23 marca 2016

Recenzja Coldair "The Provider"


COLDAIR The Provider, [2016] Twelves Records || Owszem, Twelves Records, czyli własne mikro-wydawnictwo Tobiasza Bilińskiego. Logo legendarnego Sub Popu na albumie Coldair jeszcze się nie pojawia, ale informację o dystrybucji "The Provider" przez tą wytwórnię. już znaleźć możecie. Informację słusznie i zasłużenie w mediach rozpowszechnianą, ale, o dziwo, wraz z unoszącym się za nią lekkim swądem urażonej raczej niż dopieszczonej dumy narodowej. Nie twierdzę, że umowa Tobiasza z Sub Popem powinna być ogłoszona w kąciku muzycznym "Teleexpresu", ale tkwi jakaś uraza w zblazowaniu, że radość z siódemki na Pitchforku jest so 90's, a tak w ogóle to Coldair wcale nie jest u nas tak bardzo znany, żeby krajowa krytyka pozwoliła mu na ubieganie się o sukcesy za granicą. Bo logika jest jednak taka: dopiero jak zgarniesz parę Fryderyków i może Paszport Polityki, obskoczysz wszystkie możliwe juwenalia i pięć lat z rzędu zagrasz jako polska gwiazda Open'era plus OFF Festivalu, to możesz oficjalnie zostać namaszczony jako polski towar eksportowy. Jak jednak eksportować coś, co nie do końca stąd pochodzi?

Jednym z nieporozumień związanych z czwartym solowym albumem Tobiasza jest sugestia formalnie nagłego i stylistycznie wykoncypowanego zwrotu w stronę zagranicznego słuchacza. Formalnie bowiem Coldair, świadomie czy nie, od zawsze zdawał się mierzyć poza granice Polski a "The Provider" czy współpraca z Sub Popem są tylko kolejnym krokiem na konsekwentnie obranej drodze. I ja to doskonale rozumiem, dlaczego przez lata jeździć w te same trasy po tych samych klubach, miastach i miasteczkach, wysyłać press-packi do tych samych dziennikarzy i bloggerów, skoro na własną rękę można zagrać na SXSW? Ten właśnie przeskok ponad lokalnością, ustawienie się w naturalnej przecież w dzisiejszych czasach pozycji muzyka zamiast polskiego muzyka, zdaje się być powodem lekkich dąsów, ale programowe ambicje wyjścia poza lokalny zaścianek są znacznie bardziej szczere niż częstsza u nas postawa nagraliśmy dwie płyty, ale z trzecią zdobywamy zagranicę!


Równie nieczytelnym nieporozumieniem, delikatnym, lecz powtarzanym zbyt uporczywie, by móc je zignorować, jest gwałtowny jakoby zwrot stylistyczny w muzyce Tobiasza (co w połączeniu z kuriozalną wyjściową tezą o zespołowości Coldair wzywa wręcz do porzucenia tego od zawsze przecież solowego szyldu). Owszem, zmiana gitar na syntezatory jest oczywista, ale igranie ze strukturami piosenek pojawiało się już na "Far South" a znakomite "Whose Blood" było już zbyt bogate, by szufladkować Coldair jako folkowy songwriting. Wtedy też przejawiała się szczera słabość do grania coverów Justina Timberlake'a, Żaden dramat, żadne wykoncypowanie, zwłaszcza w kontekście poutykanych tu i ówdzie na "The Provider" znanych chwytów Tobiasza. Singlowe "Perfect Son" to właściwie całkiem tradycyjna piosenka Coldair, marszowo-gitarowa, z perkusyjnymi trikami, które pamiętać można jeszcze z czasów Kyst. Silne i pozornie proste zrytmizowanie materiału całkowicie odmienia również "Denounce", bo choć zaczyna się od niezręcznie przyciężkiego bitu to kolejne warstwy rytmu w finale tworzą efektowny cyfrowy odpowiednik dwuperkusyjnych batalii z czasów "Waterworks".

Zaskoczeniem może być raczej, ale tylko dla tych, którzy nadal widzą znak równości między elektroniką a parkietem, daleki od tanecznego charakter "The Provider". W mniejszej swej części zawiera kompozycje nadal wychodzące z folkowych chwytów, jak piękna po-prostu-piosenka "Pretty Minda", najbardziej tradycyjna w zestawie. W większości zaś zabawę samą strukturą kompozycji, od syntezatorowej plamy otwierającej prawie 7-minutowe "Endear", pozornie prosty repetytywny utwór tytułowy, czy chaotycznie, lecz misternie pozlepiane "Suit Yourself". Pełnym kontrastów jest "All I Meant" z niemal drum'n'bassowym bitem, automatem perkusyjnym tykającym niczym na "The King Of Limbs", ale punktowane dźwiękiem puzonu i zwielokrotnionym głosem Tobiasza. Albo "We Are Weak", które chyba najbardziej melodyjny wokal na płycie przynosi za pomocą kompozycji niemal pozbawionej piosenkowej struktury. Jakby Coldair polegało dziś na ostrożnym badaniu możliwości, szkicowej chęci osiągnięcia eklektyczności, ale przy zastosowaniu wyłącznie najprostszych środków.

Wszystkie te aspekty, ograniczny vs. syntetyczny, rytmiczny vs. melodyjną zaskakująco zdają się łączyć w "Holy Soul", kompozycji, która znów pozornie się nie wyróżnia. Bo istotnie, na "The Provider" nie ma tak silnych piosenek na jakie już wiemy, że Coldair stać. Na czwartym albumie nie mowy o żadnej rewolucji, raczej o akcentowaniu swobody i czyszczeniu gruntu pod przyszłe dokonania. Jak każda kolejna płyta Coldair "The Provider" zdaje się być bardziej następnym śmiałym krokiem niż ostateczną realizacją niewątpliwego talentu. Czekamy nadal. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

2 KOMENTARZE:

we are from poland pisze...

Skoro tak mocno "uczepiłeś się" tej jak twierdzisz błędnej tezy mojej recenzji, podeprę się fragmentem recenzji "Whose Blood" autorstwa Marka Falla: "Jego trzecia płyta jest pierwszą nagraną z zespołem stworzonym na potrzeby koncertów promujących poprzedni album, "Far South"."

Dokładnie w takim kontekście użyłem określenia "zespół". Bo na czas Whose Blood Coldair stał się zespołem, nie tylko w studiu, ale i na koncertach i naprawdę nie ma sensu tego negować. To że wrócił do solowych nagrywek tylko potwierdza to co napisałem. Pozdrawiam, [m] WAFP!

Wojciech Nowacki pisze...

Skoro już padły wspominki z okresu "Whose Blood" to zamiast opierać się na tym, co napisał redaktor Fall, przyznam, że właśnie wtedy miałem przyjemność gościć Coldair w moich własnych skromnych progach i gwarantuję, że był to tylko jeden człowiek a nie cały zespół. Choć ilość zużytych kubków do kawy mogłaby wskazywać inaczej. Zresztą zdanie to mówi raczej, że na potrzeby "Far South" Tobiasz zebrał zespół, wykorzystany później w czasie nagrań "Whose Blood" i upierać się będę, że to zdecydowanie za mało, by mówić o "zespole Coldair", zwłaszcza w kontekście całej kariery, a nie jednej, dwóch płyt. A że ktoś z kimś nagrywa lub występuje nie oznacza oczywiście, że mamy do czynienia z "zespołem Monika Brodka" czy "grupą taneczną Lady Gaga". Niby semantyka i przyznaję, że się wyjątkowo uczepiłem, ale tylko dlatego, że nie wydaje się to być przypadkowo użytym słówkiem, lecz podstawową tezą na której opiera się cała recenzja, więc trochę mi to zgrzyta podczas lektury. Z pozdrowieniami!

Prześlij komentarz