30 marca 2016

Retro-recenzja Dio "Holy Diver"


DIO Holy Diver, [1983] Vertigo || Ronnie James Dio jest jedną z tych postaci świata rocka, które najpełniej wbiły się w świadomość zwolenników heavy metalu. Jest to zrozumiałe, stał on za mikrofonem kilku z najlepszych płyt, jakie kiedykolwiek nagrano. Wystarczy wspomnieć debiut Rainbow, późniejsze "Rising", album Black Sabbath "Heaven And Hell" oraz "Holy Diver" projektu Dio. Ronnie był również niezwykłym profesjonalistą podchodzącym z niespotykaną dla muzyków cierpliwością i grzecznością do każdego ze swoich fanów. Ten niezwykły szacunek i, można powiedzieć, uniżenie w stosunku do zwolenników stanowił jeden z wyróżniających elementów jego charakteru.

Drugą częścią składową osobowości Dio była jednak, rzadko publicznie eksponowana czy komentowana, niezwykła szorstkość i konfliktowość w stosunku do najbliższych współpracowników. Odwołując się do publicznych wypowiedzi muzyka łatwo jest uwierzyć, że wielokrotnie w swojej muzycznej historii to Ronnie James padał ofiarą wybujałych ego zespołowych leaderów. Kto bowiem zakończył złotą erę Rainbow? Ritchie Blackmore dążąc do uzyskania bardziej popowego brzmienia. Kto zniszczył pięknie odbudowane przez Dio Black Sabbath? Tonny Iommi i Geezer Butler- i to dwukrotnie, raz oskarżając Dio (niezupełnie bez podstaw) o majstrowanie przy produkcji "Live Evil" i ponownie, gdy po nagraniu "Dehumanizer" muzycy ci zażyczyli sobie uczestniczyć w pożegnalnej trasie Ozzy'ego Osbourne'a.

Problemy z układaniem relacji z współpracownikami były jednak wyraźne również we własnym zespole Ronniego. W Dio stawiał się on w pozycji prawdziwego pater familias który karze, strofuje bądź udziela swojej łaski. Na jego kontaktach z dużo młodszym Vivianem Campbellem odbiło się to najbardziej, prowadząc do sytuacji, w których dwudziestokilkuletni wirtuoz gitary czuł się niczym rozbrykane dziecko, przywoływane przez ojca do porządku. Na dodatek ten sam "ojciec" nie widział potrzeby odpowiedniego wynagradzania wpływu, jaki Vivian wywarł na kształt płyty "Holy Diver". Dio traktował współautorów kompozycji niemal jak muzyków sesyjnych. Wynagrodzenia ograniczał do koniecznego minimum, nigdy nie uznając ich wpływu na całokształt twórczości zespołu, co w dziwny sposób koreluje z działaniami Ozzy'ego, który właściwie wymazał olbrzymi wpływ Lee Kerslake’a i Boba Daisleya na powstanie jego dwóch pierwszych solowych płyt.


Zdarzało mi się zastanawiać, jak mógłby wyglądać kolejny po "Mob Rules" album Sabbathów nagrany z Dio. "Dehumanizer" nie stanowi tu żadnego wskaźnika, bo wówczas Butler, Iommi jak i Ronald Padavona znajdowali się już na zupełnie innym etapie rozwoju a ich kariery muzyczne nie zawsze układały się w sposób z którego mogliby być dumni. Gdyby jednak za wyznacznik przyjąć kolejne chronologicznie albumy nagrane przez skłóconych muzyków ("Born Again" Sabbathów i "Holy Diver" właśnie) możemy założyć, że otrzymalibyśmy dzieło kompletne. To, czego najbardziej brakuje na "Holy Diver" to bowiem odrobina mroku i niepokoju, który tak pięknie sączy się z albumu Black Sabbath. Ten z kolei pozbawiony był dobrych kompozycji i pasującego do konwencji śpiewu (Ian Gillan brzmi, jakby współpracę z Iommim traktował jako dobry żart). Niezależnie od legendy jaką "Holy Diver" obrósł przez lata debiut zespołu jest zbyt ugrzeczniony. Oczywiście nie zabrakło na nim świetnych riffów czy chwytliwych melodii, nie ma za to pazura, który potrafiłby wbić słuchacza w fotel.

Dio wielokrotnie wspominał, że przygotowując materiał na debiut nie zakładał żadnego konceptu czy myśli przewodniej mogącej stanowić klamrę spinającą przygotowywane kompozycje. Chociaż w ustach Dio stanowić to miało zaletę albumu wyzwolonego z wszelkich prefabrykowanych założeń i szablonów, sprowadziło to zawartość muzyczną "Holy Diver" do prostego zbioru piosenek. Te są oczywiście godne uwagi. Doskonały "Gypsy" przywołuje na myśl niedoceniane "Voodoo" z "Mob Rules", "Straight Through The Heart" cieszy chwytliwym riffem a "Holy Diver" już na zawsze pozostanie jednym z powszechnie uwielbianych rockowych hymnów. Vivian Campbell, przedstawiciel nowego pokolenia gitarowych wirtuozów, choć grał w tej samej lidze co Randy Rhoads czy Eddie Van Halen to nie zdołał jednak nawiązać do doskonałego feelingu cechującego poprzednią generację muzyków. Choć technicznie przewyższał Iommiego zbliżając się do poziomu Blackmore'a nie wiedział w jaki sposób dodać utworom żywiołowości. Nie miał zresztą zbyt dużego pola do manewru, Dio angażował się nie tylko w warstwę liryczną utworów a również komponował na własną rękę. Zabrakło jednak chyba szczerego spojrzenia z zewnątrz, które umożliwiłoby wzbogacenie niektórych pomysłów Ronniego. Dlatego utwory takie jak pędzące, ale przeraźliwie proste "Stand Out And Shout" czy "Don't Talk To Strangers" zawodzą. Co ciekawe, taki evergreen jak "Rainbow in The Dark" o mały włos nie znalazłby się na albumie ze względu na decyzję Ronniego.


Nie zmienia to faktu, że Dio potrafił dobrać sobie muzyków niezwykle utalentowanych, mogących ponadto pochwalić się wieloletnim doświadczeniem na scenie. Poza angażem Viviana Cambella nie podejmował jednak ryzyka i szedł sprawdzonymi ścieżkami. Po upadku pomysłu sprowadzenia Boba Daisleya (ten miał obiecany angaż do zespołu Dio jeszcze przed jego dołączeniem do Black Sabbath) na basie zaangażowano innego weterana z Rainbow, Jimmy'ego Baina. Za bębnami usiadł z kolei Vinny Appice, z którym Ronnie współpracował jeszcze w Black Sabbath. Dzięki takiemu składowi czuć w muzyce zawartej na "Holy Diver" pełen, chirurgiczny wręcz, profesjonalizm, zależy jednak od gustu czy w przypadku heavy metalu uznamy to za plus czy minus. Weterani sceny zmuszeni byli ponadto odnaleźć się w nietypowej sytuacji, w której lider zespołu nie mając praktycznego doświadczenia postanowił samemu wyprodukować album nie znając. Płyta była nagrywana na wyczucie, bez profesjonalnego producenta czy inżyniera dźwięku, który zajmowałby się wcześniej tak dużymi projektami. Dio starał się samemu wymyślać metody pozwalające uzyskać odpowiedni dźwięk (np. perkusja Vinny'ego Appice'a została oddzielona od reszty pomieszczenia pozawieszanymi dookoła prześcieradłami).

Zespół nie był ponadto dobrze zarządzany. Menedżerka, a prywatnie żona Ronniego, Wendy, przyjęła podobną rolę do tej, którą spełniała Sharon Arden przy Ozzym. Różnica sprowadzała się jednak do tego, że Sharon nie obawiała się wprowadzać wszelkich zmian mogących pchnąć karierę Osbourne'a do przodu. Gdy trzeba było Ozzy'ego odchudzić - szedł na liposukcję, gdy unowocześnić brzmienie i wygląd - zmieniała mu zespół a męża posyłała na utlenianie włosów. Z kolei Wendy dbała głównie o to, aby nic nie burzyło absolutnej władzy Ronniego. Ten zamykał się w hermetycznym kręgu swoich własnych pochlebców odrzucając wszelkie sugestie zmian. Konsekwencją stała się narastająca niechęć muzyków, którym w dużym stopniu zawdzięczał sukces pierwszych trzech albumów. Powoli, ale nieuchronnie zespół Dio zamieniał się w rockowy skansen. W krótkim czasie Dio jeżeli nie de iure, to de facto stał się projektem solowym. Po opublikowaniu obdartego już z wszelkich pomysłów i indywidualności "Lock Up The Wolves" nawet Dio opuścił tonący okręt ponownie zaciągając się na wciąż niezatopioną fregatę Black Sabbath. Ta jednak również nie przetrwała wywoływanych sztormów. [Jakub Kozłowski]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz