28 grudnia 2015


GUNS N' ROSES Chinese Democracy, [2008] Geffen || Właściwie w ten album można walić jak w bęben nawet bez podjęcia trudu posłuchania płyty. Wszystkie lata, które minęły od rozpadu Guns N' Roses Axl Rose poświęcił na robienie z siebie podręcznikowo infantylnej, bufoniastej, despotycznej gwiazdy rocka. Setki wypowiedzi o genialności albumu przy jednoczesnym ciągłym oczernianiu Slasha wywołały dwie rzeczy. Po pierwsze, nikt nie był już w stanie znieść biadolenia Rose'a. Po drugie, spodziewano się płyty fenomenalnej, nawet pomimo tego, że nie brano Axla zupełnie na serio. Zresztą brać Rose'a na poważnie jest po prostu niemożliwe. Najzagorzalsi fani zespołu liczyli jednak na cud.

Przez długie lata album pozostawał w stadium produkcji pochłaniając prawie 13 milionów dolarów. Oczywiście fakt ten wywołał setki ironicznych komentarzy ze strony dziennikarskich autorytetów. Ba, nawet producent Dr. Pepper’a postanowił przyłączyć się do śmiechów, przyrzekając solennie, że w dniu premiery "Chinese Democracy" każdy dorosły Amerykanin dostanie darmową puszkę napoju (potem się mistrzowsko z tego wykpił). No a Axl, jak to Axl, tu pomarudził na niezrozumienie ze strony świata, tam pogroził komuś procesem, tu przyjął albo wywalił jakiegoś muzyka. A płyty wciąż nie było.W szeregach Gunsów panował zresztą nieopisany bałagan i chyba nawet sam Rose nie wiedział, kto u niego aktualnie gra. W trakcie prac nad płytą przez zespół przewinęły się takie indywidualności jak Buckethead, (niezwykle utalentowany gitarzysta, nękany jednak przez specyficzne anomalie osobowościowe, lubił choćby nagrywać w kurniku a na głowie nosi kubeł po kurczakach z KFC), Ron "Bumblefoot" Thal czy Josh Freese. Wszyscy oni byli utalentowanymi muzykami, ale branymi chyba z łapanki, zresztą stanowili wyłącznie narzędzie w rękach Rose'a. Nie trzeba zbytniego wysiłku, by wyobrazić go sobie jak nuci pod nosem melodyjkę, żądając aby podwładni odtworzyli ją na instrumentach. W jaki więc sposób miała z tego całego bałaganu wyjść dobra płyta? Szanse na to były znikome.

Pomimo nieustających starań zespołu, aby podtrzymywać medialny szum, w zasadzie jeszcze długo przed premierą wygasły wszelkie złudzenia.  Tak więc gdy w bólach, po wielu latach, narodził się szósty album Guns N’ Roses krytycy mogli sobie wreszcie poużywać. Przeważały oczywiście recenzje negatywne i zjadliwe, choć nie brakowało również ostrożnie obojętnych. Mało kto odważył się jednak powiedzieć cokolwiek pozytywnego na temat zawartości "Chinese Democracy". Można oczywiście próbować wyjaśniać to psychologią tłumu Przez kilka ładnych lat produkcji w dobrym tonie leżało naśmiewanie się z Axla, nie wypadało więc po premierze zacząć płytę wychwalać. Ryzyko narażenia się na ironiczne uśmiechy kolegów po fachu było zbyt duże, a nikt nie lubi wychodzić na ignoranta. I faktycznie, byłoby to bardzo prawdopodobne wyjaśnienie powodów dla których "Chinese Democracy" spotkało się z tak chłodnymi reakcjami. Problem w tym, że reakcje te nie wynikały ze złośliwości dziennikarzy, a z prostego faktu, że to album beznadziejny.


Tak, łatwo w "Chinese Democracy" walić jak w bęben. Tyle, że jest to jak najbardziej zasadne. To co prezentuje zespół to nic więcej, jak młócka pozbawiona polotu, ikry, klasy i stylu. Nie mogę zrozumieć, co też Guns N’ Roses spodziewali się uzyskać. Zawojować rynek samą nazwą? Wyciągnąć jak najwięcej kasy na marketingowym szumie poprzedzającym premierę? Niestety, blask Gunsów zdążył przyblednąć już w połowie lat dziewięćdziesiątych (nie bez powodu nazywano ich Guns N’ Posers). Potem było już tylko gorzej. Co do zysków marketingowych to wątpię aby udało się odzyskać choćby połowę kosztów samej produkcji. No dobrze, ale co z muzyką? W połowie odsłuchu miałem wrażenie jakby ktoś podtruwał mnie chloroformem aż do utraty przytomności. W okolicach utworu "Sorry" zdałem sobie sprawę, że nie pamiętam, co przed chwilą robiłem. Zupełnie jakby ostatnie czterdzieści minut ktoś po prostu wyciął mi z życiorysu. Był czas, nie ma czasu! Siedzę i nie jestem w stanie przypomnieć sobie prawie nic z tego, co właśnie przesłuchałem, może poza okropnym łup łup eee, łup łup eee z początku utworu "Schackler's Revenge". Ktoś powie: "Hola, hola, Panie recenzencie. Niech Pan nie udaje, że ani razu nie przytupnął Pan nóżką!". Nie, ku***, nie przytupnąłem.

Byłem za to kilkakrotnie bliski przywalenia głową w ścianę. Co prawda płyta zaczyna się wzniośle od wypowiadanych półszeptem zdań po chińsku (istny Pink Floyd, można powiedzieć), tyle że potem jest naprawdę kiepściutko. Axl a to piszczy, a to wyje, czasami chce brzmieć jak Billy Corgan, innym razem jak Mike Patton. Co ciekawe, prawie nigdy nie brzmi jednak jak Axl Rose (może poza "Street Of Dreams"). A kompozycje? Jakie kompozycje? Na tej płycie nie ma kompozycji! Są zlepki napoczętych pomysłów, rozwijanych i sklecanych przez niezliczone tabuny niepowiązanych z soba muzyków. Jak się bardzo mocno zamyślę i dostatecznie znieczulę, to mogę polecić dwa utwory, znośny tytułowy i całkiem przyzwoity "If The World". Tyle że ta płyta trwa mordercze 65 minut! Jest to dawka zupełnie niestrawna, na potrzeby tego tekstu przyjąłem ją kilkakrotnie i ciągle mam po niej niesmak w ustach.

Gdyby "Chinese Democracy" nigdy nie powstało, a przeszło do historii jako jeden z wielkich, owianych legendą, niezrealizowanych projektów to stałaby się rzecz lepsza, tak dla Axla Rose'a jak i dla miłośników Gunsów. Myśli fanów zaprzątałoby dociekanie. co też mogło nas czekać na "tej epickiej płycie". Dzięki temu Guns N’ Roses nadal by intrygowali, wzbudzali zainteresowanie, chroniąc własną dyskografię przed albumem, którego miejsce jest jedynie na śmietniku historii. Dla wszystkich tych, którzy się ze mną nie zgadzają proponuje test: zanuć (bez włączania płyty) tu i teraz przynajmniej dwa utwory z "Chinese Democracy". Jestem pewien, że się po prostu nie da. I uwaga na marginesie: płytę byłem w stanie dostać w cenie 15 zł. Czyli jak by nie patrzeć rynek wycenia ją na równowartość trzech piw w tanim pubie. Co ma też swój własny ciężar gatunkowy, prawda? [Jakub Kozłowski]

26 grudnia 2015


Niekwestionowanym królem internetu jest w tym momencie (i zapewne będzie nim przez dłuuugi czas) długo wyczekiwany przez fanów Gwiezdnych Wojen hit "Przebudzenie Mocy". W nieco mniejszym stopniu tablice facebookowe zdominowały wieści o występie PJ Harvey na tegorocznej edycji gdyńskiego festiwalu Open'er. Ponadto artystka wypuściła teaser będący zapowiedzią nowego materiału. Zbyt wiele do słuchania może nie ma, jednak dla tych, którzy nie mieli okazji posłuchać odsyłam do źródła.


Ale ale... PJ to nie wszystko, mam kolejną świetną wieść koncertową! Dwudziestego października w Łodzi odbędzie się koncert grupy The Cure! Zatem wszyscy wielbiciele Roberta Smitha i jego zespołu niechaj rezerwują sobie trzeci czwartek października 2016 r., bo to pierwsza europejska trasa zespołu od ośmiu lat i nie wiadomo kiedy pojawią się u nas następnym razem...

Zostańmy jeszcze chwilę w temacie. Tym razem nie o zapowiedziach, ale o wykonach, które już miały miejsce. Na pierwszy ogień bracia Davies z londyńskiej rock'n'rollowej formacji The Kinks. Panowie zagrali utwór "You Really Got Me" pierwszy raz od 1996 r. A wybrzmiało to tak. A skoro mowa o tym tytule to nie mogłabym nie przypomnieć coveru duetu Robots In Disguise.

Jenny Lewis i St. Vincent wzięły z kolei na ruszt utwór grupy Deee-Lite "Groove Is In The Heart". Wyśpiewały go na festiwalu muzyki i miłości Trans-Pecos Festival. Przy okazji, warto przypomnieć sobie oryginał.

Teraz będzie coś od Lyncha. "Night – A Landscape With Factory" to osiemnastominutowy utwór, który pochodzi z wydawnictwa zatytułowanego "Polish Night Music", będącego kolaboracją amerykańskiego reżysera oraz polskiego pianisty Marka Żebrowskiego.

Swoich fanów dokarmia także muzycznie David Bowie, pokazując nowy utwór z nadchodzącej płyty. "Lazarus" wypuszczony do sieci tydzień temu ma w tym momencie ponad pół miliona wyświetleń na kanale YouTube. Co o nim sądzicie? Przypominam, że premiera krążka "Blackstar" zaplanowana jest na ósmego stycznia.


Kolejnym wydawnictwem, o którym chciałabym wspomnieć jest garść nowości od frontmana belgijskiej formacji Thot. Tym razem artysta prezentuje muzykę pochodzącą z jego solowego projektu The Hills Mover. Coś idealnie pasującego do chłodnych i szarych zimowych podwórek.

Teraz będzie o albumie, za którego produkcję odpowiedzialni są członkowie zespołu D4D - Adam Hryniewicki oraz Krystian Wołowski. Mowa o drugim krążku grupy MJUT, którego premiera miała miejsce 25 września a teraz możecie zapoznać się z trzecim singlem pochodzącym z tego wydawnictwa. 17 GB zamkniętych w ponad czterech minutach. Enjoy!

Zespół SIBIGA z Krakowa prosi z kolei żeby go nie dotykać. Pokornie spełniamy tę prośbę i tylko uważnie słuchamy... jak słyszymy na początku piosenki "nie możesz mieć wszystkiego" (zapamiętajcie to gdy będziecie zaglądać w wigilię pod choinkę).

Koniec roku to oczywiście wszelkie podsumowania. Przejrzałam kilka które odnoszą się stricte do muzyki z naszego podwórka i wybrałam spośród nich dwa wg kryterium nieobiektywnego i losowego. Daniel Bloom i Mela Koteluk. Ciekawe połączenie dwóch muzycznych światów, do tego Bloom który wcześniej tworzył muzykę filmową a od niedawna zaczął maczać palce w świecie piosenkowym. Posłuchać obowiązkowo!

Taniec Leśnych Grzybów polecam posłuchać w okolicach wieczora, żeby lepiej wczuć się w opowieść. Nieskomplikowana muzyka i teksty z kosmosu. Posłuchajcie! [Agnieszka Hirt, grafika: Łukasz Piwecki]

22 grudnia 2015


DAVID GILMOUR Rattle That Lock, [2015] Columbia ||  Co mogę powiedzieć o najnowszej solowej płycie Gilmoura? No właśnie... niezbyt dużo. Jest to jeden z albumów całkowicie mi obojętnych. Ani nie wywarł na mnie przesadnie złego wrażenia, ani nie zachwycił. Nie ukrywam jednak, że bardzo czekałem na "Rattle That Lock", nawet pomimo zupełnej pomyłki, jaką stanowiła "The Endless River" Pink Floyd. Tamten album był marketingowym chwytem nastawionym na szybki zysk kosztem oddanych fanów legendy. Solowy album Gilmoura to z kolei dzieło o wiele bardziej przemyślane i, do pewnego stopnia, uczciwe. Wypełnione jest lepszymi, ciekawiej zaaranżowanymi kompozycjami, pięknym wokalem i ciepłą grą gitary. W najnowszych utworach dostrzegam również szczerą chęć odnalezienia się przez Gilmoura w nowych, nie do końca przez niego zbadanych stylistykach. Tyle że płyta nie posiada niestety "tego czegoś" co sprawia, że muzyka zawarta na albumie potrafi poruszyć wyobraźnię, zbudować spójny klimat i nastrój.

Zresztą Gilmourowi nie udało się tego osiągnąć na żadnym z poprzednich solowych projektów. Różnica pomiędzy na przykład "About Face" a "Rattle That Lock" polega jednak na emocjach, młodzieńczej werwie i wyczuwalnej radości płynącej z grania. Za każdym razem, kiedy wracam do nowego albumu mam wrażenie obcowania z dziełem doskonałego rzemieślnika, ale nie artysty. Oczywiście, produkcja jest bardzo dobra, utwory (przynajmniej w teorii) zróżnicowane a teksty inteligentne (głównie dzięki coraz bardziej intrygującej Polly Samson). Każdy utwór to jednak wprawne cięcie chirurga, wykonującego setny raz tą samą operację. Chirurga cenionego i pewnego swoich umiejętności, który wie jednak, że nie zrewolucjonizuje już swojego fachu.


Spośród wszystkich kompozycji zawartych na albumie najbardziej zapada w pamięć "Today", głównie dlatego, że wraz z początkowymi taktami odnosi się wrażenie, że muzyk w końcu postanowił wyrwać słuchacza z coraz bardziej otępiającej drzemki. Po utworach "Beauty" i "The Girl In The Yellow Dress" te kilka minut potrafi przepełnić prawdziwą radością. Wraca bowiem poczucie, że sam Gilmour czerpie przyjemność ze swej twórczości. Rozumiem doskonale, że dla osób z być może bardziej "wyrobionym gustem", wszystkich oddanych i bezkompromisowych piewców twórczości Pink Floyd "In Any Tongue" czy "Faces Of Stones" stanowić mogą ucztę melomana. Ciekaw jestem tylko, jak często będą do nich wracać.

Na plus wyróżniają się również bardzo pinkfloydowskie "5 A.M.", "And Then..." oraz "Dancing Right In Front Of Me". Utwór tytułowy (mający swoją drogą spory potencjał radiowy) zamiast zyskiwać wraz z kolejnymi odsłuchami zaczyna irytować. Sposób wydania wersji deluxe jest za to niezwykle bogaty. Oprócz twardego, wykonanego z przyzwoitego materiału pudełka otrzymujemy kilka ciekawych, choć w sumie bezużytecznych, gadżetów. Mamy więc: kostkę do gitary z wygrawerowanym nazwiskiem artysty, pocztówkę, książkę "Paradise Lost" Johna Miltona, plakat (niestety bardzo szybko wyciera się w miejscach zgięć) oraz dodatkową płytę DVD bądź Blu-Ray (zależnie od wydania). Całość prezentuje się więc efektownie. Co z tego jednak, skoro cały box szybko się na mojej półce niestety zakurzy.

Na koniec chciałem podzielić się jeszcze uwagą nie dotyczącą bezpośrednio "Rattle That Lock", ale środowiska miłośników Pink Floyd in toto. Przy okazji premiery "The Endless River" (co zapewne powtórzy się w przypadku solowej płyty Gilmoura) bardzo zaskakującym dla mnie był bojowy wręcz podział wśród melomanów na obóz "zachwyconych" oraz "zniesmaczonych" albumem. Przez obie frakcje na pewno przemawiają bardzo silne emocje i w zasadzie obie grupy mają rację, nikogo nie można zmusić do zachwytów bądź utyskiwań wbrew jego woli. A jednak sposób, w który niektórzy atakowali wszystkich, którym nie po drodze z "The Endless River" zaskoczył mnie zupełnie. Jeśli ceniony przeze mnie zespół lub album spotyka się ze wzgardą bądź niechęcią znajomych czy dziennikarzy wzruszam jedynie ramionami. Dlaczego miałbym się tym przejmować? Muzyka ma wywoływać emocje i niech je wywołuje. Pozytywne czy negatywne, o nie jest ważne. Śledząc prasę muzyczną, blogi i serwisy internetowe dochodzę jednak do wniosku, że obrońcy pinkfloydowskiej wiary są w Polsce bardzo silni. I czekają tylko, by naostrzyć pale dla niewiernych. Być może jest to wynikiem tego nieznośnego "elitaryzmu" cechującego miłośników zespołu. Elitaryzmu, z którego, jak przypuszczam, bardzo, ale to bardzo trudno jest im zrezygnować. 5/10 [Jakub Kozłowski]

20 grudnia 2015


MY DYING BRIDE Feel The Misery, [2015] Peaceville || Andrew Craighan, wieloletni gitarzysta i autor repertuaru My Dying Bride wspominał po premierze "Feel The Misery", że muzyczna zawartość nowej płyty nie była wynikiem jakichkolwiek kalkulacji. Craighan nie starał się nagrać kolejnego albumu powielającego schemat poprzednich muzycznych dokonań zespołu, nie budował utworów w taki sposób, jaki od niego oczekiwano. Zamiast tego pisał muzykę przede wszystkim dla siebie. Brak nacisków ze strony pozostałych muzyków (jak sam wspominał w wywiadzie, w tym czasie nie było w pobliżu nikogo, z kim można by ustalić wspólny kierunek prac) zaowocował albumem na którego kształcie bardzo wyraźnie odciska się wpływ jednej osobowości. "Feel The Misery" udowadnia, że jedynie ta metoda artystyczna jest w stanie zaowocować czymś nieoczywistym i intrygującym. Odżegnując się od powielania dotychczas stosowanych schematów My Dying Bride nagrało album, który wraz z premierą wchodzi do kanonu death doom metalu. Czyni to zresztą z wielką klasą.

Niezwykle trudno jest pisać o muzycznej zawartości "Feel The Misery" bez popadania w infantylny patos czy dziecinne porównania. Internet pełen jest zresztą takich na kolanie pisanych recenzji, w których dokonania My Dying Bride referowane są za pomocą tandetnej pseudo goth-metalowej nomenklatury. Większości recenzentów wydaje się, że jasno określona stylistyka zespołu wymusza na nich samych dostosowanie stylu pisania do gotyckich zapatrywań. W konsekwencji odbiera to powagę tak zespołowi, jak i samym muzycznym krytykom. Abstrahując już od tego, że na najnowszym albumie My Dying Bride gotyku jest stosunkowo niewiele, nie brakuje za to pokaźnej dawki mrocznego death metalu. Jednak o "Feel The Misery" pisać jest niezwykle trudno przede wszystkim dlatego, że muzyka My Dying Bride jest nieefektowna. Nie poraża i nie przykuwa uwagi przy pobieżnym zapoznaniu, docenienie jej to kwestia wielu godzin poświęconych nie tylko na odsłuch, ale również na lekturę tekstów czy podziwianie pięknej szaty graficznej digipaku.

Aaron Stainthorpe niejednokrotnie powtarzał, że muzyki My Dying Bride nie da się dawkować czy słuchać bez zaangażowania. O ile takie słowa w ustach jakiegokolwiek innego muzyka uznałbym za świadomie budowaną strategię marketingową mającą na celu zaintrygowanie niedzielnego słuchacza, to Stainthorpe'owi akurat wierzę. Nie tylko dlatego, że My Dying Bride nigdy nie zbliżył się do mainstreamu na tyle, aby zespół mógł odnieść realne profity z uprawianego zawodu (marketing jest tu więc zbędny). Ważniejsze jednak, że My Dying Bride faktycznie wdraża swoją dewizę w życie, rezygnując częstokroć ze znaczących zysków. Nie zobaczymy My Dying Bride na festiwalu rockowym, gdzie muzykom przyszłoby grać dla żłopiących piwsko rubasznych zastępów z wciśniętymi na łepetynę rogatymi hełmami z plastiku. Nie będziemy mieli również przyjemności oglądania My Dying Bride na scenie w blasku słońca w roli nietrafionego rozgrzewacza przed (nie przymierzając) Amon Amarth. Bycie fanem My Dying Bride wymaga poświęceń wyrażających się nie tylko w ograniczonych możliwościach obserwowania zespołu na żywo, ale również w konieczności poświęcania mu odpowiedniej ilości czasu i uwagi. Ale wszelki trud włożony w poznanie muzyki My Dying Bride zwraca się w dwójnasób.


W przypadku "Feel The Misery" nie należy jednak skupić się na poszczególnych elementach budujących spójną klimatyczne całość. Daleki jednak jestem od uznania kompozycji Craighana za nieciekawe. Wręcz przeciwnie, każdy utwór w doskonały sposób rozkłada akcenty powodując, że nie nużą pomimo swej (najczęściej znaczącej) długości. Sposób, w jaki utwory Craighana potrafią obudzić uwagę słuchacza nawet po kilku minutach monotonnego tempa najlepiej ilustrują końcowe riffy  "To Shiver In Empty Halls", "A Thorn Of Wisdom" czy "Within A Sleeping Forest". Mam jednak wrażenie, że ich siła oddziaływania rośnie, gdy są traktowane jak rozdziały tej samej opowieści a nie jako oddzielne byty. Bo o to właśnie chodzi w muzyce My Dying Bride, o opowiadanie historii, budowanie nastroju. I tego właśnie zabrakło odrobinę na nużącym "A Map Of All Our Faliures".

Zamieszanie w obozie My Dying Bride, którego najbardziej dostrzegalnym przejawem jest powrót po latach Calvina Robertshawa, wyszło muzykom na dobre. Na albumie ponownie usłyszymy głębokie, dobre technicznie (na ile jestem to w stanie ocenić) growle Stainthorpe'a, potrafiące w intrygujący sposób przełamać sztampę, która niewątpliwie nawiedziłaby album, gdyby pozostać jedynie przy czystych wokalach. Ta różnorodność stanowi naprawdę olbrzymią zaletę albumu. Tak samo zresztą jak wspomniane już riffy Craighana (fenomenalne "And My Father Left Forever" i "A Cold New Curse") czy doskonała praca perkusji. Brakuje mi jednak charakterystycznych dla My Dying Bride skrzypiec pięknie wzbogacających brzmienie "Turn Loose The Swans" czy "Like Gods Of The Sun". Głównie z tego powodu stawiam "Feel The Misery" odrobinę niżej niż te klasyczne płyty zespołu. Jest to jednak album naprawdę znakomity. Powiem nawet, że najlepszy od lat. Szkoda tylko, że tak niewielu go doceni. 8/10 [Jakub Kozłowski]

18 grudnia 2015


Po pierwsze, końcówkę roku zdominowała nam zdecydowanie elektronika, po drugie zaś, Słowacy. Nazwa cyklu pozostaje zatem myląca, ale w najlepszym razie lekko naciągana, ale "Czechosłowakofilia" jednak nie brzmiałaby zbyt dobrze a poza tym sceny czeska i słowacka, choć z pewnością różniące się w wielu istotnych szczegółach to jednak są sobie naturalnie bliskie na wielu poziomach. Choć z drugiej strony, jakby przyczepić się porządnie, to nazwa "Bohemofilia" nie obejmuje nawet całej Republiki Czeskiej , bo podle historycznych prawideł nie obejmuje Morawian i Ślązaków. Miejmy zatem nadzieję, że bracia Słowacy wybaczą mi publicystyczną nieścisłość.

Nvmeri to słowackie trio, które debiutowało jeszcze w 2010 roku albumem "From The Dust" wydanym pod nazwą The Uniques. Debiutancki self-titled już pod nowym szyldem ukazał się w roku 2013 a od tego czasu stopniowo ujawniane są szczegóły nowego materiału. Składniki brzmienia Nvmeri brzmią znajomo, od synth-popu po math-rock, wydawać się zatem może, że to kolejna grupa łącząca indie-gitary z elektroniką, ale jak pokazuje "Scales" grupa świetnie odnalazłaby się na letnich festiwalach i to nie tylko showcase'owych. Owszem, nowy singiel wychodzi od rozstrojonego ambientowego podkładu, ale bardzo szybko zdominowany zostaje przez cięte gitary rodem z post-punkowego przełomu lat 80-tych i 90-tych. Największym wyróżnikiem Nvmeri jest jednak wokal. Dla wszystkich zmęczonych identycznymi krzykliwymi chłopcami ze świata indie-rocka i synth-popu, matowy głos przypominający Petera Gabriela czy Guy'a Garvey'a przynosi więcej niż odświeżające wytchnienie. Zaintrygowani czekamy zatem na album, który wydać ma jedna z najciekawszych słowackich oficyn Gergaz Label.

Jan Jiskra tworzy muzykę elektroniczną głównie pod szyldem Moduretik z użyciem analogowego sprzętu, sekwencerów, automatów perkusyjnych osiągając efekt minimalistyczny efekt dark ambientu, syntezatorowego popu, atmosferę nowej fali i przede wszystkim stylową atmosferę lat osiemdziesiątych. Charakteryzuje go ponadto zamiłowanie do takich nośników jak tanie i wygodne CD-R, choć już poboczny projekt Neden ukazał się również na winylu a najnowsze MO-DU na limitowanej kasecie. "MOD01" to znów niezwykle stylowa retro-elektronika, tym razem ze zdecydowanym naciskiem na analogową kosmiczną atmosferę i odtworzenie elektronicznych, ale zaskakująco ciepłych brzmień klasycznej niemieckiej elektroniki, pierwotnego eksperymentalnego ambientu i kosmische musik. A przez ilustracyjny charakter materiału nad całością unosi duch światów kreowanych przez Lema i klasyczną fantastykę.



O Subject Lost wspominaliśmy już choćby przy okazji albumu "Expo Nova", który choć nagrany w domowym zaciszu, okazał się jedną z najbardziej docenianych czeskich płyt z elektroniką zeszłego roku. Za albumem podążyła epka z remiksami i dość niespodziewanie kolejna p.t. "Shelter" z nowym autorskim materiałem, którą jednak miała zamknąć drogę Subject Lost i stworzyć warunki dzięki którym Petr Adamec mógł rozpocząć nowe poszukawiania. Ich efektem jest najnowszy album "Nemesis", który jednak nie odbiega znacząco od wcześniejszych brzmień. Nadal słychać echa gitarowego post-rocka, ambientu, IDMu, ale jednocześnie całość nabrała jeszcze bardziej ilustracyjnego i zarazem melodyjnego charakteru.



O odmianę brzmienia pokusił się także jeszcze drastyczniej Stroon, słowacki producent, który wyszedł od post-dubstepowych początków, nawiązał współpracę z szeregiem przedstawicieli niezwykle prężnej słowackiej sceny, skupionych wokół labeli Exitab, Gergaz czy ajlávmjuzik, ba, wydał nawet singiel o swojsko brzmiącej nazwie "Krakow". Epki, czy może raczej minialbumy Dalibora Kociana ukazywały sie z godną podziwu regularnością aż najnowszy tytuł "Chosen Months" przyniósł największą i zdecydowaną zmianę. Elektronikę, rytm czy dźwięki wibrafonu zastąpiła gitara - surowa, modyfikowana, dronowa, po części industrialna po części shoegaze'owa a zahaczająca nawet o wolniejsze obszaru metalu. Czy zmiana zaszła również na żywo będzie można się przekonać na praskim Festivalu Spectaculare, gdzie Stroon supportować będzie Emikę.


Bulp zaś to debiutant, który epkę "Endian" wydał w zaprzyjaźnionym labelu Starcastic, który znać musicie choćby za sprawą Please The Trees, Prodavača czy Prince Of Tennis. A że wydawnictwo to wszechstronne to pozostajemy przy elektronice, choć tutaj stosunkowo najlżejszej i najbardziej przystępnej. Nic dziwnego zatem, że Bulp supportował HVOB, materiał jest lekki, rytmiczny i pozytywny a i chwytliwie odnosi się do relaksującego downtempa lat dziewięćdziesiątych.



[Wojciech Nowacki]

16 grudnia 2015


SUNDAYS ON CLARENDON ROAD Unward, [2015] self-released || Album wydany w lutym, własnym sumptem na płycie kompaktowej, w niewielkim środkowoeuropejskim kraju, od pewnego czasu w formie cyfrowej dostępny do darmowego pobrania. Powiedzieć, że niełatwo natknąć się na taką muzykę to grubymi nićmi szyty eufemizm. Nasze geograficzne, medialne, dystrybucyjne przyzwyczajenia siłą rzeczy ograniczają nas do specyficznych kręgów a świadomość ogromu muzyki poukrywanej po całym świecie ledwie czai się gdzieś w podświadomości. Przeczytajcie zatem o "Unward", pobierzcie album i posłuchajcie tego niezwykle zręcznego materiału.

Męski duet Jonáš Zbořil i Jan Tůma z przylepioną etykieta indie-folku rodzić może naturalnie skojarzenia z Kings Of Convenience, polskimi Twilite i szeregiem następców Simona i Garfunkela, ale z błędu subtelnie mogła wyprowadzić już epka "Walking Into Limbo" z 2012 roku. Skromniejsza od tegorocznego albumu, może jeszcze lekko nieśmiała, lecz z już ukształtowanym brzmieniem, łączącym miejski folk z subtelnym elektronicznym podbiciem. Ale już wtedy pojawiły się zarówno charakterystyczne linie wokalne ("Growing"), jak i odważniejsze wejścia w elektronikę ("Midtown Greenway").

Można założyć, że dłuższa przerwa prze wydaniem pełnowymiarowego debiutu tylko przysłużyła się dopracowywaniu brzemienia duetu, ale tym bardziej "debiutowość" "Unward" jest tylko umowna. Nie ma tutaj poszukiwań i ostrożnego badania własnych możliwości, nie, Sundays On Clarendon Road prezentują się jako twórcy z własnym i już ukształtowanym brzmieniem, pełnym chwytliwych i autorskich chwytów, firmowych zagrań i przede wszystkim świetnie zaaranżowanych i wyprodukowanych piosenek, niebanalnych i przebojowych zarazem. Potencjał na przyszłość? Skądże znowu, to już zrealizowana wizja, a i anglojęzyczne teksty tylko upewniają, że przy sprzyjających okolicznościach mieliby szanse na zagraniczny sukces.


Wizytówką Sundays On Clarendon Road może być już "Wild Galaxy", które spokojnie odnalazłoby się na dzisiejszej modnej warszawskiej scenie. Faktycznie zaczyna się gdzieś na pograniczu indie-folku i avant-popu, efektownie punktowane klawiszami stopniowo dodaje elektronikę i eskaluje w chwytliwy i emocjonujący refren. Tytułowe "Unward" wychodzi od folkowej narracyjności i dodając subtelny bit i wokalne harmonie z napięciem porusza się na granicy eskalacji. "Slow Slow Slow" to bezdyskusyjny synth-popowy przebój i po prostu świetna piosenka. W "Yellow Room" pojawia się charakterystyczna, szarpana linia melodyczna wokalu a piosenka wędruję w stronę klasycznej niegdyś elektroniki.

W piosenkach Sundays On Clarendon Road pojawić się może filmowa narracja, twardsza elektronika, taneczny podkład, elementy deep-house'u, avant-pop, indie-rockowe zagrywki na gitarach, folkowy spokój, a wszystko to umiejętnie podane w formie 3-4 minutowych kompozycji. Poza bogatą i klarowną produkcją szczególne zatem wrażenie robi struktura piosenek i ich niebanalna konstrukcja przy jednoczesnej popowej zwiewności. Nieuprawnione zatem byłyby glosy mówiące, że Sundays On Clarendon Road po prostu podążają za zachodnimi trendami i udanie je naśladują. "Unward" jest zbyt udane i zbyt zręczne. 8/10 [Wojciech Nowacki]

14 grudnia 2015


BOY WONDER & THE TEEN SENSATIONS Radical Karaoke, [2015] self-released || Zmięta pościel, plakaty na ścianie, gitary w panterkę, jajka na śniadanie, obcisłe slipy, papierosy, pizza, tatuaże, karaoke Batman i Robin, winyle, stare filmy. Rock'n'roll. Pop. Trochę strumień świadomości z internetowego newsfeedu, trochę zwyczajne codzienne życie. Radykalizm karaoke Boy Wondera najbardziej przejawia się nie w tym, że mamy jednego faceta z gitarą i podkładem z taśmy, ale w tym, że jest to kolejny album, który pokazuje żywotność rocka przez odzieranie go do najbardziej podstawowych warstw.

Stąd też "Radical Karaoke" jest w tym roku równie esencjonalną rockową płytą co "Carp" Please The Trees. Tam powrót do korzeni gatunku oznaczał tunelowanie pierwotnych emocji w niekoniecznie łatwy i przyjemny sposób. Boy Wonder & The Teen Sensations jak nikt inny pokazuje drugi kluczowy aspekt rocka - czystą zabawę. Bo na Boga, czyż nie o to po prostu chodzi? Radość, prostota i zabawa, niby beztroska, ale jednak nie bezrefleksyjna. Czyli to, co na elektronicznym pograniczu popu robi z internetową rzeczywistością Grimes, a od strony gitarowej Ariel Pink, ale bez narkotycznych oparów absurdu tego ostatniego, za to z uroczym wręcz i mocno cielesnym osadzeniu w codzienności.


Bo mamy teksty o dziewczynach i miłości (a podobno wszystkie rockowe piosenki są tak naprawdę o dziewczynach i miłości), drobnych przyjemnościach, pragnieniu szczęścia i beztroski, ale z zadziorną dumą i świadomością siły tkwiącej w prostocie. Krótkie i w większości obłędnie chwytliwe piosenki w ciągu ledwie pół godziny zmuszają nie tylko do coraz śmielszego podrygiwania kończynami, ale i błazeńskiego chichotu, przez co "Radical Karaoke" jest płytą wyjątkowo NSFW. Błazenada Boy Wondera jest jednak pozorna, jego celne obserwacje bywają gorzkie a zamiast hipster-szyderstwa mamy szczery i brutalny przekaz. Boy Wonder chce nas pozostawić bez tchu i przeczołgać przez rockowe klisze z jednego tylko powodu. Bo może.

Nie tylko może, ale i potrafi. W tym intensywnym zlepku gitarowych chwytów i stylistycznych wycinanek tkwi erudycja chłopaka zapatrzonego w swych rockowych herosów. Tu i ówdzie odezwie się a to Neil Young, gdyby tylko był mniejszym bucem i potrafił się zabawić, a to Tom Waits, gdyby zamiast rynsztokowej aury obdarzony był seksapilem. Równie często znajdziemy się na "Radical Karaoke" w zagraconym garażu, co na posmutniałym dansingu, gdzie Patsy Cline dopala kolejnego papierosa, The Shadows przygrywają najwytrwalszym tańczącym parom a z którego do domu zabierze nas ostatni lot Jefferson Airplane.


Grając w Wild Tides Kuba liznął kierunek w którym podążył solo jako Boy Wonder & The Teen Sensations. W połączeniu ze scenicznym wizerunkiem (do którego nie potrzebuje nawet sceny) Boy Wonder niektórych rozbawi, niektórych zamieni w WTF znak zapytania, niektórych (czy może niektóre) rozpali i zawilgoci. Ale pod dżinsową kataną i slipami w panterkę nie tkwi internetowy mem, ale chłopak z ogromnym sercem, który przypomina nam o najprostszych rzeczach. O tym, że nie ma zabawy bez muzyki, nie ma muzyki bez słuchaczy, nie ma słuchaczy bez szczerości. A "Radical Karaoke", które właśnie ukazało się, jakżeby inaczej, na winylu, możecie również pobrać za darmo. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]