20 maja 2016

Recenzja Anthrax "For All Kings"


ANTHRAX For All Kings, [2016] Nuclear Blast || Anthrax są fajni. Latając po scenie w swoich zwyczajnych, kupionych chyba w Walmarcie, t-shirtach i przykrótkich szortach zawsze sprawiali wrażenie rozentuzjazmowanych dzieciaków z sąsiedztwa, którym pozwolono na imprezie dorwać się do instrumentów starszych braci. W odróżnieniu od Slayera nigdy nie stali się niewolnikami własnego wizerunku, uniknęli patosu charakteryzującego późniejsze albumy Metalliki, nie sprawiali też wrażenia wiecznie niezadowolonych gnomów, co z kolei zawsze kojarzyło mi się z Davem Mustainem. Anthrax są fajni, bo są swojscy i odrobinę nerdowaci, zdawać się może, że bez problemu mógłbyś podejść do takiego Scotta Iana i przybić z nim piąteczkę.

Wrażenie to jest odrobinę złudne, bo Ian, jak każda niemal gwiazda rocka, mógłby dawać lekcję z bufonady. I chociaż bardzo mocno stara się ten fakt ukryć, to lektura jego autobiografii nie pozostawia wielkich złudzeń. Scott robi to, co musi, aby zrealizować swoje cele. Do tego potrzebna jest mu publiczność i dziennikarze, gdyby jednak mógł usunąć ten element z równania, wcale nie płakałby rzewnymi łzami. Trzeba jednak oddać cesarzowi co cesarskie, bo mało kto tak walczył o swój zespół jak Scott Ian, zresztą często podejmując niepopularne i kontrowersyjne decyzje: zmiany składu czy flirty z hardcorem i rapem. Gdyby nie jego upór, to może nigdy nie usłyszelibyśmy "Worship Music", udanego powrotu Anthrax po latach problemów z wytwórniami, wewnętrznego marazmu i wszechobecnych kłótni. Gdyby nie powstał "Worship Music", do słuchaczy nigdy nie trafiłby "For All Kings". Byłoby czego żałować, najnowsza płyta legendy thrash metalu jest bowiem niespodziewanie dobrym albumem. Tyle że albumem heavy metalowym.

Nie można jednak mówić tu o żadnej wolcie stylistycznej. Moim zdaniem, chociaż nie pozuję tu na jakiegoś wielkiego znawcę thrashu, Anthraxowi zawsze było bliżej do klasycznego, odrobinę przaśnego heavy niż do jego bardziej ekstremalnej odmiany zapoczątkowanej przez Metallikę. Zespół zawsze lepiej odnajdywał się w tej właśnie stylistyce, zresztą nie mogło być inaczej. Nie z Joey'em Belladonną za mikrofonem. Ten odrobinę pogardzany (zwłaszcza w okolicach "Persistence Of Time") i niedoceniany przez własnych kolegów wokalista zrobiłby błyskotliwą karierę w każdym zespole z nurtu New Wave of British Heavy Metal. Gdyby tylko nie natrafił na zwariowanych nowojorczyków pewnie nazwisko sceniczne Belladonna wymieniałoby się dzisiaj jednym tchem z takimi tuzami jak Halford, Dickinson czy Byford. Niestety (albo stety, to zależy od punktu widzenia) Belladonna trafił do Anthrax, gdzie większość kariery musiał dostosowywać się do oczekiwań innych.


To jednak dzięki niemu "Spreading The Disease" jest tak wyjątkową płytą. Również w dużej mierze jemu należy przypisać sukces zarówno "Worship Music", jak i najnowszego wydawnictwa. Lata posuchy z Johnem Bushem za mikrofonem dobiegły końca. Powróciło znakomite vibrato Joey'a a muzyka Anthrax od razu zyskała na melodyjności, lekkości oraz, co tu dużo mówić, klasie. Na "For All Kings" mamy co najmniej trzy oczywiste hity, oprócz świetnego "Blood Eagle Wings" (polecam piękny w swojej brzydocie teledysk) wymienić trzeba porywające "Breathing Lightning" oraz "Monster At The End". Mamy też mocniejsze "Evil Twin" i "Zero Tolerance", czyli dla każdego coś miłego. Jest tylko jedno ale. Ten album brzmi tak samo zarówno przy pierwszym, jak i przy dziesiątym odsłuchu. I tutaj dochodzimy do pewnego paradoksu. O ile "Repentless" Slayera jest jedną ze słabszych płyt w ich dyskografii (co nie znaczy, że słabą!), to i tak lepszą od "For All Kings".

Wiem, że stwierdzenie to może wydawać się bałamutne biorąc pod uwagę, co wcześniej napisałem o nowym albumie Anthraxu. Uważam jednak, że jest to jak najbardziej logiczne. Po pierwsze: niezależnie od faktu, że i Slayer i Anthrax należą do "wielkiej czwórki" thrash metalu, to dzieli je muzyczna przepaść. Nie dziwota więc, że Anthrax u szczytu swoich możliwości nigdy nie zbliży się do poziomu Slayera będącego w, przynajmniej, dobrej formie. Po drugie, i chyba to jest najważniejsze, "Repentless" nie zachwyca przy pierwszym odsłuchu, ale z czasem zyskuje szlachetnej patyny. Na albumie można znaleźć smaczki, które umknęły nam wcześniej, wszystko dzięki doskonałej pracy gitar, świetnej sekcji rytmicznej i tekstom, które pomimo pierwotnej furii i prostoty potrafią zaintrygować. Świadomość, że na nowej płycie Slayera jest wiele do odkrycia powoduje, że włączamy ją ponownie.

W przypadku Anthrax również miałem chęć ponownego wgłębienia się w zawartość albumu, głównie dzięki wpadającym w ucho heavy metalowym melodiom. Niestety, przy trzecim i czwartym odsłuchu nie znalazłem już nic nowego, nic co mogłoby przykuć moją uwagę. Może posłużę się przykładem: Kiedyś, w wieku nastu lat byłem na wakacjach nad jeziorem. Któregoś dnia, gdy słońce przygrzało mi głowę już wystarczająco mocno postanowiłem ochłodzić się wodzie. Gdy tak sobie powolnie do jeziora wchodziłem zauważyłem piękne, nowiusieńkie i błyszczące, chociaż mokre, sto złotych. Po ich wysuszeniu czułem się przez następne kilka dni wakacji jak król: wiecie, ile można było za to kupić frytek i lodów? Gdy budżet się skończył regularnie wracałem w pobliże miejsca odnalezienia skarbu. Oczywiście, żaden więcej banknot nie wpadł już w moje łapska. Co ciekawe, im więcej czasu spędzałem na szukaniu kolejnych stówek, tym mniej czerpałem frajdy ze znalezienia tej pierwszej. Nie pamiętałem, jak dobrze się bawiłem mając zdobyczne pieniądze, ciągle myśląc o tym, że więcej tego uczucia już powtórzyć nie zdołam. Podobnie jest z "For All Kings", łatwo się do niej zapalić, można się przy jej dźwiękach dobrze zabawić. Szybko jednak dochodzi się do wniosku, że to, co płyta może zaoferować wypala się bardzo szybko. 7/10 [Jakub Kozłowski]

1 KOMENTARZE:

Konrad Kędziora pisze...

Zgadzam się słuchałem tej płyty raz za razem/ ale teraz nie wracam do niej już w ogóle :)A do Repentless a i owszem.

Prześlij komentarz