23 listopada 2016

Recenzja Metallica "Hardwired...To Self-Destruct"


METALLICA Hardwired...To Self-Destruct, [2016] Blackened || Miejsce: liceum. Czas: początek lat dwutysięcznych. Lekcja informatyki. Dopiero co nastały czasy, kiedy internet przestał być dobrem reglamentowanym, chociaż dostęp do sieci nadal wiązał się z problemami natury finansowej i technicznej. Mało kto z młodszego pokolenia dzisiaj pamięta, że połączenie z siecią blokowało linię telefoniczną odcinając całą rodzinę od świata zewnętrznego. Jednak dzięki utrudnieniom jakie wiązały się z prywatnym połączeniem (tylko wybrańcy wiedzieli co to jest stałe łącze) lekcje w szkolnej sali komputerowej cieszyły się sporą estymą. Informatyków z prawdziwego zdarzenia oczywiście brakowało, co pozwalało nam radośnie surfować po "Word Wide Web" jak tylko nauczyciel odbębnił średnio znany mu materiał lekcyjny.

Pomimo powszechnego uczucia rozluźnienia natknąłem się tego dnia na roztrzęsioną koleżankę, nazwijmy ją JB. Powodem smutku nie było jednak zawieszenie czy popsucie się komputera, ale fakt, że z Metalliki odszedł Jason Newsted. Mieliśmy w tamtych czasach nasz mały zespół muzyczny w składzie JB, kolega MS i ja. Graliśmy średnio, ale nie brakowało nam zaangażowania. Nigdy nie wymyśliliśmy sobie nazwy, ale ogrywaliśmy utwory Metalliki. My, gitarzyści - amatorzy, woleliśmy "The Unforgiven" czy "Sad But True", ona, perkusistka, nakłaniała nas do młócenia "Master Of Puppets" i "Battery", szybkich utworów dla silnej kobiety. A jednak roszady w Metallice, które dla JB równoznaczne były z jej rozpadem, zdołały doprowadzić ją do płaczu.

Po odejściu basisty z obozu zespołu zaczęły wychodzić sprawy, które nie powinny były ujrzeć światła dziennego, kłótnie, oskarżenia, infantylne zwierzenia w obecności kamer. Wcześniej afera z Napsterem, która już sama w sobie zachwiała wiarygodnością Metalliki. Już po zatrudnieniu Roberta Trujillo i nagraniu "St. Anger" pojawił się film dokumentalny "Some Kind Of Monster", twór tak infantylny i obrzydliwy, że do teraz nie mogę oglądać go bez uczucia zażenowania. Moje zainteresowanie zespołem spadło niemal do zera. Nic w tej kwestii nie zmienił album "Death Magnetic", który raził uszy swoją przeciętnością. Cały czas czułem zresztą niesmak po "St. Anger", płycie od razu przeze mnie znienawidzonej.


Czy premiera "Hardwired...To Self-Destruct" coś w moim nastawieniu zmieniła i czy można mówić o powrocie do złotych lat świetności zespołu? Bez wątpienia nie. Metallica AD 2016 nadal nie jest grupą do której mógłbym podchodzić emocjonalnie. Wciąż przypomina bardziej konsorcjum niż zespół muzycznych indywidualistów. Gdyby wyciąć z dyskografii Metalliki "St. Anger" i "Death Magnetic" to "Hardwired..." byłaby ich najsłabszą płytą ("Lulu" do pełnoprawnych albumów studyjnych w ogóle nie zaliczam). Mając jednak na uwadze ich ostatnie studyjne dokonania z czystym sumieniem uznać mogę "Hardwired..." za jakościowo… trzeci od końca w katalogu grupy. Rozumiem oczywiście wielkie oczekiwania najbardziej oddanych fanów i niejako automatycznie za tymi oczekiwaniami idący entuzjazm. Gdyby wyposzczeni die-hardzi Metalliki nie uznali płyty za genialną, wówczas cały okres zaciskania zębów i odliczania miesięcy/dni/godzin do premiery poszedłby na marne. A że album ma swoje nieliczne blaski od razu odtrąbiono powrót w wielkim stylu legendy thrashu.

Tyle, że thrash zawarty na "Hardwired..." powinien urągać godności każdego zwolennika gatunku. Chcecie dobrej płyty thrash-metalowej? Sięgnijcie po najnowszy Slayer, Megadeth czy świetny Testament. Macie ochotę na dojrzały metalowy longplay? Bierzcie Anthrax. Nie kupujcie Metalliki. Nie zamierzam omawiać po kolei każdego z utworów, ale kilka kompozycji wymaga paru słów komentarza. "Moth Into Flame" pozbawiony jest pomysłu i rytmiki, "Hardwired" brzmi nieszczerze i wymuszenie a "Atlas, Rise!" nie potrafię nawet odpowiednio określić gatunkowo, tak nijaka to kompozycja. Za to gdy Metallica przypomina sobie czasy "Load" i spowalnia odrobinę tempo, budując kompozycje na wyrazistym riffie, nagle mamy do czynienia z zupełnie innym zespołem, dojrzałym i z pomysłem na siebie.

Oczywiście, można ten pomysł akceptować bądź nie, ale przynajmniej niektóre utwory nabierają stylu. Zaliczają się do nich bez wątpienia "Dream No More", "ManUNkind" i "Murder One" (zresztą piękny hołd dla Lemmy'ego). Moim zdaniem pokazują one, że Metallica wcale nie chce już grać thrashu, nie czuje go i męczy się w stylistycznych okowach. Powrót do korzeni to działanie wyrachowane, podobnie jak w przypadku death-metalu Paradise Lost, przy czym Brytyjczycy rewolucję przeprowadzili z większym wyczuciem. Jedynym chlubnym wyjątkiem na "Hardwired..." jest bardzo dobry "Spit Out The Bone", chociaż i on na tle konkurencji z "wielkiej czwórki" niczym szczególnym nie zachwyca.

Płyta, w odróżnieniu od dwóch poprzednich, ma kilka dobrych momentów, jednak pozytywne wrażenia przysłania cała góra odpadów. Wywalcie "Now That We're Dead", "Halo On Fire" i "Confusion" i otrzymacie album, który zdolny jest w przynajmniej minimalnym stopniu nawiązać do legendarnej przeszłości zespołu. Wiele z kompozycji, które zdecydowano się na "Hardwired..." umieścić brzmi bowiem, jak gdyby ktoś wrzucił kilka riffów do komputerowego generatora, a ten stworzył zbitki dźwięków przypominających Metallikę, coś na kształt edytora, który pozwala przekształcić swoje imię za pomocą logotypu grupy. Innymi słowy: fajna zabawa na parę godzin, ale potem wypada zająć się czymś innym. Nie sądzę, aby zespół kiedykolwiek odbudował swoją pozycję z początku lat dziewięćdziesiątych. Nie wierzę nawet, że Metallica do tego dąży. Wygasł ogień, zanikła pasja. Pozostała korporacja, która wypuszcza kolejny produkt, patrząc na rosnące słupki sprzedaży. 5/10 [Jakub Kozłowski]

6 KOMENTARZE:

dawid pisze...

Czytam już którąś z kolei recenzję odnośnie w/w płyty i ciągle to samo biadolenie. Może już czas najwyższy, po bez mała 30 latach pogodzić się z tym że Metallica nie gra już trash metalu i przestać porównywać każdą kolejną płytę z pierwszymi czterema! ( napisałem 30 lat bo za ostatnią płytę trashową uważam And Justice...) Na przestrzeni kilku dekad istnienia zespołu zmienił się świat, zmienili się ludzie grający w zespole i tyle...aż głupio mi że muszę pisać takie banały ale Ci goście nie muszą już nikomu nic udowadniać, pisanie głupot w stylu skoku na kasę też można puścić mimo uszu, podejrzewam że od wydania "czarnego albumu" mogli by już nic nie nagrywać i co parę lat odbębnić jakąś "pożegnalną trasę" a na "skromne życie" raczej by wystarczyło". Ja osobiście jedyny album Mety który uważam za naprawdę zły to St.Anger i całe to gówno które miało miejsce wokół jego promocji, w podejściu do twórczości tego zespołu po 1987 roku, na upartego 1991 potrzeba otwartości na inne gatunki muzyczne i nieco szerszych horyzontów, ktoś chce słuchać trashu to nie pod tym adresem, jest kilka kapel które od 40 lat grają w koło macieju jedno i to samo, nie będę wymieniał nazw bo każdy wie o które chodzi.

Damon 23 pisze...

podpisuję się pod powyższym komentarzem obiema rękami i nogami :D

Łukasz Kowalik pisze...

Halo On Fire to jeden z najlepszych kawałków na płycie. Dajcie już spokój z tym trashem. Chłopaki nie mają już po 18 lat i wyrośli z tego. Nie muszą się szufladkować na siłę. Słuchałem Slayer i muszę stwierdzić, że wszystkie kawałki są na jedno kopyto. Metallica ma za to piękne melodie wokalne, które wpadają w ucho i każda jest indywidualna. Slayer to już nie wiem, czy facet skanduje wszystkie piosenki czy rapuje - dno.

Slavkovic pisze...

Metallika nie gra thrashu już od dłuższego czasu i czas żeby się z tym pogodzić i nie traktować tego jako wiecznego argumentu przeciw Jamesowi i spółce. Zresztą ile można grać to samo? Dobra, niektóre zespoły potrafią ale czy to jest objaw rozwoju i artyzmu?
Nowa płyta jest całkiem, całkiem... a Halo On Fire to chyba najlepszy kawałek na płycie, ze świetnymi wokalami i podziałami utworu na części.

Wojciech Kubicki pisze...

Całkiem udana płyta. Głównym minusem są dłużyzny w niektórych utworach (siermiężna aranżacja) oraz archaiczne brzmienie stopy. Za to wokal Hetfielda jest o wiele lepszy niż , niemal pozbył się irytującej maniery kończenia i akcentoeania końcówek fraz zawołaniami kowbojskimi w stylu hej-ej. Nawiązania do wczesnego Iron Maiden również bardzo udane. Trzy tewelacyjne numery - atlas ruse, spit out the bone i hardwired. Ogólnie na 10 mocna 6,5

Martyna pisze...

Płyta wyczekiwana, chyba równie mieszana z błotem co wychwalana. O Hardwired głośno już od dawna. Dzisiaj dostałam swój egzemplarz i po pierwszym odsłuchu nie mam mu tak dużo do zarzucenia, co Ty... Może to magia pierwszego odsłuchu właśnie, chociaż czuję, że do Hardwired pozostanie mi sentyment, bo to pierwsza płyta, jaką wydali odkąd zaczęłam się na poważnie interesować.

Murder One dla mnie boskie, Atlas Rise odsłuchałam raz, kiedy zostało opublikowane i na tym się skończyło - tego jakoś nie mogę. Moth najlepsze!

Ciepełka
Martyna z rockmetalu.blogspot.com

Prześlij komentarz