30 czerwca 2016


KORPIKLAANI Noita, [2015] Nuclear Blast || Korpiklaani przyzwyczaili nas do regularnego wypuszczania na rynek albumów prezentujących bardzo zbliżoną stylistykę. Chociaż każda kolejna płyta stanowi muzyczne odzwierciedlenie poprzedniej, to nie można muzykom odmówić pomysłu na kształtowanie własnej kariery. W którym jednak momencie brak zmian zacznie sprowadzać się do zjadania własnego ogona? Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, gdyż zespół zasługuje na to, aby stymulować rozwój metalowej sceny. Niestety, najnowszy album zdaje się być odrobinę zbyt zachowawczy.

Różnie można nazywać twórczość zespołu. Jedni powiedzą, że Korpikaani to przedstawiciele folk- bądź, jeżeli ktoś woli tą nazwę, pagan-metalu. Dzięki hymnom ku czci wódki, piwa czy tequilli zespół najsilniej wbił się w świadomość słuchaczy jako wytrawny przedstawiciel prężnej niszy metalu alkoholowego. Na ostatnich płytach Finów coraz mniej jednak pieśni biesiadno-imprezowych, powracają za to ze wzmożoną siłą nawiązania do fińskiego folkloru. Dzięki czerpaniu z najbliższych sercom muzyków kulturowych podwalin, wyrażanych za pośrednictwem intrygującego języka, Korpiklaani nie można pomylić z żadnym innym zespołem. I chociaż ich płyty nie są w stanie zrewolucjonizować sceny muzycznej to zapewniają wspaniałą rozrywkę rzeszom festiwalowych wyjadaczy.

Jednak to, co sprawdza się podczas otwartych plenerowych imprez nie zawsze oddziałuje z równą siłą podczas odsłuchu płyty. Mamy tu więc podobnie jak w przypadku Alestorm do czynienia z muzyką, która musi być dawkowana w małych ilościach. Przesłuchanie całej płyty podczas jednego posiedzenia niestety nuży. Monotonia ta nie powoduje może chęci wyłączenia albumu, ale wpływa na odbiór poszczególnych utworów, które niezauważenie zlewają się w jedną metalowo-folkową masę. Korpiklaani odróżnia się tym samym od dokonań na przykład Heidevolk, którzy potrafią poprzez mądre wykorzystanie czystych wokali i growlingu utrzymać uwagę słuchacza. U Korpiklaani growlingu brak zupełnie a chropowaty, przepity głos Jonnego Järvelä często staje się zbyt jednostajny.


Wpływ na monotonię muzyki Korpiklaani ma również tempo piosenek, wycofany, mało słyszalny bas (zawarty na poprzedniej płycie zespołu utwór "Rauta" z wyraźną liną basu okazał się niestety jednorazowym eksperymentem) oraz dość prosty rytm wybijany przez perkusję. Na albumie "Noita" brakuje żywej, pierwotnej energii, którą powinna cechować się metalowa stylistyka. Nie oznacza to wcale, że płyta jest zła. Utwory takie jak "Lempo" czy "Viinamäen Mies" potrafią zachwycić ciekawą melodią, która niestety ukryta zostaje pod zbyt bogatą aranżacją. Wiele z kolejnych utworów niestety niczym się nie wyróżnia, singiel "Pilli On Pajusta Tehty" również zdecydowanie mniej przyciąga uwagę niż znane z poprzedniej płyty "Kunnia" czy "Rauta". Nie powiem jednak, że się zawiodłem. Nowa płyta to nadal czyste, tradycyjne Korpiklaani. Pytanie tylko, czy po ośmiu albumach nadal stanowi to komplement? Mogę się założyć, że po przesłuchaniu całej płyty nikt ze słuchaczy nie będzie w stanie przytoczyć choćby jednego elementu, który zapadł mu na dłużej w pamięć.

Są takie zespoły, które potrafią porwać w trakcie koncertów oraz takie które nagrywają przemyślane i elektryzujące albumy. Gdy oba elementy się spotkają, wówczas możemy obcować z zespołem wybitnym. Korpiklaani takim, niestety, nie jest, ale też nigdy do tego miana nie pretendował. 6.5/10

***

Niezależnie od letnich odczuć jakie towarzyszyły mi w trakcie odsłuchu płyty, udałem się na koncert zespołu w ramach zeszłorocznego Czad Festival. Słuchałem niemal pod sceną i zżarłem dobre pół kilo piachu. Korpiklaani potrafią rozgrzać tłum fanów, to na pewno. Szkoda tylko, że większość setu spędziłem na przenoszeniu nad głową dziesiątek fanów. Ilość chętnych do poleżenia na rękach innych była tak znacząca, że w powietrzu zaczynały robić się korki, tzn. nierzadko jeden z fanów nachodził na drugiego, co zaczynało przypominać budowanie ściany z klocków. No i niestety ponad godzinę polscy miłośnicy Korpiklaani zdzierali sobie gardła domagając się utworu "Vodka" a było to odrobinę irytujące i monotonne. Korpiklaani są chyba do takiej reakcji przyzwyczajeni, bo grali po prostu swoje. Podsumowując, fajny koncert, dużo energii bijącej ze sceny i szczęśliwi fani pod nią, nie ma się do czego przyczepić. Na koncercie, gdy raczeni jesteśmy crème de la crème twórczości Finów, wówczas Korpiklaani są po prostu doskonali. [Jakub Kozłowski]

27 czerwca 2016


NIGHTWISH Endless Forms Most Beautiful, [2015] Nuclear Blast || Pomimo zgrozy, która opanowała fanów po odsunięciu Tarji Turunen od działalności zespołu, kryzys nigdy nie zdołał dotknąć Nightwish. Obozem Finów nie zachwiała również choroba Jukki Nevalainena, czego świadectwem jest następczyni świetnej w swojej stylistyce płyty "Imaginaerum". Okres od zakończenia trasy promującej "Once" poprzez zaangażowanie Anette Olzon aż po kolejną zmianę wokalistki, nie wpłynął na artystyczną zawartość nowego albumu, co pokazuje, jak ważną osobą w Nightwish jest Tuomas Holopainen. Tam, gdzie jest to konieczne muzycznie angażuje się Marco Heitala, dodając odrobinę bardziej nieokrzesanego pierwiastka do muzyki zazwyczaj dobrze wyważonej i perfekcyjnie opracowanej. Ożywienie poszczególnych linii melodycznych to z kolei zadanie wokalistek. Gdy jednak trzeba nadać całości jednorodny kształt, obudować spójną historię w dźwięki i harmonie, tam widać, że zespół nigdy nie był i nie będzie demokratyczny. To, że muzycznie Tuomas odpowiada niemal w stu procentach za kształt poszczególnych albumów wychodzi jednak zespołowi na dobre.

Pomimo ograniczonej roli wokalistek w muzycznych planach zespołu to wydaje się, że Floor Jansen będzie zastąpić o wiele trudniej niż Anette Olzon. Floor ma wszystko to, czego potrzeba dobrej wokalistce power-, czy jak kto woli, symphonic-metalowej. Holenderka dysponuje potężnym, melodyjnym głosem potrafiąc jednak, gdy utwór tego wymaga, nabrać odpowiedniej delikatności. Chociaż Anette wzniosła się na wyżyny swego talentu śpiewając w takich utworach jak "Turn Loose The Mermaids" czy "Slow, Love, Slow" z poprzedniej płyty, to nie pasowała do zespołu, wcale się zresztą w późniejszym okresie z tym nie kryjąc. Jej odbiegające od wizerunku Nightwish stroje oraz dość nieporadne gesty sceniczne rozbijały nastrój występów utrudniając konserwatywnym fanom zaakceptowanie jej jako następczyni Tarji, prawdziwej divy sceny metalowej. I chociaż potrafiła zaśpiewać pięknie w każdej balladzie, jej interpretacje ciężkich utworów niebezpiecznie zbliżały się do pastiszu. Floor Jansen, co pokazały koncerty poprzedzające przyjęcie wokalistki do zespołu, odnajduje się doskonale w każdej stylistyce.

Wszystko to jednak nie miałoby najmniejszego znaczenia, gdyby zespół nie zdołał dostarczyć materiału na wystarczająco wysokim poziomie. W tej kwestii nie ma jednak wątpliwości, "Endless Forms Most Beautiful" jest płytą równie udaną co jej poprzedniczka. Odrobinę bardziej melancholijną, odrobinę bardziej monotonną, ale dojrzalszą, wymagającą od słuchacza więcej cierpliwości, wywołującą tym samym uczucie pełnej satysfakcji. Oczywiście, o ile lubi się naiwną i przepełnioną patosem twórczość.


W odróżnieniu od "Imaginaerum", na którym mroczny klimat baśniowej, ciemnej zimy budowały ciekawe ballady i zwolnienia, na "Endless Forms" nastrój w równym stopniu kształtują potężne riffy i szybkie tempo. Album jest bardziej spójny od swojego poprzednika, niestety, zaczyna się zdecydowanie mniej ciekawie a "Shudder Before The Beautiful" sprawia wrażenie nieświadomego autocytatu, jakby był odrzutem z sesji poprzedniego albumu. Już jednak "Weak Fantasy" potrafi zagotować krew a linia melodyczna, pomimo ciężaru całego utworu, należy do jednej z lepszych w dorobku Nightwish. Warto również wsłuchać się w inteligentny i ciekawy tekst, zaśpiewany przez Floor dokładnie tak, jak powinien brzmieć, z nutką oskarżenia i pogardy. Następny w kolejce "Élan", choć wybrany na singiel, jest najsłabszym ogniwem nowego materiału, co gorsza, w ogóle niereprezentatywnym dla albumu. Niewątpliwie spełnia on pewną rolę jako przerywnik pomiędzy "Weak Fantasy" a "Yours Is An Empty Hope", dwoma niezwykle ciężkimi utworami, ale na pewno nie powinien być wizytówką całej płyty.

Nowe dzieło Finów stanowi jednak ciekawe połączenie cięższych fragmentów, wprowadzających miejscami niepokojący nastrój, oraz fragmentów spokojnych, melancholijnych i pełnych tęsknoty. Takim utworem, i moim faworytem na płycie, jest "Our Decades In The Sun". Choć odbiega on od konceptu całego albumu, który jest odzwierciedleniem, jak to ujął Tuomas Holopainen, pokłonu, który zespół składa sile rozumu i nauki, to jego melodia świdruje umysł jeszcze długo po wyłączeniu płyty. Zresztą to właśnie świetne współgranie tekstów z muzyką jest największą siłą albumu.

Nie mogę powiedzieć, że "Endless Forms Most Beautiful" jest lepsza od "Imaginaerum". Jest na pewno inna. Opowieść przedstawiana przez zespół, będąca wynikiem fascynacji Tuomasa Holopainena ewolucją, nauką, rozwojem, wymaga od słuchacza o wiele więcej cierpliwości. Na płycie znalazły się też utwory przeciętne, jak wspomniane "Shudder Before The Beautiful" czy "Élan". Nastrój nowej muzyki zespołu jest jednak bardziej wyważony, mniej histeryczny. Choc powoduje to, że pierwsze odsłuchanie płyty może zawieść. Ta jednak, wraz z czasem jej poświęconym, naprawdę wiele zyskuje. 8/10 [Jakub Kozłowski]

20 czerwca 2016


W praskim zoo urodziło się słoniątko, rosyjskojęzyczny cudzoziemiec wlazł na wieżyczkę budynku należącego do Teatru Narodowego i rzucał w przechodniów cegły, co czeska policja transmitowała na żywo w Internecie, festiwal małych browarów kolejny raz udowodnił, że tutejsze piwa to znacznie, znacznie więcej niż tylko Pilsner, Gambrinus i Kozel (serio), žižkovski festiwal podwórek pokazał zaś, że moja dzielnica pełna jest niesamowitych zakamarków, choć moje podwórko i tak jest najładniejsze. Coś jeszcze w bieżących wydarzeń? Oczywiście muzyka.


Adrian T. Bell to żyjący w Pradze Brytyjczyk, który za swoją debiutancką solową płytę "Different World" zaskakująco otrzymał nagrodę Apollo za rok 2014. Stoi jednak za nim wieloletnia działalność w czeskiej post-punkowej grupie The Prostitutes, która pod koniec zeszłego roku powróciła ze spontanicznym i bardzo udanym albumem "Zum Passer". Bell zaś wydał niedawno drugą płytę solową "Night And Day", pełną klasycznego rockowego songwritingu, z lekką soulową nutą i noir klimatem, gdzieś pomiędzy Nickiem Cavem a Tindersticks. Kolejny obok Jamesa Harriesa czy Justina Lavasha przykład znakomitej adaptacji Brytyjczyków dla czeskiego życia.



Ścieżkę dźwiękową do gry Samorost 3 można uznać za jeden bardziej oczekiwanych tytułów nie tylko w Czechach, ale i za granicą. Tomáš Dvořák vel Floex napisał muzykę nie tylko do poprzednika Samorost 2, ale przede wszystkim do powszechnie nagradzanej przygodówki Machinarium. Darmowa zas epka "Samorost3 Pre​-​Remixes EP" spotkała się z zachwytem samego Jona Hopkinsa. "Samorost 3 Soundtrack" po raz kolejny łączy ciepłe żywe brzmienia i markowy dźwięk klarnetu z dopracowaną elektroakustyką, ambientem i delikatnym IDM, tworząc naturalną i niezwykle plastyczną całość. Nie tylko dla fanów indie-gier.



Květy z zeszłoroczną płytą "Miláček slunce" tylko potwierdziły swój wyjątkowy status przodowników czeskiej / morawskiej / brneńskiej alternatywy, zamiast oczekiwanej przerwy grupa zaskoczyła nas jednak wyjątkowym tytułem "Copak můžu svojí milý mámě říct". Po pierwsze, album w wersji cyfrowej pobrać możecie za darmo, ściśle limitowana edycja winylowa praktycznie wyprzedała się w preorderze. Po drugie, jest to wydawnictwo okazjonalne, prezent z okazji dziesięciolecia labelu Polí5 i towarzyszącego mu praskiego sklepu Rekomando (szukajcie pomiędzy nabrzeżem Wełtawy, Tańczącym Domem i Placem Karola). Po trzecie, są to wyłącznie przeróbki piosenek kultowej undergroundowej grupy Psí vojáci, na czele której stał przedwcześnie zmarły wokalista, kompozytor i poeta Filip Topol. Martin E. Kyšperský mierzy się z oryginałem przy pomocy swego charakterystycznego wokalu, grupa zaś ulotnymi wręcz interpretacjami. Sprawdzić przy okazji można jak z utworem "Žiletky" poradziły sobie Květy a jak swego czasu duet Tvrdý / Havelka.



Następcę znakomitego albumu "Sound Of Unrest" przygotowuje słowacki producent Autumnist. Pierwszym singlem z niezatytułowanej jeszcze płyty jest "Inner Space Invaders", który z okazji tegorocznego Record Store Day ukazał się na winylu, pobrać go jednak można wraz z remiksami takiej utalentowanej słowackiej młodzieży jak Bulp czy Fallgrapp. I obejrzeć teledysk.


Skoro już jesteśmy przy bratniej republice, to jednym z ciekawszych słowackich albumów 2012 roku było "Blízke stretnutie" ProjektkreK. Po czterech latach i ten producent, już jako Pkrek, powraca z płytą "Ariesynth", która w wielce dla Słowacji charakterystyczny sposób łączy syntezatorową elektronikę z nie zawsze instrumentalnym hip-hopem oraz udziałem takich gości jak Monika Načeva, Moimir Papalescu czy Prezident Lourajder.



I na koniec, czym dla studia Amanita Design jest Floex, tym dla Hexage jest Kubatko, który napisał muzykę do bodajże wszystkich ich gier, łącznie z najbardziej znanymi Radiant, Radiant Defense czy Reaper. Znaleźć je można na kompilacji "Hexage Games Soundtrack" oraz wydanej niedawno drugiej części "Hexage Games Soundtrack II" (choć "Reaper Soundtrack" był już wcześniej dostępny w postaci samodzielnego tytułu). [Wojciech Nowacki]

16 czerwca 2016


KAMP! Orneta, [2015] Brennnessel || Debiutancki album Kamp! nie stał się tym, czym powinien był być. Zjawiskowe przeboje "Cairo", "Melt" i "Distance Of The Modern Hearts", ba, nawet niezwykle zręczne intro "Oaxaca", nie zdołały przykryć zwrotu w stronę ejtisowego popu, który dokonał się w latach pomiędzy wczesnymi epkami a płytowym debiutem. "Kamp!" ukazało się za późno, w międzyczasie polski słuchacz zdążył się już oswoić z ideą synth-popu, zespół zaś porzucił nowoczesne elektroniczna brzmienia "Thales One" i "Breaking A Ghost's Heart" na rzecz bardziej przyswajalnej otoczki lat osiemdziesiątych.

W efekcie zabrakło na "Kamp!" wyczekiwanego czynnika wow!, zamiast albumu dekady, przedmiotu kultu, kolekcji hitów, która rewolucjonizowałaby polski gust objawiając mu elektronikę, płyta okazała raczej próbą ujarzmienia formatu albumu. Z perspektywy czasu widać, że Kamp! to zespół po pierwsze singlowy, po drugie zaś koncertowy. Pierwsza ich płyta okazuje się być jednak dziś tytułem klasycznym, który z biegiem czasu będzie tylko zyskiwać, "Orneta" zaś ten status tylko umocni.


Zarówno intrygujący tytuł pochodzący od miasteczka położonego na Warmii, jednego z najbardziej enigmatycznych regionów Polski, jak i okładka będąca kadrem z filmu "Król Maciuś Pierwszy", jeszcze wyraźniej wskazują, że Kamp! po raz drugi postanawiają zmierzyć się z ideą "albumowości", spójnym i przemyślanym konceptem. Tym razem nawet za cenę singli, choćby bowiem "Dorian", i tak jeden z lepszych utworów na płycie, w zestawieniu z dotychczasowym potencjałem Kamp! okazuje się zaskakująco słabo przebojowy. I taka też jest "Orneta", mało chwytliwa, miejscami przyciężka, miejscami tak lekko przemijająca, że nie pozostawia żadnego punktu zaczepienia. Szkoda też chłopięcego wokalu, który co prawda w przeszłości był jednym z elementów prowokujących do porównań z Cut Copy (które już na "Half Nelson" natychmiast zastępuje Animal Collective), ale na "Ornecie" zbyt często przykrywany jest vocoderowymi modulacjami. Nawet w lżejszym, przestrzennym i posiadającym potencjał do tanecznej eskalacji "Range Rover" czy w bliskim mu "Land Rover", muzycznie bliskim Hot Chip na zwolnionych obrotach, ale zarazem frapująco krótkim. Kompozycje są też nie tylko wyraźnie słabsze, ale czasem właśnie po prostu za krótkie. Co jednak niełatwo zarejestrować jeśli przepływają jedna w druga na progu zauważalności. Przynajmniej instrumentalne "Trap Door" wyróżnia się dzięki gęstszemu brzmieniu i bardziej klubowemu charakterowi.

"Orneta" jest jednak płytą znakomicie wyprodukowaną, pełną pieczołowitych aranżacji, nie zmienia jednak wrażenia, że najlepszym albumem Kamp! okaże się zapewne wydane za jakieś dwadzieścia lat greatest hits. Koniecznie trzeba jednak zestawić Kamp! albumowe z koncertowym. Profesjonalizm tria mógł okazjonalnie wydawać się wystudiowany, ale wieloletnie doświadczenie na scenach wszelakiej wielkości po prostu robi wrażenie. Precyzyjny i dopracowany, lecz żywiołowy i porywający set potrafią zaoferować w każdych warunkach, w klubie, na festiwalu, dla pięćdziesięciu, dla tysiąca. Najprościej zatem powściągnąć studyjne ambicje i przenieść na płytę prostsze taneczne emocje oraz koncertową odwagę, która zaskarbia Kamp! absolutnie zasłużoną uwagę w kraju oraz za granicą. 6/10 [Wojciech Nowacki]

12 czerwca 2016


ALESTORM Sunset On The Golden Age, [2014] Napalm Records || Był kiedyś taki program w polskiej telewizji, który mógł pochwalić się najbardziej porywającą czołówką ze wszystkich, jakie mogłem sobie w wieku nastu lat wyobrazić. Nazywał się bodajże „Morze” i jako wstęp do dość nudnej zawartości wykorzystywał piosenkę "Song Of Victory". Za każdym razem, gdy program był emitowany nachodziły mnie myśli o porzuceniu domu i zaciągnięciu się na statek w zacnym charakterze majtka. Tak, lubiłem piratów jak byłem mały. Właściwie to nadal lubię piratów. Lubię też piwo. I metal też lubię. Jedno należy połączyć z drugim i wychodzi, że Alestorm lubić mi po prostu wypada.

Nie ma się tu zresztą czego wstydzić, bo to naprawdę przyzwoita kapela. Jednak z "Sunset On The Golden Age” jest jeden problem, podobnie zresztą jak z wszystkimi poprzednimi dziełami Alestorm. A problem ten nazywa się monotonia. Nie chodzi tu zresztą wcale o konstrukcje poszczególnych utworów, bo te potrafią zaskoczyć czy to wprawną solówką ("Surf Squid Warfare"), folkowym zabarwieniem ("Magnetic North") czy chwytliwym riffem ("1741"). Chodzi właśnie o tematykę, która chociaż jest spełnieniem marzeń każdego, kto dostawał zawrotów głowy przy lekturze "Wyspy Skarbów” czy "Kapitana Blooda", powinna być przyjmowana w małych dawkach. Przesłuchanie całego albumu jest sporym wyzwaniem, nawet gdy podejdziemy do sprawy ambitniej, i poczytamy sobie teksty. Zespół potrafi napisać pijacko-imprezowy hymn "Drink" (But a man has needs and that need is booze!) okraszony lekkimi, zabawnymi słowami, by następnie zaatakować uszy słuchacza epickim dziełem o klęsce Anglików w bitwie o Kartaginę. Na męczący wydźwięk całego album wpływ ma specyficzna szczekająca maniera Christophera Bowesa, która powoduje, że po kilku kawałkach trzeba zrobić sobie przerwę. Chyba że akurat jesteś na imprezie, albo pijesz piwo, albo jedziesz samochodem. Wtedy jest ok a muzyka Alestorm sprawdza się doskonale.


Odbiór albumu zmienia się jednak diametralnie, gdy po prostu chce się go w zaciszu domu i w świętym spokoju posłuchać. Wówczas następuje chyba zbyt zasadniczy rozdźwięk między otoczeniem a energią płynącą z odbiornika. Osobiście w okolicach "Quest For Ships" robię się senny. I chociaż łatwo w połowie płyty przyciąć sobie drzemkę, to równocześnie nic tak dobrze nie rozbudzi cię z rana jak kilka zwrotek "Walk The Plank". Przydałoby się jednak odrobinę zróżnicować tempo i nastrój poszczególnych utworów. Jest jasnym, że słuchając Alestorm czeka się na utwory typu "Drink" albo "Hangover", świetnego coveru beznadziejnej piosenki Taio Cruza, brakuje mi jednak utworów odrobinę bardziej refleksyjnych czy emocjonalnych. Tak po prostu, dla przełamania sztampy.

Życie pirata to nie zawsze przecież żłopanie rumu i strzelanie z dział. Na albumie Alestorm nie ma utworu porównywalnego do "White Pearl, Black Oceans" Sonata Arctica a bardzo by się przydał. Oczywiście jaki Alestorm jest, każdy widzi i nie wymagam tu dogłębnych stylistycznych zmian. Może jedynie szczyptę zróżnicowania. Mimo to "Sunset On The Golden Age" trzeba uznać za udaną płytę. W podgatunku metalu pirackiego nie ma obecnie sobie równych, co jednak wynika również z faktu braku bezpośredniej konkurencji. Jeżeli więc lubicie taką rozrywkową, odrobinę pastiszową stylistykę graną na jedno kopyto to polecam. Niestety, cena albumu może odrobinę odstraszać, bo za podstawową wersję CD zapłacić musimy ponad 50 zł. Troszkę dużo jak na mało znany i, bądź co bądź, drugoligowy zespół na dorobku. 5/10 [Jakub Kozłowski]

10 czerwca 2016


THE ORDER OF ISRAFEL Red Robes, [2016] Napalm Records || Czekałem na tą płytę z niecierpliwością a nieczęsto to robię. Zazwyczaj z większą chęcią wracam do klasyków gatunku zamiast odliczać dni do premiery nowej produkcji. A jednak The Order Of Israfel zaintrygował mnie swoim doskonałym, wydanym w roku 2014 debiutem. Płyta "Wisdom" stanowiła perfekcyjne wyważoną dawkę doom metalu zmieszanego z motörheadową galopadą i progresywnym zacięciem. Tom Sutton wraz z kolegami dokonał czegoś, co wydawałoby się niemożliwe łącząc tak odrębne stylistyki. Lecz sprawne wykorzystywanie dokonań poprzedników zaowocowało bardzo ożywczym albumem zespołu, który właściwie wziął się znikąd i nikogo nie obchodził.

W momencie zapowiedzenia premiery "Red Robes" The Order Of Israfel zyskał już oddanych fanów, którzy z niepokojem oczekiwali rezultatów pracy zespołu. W powietrzu wisiało pytanie, czy drugi album okaże się dla muzyków płytkim grobem czy drabiną prowadzącą na kolejne piętro muzycznego wtajemniczenia. Po kilku godzinach spędzonych z albumem mogę z całą pewnością powiedzieć, że Israfel na pewno uniknęli przedwczesnej śmierci, ba, udało im się nawet wejść kilka szczebli do góry. Tyle że równocześnie rozchybotali drabinę zwiększając groźbę upadku. "Red Robes" jest bowiem płytą bardzo dobrą, ale nie tak udaną jak debiutancki "Wisdom". Jest również płytą intrygującą, ale o zmarnowanym potencjale. Ten album mógł być po prostu lepszy, wystarczyło uniknąć kilku błędów i dać sobie troszkę więcej czasu na doszlifowanie kompozycji.


Na "Red Robes" ulotnił się gdzieś wyraźny na debiucie progresywny pierwiastek, zastąpiony pokaźniejszą dawką domowych powolnych riffów. Utwory nadal utrzymują wzbudzającą szacunek długość, ale mniej się w nich dzieje, wydają się jednostajne i mniej skomplikowane pod względem aranżacji. Dobrze widać to na samym początku płyty, gdy utwory "Staff In The Sand" oraz tytułowy właściwie mogą zostać uznane za kolejne części tej samej kompozycji. Oba należą do najjaśniejszych fragmentów albumu, ale umieszczenie ich po sąsiedzku szkodzi ich odbiorowi. Nie pomaga również produkcja, która stępia siłę muzyki. Zrezygnowano z wyraźniejszego wyeksponowania głosu Suttona, który ginie na tle przesterowanych i nisko strojonych gitar. I tutaj właśnie doszukiwałbym się największego mankamentu "Red Robes", jeżeli mogę jej produkcję do czegoś przyrównać to byłby to album "Born Again" Black Sabbath.

Wszystkie utwory brzmią płasko, co powoduje, że pierwsze kilka odsłuchów może do płyty zniechęcić, tym bardziej, gdy porówna się ją z bardzo ostrym dźwiękowo debiutem. Nie wiem z czego wynikała ta zmiana. Nie widzę powodów, dla których stępiono brzmienie instrumentów i wokalu tym bardziej, że dobra sprzedaż albumu "Wisdom" zaowocowała większym budżetem którym The Order Of Israfel mógł się posiłkować. Widać to zresztą po sposobie wydania płyty, którą umieszczono w eleganckim, grubym digipaku wraz z bonusowym dyskiem DVD z zapisu koncertu. Jeżeli więc nie względy finansowe miały tu decydującą rolę to produkcja musiała wynikać ze świadomej decyzji muzyków i moim zdaniem podjęto ją pochopnie. Nie dość, że na płycie nie znajdziemy kompozycji na miarę "Wisdom", "Born For War" czy "Morning Sun" to dodatkowo sposób rejestracji albumu sprawia wrażenie zbliżone do tego, które odnosi się słuchając płyt zza ściany.

Muzycznie "Red Robes", chociaż słabsza od debiutu, nie zawodzi. Jest spójna i nawet ciekawa pomimo kilku wypełniaczy w postaci "In Thrall To The Sorceress" oraz balladowego "Fallen Children". Wielki potencjał drzemie we wspomnianym już "Staff In The Sand" oraz w "Swords To The Sky", jedynym uprogresywnionym utworze na płycie, z doskonałym riffem przewodnim, choć tu ponownie jego siła mocno słabnie przez nijaką produkcję. Zawodzi singlowy "Von Sturmer", który jednak pomimo swojej muzycznej nijakości potrafi wbić się w pamięć i w najmniej spodziewanych momentach zmusić słuchacza do nucenia. Niewiele dobrego mogę jednak powiedzieć o "The Thirst", który jest po prostu zbyt długi i repetycyjny.

A jednak nie czułem się zawiedziony. Jest w tych utworach siła, która zmusza do regularnych powrotów do albumu. Mam tu na myśli, przede wszystkim, znakomite riffy i intrygujące, choć może odrobinę naiwne, historie opisane w tekstach. Niestety zdaje sobie równocześnie sprawę, że gdyby zespół miał szansę ograć nowy materiał na koncertach, jak w starych dobrych czasach sprzed ery komórkowej, kiedy muzycy nie musieli obawiać się, że następnego dnia po koncercie płyta wycieknie do Internetu, to z kilku rozwiązań by zrezygnował a kilka pomysłów rozwinął. The Order Of Israfel nadal prezentują przystępny doom metal najwyższych lotów, chociaż wyraźnie uproszczony w porównaniu do debiutu. Brakuje odrobinę wyraźniejszej sekcji rytmicznej i lepiej zmiksowanego wokalu, ale są to mankamenty do których można się przyzwyczaić. Być może fakt, że na płycie nie ma jednego wyróżniającego się utworu, który potrafiłby zdominować resztę kompozycji "Red Robes" słucha się jako zamkniętą całość, w której każdy utwór ma swój cel do spełnienia. Do debiutu wracać będę jednak częściej. 7.5/10 [Jakub Kozłowski]

8 czerwca 2016


BATTLES La Di Da Di, [2015] Warp || Battles to jednak z tych grup, które czasami lepiej prezentują się jako idea na papierze niż naprawdę słuchany wykonawca. Enigmatyczne tytuły, dopracowana i konsekwentna oprawa graficzna, z wolna zmierzająca w stronę wysmakowanego food-porn, wreszcie sama etykieta math-rocka, która brzmi odpowiednio intrygująco, alternatywnie, niszowo i inteligentnie. I każdy z albumów Battles brzmi jak świetny pomysł, przynajmniej do momentu próby dogłębnego przesłuchania.

"Tonto" z debiutu to nadal znakomita kompozycja, w której nie przeszkadza nawet wokal, wyjątkowo natomiast irytujący w "Atlas". Za owe wokale na płycie "Mirrored" odpowiadał Tyondai Braxton, ówcześnie również główny kompozytor Battles, który wkrótce jednak opuścił grupę, która już jako trio nagrała drugi album "Gloss Drop". Z wokalami poradzili sobie z lepszym lub gorszym efektem zapraszając gości, ale kompozycyjnie nadal trafiały się tu tak udane utwory "Futura", "Ice Cream" czy "Africastle". Ale choć najnowszy album "La Di Da Di" porzuca wokale całkowicie, to podąża tą samą drogą minimalnych ulepszeń i modyfikacji, które brzmienia Battles jednak nie zmieniają. "La Di Da Di" prezentuje się zatem znów jako płyta odrobinę lepsza, dzięki pozbyciu się ewidentnej słabości jaką była dziwna potrzeba przekształcania połamanych rytów w wokalne piosenki, ale jednocześnie w natłoku dźwięków ciężej tym razem wychwycić jakikolwiek punkt zaczepienia.


Płyta jest niesamowicie gęsta, na wysokości czwartego utworu mamy wrażenie, że album bliży się już ku końcowi, podczas gdy to zaledwie jedna czwarta. Niekoniecznie znaczy to nudę lub przeładowanie, ale math-rockowe figury walą się do uszu w takim zagęszczeniu, że zaczynają wymykać się percepcji słuchacza. Faktycznie jednak, gdy w "Non-Violence" wzajemnie kontrujące się motywy odsłaniają, że mimo kolejnych zmian temp, załamań rytmiki i nakładanych warstw, słyszymy w zasadzie cały czas do samo, w końcówce zatem album zlewa się w dźwiękową magmę.

Tymczasem pole do manewru jest tu nadal spore. "Dot Com", niby kroczący i kraut-rockowy, przynosi głupkowatą melodię a'la Deerhoof i macho zagranie na gitarze. "FF Bada" jest nie tylko gęsty, ale ciągle się przekształcający, testujący możliwości otoczenia i własne, nabierając prawdziwie lepkiej mocy. "Dot Net" natomiast mógłby się sprawdzić jako żywy podkład dla Flying Lotusa, ale z wielu powodów to właśnie "The Yabba" najbardziej przekonuje. Świeżość pierwszej na płycie kompozycji pozwala się jeszcze skupić i nadążyć za jej przemianami, ale na albumie na którym w dość wąskich ramach dzieje się mnóstwo, to właśnie tutaj dzieje się najwięcej. Pulsujące bębny, nieeskalujący post-rock, rytmiczne załamania, rockowe punktowanie, space-rockowe pogłosy, czy wreszcie zarys gitarowej melodii, która staje się głównym elementem nośnym kompozycji, sprawiają, że Battles brzmią jak kolaboracja między Matmos a Mikem Oldfieldem.

"La Di Da Di" jest trochę jak jej okładka. Banan z bitą śmietaną może wydawać się dobrym pomysłem, nawet prowokacyjnym i uwodzicielskim, ale po dodaniu naleśników, arbuza, jajek i bekonu, robi się tego za dużo, za gęsto, a wszystkie smaki i faktury i tak zlewają się w jedną nierozpoznawalną masę. Battles mają potencjał imponować, ale na trzecim już albumie nadal wydają się raczej folgować własnym obsesjom niż je przełamywać. 6/10 [Wojciech Nowacki]

6 czerwca 2016


FOUR TET Morning / Evening, [2015] Text || Słabość do długich, a nawet bardzo długich utworów jest okazjonalnie pięknie zaspokojona, częściej jednak może zostać brutalnie podeptana. Na każde "Djed", "My Father My King", "Again" czy "Dazed And Confused" przypada dziesiątki przegiętych rockowych suit czy wymęczonych elektronicznych miksów. Piętnasto-, dwudziestominutowa kompozycja to sztuka trudna, przez co niebezpieczna i wdzięczna zarazem. Kieran Hebden zapowiadając zatem nowy album złożony z dwóch dwudziestominutowych utworów z miejsca otrzymał dodatkowe punkty za zainteresowanie, nawet pomimo słabszej formy w jaką popadł na poprzednim "Beautiful Rewind".

"Morning Side" rozpoczyna jednak identyczny jak w przeważającej części "Beautiful Rewind" bit, relatywnie złożony, ale mechaniczny i rozczarowująco płaski. Nie ma czasu by po raz kolejny zamyśleć się nad perkusyjnymi fascynacjami Hebdena, które w ostatnich latach przynoszą raczej przeciętne niż naprawdę udane efekty. Syntezatorowa fala zapowiada bowiem nadejście zalążka melodii, niemal momentalnie przytłaczanego przez kontrowersyjny sampel wokalny. Wrogi europejskiemu uchu bollywoodzki zaśpiew wpędza słuchacza w pętle zaprzeczeń. Łatwo bowiem wytknąć kulturową stereotypowość i utrwalanie pocztówkowych obrazów, z drugiej strony pochodzenie Hebdena wytrąca ten argument z ręki.

Słuchanie "Morning Side" przypomina oglądanie pierwszego odcinka "Sense8", istnej eksplozji barwnych kulturowych stereotypów. W serialu złożyły się jednak dość szybko w sensowną i głębszą całość, wokal w "Morning Side" nie prowadzi natomiast do niczego. Trudno nie wyjść na muzycznego kolonialistę, lecz przyznać trzeba szczerze, że po prostu wokaliza irytuje. W połowie utworu zanika, kompozycje odrobinę się zagęszcza zmierzając w stronę perkusyjnej abstrakcji, sampel powraca i całość rozpływa się w całkiem przyjemnych rozbłyskach.


Dźwiękowa i dość subtelna abstrakcja jest natomiast wyjściowym punktem dla "Evening Side". Również tutaj pojawia się sampel wokalny, znacznie jednak mniej inwazyjny i dominujący, zręcznie i niemal podprogowo przeplatający się przez dość eteryczną całość. Przemkną nawet charakterystyczne niegdyś dla Four Tet dzwonki, ba, pojawi się nawet w końcu efektownie zharmonizowany rytm. Co z tego jednak, skoro nie ma tu żadnego narracyjnego uzasadnienia dla długości utworu, co znakomicie w swej czterominutowej wersji uchwycił Oneohtrix Point Never, i choć "Evening Side" jest obiektywnie przyjemniejszą częścią albumu to paradoksalnie mniej zapamiętywalną niż nieznośne "Morning Side".

Od czasów "There Is Love In You" selekcja materiału Four Tet to enigmatyczny proces. O tym, co  i z jakich powodów zostanie uhonorowane umieszczeniem na albumie, co trafi na niskonakładowy winylowy singiel, co do Badcampowej kolekcji a co skończy jako Soundclouddowy upload, wie tylko i wyłącznie sam Kieran Hebden. Może zresztą nie powinniśmy być zbytnio przywiązani do nobilitującej idei albumu. Four Tet postanowił sprawdzić się w dłuższej formie i choć ani nie poległ całkowicie, ani nie stworzył opus magnum, to wynikiem podzielił się ze słuchaczami. Intrygujący produkcyjny eksperyment za który wypada ładnie podziękować, ale częściej wracać do po macoszemu traktowanego Percussions. 5/10 [Wojciech Nowacki]

2 czerwca 2016


MEETING BY CHANCE Inside Out, [2016] PlugAudio || Próba ucieczki przed byciem połówką Skalpela spełzła na niczym już na debiutanckim wydawnictwie "Meeting By Chance". Pod koniec 2012 roku Marcin Cichy udanie wyszedł jednak z półmroków masteringu i pracy studyjnej. Dotąd szara eminencja stojąca za masteringiem szeregu tytułów z pogranicza elektroniki, jazzu i nie tylko, dołączyła wreszcie po latach do swego kolegi Igora Boxxa w przedsięwzięciu solowej post-skalpelowej działalności. O ile jednak Pudło debiutował znacznie wcześniej i to od razu albumem wydanym w labelu, którego nazwa pada zawsze gdy mówi się o Skalpelu, o tyle Cichy wybrał drogę małych wydawnictw objawiających się na poły anonimowo tu i ówdzie na Bandcampie. Niektóre zanikły, inne doczekały się fizycznych edycji na winylu, pączkując przez ostatnie parę lat i przyprawiając o zawroty głowy każdego, kto czuje potrzebę katalogowania muzyki na Discogs.

Nadal dostępna jest debiutancka epka "Meeting By Chance", z architektoniczną precyzją łącząca wpływy ambientu i IDMu, z naturalnymi echami Skalpela, ale atrakcyjnie wyczuwalnym napięciem i podskórnie buzującym powściąganym potencjałem ku uwolnionej abstrakcji. Część wczesnych singli ostatecznie zespoliło się w "Moon Rock", gdzie do głosu dochodzi jazzowa strona fascynacji Cichego, ze śladami hiphopowej rytmiki i przebojowymi inklinacjami. Podkreśla to tylko zbiór "Moon Rock Remixes", na którym obok pierwszych artystów z Japonii pojawia się i słowacki Foolk. I choć właśnie współpraca z Japończykami okaże się stałym motywem Meeting By Chance, to mnie oczywiście najbardziej interesować będą kontakty z Czecho-Słowacją, stąd też za jeden z najbardziej interesujących i obiecujących tytułów uznać muszę singiel "Sever / Four Days", nagrany z Sárou Vondráškovou, jedną z najciekawszych młodych czeskich artystek, działającą pod szyldem Never Sol. Niedostępny już na Bandcampie, ale do darmowego pobrania ze strony Denovali Records.

Zniknął też zbiór "Meeting Illegal Art" i można domyślać się z jakich powodów. Twórczo-wydawniczy chaos okresu burzy i naporu przyniósł jednak nie tylko szereg tytułów (dodajmy jeszcze choćby ambientowo-abstrakcyjną epkę "IIII", niemal taneczne "Conversation", czy eteryczną współpracę z Teklą Mrozowicką na albumie "Prominences"), ale przebudzenie Marcina Cichego jako niezwykle płodnego i intrygującego solowego artysty. Być może również temu właśnie zawdzięczamy powrót Skalpela, ważne jednak, że parę miesięcy po "Delirium", kolejnej płycie Igora Boxxa, również Meeting By Chance wydał pierwszy oficjalny album. A w świetle powyższego można było oczekiwać nie tylko artystycznej stabilizacji, ale i odważnego debiutu.


"Inside Out" brzmi jak muzyka wyszeptywana prosto do ucha, która jednocześnie delektuje się każdym pojedynczym dźwiękiem. Na poły anonimowe żeńskie wokalne przemykają na granicy oddechu i szeptu, wydaje się, że przeplatają dziewięć kompozycji zaznaczając swą ciągłą obecność, w istocie jednak pozostają wręcz efemeryczne i nie zmieniają instrumentalnej wymowy albumu. Instrumentalnej, choć tak zwiewnej i ulotnej, że oddaje to nawet część tytułów kompozycji.  Niektóre można wyróżnić dzięki bardzo subtelnym wahnięciom, bardziej jazzujący "Birdman" zbliża się do Skalpela, w "Dream On" słychać echa trip-hopu i elektronicznej estetyki lat dziewięćdziesiątych, "KOI" mogłoby funkcjonować jako rozespany utwór Jaga Jazzist lub Bonobo. Meeting By Chance w pigułce to już otwierające całośc "Crossroad", dopieszczające każdy najmniejszy dźwięk, nu-jazzowo punktowane, stopniowo nabierające intensywności, ale zamykające się w ledwie trzech minutach. Ale wszystko powyższe to właśnie ledwie wahnięcia niezwykle ulotnej całości. Niekoniecznie jednak kruchej, w "Inside Out" kryje się bowiem siła, nie agresywna, lecz wręcz medytacyjna.

Tak samo wrogiem medytacji, jak i "Inside Out" jest jednak rozproszenie. Łatwo stracić uważności, myśli mogą ześlizgnąć się po muzyce Meeting By Chance w tym wydaniu. Pięknie brzmiąca i bezbłędnie wyprodukowana płyta jest zatem debiutem trudnym, kompozycyjnej odwagi można się tu jedynie domyślać a dla tych, którzy nie zetknęli się jeszcze z Marcinem Cichym, może to być mylący pierwszy kontakt. "Inside Out" tymczasem już doczekało się następny w postaci nowe płyty "Changes", pozostaje zatem jedynie obserwować. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]