z kolegą, że dopóki nie znajdziemy (prawdziwego) perkusisty, to ja będę pełnił tę funkcję. Paradoksalnie perkusja, która na wiele lat stała się moim docelowym instrumentem, miała być początkowo zajęciem przejściowym i zupełnie niezobowiązującym.

fot. Paweł Wyszomirski
Dla większości muzyków występy na żywo wiążą się z pewną presją. Ty podczas koncertów wydajesz się być jednak maksymalnie wyluzowany. Scena to dla Mariusza Noskowiaka drugi dom, czy czasem zdarzają się momenty, gdy zżera go trema?

W okolicach 4 - 5 sekundy przebywania na scenie, mija tzw. suma wszystkich strachów. Natomiast to, co dzieje się przedtem, nie jest niczym przyjemnym. Kiedy zbliża się moment wejścia na scenę, zadaję sobie pytanie: "Na cholerę ci to było? Czemu postanowiłeś wystąpić?". Najczęściej trema to trudny do opanowania lęk o to wszystko, co może się nie udać. I wcale nie chodzi o stopień mojego przygotowania. Nad tym panuję, gdyż jest całkowicie zależny ode mnie.
Przed występem odtwarzam sobie często scenę z filmu "Armagedon" (mówię całkiem serio), kiedy podczas przygotowania do startu promu kosmicznego jeden z bohaterów był uprzejmy uświadomić swoich kolegów, iż siedzą na dwóch tonach paliwa, głowicy jądrowej i w promie składającym się z 270 tysięcy części pozyskanych w drodze przetargu. Paradoksalnie podczas występów kameralnych trema jest znacznie bardziej dokuczliwa, ponieważ na dużych koncertach publiczność staje się praktycznie anonimowa. Z kolei od trzech lat doznaję zupełnie nowego rodzaju tremy, który jest zdecydowanie najbardziej dojmujący. Zdarza mi się pisać muzykę dla Sopockiego Teatru Tańca i chociaż chowam się w mrokach ciemniej sali, gdzieś pośród widowni - kiedy zaczyna się spektakl, jestem bliski utraty przytomności.

Jak zaczęła się Twoja współpraca z STT?

Z Asią Czajkowską, współzałożycielką STT, znam się praktycznie jeszcze z przedszkola nr 5 w Sopocie. Natomiast pomysł współpracy urodził się w zupełnie przypadkowych okolicznościach. Spotykałem się wówczas z Izą Sokołowską, która po wielu latach pracy w Duńskim Balecie Królewskim musiała wrócić do kraju. Jacek Krawczyk i Asia zaproponowali jej wtedy występ w tworzonym przez nich spektaklu pt. "Dali". Iza miała tam do zatańczenia siedmiominutowe solo i zaproponowała, bym napisał do niego muzykę. Nie zastawiałem się nawet sekundy, ponieważ myślałem o czymś takim od bardzo dawna. Wcześniej przez cztery lata współpracowałem z Festiwalem Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie pisałem muzykę do codziennie pokazywanych tam etiud filmowych. Dzięki temu zrozumiałem, że takie podejście do muzyki (tj. komponowanie i aranżowanie jej w taki sposób, by współdziałała z obrazem, czy w przypadku baletu współczesnego - z tancerzami) jest tym, co chciałbym robić już zawsze i do końca. Do tej pory, oprócz wspomnianej solówki, napisałem muzykę do spektakli pt. "Puste Ciało" i "Bajadera". Bardzo cieszę się z kolejnej propozycji współpracy, której realizacja przypada na grudzień 2015.

Czy staż współpracy z STT sprawia, że zmniejsza się Twoja trema? Im dłużej coś znasz, tym mniej się tego boisz?

Wręcz przeciwnie - po prostu wiem, czego nie wiem coraz bardziej. Przy pierwszym spektaklu czułem, że towarzyszy mi szczęście początkującego i było to dla mnie taką fajną, luźną wyprawą. Z czasem pojawił się większy apetyt i większe ambicje. Chcę to zrobić lepiej, mocniej i głębiej.

Czy w takim razie muzyka do pierwszego spektaklu była gorsza od tej, nad którą teraz pracujesz?

Nie wiem. Ona była przede wszystkim zupełnie inna, ponieważ była wynikiem eksperymentu. Przy drugim spektaklu miałem już jakiś plan, który starałem się zrealizować bardziej świadomie. Jeśli chodzi o spektakl, nad którym pracuję aktualnie, to mam bardzo precyzyjny plan i dokładnie wiem, co chciałbym usłyszeć na końcu. To rodzi strach, że na przykład tego nie usłyszę. I być może publiczność uzna, że to jest ok, ale ja będę wiedział, że miało brzmieć inaczej.

W jaki sposób nagrywana jest muzyka do spektakli?

Komponuję całkowicie sam, bo jak mówi przysłowie: Gdzie kucharek sześć, tam dwanaście cycków. Staram się, aby jak najwięcej instrumentów było nagranych przez instrumentalistów, ale w przypadku rozbudowanych orkiestracji to zwyczajnie niemożliwe ze względów budżetowych. Instrumenty dęte nagrywam najczęściej z Irkiem Wojtczakiem, o którym – moim zdaniem - rozpiszą się jeszcze wszystkie encyklopedie muzyczne. Irek nagrywa również te partie fortepianu, które przerastają moje umiejętności. Jeśli pomysł na aranżację zawiera sopran, to nie zastanawiając się dwóch sekund dzwonię do Magdaleny Gruszczyńskiej, której głos wbija mnie w parkiet.

The Stags
Poza teatrem pracujesz nad kilkoma niezależnymi projektami muzycznymi... Na razie możemy posłuchać utworów jednego z nich, mianowicie The Stags. Opowiedz o nim.

Wraz z Arkiem Hronowskim powołaliśmy go do życia już ponad 2 lata temu, więc powoli zaczyna mówić, urosły mu mleczaki oraz coraz częściej korzysta samodzielnie z ubikacji. Jak z każdym 2-latkiem, jeszcze nie do końca wiemy, co z niego wyrośnie, ale nasi znajomi lekarze twierdzą, że rozwija się prawidłowo. Pomysł w zasadzie przyniósł Arek, motywując to chęcią stworzenia czegoś odprężonego, bez napinki i nieprzewidywalnego nawet dla nas samych. Jedynym założeniem, którego trzymamy się za każdym razem, jest autonomiczność stylistyczna każdej poszczególnej piosenki. To w naturalny sposób przyciągnęło do nas kilku zajebistych muzyków i ku naszemu zadowoleniu przyciąga ich coraz więcej.
Póki co nie mamy w związku z tym projektem "mokrych snów o potędze". I bardzo dobrze, za każdym razem bawimy się, tworząc kolejne piosenki. Dalekosiężne plany potrafią wiele zabić w spontanicznym pojmowaniu twórczości. Na razie przygotowujemy się do ósmej piosenki i klipu. W pierwotnym pomyśle nie chcieliśmy pokazywać naszych facjat, dlatego schowaliśmy się za pseudonimami Dr. No & Nobody - przeszły one wraz z nami z wcześniejszego projektu Vulgar, którego pomysłodawcą był nasz przyjaciel, Krzysztof Sadowski, okolicznym dziewczętom znany jako Sado. O ile pamiętam, to on nadał nam owe złowrogo brzmiące pseudonimy.

To projekt stricte wirtualny, czy będzie regularnie wychodził na ulicę?

The Stags, tak jak wspomniałem wcześniej, był luźnym pomysłem na zasadzie „Chodź zamiast grać w golfa, pograjmy jakąś muzykę”. No, ale skoro mamy już tyle kawałków, to w zasadzie jesteśmy blisko skończenia materiału na całą płytę. Arek twierdzi, że moglibyśmy to jakoś promować. Jest plan, żeby zwieńczyć projekt płytą i myślimy też nad koncertami. Choć to odważne stwierdzenie, bo najpierw należałoby zagrać jeden koncert i zobaczyć, czy to się w ogóle sprawdzi.

Kto odpowiada za otoczkę wizualną utworów Stagsów?

Kiedy kończymy fazę produkcji muzycznej, zwykle automatycznie pojawia się pomysł. O ile pamiętam, dwa z nich zrodziły się z totalnego braku pomysłu przy jednoczesnym nadmiarze czerwonego wina w naszych organizmach i te klipy uważam za jedne z ciekawszych. Nie namówisz mnie, abym powiedział, o które chodzi dokładnie! Do tej pory realizowali je dla nas: Arkadiusz Okoński, Hania Okońska, Izes Sawicka oraz Radek Moenert.

The Stags, fot. Hanna Okońska
Są jeszcze dwa zespoły, które niedługo wyjdą z cienia. Zdradzisz czytelnikom, co to za projekty?

Pierwszy z tej dwójki nosi nazwę Soundfire. To warszawski projekt, który tworzymy wraz z Tomaszem Snake-Kamińskim i Robertem Nobisem. Bardzo często można nas zobaczyć i usłyszeć w klubie Platinium lub na pokazach mody. Po dwóch latach grania razem, postanowiliśmy zrobić nasz autorski materiał. Snejk (gitara) wcześniej grał w Golden Life, a obecnie u Dody. Nobis (dj) ciśnie przede wszystkim w warszawskich klubach.
Dance Like Dynamite tworzymy z Krzysztofem Sado Sadowskim i Piotrem Pawłowskim. Bardzo jest mi ciężko nazwać rejon, w którym się poruszamy. Skończyliśmy właśnie naszą Epkę i teraz czeka nas żmudny proces dopisywania ideologii do naszych piosenek - po to, aby komunikować się ze słuchaczami za pomocą liter. Cytując Franka Zappe: pisanie o muzyce, to jak tańczenie o architekturze :)

Tworzenie muzyki to jednocześnie Twoja praca zarobkowa?

Do pracy jako takiej chodziłem w całym moim radosnym życiu cztery dni i szczerze mówiąc, nie poszło mi zbyt dobrze. Od tamtej pory - a było to w okolicach matury, do której przygotowywałem się jeszcze na tajnych kompletach - jestem na emeryturze. Mogę dzięki temu realizować moją jedyną życiową pasję, jaką jest muzyka. Praca dla większości ludzi jest tym czymś, z czego muszą się wywiązać, żeby kupić sobie produkty do jedzenia, picia, czy zachowania higieny osobistej. Oczywiście nie poradziłbym sobie finansowo, gdybym robił tylko świetne, niszowe i artystycznie ciekawe projekty. Dlatego jestem również producentem. Często robię muzykę do reklam, piszę i aranżuję dla innych artystów. To często bardzo trudna sprawa, ale zawsze sobie powtarzam, że nie wolno się obrażać na takie zlecenia, ponieważ często dużym wyzwaniem jest zrealizować je w sposób ciekawy, pomijając oczywisty fakt, że dzięki nim mogę robić to, co kocham.

Czy to muzyczne spełnienie czyni z Ciebie w pełni szczęśliwego człowieka?

Nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem człowiekiem nieszczęśliwym, jednak pełnia mojego szczęścia majaczy gdzieś daleko. Mam wielu (biorąc pod uwagę statystycznego Polaka) bliskich i bardzo kochanych przyjaciół. Jestem zdrowy i mam otwartą głowę - to czyni mnie szczęśliwym, ponieważ dodaje mi pewności siebie. Mam jednak bardzo wiele pomysłów, dlatego stresują mnie moje własne ograniczenia i ten nadludzko zapie...cy czas, który bez przerwy grozi mi palcem. Podobno pierwsze czterdzieści lat dzieciństwa jest najtrudniejsze.

Co do czasu... Gdyby podróże w czasie były możliwe, to cofnąłbyś się do przeszłości, żeby coś zmienić, czy wolałbyś zobaczyć swoją przyszłość?

Szczerze mówiąc, ani jedno, ani drugie. Mimo gorzkiej świadomości, jak wiele spraw w życiu pokpiłem, co mogłem zrobić lepiej i jakie świetne okazje przeszły mi koło nosa... Jednak mam wciąż w sobie bardzo wiele zapału i koncentruję się na tym, co, mimo wielu przeciwności, udało mi się osiągnąć. Przyszłość jest dla mnie ciekawa i motywująca. Jak by to było niefajnie znać zakończenie. Od bardzo dawna skupiam się na teraźniejszości i zapewniam, że nie ma to nic wspólnego z wegetacją.

Blenders, fot. Tomek Bergmann
Dlaczego nie ma już Blendersów? Traktowałeś ten zespół poważnie?

Bardzo poważnie. Jednak po dwudziestu latach zwykle faceci rozwodzą się ze swoimi starymi żonami i szukają nowych. Tak też było w tym wypadku. Zespół miał taką formułę, która miała prawo się wyczerpać. Nie chciało nam się już w naszym wieku śpiewać o "punktach G", czy kupnie czarnego ciągnika. Natomiast ten zespół był dla mnie bardzo istotny i nadal tak jest - w końcu wiele rzeczy, z których korzystam dzisiaj, nauczyłem się właśnie tam.

Czy przez te dwadzieścia lat zdarzało Ci się myśleć o opuszczeniu Blendersów?

Tak, jasne. Nawet bardzo często. Ale nie wynikało to nigdy z jakiejkolwiek niechęci, tylko raczej nie wiem... może zmęczenia. A poza tym przez jakiś czas grania w Blendersach rodziła się już we mnie ta chęć tworzenia muzyki teatralnej i filmowej, którą robię dzisiaj. Ponadto wnerwiały mnie już imprezy typu "Sylwester w Polsacie".

Lepiej czujesz się w roli performera czy kreatora?

Na tym etapie mojego życia zdecydowanie w roli kreatora. Zagrałem w życiu prawie dwa tysiące koncertów i po wielu latach miałem tego dosyć. Co prawda, odczekałem już kilka lat i znów mam ochotę trochę pograć, ale to już coś zupełnie innego niż kiedyś. Wcześniej chciałem grać jak najwięcej koncertów, dla jak największej ilości ludzi, a teraz wręcz odwrotnie - chciałbym grać mało koncertów, za to w wyjątkowych miejscach i dla niewielkiej publiczności. Bardzo zależy mi też na tym, by tak ukierunkować swoje życie, żebym mógł poświęcić się w pełni muzyce teatralnej i filmowej.

[rozmawiała: Agnieszka Hirt]

27 listopada 2015


NEW ORDER Music Complete, [2015] Mute || Kim jest grupa docelowa New Order? Pogrobowcy post-punka, z rozpędu fani Joy Division, bywalcy dyskotek, miłośnicy synth-popu, indie-rocka, lat osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych, wczesnych zerowych? New Order rozpinają się ponad gatunkami i dekadami tak szeroko, że wydają się oddaleni od dzisiejszej rzeczywistości i publiczności. Ba, dla wielu powrót zespołu w początkach X XI wieku wydaje się już faktem (pra-)historycznym. Ale to właśnie wtedy New Order pokazali tym, którzy lata osiemdziesiąte pamiętają już tylko przez mgłę i pryzmat teledysku "Blue Monday", że stoją za nimi przede wszystkim niezłe i ponadczasowe piosenki.

Tych nie brakuje na "Music Complete". Pierwsze z brzegu "Restless" od razu rozpoznajemy jako typowy singiel New Order, z charakterystycznym zmysłem melodycznym i niezmiennie młodzieńczym wokalem Bernarda Sumnera. Pogłoski o zdecydowanie bardziej elektronicznym charakterze nowej płyty niż poprzednich "Get Ready" i "Waiting For The Sirens' Call" są mocno przesadzone. "Restless" spokojnie mogłoby się znaleźć na którejś z powyższych, melodyjny indie-rockowe gitary usłyszymy tu niejednokrotnie, elektronika zaś zawsze była nieodrodną częścią muzyki New Order. Na "Music Complete" mamy co najwyżej inaczej rozłożone akcenty, zaś przynajmniej w pierwszej swej połowie album jest na tyle różnorodny, że zbliża się niemal do granicy stylistycznego rozedrgania. "Plastic" zgodnie z tytułem brzmi syntetycznie, ale nie kona się tu żaden dramat. "Tutti Frutti" flirtuje z italo-disco i co w założeniu zapowiada się okropnie, okazuje się najfajniejszą piosenką płyty. "People On The High Line" brzmi jak młodzieżowy, eurodance'owy hip-hop z początku lat dziewięćdziesiątych. Współcześniej wydają się brzmieć "Singularity" i "Unlearn This Hatred", ale tylko jeśli przeczytamy, że za ich produkcją stoi Tom Rowlands z The Chemical Brothers.

Właśnie, choć goście na "Music Complete" mają zapewne przyciągnąć nowszych słuchaczy, to bez żadnego wyjątku przemijają całkowicie nierozpoznani. La Roux mogłaby być zastąpiona każdą randomową wokalistką znaną z dance'owych chórków. Brandon Flowers? Nie do zauważenia. Iggy Pop, choć to pewnie ukłon w stronę post-punkowych korzeni, brzmiał jak Iggy Pop na płycie Cat Power, ale nie tutaj. Zasadniczo zatem, żaden z gości nie wnosi do "Music Complete" nic.

Wystarczyć powinny po prostu piosenki. I tak by było, gdyby nie ich porażająca długość (i w efekcie całego albumu). Obowiązkowe minimum dla New Order to 5 minut, standard to 6-7 minut, najnudniejsze "Nothing But A Fool" sięga prawie 8 minut i w żadnym przypadku nie ma dla tego uzasadnienia. Każda z kompozycji to materiał na typową trzyminutową piosenkę, zespół sprawia wrażenie jakby nie potrafił znaleźć kompozycyjnego rozwiązania dla żadnego z często przecież nośnych motywów. "People On The High Line" symptomatycznie po niemal 6 minutach, kończy się wyciszeniem pamiętanym z kupowanych w latach dziewięćdziesiątych kaset. "Music Complete" jest zabawne i niezobowiązujące, choć tam gdzie mini-album "Lost Sirens" pozostawiał wesoły niedosyt, nowa płyta ciąży przesadnym rozwleczeniem. Wbrew tytułowi i opinii części krytyki kamieniem milowym w karierze New Order "Music Complete" z pewnością nie będzie. 6.5/10 [Wojciech Nowacki] 

26 listopada 2015


EDITORS In Dream, [2015] [PIAS] || Editors zamiast zespołem jednej płyty są raczej zespołem kolejnych płyt. "The Back Room" pozostaje do dzisiaj płytą klasyczną, choć właściwie nie wiadomo do końca dlaczego. Być może w dobie dogasającej nowej rockowej rewolucji, dance-punka, revivalu post-punka pokazywała, że gitarowe indie-granie potrafi być nadal żywotne. Być może chodziło o stylowość, może o emocjonalność, może po prostu o bardzo dobre piosenki. Owszem, masa zespołów oferowała ówcześnie te same składniki, ale jednak z jakiegoś powodów to jedynie debiut Editors (i na chwilę Franz Ferdinand) potrafił mnie wtedy poważniej zainteresować.

Przetrwanie Editors zawdzięczać też może paradoksalnie części niepochlebnej krytyki. Spójrzcie gdzie dziś znajduje się Interpol, przypominający swój własny revival-band. "Turn On The Bright Lights" stało się płytą kultową, ale przynajmniej tak samo dobry "The Back Room" już spotkał się z opiniami o Editors kopiujących Interpol kopiujących Joy Division. Częściowe lekceważenie
debiutu Editors sprawiło tym samym, że w porównaniu z ówczesną album ten praktycznie się nie zestarzał, ale również zespół od samego początku cieszył się pewnego rodzaju taryfą ulgową.

Wreszcie, choć z różnymi efektami, to z godną podziwu determinacją Editors konsekwentnie unikali autoplagiatów. "An End Has A Start", choć skrojone wg zasady "jak debiut, tylko bardziej" i tęsknie zerkające w stronę stadionowości Coldplay i U2, to jednak po latach broni się całkiem nieźle piosenkami w części równie dobrymi co na debiucie. Całkowity odwrót w stronę chłodu syntezatorów na "In This Light And On This Evening" przyniósł zarówno kilka najlepszych piosenek w karierze zespołu, jak i niezapamiętywalne mielizny. Na tym tle "The Weight Of Your Love" jawiło się przynajmniej jako płyta równa. Brzmienie amerykańskiego rocka w wykonaniu Editors okazało się jednak najmniej twarzowe spośród wszystkich testowanych, album zaś nadal jawi się jako dość nudnawy i wyjątkowo mało ekscytujący.

A "In Dream"? Najprościej mówiąc jest to miks "In This Light And On This Evening" i "The Weight Of Your Love". Z pierwszego wzięte zostało mocne zanurzenie się w ciężkie syntezatory, z drugiego zaś wyważenie i dopracowanie materiału. Elektronika w wykonaniu Editors przekonywała mnie na "In This Light And On This Evening" i przekonuje mnie tutaj, z tym że "In Dream" jest zdecydowanie mniej rozedrgane między świetnym a miałkim, a na podobieństwo "The Weight Of Your Love" jawi się uśrednione, ugrzecznione. I od poprzednika z pewnością ciekawsze.

Nie dajcie się jednak zwieść pogłoskom o eksperymentalnym charakterze płyty. Medytacyjne "No Harm" na początek jest faktycznie nietypowym otwarciem, ale już finałowe "Marching Orders" wyjątkowe jest już tylko dzięki swej długości. Tutaj też znów odzywają się echa U2, wyraźnie obecne też w patetycznym i pełnym chrystologicznych odniesień "Salvation". Reszta na szczęście to świetnie wyprodukowany ejtisowy synth-pop, owszem, mroczniejszy a'la Depeche Mode, ale równie często rytmiczny a'la Pet Shop Boys. Rytmiczny nie znaczy jednak przebojowy, zwłaszcza w drugiej połowie albumu, po mechanicznym "The Law", słychać nacisk położony bardziej na budowanie atmosfery niż melodii, nawet w mierzącym w przebojowość "Our Love". I choć pod koniec "In Dream" może zacząć nudzić, to dla równowagi w początku mamy typowe dla Editors, przestrzenne i eskalujące "Ocean Of Night" czy łączące synth-pop z indie-gitarami "Forgiveness".

Żadne rewolicja się nie kona, nie sądzę, żeby poza całkiem licznym gronem fanów ktokolwiek nowy zarejestrował wydanie piątego albumu Editors. Ale zespół jest nadal stylowy, Tom Smith nadal jest wokalistą o wielkich możliwościach a "In Dream" to kolejny z niezłych albumów. I tyle. 7/10 [Wojciech Nowacki]

9 listopada 2015


TATA BOJS A/B, [2015] Supraphon || Gdy piszę o czeskich wydawnictwach staram się to robić jeśli są w Polsce zarówno dostępne, jak i przystępne. Dostępność nie jest już wielkim problemem, większość, od nie tylko mainstreamu na serwisach streamingowych po alternatywę na Bandcampie, posłuchać możecie wszystkiego co Was zaciekawi. Żeby się tak jednak stało, wykonawca musi być przystępny nieczeskiej publiczności bez obszernego aneksu z kulturowo-językowymi przypisami. Tata Bojs mają w Czeskiej Republice tak wielki status, że ani nie potrzebują myśleć o zagranicy. Ale że jest to pozycja całkowicie zasłużona, potraktujcie ten tekst bardziej jako felieton niż recenzję nowego albumu.

Rockowa werwa, popowa przebojowość i subtelne podbarwienie elektroniką to najprostsza recepta do zdobycia sobie powszechnego szacunku słuchaczy. Zarówno tych mających z muzyką kontakt okazjonalny i komercyjnie użytkowy, jak i tych którzy, jak to się mówi. w muzyce "siedzą". Tata Bojs ani ci mocno alternatywni nie traktują jako guilty pleasure, ani niedzielni słuchacze nie odmówią sobie gromadnego śpiewania na koncertach ich inteligentnych piosenek. Parafrazując Kaśkę Nosowską, zasada "za alternatywna na mainstream, za mainstreamowa na alternatywę" nie ma u Tata Bojs zastosowania. I jest to kolejny z powodów, dla których mówi się o roli Tata Bojs w czeskiej muzyce od końca XX wieku jako o "czeskim Radiohead".

Jasne, Radiohead często bliżej było do awangardy niż popu, ale mam nadzieję, że intuicyjnie wiecie o co chodzi, o idealnie i naturalnie wyważone proporcje zapewniające uniwersalny dostęp do szerokiego spektrum słuchaczy. Ale czy pamiętacie o jakim polskim zespole mniej więcej od 2001 roku zaczęto mówić jako o "polskim Radiohead". Ano właśnie o zasugerowanym wyżej Hey. Analogia między Heyem a Tata Bojs jest jak najbardziej trafna, choć mniej tutaj chodzi o podobieństwa muzyczne a bardziej o pozycję na rynku. Płyty obu tych zespołów ukazują się we w miarę regularnych odstępach, każdy z nich się świetnie sprzeda, nawet jeśli będzie słabszym w dyskografii, co najpewniej oznaczać będzie lekki autoplagiat, chwilowe zachłyśnięcie się słuchacza nowością i szybkie zapomnienie.


Szkoda, że akurat przy "A/B" zebrało mi się na przedstawienie Wam Tata Bojs, bo to akurat ten przypadek płyty, która nie, bynajmniej nie jest zła, ale zamiast w nowy efektowny sposób łączyć wykorzystane wcześniej elementy brzmienia, to najczęściej w niezwykle charakterystyczny sposób je kopiuje. Ale z tego samego powodu nowy album może okazać się całkiem niezłym wprowadzeniem do dyskografii Tata Bojs, skomplikowanej w latach dziewięćdziesiątych (kasety, pół-dema, pół-albumy) i legendarnych w latach zerowych (przynajmniej dwa tytuły na liście bezapelacyjnie najlepszych czeskich płyt). Przełom nastał z płytą "Futuretro" po raz pierwszy w Czechach w takiej skali i tak nowocześnie łączącej chwytliwy (pop-)rock z elektroniką. "Biorytmy" przyniosły doprecyzowanie brzmienia i kolejny komercyjno-artystycznych sukces, zdyskontowany tylko przez "Nanoalbum" - koncept album i multimedialny projekt na niespotykaną skalę. Płyta, książka, trasa koncertowa, DVD, może trochę naciągana historia miłosna ze świata nanotechnologii, ale muzycznie i koncepcyjnie nie do obalenia. Na "Kluci kde ste?" zespół wrócił do prostszej rockowej bezpośredniości a na przedostatniej płycie "Ležatá osmička" inteligentnie i autoironicznie flirtował z tematem powtarzalności.

Na "A/B" powtarzanie się pomysłów i charakterystycznych tatabojsowych patentów zamierzone już nie było, po czterech latach oczekiwania recyklacja tak dobrze już znanych Czechom brzmień jednak jest rozczarowaniem, nawet jeśli Tata Bojs poniżej pewnego poziomu nie schodzą. Dwie najlepsze piosenki "S ní" i "Antikvariát" ukazały się już wcześniej na specjalnym winylowym singlu (i obie opatrzone teledyskami, ot, czeskie kino w miniaturze). Pierwsza subtelnym elektronicznym galopem graduje w stronę pełnej smyczków eskalacji. Druga zaś jest po prostu niesamowicie przebojowa, śpiewna, ale i emocjonalna i zwłaszcza w warstwie lirycznej melancholijna. Poza tym Tata Bojs to rockowa energia ("Gastronaut"), gustowny pop-rock ("Sonda" i "Radioamatér"), werwa z odrobiną niepokoju ("Rubik a Kubrick", mimo słabo dobranych gości), trochę żartów ("Kamarádky", "Národní") czy perfekcyjny zmysł do emocjonującej eskalacji ("Hrana").


Ale cały czas mówimy tylko o muzycznej stronie Tata Bojs, kto wie, czy niemającej najwyżej połowicznego znaczenia. Bo Tata Bojs to przede wszystkim teksty - dowcipne, inteligentne, czasem gorzko komentujące rzeczywistość, często operujące po prostu grą słowami i w ich wykonaniu niemal nieskończonymi możliwościami czeszczyzny. Już pierwsze na płycie słowa minulost je past to czesko/angielska słowna łamigłówka (przeszłość to pułapka/przeszłość to przeszłość), niektóre piosenki zaś na tych językowych grach niemal wyłącznie bazują. Próbowaliście kiedyś obcokrajowcowi wyjaśnić jakim świetnym polskim zespołem jest Hey, tłumacząc jak genialną tekściarką jest Nosowska? No właśnie, z Tata Bojs mamy ten sam problem. Ale bez rozumienia tekstów powinniście docenić lekkość i od dawna już Czechom znaną pomysłowość ich muzyki. 7/10 [Wojciech Nowacki]

5 listopada 2015


Czeski niezależny label Indies Scope po raz kolejny zaprezentuje się w Warszawie na trwających od 6 do 8 listopada 2015 roku targach Audio Video Show. Wydawnictwo stoi za najciekawszymi tytułami czeskiej alternatywy, mam więc nadzieję, że będzie mogli zaopatrzyć się w płyty takich wykonawców jak KieslowskiKvěty czy DVA. Ale też poznać nowości, zarówno typowe, jak i poszerzające tradycyjne portfolio labelu.



Ghost Of You to młody zespół z Brna, który przebojowe refreny stara się podawać w formie elektroniczno-gitarowej psychodelii, pełnej energii i emocji. Po trzech latach istnienia i epce "Ocean K.", którą za darmo możecie pobrać z zespołowego Bandcampa, właśnie wydali debiutancki album "Glacier And The City". Płyta podsumowuje przesunięcie akcentów z wczesnych inspiracji post- i math-rockiem w stronę współczesnego psychodelizującego synth-popu a promuję ją teledysk do piosenki "Deerhunter".


Bombarďák powstał jako grupa dla dzieci, ale nieoczekujcie dobranockowych kołysanek. Zespół z punkową werwą miesza style, od rocka i country po folk i tango, w jedną kolażową całość. Tytuł nowego albumu, "PÍP" to nic innego jak wypipany wulgaryzm, celem płyta ma bowiem być przygotowanie słuchacza jak wytrwać w świecie dorosłych. Bombarďák więc nie tylko nadaje się dla nie do końca poważnych dorosłych, ale też malowniczo obrazuje czeski stosunek do wychowywania dzieci.


Čankišou reprezentują typowe dla Indies Scope folkowo-etniczne brzmienie. Istniejąca od ponad piętnastu lat grupa łączy różnorodne etniczne inspiracje z egzotycznym instrumentarium i rockowymi korzeniami, sięgając swymi poszukiwaniami od Reunionu po Pakistan. Na koncie mają również muzykę do filmu "Nuda v Brně" i choć starają się walczyć z etykietą world music, to na najnowszym albumie "Supay" zdecydowanie podążają ta znaną, ale ciągle zaskakującą drogą.



Tara Fuki powinno być szczególnie bliskie Polsce, wiolonczelistki Andrea Konstankiewicz i Dorota Barová na swym ostatnim albumie "Winna" urzekły polskimi wokalami, ale po pięciu studyjnych płytach nadszedł czas na podsumowanie. Na kompilacji "The Best Of Tara Fuki" duet starannie wybrał najistotniejsze dla siebie kompozycje oraz nową "V rytmu deště", wyjątkowo śpiewaną po czesku. Kolekcja jest zatem świetna okazją to zapoznania się z twórczością duetu. [Wojciech Nowacki]

3 listopada 2015


PLEASE THE TREES Carp, [2015] Starcastic || Rock definiuje się przez własny stosunek do tradycji. W wielkiej skali oznacza to najczęściej powielanie gatunkowych prawideł, powtarzanie schematów, zapełnianie stadionów wydaniem dwudziestego albumu w czterdziestoletniej karierze. Pewność i bezpieczeństwo. Co przystoi wielkim, młodszym zapewni oskarżenia o niewnoszenie niczego nowego do muzycznych prawideł (chyba, że tym młodym jest Jack White). Igranie zaś z gatunkowymi podziałami, mimo że tracącymi dziś znaczenie, grozi zepchnięciem do alternatywy czy pogardliwie ujmowanego indie. Jeśli zatem rock stoi w miejscu to tylko z winy jego najwierniejszych fanów. Skuteczna rewitalizacja muzyki rockowej również odnosić się musi do tradycji. Ale nie jako kopiowanie klasyki, lecz jako odzieranie rocka ze skostniałych naleciałości i powrót do pierwotnego, surowego korzenia, czystego entuzjazmu i emocjonalnej zadziorności. Nieprzypadkowo więc najciekawsi młodzi twórcy, Metz, Viet Cong, częściowo Deerhunter, wywodzą się z kręgów noise'u. Bo w swych początkach rock mógł być przyjemny, ale musiał być niebezpieczny.

Please The Trees powstali z przecięcia lekko post-rockowego ducha instrumentalistów oraz folkowych fascynacji Václava Havelki III. Kształt ten utrzymał się na dwóch albumach, choć prawdziwe imponujące brzmienie zespołu wykuwało się w czasie żywych występów. Stąd też "A Forest Affair", trzecia płyta Please The Trees, jawiła się jednak jako rozczarowanie. Im mocniej podkreślano udział amerykańskiego producenta, tym silniej jawiło się jej przeprodukowanie, niespójność pomysłów i bezradność w oddaniu koncertowego żywiołu. Havelka zawsze był człowiekiem wielu projektów, ale po odejściu w niebyt solowo-folkowego selFbrush i zmiękczeniu Please The Trees na "A Forest Affair", wyraźnie oddalał się od gitarowej estetyki, jednocześnie (i paradoksalnie) eksplorując znacznie surowsze brzmienia. W duecie Tvrdý/Havelka przerobił na synth-popową modłę klasyki czechosłowackiej nowej fali i punka, w kolejnym duecie Were Mute organicznym sposobem dotarł do granic noise'owej elektroniki, by w pełni przekroczyć je kwaśnym, brudnym ambientem solowego projektu Vac Da Hawk.

W wyniku splotu koncertowych okoliczności w lutym 2014 roku Please The Trees znaleźli się w Detroit z wolnym dniem. I podobnie jak wcześniej Blur weszli do studia by niezobowiązująco zarejestrować materiał, który po dograniu przez Havelkę wokali w Nowym Jorku stał się niespodziewanie czwartym albumem Please The Trees. Spontanicznie uchwyconym momentem zespołu będącego u szczytu koncertowej formy. Surowym, pierwotnym i zgrzytliwym.


Nowe, garażowe brzmienie Please The Trees słuchać już w pierwszych paru piosenkach. Na początku albumu wydawać się może, że zespół, owszem, zaostrza brzmienie, ale zarazem wyraźnie zamierza mocniej eksplorować swoją obecną już wcześniej piosenkową stronę. Ale zamiast folkowych ech w "All I Want To Do" słyszymy brud, entuzjazm i głos Havelki, często zbyt dominujący, tutaj skryty za pogłosem i przeradzający się w efektowny zaśpiew. "A Song Is Its Own World" to zaś prosty trzyminutowy rock'n'roll, czyli przeciwny biegun dawnych post-rockowych pasaży. Odcienie zmieniają się w "Missing Feeling Nothing". kto wie czy nie jednej z najlepszych piosenek Please The Trees, niższej, bardziej niepokojącej, niemal grunge'owej, ale melodyjność amerykańskiego alternatywnego rocka rozwijając a'la Deerhunter w powtarzalny trans z potencjałem koncertowego rozciągania w satysfakcjonującą nieskończoność.

Jeśli dwiema pierwszymi piosenkami "Carp" z energią wyskoczył ponad powierzchnię stawu a zetknął się z nią znów w "Missing Feeling Nothing", to od tego momentu zanurzamy się w coraz głębsze tonie. "Suite F" stanowi centralny punkt płyty i zarazem papierek lakmusowy nowego brzmienia Please The Trees. Ośmiominutowy plemienny trans swoją szamańskością odwołuje się do The Doors a pozornym i ściśle kontrolowanych rozimprowizowaniem przypomina naszą Ściankę. Naturalnego pulsu nadaje kompozycji bas Míry Syrného, ale zwróćcie uwagę jak fantastyczne pracuje tutaj perkusja Jana Svačiny. Skoro obecnie Please The Trees to "power-trio", czyli praktycznie Václav Havelka III plus sekcja rytmiczna to jej rola nie może umknąć ciężko zasłużonej uwadze. Unia trzech instrumentów w "Not This Way", kompozycji znanej z koncertów już od paru lat, przy pomocy tej samej powtarzalności tym razem buduje "zepsutą", ale jednak piosenkę. I ostatni moment lekkości przychodzi w dwuminutowym instrumentalnym "S.E.K.", gdzie surfowy klangor i rock'n'roll z lat 60' autoironicznie spotyka się z późniejszym o pół wieku własnym revivalem w postaci "nowej rockowej rewolucji".


"Consider Death", najcięższy utwór w historii Please The Trees, bierze upiorność post-rocka, dźga ją gitarowymi riffami i popycha kompozycję znów w stronę ściankowego noise'u, Havelkę zaś ku szaleńczym / ekstatycznym okrzykom. Finałowy "Petr Humpal" to już tylko biały hałas, noise'owy płomień w którym Please The Trees spalają się całkiem dosłownie, co zobaczyć można było na plenerowym chrzcie płyty. Ale uwaga, to nie koniec, zespół postanowił dopieścić nośnik znajdujący się dziś w największym odwrocie, czyli płytę kompaktową. Tylko na tym wydaniu znajduje się "I'm Like A Map", ponad jedenastominutowa recytacja amerykańskiego poety (i konsultanta tekstów Please The Trees) z improwizowanym podkładem zespołu. I jest to dopieszczenie porównywalne z "Disgustipated" Tool czy "Stupid Mop / Hey Foxymophandlemama, That's Me" Pearl Jam.

Przy całej swej, jakkolwiek źle i oklepanie to brzmi, światowości "Carp" jest jednocześnie najwyraźniejszym czeskim akcentem w działalności Please The Trees. Znajdująca się na okładce ilustracja Huberta Suchého od dawna chodziła Havelce po głowie jako pomysł do wykorzystania. Karp jest jednocześnie nieoficjalnym symbolem położonego w południowych Czechach i otoczonego rybnymi stawami miasta Tábor, skąd wywodzi się zespół Please The Trees. Powrót do korzeni zatoczył pełne koło. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]