10 czerwca 2016

Recenzja The Order Of Israfel "Red Robes"


THE ORDER OF ISRAFEL Red Robes, [2016] Napalm Records || Czekałem na tą płytę z niecierpliwością a nieczęsto to robię. Zazwyczaj z większą chęcią wracam do klasyków gatunku zamiast odliczać dni do premiery nowej produkcji. A jednak The Order Of Israfel zaintrygował mnie swoim doskonałym, wydanym w roku 2014 debiutem. Płyta "Wisdom" stanowiła perfekcyjne wyważoną dawkę doom metalu zmieszanego z motörheadową galopadą i progresywnym zacięciem. Tom Sutton wraz z kolegami dokonał czegoś, co wydawałoby się niemożliwe łącząc tak odrębne stylistyki. Lecz sprawne wykorzystywanie dokonań poprzedników zaowocowało bardzo ożywczym albumem zespołu, który właściwie wziął się znikąd i nikogo nie obchodził.

W momencie zapowiedzenia premiery "Red Robes" The Order Of Israfel zyskał już oddanych fanów, którzy z niepokojem oczekiwali rezultatów pracy zespołu. W powietrzu wisiało pytanie, czy drugi album okaże się dla muzyków płytkim grobem czy drabiną prowadzącą na kolejne piętro muzycznego wtajemniczenia. Po kilku godzinach spędzonych z albumem mogę z całą pewnością powiedzieć, że Israfel na pewno uniknęli przedwczesnej śmierci, ba, udało im się nawet wejść kilka szczebli do góry. Tyle że równocześnie rozchybotali drabinę zwiększając groźbę upadku. "Red Robes" jest bowiem płytą bardzo dobrą, ale nie tak udaną jak debiutancki "Wisdom". Jest również płytą intrygującą, ale o zmarnowanym potencjale. Ten album mógł być po prostu lepszy, wystarczyło uniknąć kilku błędów i dać sobie troszkę więcej czasu na doszlifowanie kompozycji.


Na "Red Robes" ulotnił się gdzieś wyraźny na debiucie progresywny pierwiastek, zastąpiony pokaźniejszą dawką domowych powolnych riffów. Utwory nadal utrzymują wzbudzającą szacunek długość, ale mniej się w nich dzieje, wydają się jednostajne i mniej skomplikowane pod względem aranżacji. Dobrze widać to na samym początku płyty, gdy utwory "Staff In The Sand" oraz tytułowy właściwie mogą zostać uznane za kolejne części tej samej kompozycji. Oba należą do najjaśniejszych fragmentów albumu, ale umieszczenie ich po sąsiedzku szkodzi ich odbiorowi. Nie pomaga również produkcja, która stępia siłę muzyki. Zrezygnowano z wyraźniejszego wyeksponowania głosu Suttona, który ginie na tle przesterowanych i nisko strojonych gitar. I tutaj właśnie doszukiwałbym się największego mankamentu "Red Robes", jeżeli mogę jej produkcję do czegoś przyrównać to byłby to album "Born Again" Black Sabbath.

Wszystkie utwory brzmią płasko, co powoduje, że pierwsze kilka odsłuchów może do płyty zniechęcić, tym bardziej, gdy porówna się ją z bardzo ostrym dźwiękowo debiutem. Nie wiem z czego wynikała ta zmiana. Nie widzę powodów, dla których stępiono brzmienie instrumentów i wokalu tym bardziej, że dobra sprzedaż albumu "Wisdom" zaowocowała większym budżetem którym The Order Of Israfel mógł się posiłkować. Widać to zresztą po sposobie wydania płyty, którą umieszczono w eleganckim, grubym digipaku wraz z bonusowym dyskiem DVD z zapisu koncertu. Jeżeli więc nie względy finansowe miały tu decydującą rolę to produkcja musiała wynikać ze świadomej decyzji muzyków i moim zdaniem podjęto ją pochopnie. Nie dość, że na płycie nie znajdziemy kompozycji na miarę "Wisdom", "Born For War" czy "Morning Sun" to dodatkowo sposób rejestracji albumu sprawia wrażenie zbliżone do tego, które odnosi się słuchając płyt zza ściany.

Muzycznie "Red Robes", chociaż słabsza od debiutu, nie zawodzi. Jest spójna i nawet ciekawa pomimo kilku wypełniaczy w postaci "In Thrall To The Sorceress" oraz balladowego "Fallen Children". Wielki potencjał drzemie we wspomnianym już "Staff In The Sand" oraz w "Swords To The Sky", jedynym uprogresywnionym utworze na płycie, z doskonałym riffem przewodnim, choć tu ponownie jego siła mocno słabnie przez nijaką produkcję. Zawodzi singlowy "Von Sturmer", który jednak pomimo swojej muzycznej nijakości potrafi wbić się w pamięć i w najmniej spodziewanych momentach zmusić słuchacza do nucenia. Niewiele dobrego mogę jednak powiedzieć o "The Thirst", który jest po prostu zbyt długi i repetycyjny.

A jednak nie czułem się zawiedziony. Jest w tych utworach siła, która zmusza do regularnych powrotów do albumu. Mam tu na myśli, przede wszystkim, znakomite riffy i intrygujące, choć może odrobinę naiwne, historie opisane w tekstach. Niestety zdaje sobie równocześnie sprawę, że gdyby zespół miał szansę ograć nowy materiał na koncertach, jak w starych dobrych czasach sprzed ery komórkowej, kiedy muzycy nie musieli obawiać się, że następnego dnia po koncercie płyta wycieknie do Internetu, to z kilku rozwiązań by zrezygnował a kilka pomysłów rozwinął. The Order Of Israfel nadal prezentują przystępny doom metal najwyższych lotów, chociaż wyraźnie uproszczony w porównaniu do debiutu. Brakuje odrobinę wyraźniejszej sekcji rytmicznej i lepiej zmiksowanego wokalu, ale są to mankamenty do których można się przyzwyczaić. Być może fakt, że na płycie nie ma jednego wyróżniającego się utworu, który potrafiłby zdominować resztę kompozycji "Red Robes" słucha się jako zamkniętą całość, w której każdy utwór ma swój cel do spełnienia. Do debiutu wracać będę jednak częściej. 7.5/10 [Jakub Kozłowski]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz