29 kwietnia 2016

Recenzja Avantasia "Ghostlights"


TOBIAS SAMMET'S AVANTASIA Ghostlights, [2016] Nuclear Blast || Redaktor Nowacki, nie bez racji zresztą, zwykł zwracać mi uwagę, że zbytnio rozwlekam swoje recenzje. Próbując uniknąć tego błędu przy omawianiu najnowszej płyty Avantasii postaram się od razu dać wyobrażenie o jej muzycznej zawartości: jesteśmy w jednej z bajek Disneya. Powiedzmy, że znajdujemy się w wielkiej sali balowej, na środku której tańczą Piękna z Bestią. Nagle do pomieszczenia wpada wściekła Królewna Śnieżka i chwyta Piękną za kłaki. Za nią Siedmiu Krasnoludków dopełnia zniszczenia neutralizując Bestię. Wszystko to przy dźwiękach Iron Maiden akompaniujących imprezie. Aha, przez cały ten czas Bruce Dickinson hasa od kąta w kąt rozrzucając po sali złocisty brokat.

Czyli jest bajkowo, ale z przytupem. Tylko czy na płycie heavy metalowej powinno być aż tak bajkowo? W kompozycjach odnajdziemy ciekawe wokale, świetne gitarowe riffy i gęstą sekcję rytmiczną. Tyle, że wszystkie te elementy zostały w klinicznych warunkach zaplanowane, dopracowane i wyprodukowane z chirurgiczną dokładnością oraz przykryte warstwą lukru. Gdzie tu miejsce na odrobinę heavy metalowego szału i brudu? Nie ma. Czy to znaczy że płyta jest zła? Wcale nie, "Ghostlights" to kawał dobrej rozrywki. Może rozrywki bezrefleksyjnej, ale dającej sporo radości, właśnie jak wczesne bajki Walta Disneya. Są tu utwory naprawdę ciekawe, melodyjny "The Hauntng", "Seduction Of Decay" (fantastyczny riff przewodni z dobrej szkoły Iron Maiden), przyzwoite "Master Of The Pendulum" czy genialnie zaśpiewany przez Michaela Kiske utwór tytułowy (klasa Helloween z okresu "Keeper Of The Seven Keys").


"Ghostlights" jest jednak równocześnie płytą męczącą i nierówną, zbyt długą, zbyt sterylną, zbyt pozerską i niejednolitą stylistycznie. Są na niej piosenki do bólu przewidywalne, jak "Mystery Of A Blood Red Rose” czy "Let The Storm Descent Upon You". Oba są błahe i niestrawne, przygotowane zgodnie z wytycznymi "jak napisać epicki i przystępny utwór power metalowy”. Jako, że umieszczono je niestety na samym początku płyty to nadają pastiszowy ton całości. Można się również przyczepić do pseudo-gotyckiego potworka "Draconian Love", gdzie zgrozę wywołuje już sam idiotyczny tytuł, oraz niezbędnej w takim zestawieniu balladki "Isle Of Evermore". Reszta utworów jet... łatwa do zapomnienia.

Płycie nie pomaga również sam Tobias Sammet, który na promocyjnych fotografiach wygląda tak, jak gdyby wiedzę o wizerunku metalowca czerpał z pism pokroju "Bravo". Oglądając jego zdjęcia z wkładki od razu można zadać sobie pytanie czy ten chłoptaś nie jest przypadkiem byłym członkiem, nie przymierzając, My Chemical Romance? Nie odmawiam oczywiście Sammetowi talentu, dysponuje bowiem dobrym głosem, chociaż wypada blado wśród zaproszonych gości, klasy wspomnianego Kiske, znanego z Pretty Maids Ronniego Atkinsa czy Dee Snidera z Twisted Sister. Na pewno potrafi też komponować. Jedyny problem polega na tym, że prezentowana przez Sammeta muzyka jest wyprana z jakichkolwiek emocji czy potrzebnej nutki szaleństwa. Jeżeli do jakiejś płyty pasuje określenie "produkt" to jest nią właśnie najnowszy album Avantasii. Jest to oczywiście produkt najwyższej klasy, opracowany z dbałością o najmniejszy szczegół, przygotowany przez znających swój fach wyrobników. A jednak nadal tylko produkt.

Tobias Sammet zdaje się marzyć o niczym, jak o dostarczeniu miłej i przyjemnej zabawy słuchaczowi. Samo w sobie nie jest to niczym złym, Tobias tworzy jednak zupełnie niepotrzebne wrażenie, że ma do zaoferowania coś więcej niż w rzeczywistości dostarcza. Najbardziej widać to po patetycznych, rozpisanych na role, tekstach, które w założeniu oddawać miały powagę opowiadanej historii a w praktyce decydują o infantylności przesłania albumu. Niestety, "Ghostlights" służyć może co najwyżej jako zachęta dla dzieciaków, aby po krótkiej przygodzie z Avantasią chwyciły za poważniejsze albumy. Cóż, dobre i to.

Słuchanie "Ghostlights" to jak przeczytać dobrze narysowany komiks z dużą ilością bohaterów i częstymi dymkami z napisem „BOOM”, pozbawiony jednak głębszego przekazu i interesującej intrygi. Można się przy nim uśmiechnąć, ale lektury porządnej książki na pewno nie zastąpi. Dla samej prostej rozrywki warto sięgnąć za nową Avantasię, ale jeżeli szukacie albumu, który na wiele tygodni drążyć będzie zmysły to tutaj go na pewno nie znajdziecie. 5.5/10 [Jakub Kozłowski]

1 KOMENTARZE:

Karol Pięknik pisze...

"Redaktor Nowacki, nie bez racji zresztą, zwykł zwracać mi uwagę, że zbytnio rozwlekam swoje recenzje. Próbując uniknąć tego błędu (...)" - to podejście to rak krytyki muzycznej. Recenzja to ma być solidna analiza, ciekawy tekst humanistyczny i okazja do poznania autora tekstu, nawiązania z nim relacji, a nie odbębnianie na kilka linijek "czy warto kupić ten produkt". Ta recenzja się jeszcze zdecydowanie broni i do niej konkretnie nie mam pretensji, ale ten trend zakomunikowany w pierwszym akapicie po prostu budzi obrzydzenie. Nie tędy droga. Co do samego albumu - nie słyszałem, a tekst zdecydowanie nie zachęcił do zapoznania się, mam alergię na patetyczny metal, dzięki za przestrogę :).

Prześlij komentarz